Styczeń 2018
N P W Ś C P S
« paź    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

życie

Miłość? Kiedy jedno spada w dół, drugie ciągnie je ku górze.

Pozwoliłam sobie na cytat z piosenki. Z resztą, słów nauczyła mnie moja przyjaciółka. A gdy już zapamiętałam co i jak, chodziłyśmy po całym mieście i śpiewałyśmy ją wniebogłosy. Piękne wspomnienia :)

Jednak dziś nie o wspomnieniach. Jutro Walentynki. Odkryłam Amerykę ;) Wiecie, nawet mnie porwał ten szał ;) Jednak wiadomo, że przez jednych jest to święto kochane, przez innych nienawidzone. Gdy byłam małą dziewczynką, 14.02. zawsze kojarzył mi się z wierszykiem „na górze różne, na dole fiołki, a my się kochamy jak dwa aniołki”. Który potem ewoluował w „na górze róże, na dole bez, a my się kochamy jak kot i pies” ;)

Już uszami wyobraźni słyszę lecące jutro wszędzie piosenki o miłości. Z resztą, prawie każda o niej traktuje. A ja znów będę marzyła o tym, by moje życie miało soundtrack :D Ach. Dzisiaj w tle mojego życia powinni zagrać „Zagadkę” Grzesia Hyżego. Tak bardzo <3

Niektórzy jutro będą wymiotować tymi wszystkimi dekoracjami, wszędobylskimi serduszkami, będą narzekać, że jest to święto z zachodu i że w ogóle jest beznadziejne. Że przecież kocha się cały rok, a nie tylko od święta. Niektórzy będą walić drinki, inni w tynki, jeszcze inni z dynki. Niektórzy będą marzyć, by kolejny Dzień Zakochanych spędzić właśnie z tym wyczekanym. Ktoś będzie liczył ileż to zdobył walentynek i czy pobił rekord sprzed roku. Ktoś inny będzie czekał tylko na tę jedną jedyną oznakę sympatii. Wielu zakochanych spędzi ten dzień wspólnie, przy dobrym obiedzie, kolacji, przy świetnej muzyce, na spacerze, w kinie, przytuleni. Ktoś będzie tęsknił za tym, który jest daleko, ktoś będzie wzdychał do swojego ekranowego amanta. Ktoś zapewne będzie leczył przeziębienie czy inną chorobę. Ktoś pani ktosiowej zrobi wyrzuty: przecież mówiłaś, że nie obchodzisz walentynek!!! Ktoś inny będzie zapewniał: nie, nie przytyłaś kochanie, to mózg ci urósł. Ktoś może się pokłóci, ktoś inny pogodzi. Ktoś wreszcie zbierze się na odwagę i powie ukochanej, co do niej czuje. Ktoś będzie wspominał inne Walentynki, kiedy to był taki zakochany, tak szczęśliwy… Inny spędzi ten dzień z winem, przed telewizorem. Inni będą pocieszać, że to nie tylko w Walentynki jest się niekochanym, ale też przez cały rok.

Jakkolwiek spędzicie jutrzejszy dzień i jakikolwiek macie stosunek do Walentynek, chcę Wam życzyć tego, czego praktycznie każdy na świecie pragnie, a mianowicie: szczerej, wiernej, pięknej miłości. Nie życzę Wam braku problemów, bo w każdym uczuciu takowe są, ale istotą jest aby nauczyć się je pokonywać razem, ramię w ramię.

Zakochani, pielęgnujcie swoje uczucie i w tej kwestii nigdy nie spoczywajcie na laurach. Szanujcie swoją drugą połówkę, wspierajcie ją i kochajcie tak mocno, jak to tylko możliwe. I bądźcie dla siebie wyrozumiali, mimo wszystko!

Zakochani nieszczęśliwie… Czy też zakochani bez wzajemności. Wiecie, według mnie to troszkę niefortunne określenia. Każda miłość jest w jakimś stopniu szczęśliwa, nawet jeśli wzdychacie do kogoś, z kim być może nigdy nie będziecie. Każda miłostka przybliża nas do tego najpiękniejszego uczucia jakim jest prawdziwa, wzajemna miłość. A któż wie czy kochacie bez wzajemności? A nuż druga strona czuje to samo, tylko boi się, że zostanie odrzucona. Może to jest taki dobry dzień by powiedzieć komuś, że się o nim pamięta, tęskni za nim, myśli o nim…? Skoro cały rok jakoś nie było odwagi, to może wreszcie nadszedł ten upragniony moment?

I wreszcie, single, osóbki, które na razie nikogo nie szukają. Drodzy, miłość przyjdzie szybciej czy później, w niespodziewanym momencie. Teraz cieszcie się bliskością przyjaciół, momentami jakże szeroko pojętej wolności, bo przecież już za kilka miesięcy, dni wszystko może wyglądać zupełnie inaczej. Cieszcie się przede wszystkim miłością tych, którzy są Wam bliscy, których lubicie, podziwiacie. A jeśli ktoś Was kiedyś zranił, to tylko po to, byście odrodzili się silniejszymi, byście zrozumieli, że czeka na Was coś więcej niż łzy i niepokoje. Bądźcie otwarci na niespodzianki losu!

Drodzy wszyscy, żyjcie z całych sił, bo któż za Was przeżyje Wasze życie? :)

PS. Śmiałam się ostatnio chodząc po supermarkecie, że jakiś pan pewnej pani kupi zapewne na jutro środek na odchudzanie, a ona jemu na potencję ;) Jakaż ja jestem romantyczna! :P

Przytulam, Wasza Scarlett.

Zrobię wszystko by się odkochać…

Podziwiam Was. Zawsze gdy czytacie tytuł mojego wpisu, albo jego początek spodziewacie się tego, albo tamtego, a potem i tak wychodzi z tego (chociażby) czosnek ;) Dzisiaj chyba na temat czosnku nie zejdę. I raczej dygresji też nie zamierzam wprowadzać. Ale tytuł jest przewrotny. A już mówię dlaczego. Każdego dnia słyszymy masę tekstów, które skutecznie nas odpychają, zniechęcają, śmieszą, irytują, na które jedynym komentarzem pozostaje tylko ironiczne: tak, jasne. Poniżej przedstawię Wam zdania, które jako pierwsze przyszły mi do głowy, a które słyszałam właśnie w ostatnich dniach. 

1. Mężczyzna do kobiety lub odwrotnie. W każdym razie, mówi te słowa osoba, która zdradziła. Kochanie, to był tylko seks. Szał. To był tylko seks. No ba, tylko. Tak jakby w związku ważna była tylko sfera emocjonalna, a seks był taki… niezobowiązujący. Hm, zwykły sport. I czasem z tego zwykłego sportu powstają tylko dzieci. Tylko seks. Gdybym usłyszała taki tekst, chyba bym uderzyła kogoś w twarz. Skoro to był tylko seks, to nie dało się go uprawiać tylko z własnym mężem czy żoną?! Trzeba było się szlajać byle gdzie…?! Parodia!!! To zakochiwać się w kimś innym niż mąż nie można, ale seks bez miłości jest wskazany?!

2. Ach, ta dzisiejsza młodzież. Rozumiem. Insza młodzież zmagała się z wojnami, PRLem. Dzisiejsza tylko z PiSem i świńską grypą (akurat na czasie). Ale nic poza tym nas nie różni. Są wariaci i ludzie aż nadto spokojni. Są imigranci, trudna sytuacja ekonomiczna, są złodzieje, kapusie, są ludzie empatyczni, filantropijni. A że alkohol? Internet? Uzależnienia? Maczety i kije? Prostytutki? Może bez Intenetu, to ówcześnie też już wszystko powyższe było obecne. Brak poszanowania dla starszych? A skoro niektórzy starsi sami nie mają poszanowania do młodszych? Brak poszanowania do duchowieństwa? A skoro duchowieństwo samo ten szacunek i zaufanie nadszarpuje?! Medal ma dwie strony.

3. Przyjaźń pomiędzy kobietą a mężczyzną nie jest możliwa. Jest. Miałam wielu przyjaciół mężczyzn. Nie mam ich już aż tak wielu, ale i tak mam. Tamtych nie mam, bo nasze drogi się rozeszły i o dziwo, nie chodziło o to, że jedna ze stron zakochała się w drugiej. W swoim życiu potrzebuję czasem takiego męskiego głosu rozsądku. Dlatego też dziękuję, że tak fantastycznych chłopaków mam wokół siebie. I że jeszcze przy mnie nie zgłupieli :D Niektórzy kiedy widzą kobietę i mężczyznę, to od razu myślą, że tylko seks im w głowie. A kobieta z mężczyzną może robić naprawdę wiele innych rzeczy. Chichrać się, oglądać filmy, pić kawę, herbatę, alkohol. Z podtekstami, może i tak, czasem, ale oboje wiecie, że nigdy ze sobą nie będziecie. Bo nie. Przecież z własną przyjaciółką też mogłabym stworzyć lesbijski związek, a jakoś tego nie robię. Z resztą. Nawet małżeństwa oparte są na przyjaźni. Pardon: powinny być. Czyli taka przyjaźń istnieje i kropka.

4. Odkocham się. Zrobię co w mojej mocy, by tego dokonać. Sama powiedziałam to sobie rok temu, sama powiedziałam to sobie wczoraj. Dzisiaj zmądrzałam :D Wiedzcie, że równie szybko nabywam wszelaką wiedzę, jak i ją tracę ;) A uwierzcie, że chciałam Was pytać o rady jak się odkochać :D Jeśli chodzi o zauroczenie, zakochanie, platoniczną miłość, to jeszcze jakoś daje się radę… Chociażby rady typu: czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, nawet czasami zdają egzamin. Ale jeśli pokochało się kogoś za jego charakter, za wszystkie wady, zalety, za jego spokój, ale i wszystkie niepokoje, za głupie tłumaczenia, robienie z siebie błazna, telefony po 23, za milczenie, za inteligencję, ale też chwile, kiedy nie wiedział co powiedzieć, za każdą wspólną kawę, ale też tę osobną. A potem coś nagle nie pyknie… Albo nie pykło. Albo mogło pyknąć, a Ty wszystko spieprzyłaś/łeś… Ale nadal kochasz. I może on gdzieś tam daleko też kocha. Ale żadne tego nie powie, bo wokół panuje ciężka, nieuleczalna choroba… DUMA. No to klops. Wszystko trwa trzy razy dłużej, każdy smutek odczuwa się trzy razy mocniej, każda łza jest trzy razy bardziej słona, a na widok kogoś podobnego trzykrotnie staje ci serce… I mówienie sobie, że się odkocham jest daremne… Bo nic nie może zabić miłości, jeśli sama się nie zechce odsunąć w cień. Chyba, że się mylę… Im dłużej pisałam ten wywód, tym się bardziej rozpływałam :D Także mi mówienie o końcu miłości szkodzi, niestety nie w tę stronę, w którą powinno.

5. 500 zł na dziecko ma poprawić sytuację demograficzną Polski. Ha, ha, ha. To fajnie. W Polsce liczy się ilość, nie jakość. A dzieci robi się nie z miłości, tylko dla pieniędzy. Brak mi słów. Ja dzieci dla pięciuset złotych nie zamierzam robić. Potem dziecko się pyta: mamo, tato, a jak to się stało, że się pojawiłem?! Tata: A bo widzisz… była kiedyś taka dobroduszna partia Prezesa i Sojuszników i oni rozdawali za dzieci pieniądze… A że my z tatą byliśmy w potrzebie… No to tak powstała Wasza piątka… Dajcie żyć…

6. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Ach, gadanie. Jeśli rzeka była naprawdę interesująca, a wyszedłeś na brzeg tylko na chwilę się osuszyć, napić czegoś orzeźwiającego, a potem wracasz… Powroty w życiu też są piękną sprawą. Czasem gdy do czegoś wracamy, to oznaka tego, że nam na tym czymś zależy. Wracamy na dany kierunek studiów, bo był dla nas ważny. Otwieramy dane drzwi, bo za nimi jest coś, co jest dla nas istotnego. Pomimo, że jeszcze niedawno nie chcieliśmy łapać nawet za klamkę. Odzywamy się do dawnego przyjaciela, bo jakoś tak nam smutno bez niego. Czasem warto wrócić. Serio.

7. Ludzie się nie zmieniają. Zmieniają się. Ludzi zmienić nie można – to akurat fakt. Bo sami muszą chcieć zmiany. A chyba o to w zmianie chodzi, by była szczerza, niewymuszona, z własnej woli. Ludzie też zmieniają się na gorsze (czasami). I o tym również warto pamiętać. Żeby potem nie było zaskoczenia ;)  

PS. A może Wy znacie jakieś teksty, które doprowadzają Was do szaleństwa, albo z którymi się nie zgadzacie, choć są powszechne?

Liczę na Was i pozdrawiam, Wasza Scarlett :)

Czasem dobrze się pośmiać z optymistów ;)

Zdziwieni? Że ja również się śmieję optymistów? A otóż i to. Bo przecież najlepiej śmiać się z samego siebie ;) A że Łukasz, Pamiętnikarz (swoją drogą polecam Wam jego bloga po raz kolejny: 
http://naplaneciezwanejziemia.blog.pl/
), pożyczył mi swój optymizm i mam go powiększyć tysiąc razy (!!!), to robię w tym kierunku pierwszy krok ;)

Polecam Wam kilka myśli, które mnie rozbawiły, albo po prostu mi się z różnych powodów spodobały. Tylko o optymizmie. A co!

Zacznę refleksyjnie.

0_0_0_1851374943

Od razu pomyślałam o moim przyjacielu. To by było w jego stylu ;)

139

Ten demotywator nieustannie mnie śmieszy :D

1268242911_by_alterkonto_600

Hahaha :D Panowie, przepraszam. Równie dobrze mogłyby to być małe piersi ;) 

1338545384_by_Jannnu22_600

I coś dla kobiet :D

1344361594_by_kicikici91_600

A poniżej… Cała ja!

1345065506_3sixk6_600

Optymiści, nie denerwujcie maszynisty ;)

1369506284_psq4jy_600

A tutaj… Nawet ja takiego wariackiego optymizmu nie posiadam :D

optymizm

Ostatnia myśl. I osławiony tekst: „będzie dobrze”

roznica_pomiedzy_optymista_i_2015-12-14_13-06-39

Mam nadzieję, że choć trochę Was rozbawiłam.

Pozdrawiam cieplutko!

Wasza, roześmiana optymistka, Scarlett!

Jakim cudem przebywam ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę… i jeszcze nie zwariowałam?!

goal-729567_1280A może już dawno zwariowałam, tylko nikt nie potrafi mnie zdiagnozować?! Wiecie, sama się zastanawiam skąd we mnie takie ogromne pokłady optymizmu. Dlatego też chcę Wam pokazać, że moje życie nie jest i nigdy nie było wymalowane barwami tęczy. Chcę Wam dać do zrozumienia, że każdy w sobie może wykształcić pozytywne nastawienie do świata. Już nie mówię o takiej skrajnej postaci jaka występuje u mnie :D Ale po prostu o umiejętności cieszenia się z życia. Hm, jednak jest to chyba tekst tylko dla ludzi o mocniejszych nerwach, bo ja pisząc go, sama mam ochotę sobie przylutować. Jak można się nad sobą użalać na tak dużej kartce?! O paręnaście zdań za dużo w moim mniemaniu. Pisanie tego wszystkiego przez optymistę jest drogą przez mękę. Serio. Ale nie przedłużam, bo dalej będzie Wam ze mną dużo gorzej ;)

Na początku proponuję kilka słów o tym, jak to mi niefajnie w życiu było, ewentualnie jak niefajnie jest. Nie zagłębiając się w szczegóły, bo nie ma sensu obarczanie Was moimi historiami i histeriami.

To co już wiecie, to na przykład to, że nie potrafię sobie nigdy poradzić ze śmiercią bliższych i dalszych. To akurat moja ogromna męka, ale radzę sobie coraz lepiej. Tak mi się przynajmniej wydaje. Choć w praktyce już nie chcę tej mojej nowo nabytej zdolności sprawdzać. Jeszcze niech raz ktoś pokaże mi zdjęcie córki i powie radosnym tonem: moja żona i dwie córki zostały zamordowane, to chyba sama się zabiję… Bez przesady, ale faktem jest, że w takich sytuacjach wolałabym zniknąć. Chciałoby się rzec: o jak dobrze, że nie jestem psychologiem. Chcieć to móc, podobno ;) Że mam pecha do kontuzji też wiecie. Uciążliwość. Ale tym razem zabiję dziadówę. Acha, zapomniałam, że miałam zionąć pesymizmem. Dobra… do tego dochodzi hipotonia, nie trawię laktozy, neuralgia międzyżebrowa, niegdyś podejrzenie boreliozy, problemy z układem oddechowym, jakieś problemy z sercem, cerą, wagą, chyba z czym się da. Jeśli ktoś myśli, że jestem szalenie bogata i stąd ten optymizm, to też muszę to wykluczyć, bo żyję na w miarę stabilnym poziomie. Kiedyś może i były momenty, że trudno było wyżyć do pierwszego, ale w tej kwestii akurat się polepszyło. Nawet długi były i chyba sto lat temu jakiś komornik. Ale kto by to pamiętał. E, miało być pesymistycznie :D No to, jestem bezrobotna, a moje wykształcenie i tak nie gwarantuje mi dobrze płatnej pracy. Z resztą nie chcę pracować w zawodzie. Może nie tyle nie chcę, co się nie nadaję. Musiałabym pracować z ludźmi, a oni albo mnie olewają, albo odzywają się tylko wtedy kiedy czegoś potrzebują, albo skrupulatnie milczą, albo mnie obrażają, albo nie kochają mnie. Och jak to żałośnie wszystko brzmi, ale jest całą prawdą. Może z tym niekochaniem przesadziłam. Ale kto mnie ma kochać, ten nie kocha ;) Chyba :D Także kontakty interpersonalne też są na, ekhym, wysokim poziomie. Hm a może mam zamożną rodzinę i w ogóle dobry dom w każdym tego słowa znaczeniu?! Albo przodkowie są tacy ą i ę? No nie sądzę… Jeśli patrzeć na poczynania wcześniejszych pokoleń, to będę starą panną z dzieckiem. I albo będę miała przypadkowego kochanka, albo mnie zgwałcą. Umrę zapewne na chorobę płuc, na raka czegokolwiek, a gdzieś po drodze czeka mnie jeszcze schizofrenia i alkoholizm. A może wyższe wartości? Wiara? Jeśli nie istnieje twór o nazwie wierzący-niepraktykujący, to chyba oficjalnie mogę nazwać się ateistką. A w sobotę czeka mnie wizyta duszpasterska. Ślicznie :D Będzie zabawnie. Pomijając fakt, że po śmierci mojego przyjaciela tak się rozminęłam z wiarą i z księżmi, że jeśli się wzajemnie nie zatłuczemy to będzie dobrze. Z resztą wierząca chyba byłam mniej więcej tak od bierzmowania. Nie no jestem. Ale tylko w sercu. Także zionę pesymizmem w tym względzie. A może ludzie mnie lubią? Podziwiam tych, którzy mnie lubią :D Ale w swoim życiu nasłuchałam się wielu niemiłych słów. Więc chyba nie każdy za mną przepada. Przede wszystkim takie kwiatki były dziełem moich znajomych i nauczycieli. Że na niczym się nie znam, a już na pewno nie na życiu, że źle skończę. Że jestem nikim. Zawoalowane: że jestem głupia. No tak, na mądrej głowie włosy nie rosną, a u mnie ostatnio rosną na potęgę ;) A może mam boską przeszłość. Hm, jeśli dobrze sobie przypominam, wagarowałam, szukała mnie nawet policja, raz chciałam popełnić samobójstwo, a może dwa. Jakiś tam przypadek samookaleczenia był. I wzięcia większej ilości tabletek nasennych. Do tego bunt młodzieńczy, nawet z chowaniem alkoholu w kościele :D Nie pytajcie… A może mam fantastycznego faceta? Mężczyźni jakoś ode mnie uciekają. Wredna suka ze mnie, to po co mieliby zostawać. I chyba już jestem starą panną :D Śmiesznie jest. Więc skąd ten mój optymizm? Może mam dobrego dilera? Za dużo piję? Może już powinnam iść do psychologa, bo mam takie problemy i nadal się cieszę jak głupia… To chyba trzeba mieć coś z głową? Do psychologa akurat mam strasznie blisko, więc na pewno skorzystam ;)

Przeczytałam to wszystko i uwierzcie, albo nie, ale chce mi się śmiać. Ach dodam, że przyszłość też się różowo nie zapowiada, bo wiecie te bezrobocie, te moje nogi nieszczęsne się wyleczyć nie chcą. Więc na koncert już chyba nigdy nie pojadę, w ogóle nigdy nigdzie nie wyjadę i z nikim się nie spotkam, bo przecież strach wychodzić z domu, bo znów się mogę uszkodzić. Lęk przed przestrzenią? Przed pająkami? Lęk wysokości? Też się przewijają. I mogłabym tak wymieniać…

Gdzieś mniej więcej 10 lat temu usłyszałam, że nie znam życia i co ja mogę o nim wiedzieć. Miałam wtedy pomiędzy 15-16 lat. Oczywiście skwitowałam to jakimiś przekleństwami, bo przechodziłam okres buntu. A mieszkanie w wielopokoleniowym domu niczego nie ułatwiało. Uważałam, że jestem taka mądra. Potem przyszła śmierć mojej babci, wagarowanie, było raz lepiej, raz gorzej, miłości, niemiłości, jak u każdego. Choroby, kolejne odejścia (te metafizyczne, fizyczne, mentalne). I mogę przyznać z zupełnym przekonaniem, że jako nastolatka się myliłam. Nie znałam życia. Nadal nie znam, ale przez ten czas nauczyłam się bardzo wiele. I może to właśnie z tych wszystkich wydarzeń wyniosłam ten cały swój niepoprawny optymizm. I jakkolwiek frazesowo by to nie zabrzmiało, tak właśnie jest. Mądrości, które spisałam poniżej może są oklepane, może niezbyt fachowe. Jednak jeśli trochę się przeżyło, to dociera się do momentu, że nawet jeśli coś jest oklepane to może być prawdą. Mając 15 lat na pewno większość tego tekstu bym wyśmiała i powiedziała magiczne: to mnie nie dotyczy. Teraz wiem, że nie jestem nieśmiertelna, że ludzie wokół mnie też o dziwo odchodzą i nie będą żyć wiecznie, że kiedyś zostanę sama i nie pomogą mi żadne pieniądze. Wiem, że na samej karierze życie się nie kończy, że potrafię kochać i to mocno, może za mocno. I wiem, że potrafię wyjść z nawet największych tarapatów. Dlatego przedstawiam Wam to, czego nauczyło mnie prawie 26 lat życia na tym łez padole.

1. Najważniejsze jest zdrowie. Co do tego nie ma wątpliwości. Rozumieją to osoby, które te zdrowie kiedykolwiek straciły na dłuższy czas. Osobiście jestem zdania, że jeśli ma się zdrowie, ma się wszystko. Można korzystać z życia, poznawać nowych ludzi, pielęgnować przyjaźnie, spełniać się zawodowo i nie tylko. I to nieprawda, że najważniejsza jest miłość. Choć sama czasem bardziej zawodzę nad tym, że za kimś tęsknię niż nad tym, że coś mnie strasznie boli, dlatego mój organizm skutecznie mi przypomina, że nadal boli i że mam nie zawodzić nad tym, że jestem taka niekochana ;)

2. Marzenia się spełniają. I je się spełnia. Czasem same się realizują i aż bywam zaskoczona, że to czy owo się udało. Jednak nie ma nic piękniejszego niż dążenie do realizacji swoich pragnień. Chociażby aktualnie zafiksowałam się na tym, by 6 marca pojechać na koncert do Krakowa. I zrobię wszystko, by uczynić te marzenie realnym. Ktoś zapyta: a co jeśli się nie uda? Trudno. Rok ma jeszcze wiele lepszych i odpowiedniejszych dni :)

3. Nic w życiu nie jest przesądzone. Czasami myślę: oho, to klops, to mi się nie uda. Albo: oho, on się już nie odezwie i nigdy nie spojrzymy na siebie tak jak wtedy. Albo: oho, skoro moja mama nie ma faceta, ja też nie będę miała. Pff… Nie ufajcie tym swoim wewnętrznym i zewnętrznym potworom, które odbierają wszelkie nadzieje.

4. Nie możemy zakładać, co ludzie o nas myślą. A ja uwielbiam to robić. Zakładam odgórnie, że ktoś mnie nie lubi, bo… Albo, że jest taki i siaki wobec mnie, dlatego bo… Potem się okazuje, że sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Bo skąd mam wiedzieć czemu ktoś np. nie odpisał na mojego maila? Mam zgadywać? Zadręczać się? A nie prościej, prosto z mostu zapytać?

5. Trzeba korzystać z życia. Cieszyć się każdą chwilą. Bo żadna z nich się nie powtórzy. I nie ma, że boli, że za oknem zimno, że nuda. O nie. Trzeba się jakoś zorganizować. Zrobić coś, co się kocha. Żyć.

6. Żałujemy tylko tego, czego nie zrobiliśmy. Pamiętam ile głupot popełniłam w życiu. I cholernie miło je wspominam. Nawet jeśli wtedy wyglądało to trochę niezbyt ciekawie.

7. Trzeba być dobrej myśli, bo po co być złej. To chyba robię codziennie i doskonale to widzicie. Nie ma co się nakręcać, że coś nie pójdzie po naszej myśli, coś się nie uda… Bo co to daje? Złe nastawienie. A jeśli będziemy nakręceni zbyt pozytywnie, a potem przyjdzie rozczarowanie i szlag wszystko trafi? Hm, wydaje mi się, że wtedy do celu po prostu trzeba iść inną drogą. To, że coś raz, czy drugi nie wyszło, nie znaczy, że nie wyjdzie nigdy.

8. Warto być dobrym dla siebie samego. W każdym względzie. Dbać o ciało, psychikę, pozwalać sobie na różne emocje, wymagać od siebie, ale nie być zbyt surowym sędzią. Jeśli będziemy dla siebie dobrzy to zaprocentuje :)

9. Dobrze mieć pasję. Bez pasji życie jest jakieś takie… Błe. A pasja sprawia, że mamy odskocznię od codzienności. Robimy co kochamy, co daje nam szczęście, ubogaca nas.

10. Porażki też są po coś. Chociażby po to, by się na nich uczyć ;)

11. Jeśli czegoś nie wolno, a bardzo się chce, to można. Można, bo kto nam zabroni. Nie mówię tutaj o łamaniu prawa. Ale na przykład, kiedy jest się na diecie i już trzy miesiące nie jadło się niczego słodkiego, a tu nagle przychodzi okazja, bo idziemy na ciacho z przyjaciółką, to czemu nie :)

12. Miłość to nie tylko kochanie zalet. Z ładnej miski się nie najesz. Kiedyś wyśmiewałam moją mamę i babcię za poglądy w tym względzie. Ale rzeczywiście… Pusta, ładna miska na nic się zdaje. Chyba tylko do dekoracji. A miłość to kochanie całego człowieka, nawet jeśli nie jest najprzystojniejszy, a potrafi Cię co dzień zaskakiwać i nigdy Cię nie nudzi, to jest to :)

13. Niczego nie musisz. W życiu tak już jest. Nie musimy niczego. Chociażby nie musimy na siłę być szczęśliwi. Dlatego nie myślcie, że każę Wam te moje rady wdrażać w życie ;)

14. Nie można dawać sobą pomiatać. Ja to robiłam zdecydowanie za długo. Aż zrozumiałam, że w moim życiu najważniejsza jestem ja sama, a nie spełnianie zachcianek innych. Jestem człowiekiem, pełnoprawnym, jak każdy, i mnie się nie poniża.

15. Życie to też chwile szaleństwa. Nuda w życiu nie jest wskazana. Czasem dobrze zrobić coś szalonego, co można wspominać latami.

16. Warto mieć wokół siebie zaufanych ludzi. Ale nie takich, którzy najpierw kogoś obgadują, a potem są tego kogoś najlepszym kumplem. Z zaufaniem akurat mam problemy, bo często ufam nie temu komu trzeba. Albo w ogóle nie ufam. Ale to da się wypracować.

17. Nie warto się przejmować. Łatwo mówić. Ale po co się przejmować czymś co miało miejsce, a na co nie mieliśmy wpływu, albo tym, co dopiero ma mieć miejsce? I rozpamiętywać to dniami i nocami…? Tutaj akurat mistrzem nie jestem. Ale cały czas się uczę :)

18. Mniej myśleć, więcej działać. Sama widzę, że tutaj się opuściłam. Ale gdzieś w postanowieniach to zapisałam, także muszę działać. Przykładowo, czasami sobie myślę: matko, a co ona sobie pomyśli, gdy powiem jej, że to czy tamto?! Scarlett, weź po prostu mów i nie marudź :D

19. Człowieka można zniszczyć ale nie pokonać. O to to to! Ilu już chciało mnie zniszczyć. Ilu już praktycznie to zrobiło. A ja odrodziłam się. Jeszcze silniejsza.

20. Na wszystko potrzeba czasu. Kiedy byłam w żałobie, z resztą jak wiecie po moim wpisie (jednym z uczuciami na wierzchu), wielu ludzi mówiło, że chyba powinnam skończyć się zadręczać, bo tydzień cierpienia to lekka przesada. Psychologia na ten temat też twierdziła, że no tyle i tyle czasu potrzeba maksymalnie. Ja potrzebowałam ponad roku, by przestać ronić łzy za każdym razem, kiedy widziałam jego fotki, słyszałam imię. Dzisiaj mogę powiedzieć: jest dobrze. Nie idealnie, ale dobrze. I tak jest z każdą sytuacją. Na wszystko tego czasu nam potrzeba. A jest on bardzo indywidualną sprawą i nie mogą go wyliczyć żadne podręczniki.

Z tymi moimi pesymistyczno-optymistycznymi myślami Was zostawiam :) Nie planuję puenty, bo uważam ją tym razem za zbędną.

Wasza Scarlett!

Przedświąteczne zawirowanie życzeniami okraszone :)

Z racji tego, że dostaję prezenty przez cały rok, tym razem otrzymałam piękny, elegancki organizer na rok 2016. Taki profesjonalny, w sam raz na nowy początek. I w zasadzie, niczego mi więcej nie potrzeba.

Tak, zdecydowanie jestem w takim momencie swojego życia, że nie czekam na żaden happy end, tylko na szczęśliwy początek. Oczekiwanie te ostatnio okrasiłam ponad dwugodzinnym płaczem, po czym postanowiłam posprzątać swoje życie. Począwszy od… własnego pokoju. Ta czynność trochę ustabilizowała mój nastrój i uporządkowała wewnętrzny chaos, którzy gdzieś tam zagościł w Scarlettkowej duszy.

Jednak zanim się jakoś poskładałam, miałam trudne chwile. Zaczęło się od euforii, od kochania życia, od nadziei, że wszystko idzie ku lepszemu. Skończyło się na mrzonkach i właśnie na łzach. Próbowałam zagłuszyć je wspomnieniami, jakie to ja miałam cudowne życie i piękny rok, ale to tylko pogarszało sytuację. Więc zaczęłam marzyć o tym, gdzie to ja nie pojadę i czego to ja nie dokonam w swoim życiu. Też nie wyszło najlepiej, bo skąd mam wiedzieć kiedy te chwile nadejdą i czy w ogóle.

W tamtym momencie wydawało mi się, że sobie na to wszystko zasłużyłam. W końcu tyle osób daje mi to do zrozumienia swoim brakiem obecności. Zasłużyłam na to, by iść do sklepu pół godziny, a nie jak niegdyś: pięć minut. Zasłużyłam na spojrzenia ludzi mijanych na ulicy. Spojrzenia pełne litości, współczucia, pokazujące, że jestem inna i mam ochotę krzyczeć: i co się gapisz do jasnej cholery?! Zasługuję na ten ból, na to, że muszę chodzić ze spuszczoną głową, bo nie mogę sobie pozwolić na postawienie nóg na nierównej powierzchni. I nie zasługuję na poradę w stylu: pamiętaj, patrz pod nogi. Gdyby ostatnio mi o tym nie przypomniano, nie wiem czy bym nie spędziła Świąt z nogami w gipsie, bo na mojej drodze leżała (o ironio) łupina od orzecha. Mam wrażenie, że mój Anioł Stróż już nawet nie śpi…

Boję się, że zgorzknieję, że nadejdzie taki moment i stanę się samotną egoistką. Nikt nie będzie na mnie czekał, a ja nie będę miała już do kogo wracać (i nie będę chciała tego robić). Trochę tak jak w filmie Heidi. Swoją drogą, gorąco go polecam do rodzinnego oglądania. Ciepły, z przesłaniem i przede wszystkim: mądry.

Jednak myślałam o sobie negatywnie tylko przez dwie godziny :D Nic nie poradzę na to, że jestem taka bezkrytyczna wobec samej siebie ;) Potem przyszło te sprzątanie, które ujarzmiło moje emocje. Ludzie niech patrzą, niech gadają, niech odchodzą. Najważniejsze jest to, by wyzdrowieć, tak by kontuzje omijały mnie szerokim łukiem. I by budować kolejne, nowe wspomnienia.

Jestem tutaj dzisiaj, bo przede mną kolejne sprzątanie. Tym razem już wymuszone, a nie z powodu gorszych chwil ;) Potem wyjazd na groby, ostatnie zakupy, ubieranie choinki, robienie stroików, wreszcie gotowanie i kilka ciepłych, pięknych dni w gronie najbliższych. I dużo leżenia plackiem (albo makowcem), bo nie wiem czy po tylu kilometrach będzie mnie stać na coś więcej :D

I jeśli mam zrobić podsumowanie zeszłego roku, bo nie wiem czy jeszcze tutaj zawitam w 2015… to był to piękny rok. Jeden z najlepszych w moim życiu i trudno będzie się postarać o to, by kolejny był lepszy lub nawet w przybliżeniu taki sam. Jednak będę robić, co w mojej mocy. Poprzeczka wisi bardzo wysoko, jednak co to dla mnie :) Ogromną motywacją jest Słoik Szczęścia, który znowu zamierzam założyć, choć poprzednich kartek nie chcę, póki co, czytać ;) I tak, dobrze pamiętam, co tam się znajduje. W zeszłego Sylwestra razem z przyjaciółką życzyłyśmy sobie, by to był bardzo imprezowy rok. Wierzyłam w to z całych sił. I tak też się stało. Nie przesadzę jeśli powiem, że rok 2015 był perfekcyjny. I mogłabym go przeżywać za każdym razem od nowa. Nawet te trzy skręcone nogi i zapalenie płuc. To był rok pod znakiem tańca, dobrej zabawy, koncertów, wyjazdów. Miłości. Zaryzykuję: i oby kolejny był jeszcze lepszy!

Do tego czasu, chcę wybaczyć sobie kilka rzeczy, skoro nikt nie jest w stanie tego zrobić ;) A że święta nie jestem, to myślę, że pobycie ze swoimi myślami dobrze mi zrobi. I ogrzanie się w cieple tej miłości, która teraz będzie emanowała ze zdwojoną siłą. Myślę, że jestem na dobrej drodze, by pogodzić się z tym wszystkim, co w tym roku mnie spotkało, a co nie było zbytnio idealne. I wyciągnąć wnioski.

Jednak nie chcę przedłużać. Kochani moi. Wczoraj słyszałam bardzo wiele mądrych słów. Między innymi o tym, by zastanowić się przed Świętami dlaczego chcemy komuś złożyć życzenia, z jakiej tak naprawdę okazji i czego chcemy życzyć (a najlepiej podobno życzyć innym tego, co sami chcielibyśmy usłyszeć). 

Dlaczego składamy życzenia właśnie tym osobom, a nie innym?

Przyznam się bez bicia, składanie życzeń było dla mnie niegdyś przykrym obowiązkiem. Nigdy nie wiedziałam komu czego życzyć. Było to dla mnie takie grzecznościowe, takie na odwal się. Jakieś wierszyki, proste Wesołych Świąt i kropka. Teraz składam życzenia wybranym osobom. Co roku, obiecuję sobie, że nie złożę życzeń nikomu i poczekam dla kogo jestem ważna :D I zawsze nie dotrzymuję obietnicy, bo gdy dostanę kilka życzeń, też chcę roznosić te dobro dalej i zaczynam sama wysyłać wiadomości do przeróżnych osób. Może to taka… Magia Świąt. Jednak są to zawsze najważniejsze osoby, te które są dla mnie ważne i które chciałabym by o mnie pamiętały i by jakoś miło mnie wspominały. By czuły, że mam je w swoim sercu. Może są tacy, którzy robią kopiuj-wklej-wyślij do wszystkich. Ja tak nie potrafię. Nie wiem czy stety czy niestety ;)  

Z jakiej okazji?

Śmiałam się ostatnio, gdy wymyślałam życzenia, bo mówię do mojej rodzicielki, że trzeba znaleźć zawsze jakiś punkt zaczepienia, zrozumieć o co nam chodzi. A ona na to: jak to, o co chodzi? Pan Jezus się rodzi. Ten rym tak mnie rozbroił i w tak krótkich słowach zawarte zostało wszystko, to co najważniejsze, że chyba lepszego powodu nie ma potrzeby wymyślać ;)  

Jaka powinna być forma życzeń?

Kocham życzenia od tych, od których bym się ich nie spodziewała i o dziwo, co roku takowe dostaję. Zawsze od kogoś innego, mniej lub bardziej znajomego. Kocham też życzenia, które są szyte dla mnie na miarę. Gdy dana osoba wie, czego mi trzeba. Najlepiej oczywiście byłoby złożyć wszystkim życzenia w cztery oczy. W wielu wypadkach jest to niemożliwe. Jednak liczy się gest, to że o kimś pomyśleliśmy. Liczy się serce. I za to dziękuję tym, którzy w tym roku choć przez chwilę mnie wspomną. Nawet jeśli tych życzeń końcem końców i tak nie wyślą ;) Dobre myśli też są potrzebne we wszechświecie!

Reasumując, Święta to możliwość pobycia z innymi… bez pośpiechu, bez złych emocji. Wiem, że u niektórych to czas kłótni. Też tak kiedyś było w moim domu, ale zawsze ktoś wtedy mówił magiczne słowa: ej, stop, są Święta. I to wystarczało. O dziwo. Magia Świąt?!

Pora zatem na moje życzenia.

Moi kochani, dziękuję, że odwiedzacie moją Krainę. Ten rok jest też wyjątkowy z tego powodu, że mam te swoje miejsce na ziemi, gdzie poznałam właśnie Was, gdzie potrafiliście mnie dowartościować jak nikt inny. Wspieraliście, dodawaliście otuchy, przyznawaliście mi często rację. I ogromną przyjemność sprawia mi bycie z Wami. Mam nadzieję, że efekt Scarlett będzie trwał nadal ;)

Zacznę od życzeń zdrowia, bo dzięki niemu możemy się spełniać na każdym polu. Co wcale nie znaczy, że życzę Wam spełnienia. Życzę wręcz niespełnienia, byście mieli poczucie, że jeszcze wiele rzeczy do zrobienia przed Wami i by dzięki temu chciało Wam się chcieć. Ponadto cierpliwości do bliskich, dalszych, a przede wszystkim: do siebie samego. Dobrych ludzi wokół, którzy będą Was unosić, a nie sprowadzać do parteru. Którzy będą Waszą ostoją w niepewnym czasie i chwilą szaleństwa w stagnacji. Życzę Wam, aby świąteczne potrawy pachniały miłością, a Wasze serca biły w tym czasie w rytm niezmąconego szczęścia. Co do kolejnego roku… Oby był jeszcze lepszy niż poprzedni i pełen sukcesów na każdym polu. By w Waszych sercach zagościł spokój i byście wierzyli w siebie oraz innych. Radujcie się najmniejszym szczęściem i bądźcie dumni z tego, jacy jesteście. Nie żałujcie niczego, bo wszystko przecież dzieje się po coś. Róbcie to, co sprawia Wam radość. I róbcie tego dużo. I pamiętajcie, dobro wraca, może nie z tego samego kierunku, ale jakąś pokrętną drogą na pewno wraca :)

na bloga

Całuję Was Przedświątecznie, Świątecznie i Noworocznie ;*

Wasza Scarlett!

 

Miszmasz… w głowie mam. (radzę ten tytuł zaśpiewać na nutę: „Scarlett”…)

Dziwnie jest. Jakby Wam to wytłumaczyć… Wyobraźcie sobie, że jest miejsce, do którego przysięgliście sobie, że nie wrócicie, choć jest ono dla Was niewątpliwie ogromną szansą na przyszłość. Szansą na rozwój, karierę, spełnienie. Szansą… na wszystko. Choć są tam ludzie, którzy nieźle zaszli Wam za skórę. I z tych emocji, właśnie te ostatnie, negatywne, przeważają. Bo jeśli gdzieś się zatrzymujemy na dłużej, to chyba chcemy żyć w zdrowej i dobrej atmosferze…? Nie bawią mnie koneksje, warunki, znajomości. Chciałam iść własną drogą, choćby pod prąd. A tutaj znowu wracam do tego samego punktu, do punktu, który niegdyś był tak miły mojemu sercu. Zapewne schowam dumę do kieszeni i jeszcze będziecie czytać moje wpisy o tym, jak cudownie było wrócić na kolokwialne stare śmieci. Póki co, muszę to sobie wszystko poukładać w głowie. Choć już widzę plusy całej sytuacji. Choćby fakt, że to nie ja się narzucam, tylko oni mnie ściągają. Ma się to coś :D A powiedzieć Wam coś w sekrecie…? W głębi, gdzieś tak pomiędzy płucem a sercem, czuję, że wreszcie coś drgnęło. Wreszcie coś nabrało obrotu, choć tego nie planowałam, o to nie zabiegałam. Kiedyś o tym miejscu zawsze mówiłam, że to moje miejsce na ziemi. Takie miejsce, o którym wiem, że jestem w nim na swoim… miejscu. Może nadeszła właściwa pora, czas, układ planet i nie będzie tak źle, jak to sobie wmawiam… ;) Przecież 99% sytuacji, których się obawiamy i tak nigdy nie ma miejsca :)

Drugą część mojego serca zajmuje zdanie, które wczoraj przeczytałam. I mimo, że jestem niby ekspertem od zachowań jednostki, zachowań międzyludzkich i kto wie jakich jeszcze, to chyba w tym względzie byłam kompletną ignorantką. Te zdanie wiele mi wyjaśniło. A przedstawia ono prostą prawdę, o której chyba zapomniałam w biegu tej całej mojej Scarlettkowej rzeczywistości. Brzmi ono: NIE TĘSKNI SIĘ ZA KIMŚ, KTO NIC DLA NAS NIE ZNACZY. Wiem, no głupia jestem, że sama na to nie wpadłam :P To by się tyczyło nawet miejsc, za którymi tęsknię, a wmawiam sobie, że po co mi one były. I może kiedyś zapomnę jak ktoś wyglądał, jak wyglądały pewne pomieszczenia, ale nigdy nie zapomnę jak się przy nim czułam, jak czułam się dokładnie tam… w tamtej sekundzie mojego życia. Ale jak to mówię… W swoim życiu kieruję się zasadą, że staram się nie zamykać żadnych drzwi, bo każde z tych otwartych, mogą kiedyś być dla mnie wybawieniem. Wiedziałam, że przyjdzie taki czas, kiedy los pokaże mi, że mam świetne karty w swoich rękach. I wiem, wygram tę partię. A skoro za wieloma sprawami, ludźmi, rzeczami tęsknię, to chyba nie pozostaje nic innego, jak zwyczajnie wszystko poukładać tak, by jeszcze kiedyś się zobaczyć, być tu czy tam. Chyba na tym polega ulżenie tęsknocie ;)

Życie jest dziwne. Zaskakujące. Ale miłe. Cudowne. Najlepsze. Gdyby nie ono, nigdy bym nie mogła odczuwać tylu emocji naraz.

Dobrego piąteczku kochani! Ja lecę na pierwszą dzisiaj kawę. O dziwo, pierwszą, ale nadrobię w toku dnia ;)

Wasza Scarlett.

Mój świat. Tylko dla Was.

Czuję się wyjątkowo. A wszystko dzięki statystykom. Co ja mówię, dzięki Wam! Jak wiecie, jestem tutaj rzadko, acz staram się jak mogę. Jednak jestem mile zaskoczona, że od początku istnienia bloga, weszło na niego 921 internautów, a dodatkowo duża część z Was regularnie tutaj wraca. To naprawdę cieszy i dodaje skrzydeł. Może 25 polubień na profilu facebookowym nie rzuca na kolana, ale najważniejsze jest to, że jesteście. I że jeszcze się Wam nie opatrzyłam ;)

Dziś, będąc jeszcze w łóżku, postanowiłam szkicować. Ze mną jest trochę tak, że nie umiem ani szkicować, ani śpiewać, ale lubię to i robię kiedy tylko mogę. Znajomi uważają, że ładnie śpiewam i tak też rysuję. Ale chyba za bardzo mnie lubią, żeby powiedzieć coś innego ;) Wczoraj jeszcze zyskałam miano najlepszego komentatora sportowego. I dowiedziałam się, że jestem wariatką, ale za to się mnie kocha. No i macie. Grunt, że robię, co lubię, no nie? A jeśli przy okazji jeszcze mi to wychodzi… Och, rozbuchane ego Scarlett zaraz eksploduje ;)

Co do mojej pracy, umieszczę ją poniżej, bo chcę Wam poprzez ten rysunek przybliżyć to, co jest dla mnie najważniejsze. Wszystko zaczęło się w zeszłą sobotę. Szukałam w domu azylu, a za nic nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Wiele spraw zalegało mi w sercu i nie wiedziałam w jaki sposób im zaradzić. Usiadłam wtedy na oparciu kanapy, żeby spojrzeć na wszystko z góry… i to dosłownie. Spojrzałam na moją szafę. Moja szafa to taki dziwny twór. Kiedyś mi się znudziła i chyba na drugim lub trzecim roku studiów (a może później?!) zaczęłam pisać na niej różne rzeczy. Najpierw drobnym druczkiem poprawki, do których się uczyłam. Potem zaczęły powstawać sentencje. I różne ważne dla mnie symbole. I nie wiem czemu, ale patrząc na tę szafę, w tę sobotę, chodził mi po głowie łapacz snów. Ale oddaliłam tę myśl, zrobiłam, co miałam zrobić i niecierpliwie czekałam na niedzielę. W niedzielę wyjechałyśmy z przyjaciółką na krótką wyprawę, a na koncercie padły znamienite słowa: łapacz snów! Już wiedziałam, że tak tego nie zostawię. Nawet zaświtał mi w głowie plan, by robić łapacze i w ten sposób sobie dorabiać :D Ale zaczęłam od rysunku. Nie jest idealny, nie jest jakiś zachwycający, ale pierwszy. Bez poprawek, bez ulepszeń, bez niczego. Może będzie ich więcej… Skąd mogę wiedzieć. Ale przez ostatnie dni chodzą mi po głowie maski. Może niedługo którąś naszkicuję. Jedno mogę zapewnić: będziecie na bieżąco.

Oto moje dzieło.

mój łapacz snów 

A teraz krótki opis.

Łapacz snów. Jak każdy się domyśla to magiczny amulet, który wywodzi się z kultury Indian. To oni postanowili stworzyć coś, co będzie przepuszczać dobre i piękne marzenia senne, a zatrzymywać i niszczyć koszmary, które chciały zmącić spokojny sen. Urządzenie, które chyba każdemu by się przydało. Moje sny czasami mnie przerastają. Nie wiem jak Wasze. Ale mój łapacz to raczej łapacz zdarzeń, łapacz szczęścia, życia…? Jak zwał, tak zwał. Po prostu: łapacz Scarlett. Ma zatrzymywać złe wydarzenia, pokusy, złe myśli. A przepuszczać do naszego życia, tylko to, co pozwala nam się rozwijać, co daje nam siłę, szczęście, co daje sens naszemu istnieniu.

Łapacz Scarlett zawiera piórka, jak większość łapaczy. Pióra, które mają dla mnie wyjątkowe znaczenie. Kilka lat temu, kiedy chodziłam sobie ulicą, parkiem, gdziekolwiek, miałam szczęście znajdować piękne pióra, piórka, pióreczka. Nie takie zwykłe, gołębie. Tylko nietypowe. Tłumaczyłam to sobie tym, że mój Anioł Stróż zostawia w ten sposób swoje ślady. Skoro on stoi na straży tego by mi się nic się stało, to musi mieć swoją symbolikę w łapaczu. Czyż nie?

Kolejnym elementem jest małe serduszko. Według mnie tylko w sercu jest prawda. Oczy wiele mówią, wiele mówią czyny, słowa również, jeśli są szczere. Ale to, co w sercu jest tylko nasze. To to, co naprawdę myślimy. Tam są wszelkie nasze uczucia, wszystko to, czym nie zawsze dzielimy się z całym światem. W sercu jest miłość, najpiękniejsza z emocji.

Następnie yin i yang. Idealnie dopasowane, choć zupełnie przeciwne. Choćby smutek i radość. Zawsze podobało mi się porównanie ich do światła w ciemności, albo do tego, że można skruszyć nawet najtwardszy kamień. To daje nadzieję. Na to, że mamy szansę w naszym życiu, że nic nie jest przesądzone, że wszystko dzieje się po coś. Przynajmniej ja tak to interpretuję. Ale do łapacza Scarlett pasuje w stu procentach.

Klucz wiolinowy. Coś bez czego obyć się nie mogę. Muzyka! To ona nadaje sens mojemu życiu. Muzyka, która gra w moim sercu. Jest wtedy, gdy jest dobrze i gdy jest źle. Zawsze chciałam by moje życie miało soundtrack. Byłoby zabawnie. Klucz ma też drugie, jeszcze piękniejsze znaczenie: on zaczyna kolejny ciąg nut. Początek. I takich początków nam trzeba.

Nieskończoność. Skoro już coś zaczynamy, to dobrze by się nigdy nie kończyło. By nie kończyły się różne relacje dla nas ważne, by nie kończyły się chwile radości, by nie kończyła się miłość, zdrowie, szczęście. By trwały jak najdłużej.

Insygnia Śmierci: Czarna Różdżka, Peleryna Niewidka i Kamień Wskrzeszenia. Dzięki nim, ich posiadacz mógł być Panem Śmierci. Któż by nie chciał. Są w moim łapaczu, bo to w końcu myślodsiewnia Scarlett i taka jest nazwa mojego bloga. Więc jakby nie patrzeć nawiązanie do HP musiało znaleźć swoje odzwierciedlenie. Te Insygnia mogłyby namieszać mi w głowie, dlatego po chwili zastanowienia chyba najbardziej chciałabym mieć pelerynę niewidkę. Już widzę setki możliwości. Ach… Marzenie.

Phi, czyli złota liczba. Bardzo ważny dla mnie symbol. Z tego względu, że pokazuje on, że cały wszechświat musiał być stworzony jakąś nadludzką ręką. Wszystko ma idealne proporcje: budowle, natura, człowiek… Coś niesamowitego. Boski pierwiastek.

I puzzelek. Też dla mnie wyjątkowy. Oznacza to, że jestem potencjalnym dawcą szpiku i być może kiedyś będzie mi dane ofiarować ten dar z samej siebie. Oznacza to, że gdzieś tam są moje włosy, w peruce jakiejś pani, która otrzymała szansę na nowe, lepsze życie, okraszone pewnością siebie i dużą dozą kobiecością. Puzzel to też znak, że gdzieś jest moja druga połowa, że gdzieś jest moja idealnie do mnie dopasowana ścieżka, którą będę kroczyła przez resztę życia.

Oto mój łapacz. I ważna symbolika w moim życiu. Specjalnie dla Was. W podziękowaniu za to, że jesteście!

PS. Łapcie piękne chwile w życiu i nie wypuszczajcie ich z rąk!

Całuję, Wasza Scarlett.

Czy to jawa? Czy to sen?

Spałam około trzech godzin, ale chyba się wyspałam. Nie wiem, jeszcze nie porozmawiałam ze sobą na ten temat. Zobaczymy wieczorem, czy nadal będę produktywna, czy już trochę mniej. A dzisiaj na słodkie lenistwo nawet nie mam czasu… Może to i dobrze.

Dziś historia jakich wiele, ale zawsze miło łudzić się, że akurat ta twoja jest wyjątkowa. Siedziała na korytarzu. Ewidentnie na coś czekała, bo była tak spięta, że bardziej już być nie można. Nagle dało się zauważyć w niej poruszenie. Przez jedne z drzwi wyszedł ON w towarzystwie tlenionej blondynki z bobem na głowie. Szli zagadani, rozmawiający o pracy. Dobrze, że tylko o pracy. Blondyna przypominała damską wersję jego. Szczupła, aż zbytnio. Wysoka. Ubrana w genialnie dopasowaną garsonkę. Ale według niej kanciasta. O, to dobre słowo. Oboje tacy profesjonalni, tacy świetnie znający się na swojej pracy. Idealni. A na nią nawet nie spojrzał. Ani się nie odwrócił. Jakby zapomniał. Jakby zapomniał, że ma go boleć, bo przecież tak brutalnie się rozstali. Ale ona nie dała za wygraną i przyszła tam po raz drugi. Jednak jak na złość sytuacja się powtórzyła. Znowu on, blondyna, zero spojrzeń. Czuła zazdrość. Od wielu miesięcy wreszcie ją poczuła. Całą sobą. I wtedy podjęła decyzję. Chce zapomnieć. W tym celu wybrała się z przyjaciółką na wycieczkę. Jadły kanapki, piły szampana. Przeprosiła ją za dawną siebie i powiedziała na głos, że chce zacząć nowe życie. Miała w zwyczaju, że jeśli coś wypowie to nabiera to uroczystego charakteru i jest dla niej ważne. To o czym milczała było tylko jej i nie miało prawa się ziścić. Była w tym wszystkim taka przekonująca. Ale w jej oczach widać było strach. Bo ciężko jest zapomnieć o czymś, czym się żyło przez ostatni czas. Trudno jest rzucić wszystko i tak po prostu odejść. Choć kto wie…

Gdy się obudziłam byłam zaskoczona, że żadnych kanapek nie ma, choć tak przekonująco pachniały. Ale głowa mnie boli, czyli kac po szampanie ewidentny. No i ten perfekcyjny motyw podróży. Tak, to był mój sen. Mój sen o jakimś nim, jakiejś niej i tlenionej nieznajomej. Ale jak to w moich snach bywa, tylko czasem są realne. Ten od razu spisuję na straty. Ostatnio śniło mi się, że umrę za dwa dni. Dwa dni minęły dokładnie trzy dni temu. Wiem, że nie ma żadnej tlenionej. Przecież tyle razy tak skutecznie mnie zapewniał. Tylko dziwi mnie skąd się pojawiła, skoro już od dawna nie czułam zazdrości. A on: zbyt idealny jak zawsze. I ta podróż. W życiu bym nie rozpoczynała tak bezwzględnie nowego życia, bo jestem zdania, że lepiej nie zamykać kiedyś otworzonych drzwi. Jeszcze nie wiadomo kiedy będą furtką do lepszych dni.

On. Dziś mija dokładnie 8 rocznica śmierci mojej babci. Zapewne by nie pochwalała onego jego. Te jej drastyczne poglądy, w zasadzie podobne do moich… Cieszę się, że to po niej odziedziczyłam. W życiu nie pozwoliłaby mi się brać za chociażby kogoś żonatego, albo z przeszłością, albo kto wie z czym jeszcze. To w sumie bardzo mądre z jej strony. Moja mama ma to samo, tylko w złagodzonej formie. Widzi mnie u boku kogoś na poziomie, nie rudego, nie łysego, nie wykonującego ryzykownego zawodu, nie kogoś popularnego, najlepiej żeby był obcokrajowcem, żebyśmy mieli domek, na ślubie by była obecna dorożka i obowiązkowo puszczanie gołębi, żeby był wierny, zabawny, inteligentny, nie miał krzywych nóg, i wydatnego jabłka Adama i żeby nie był niższy. I mamy zrobić przed ślubem wszelkie badania na wszelkie choroby. To chyba tyle. Część z tego zapamiętam, bo warto. Też miałam niegdyś swoje warunki. Zero dywanu na klacie, zero zarostu, oczy brązowe, brunet, jeśli starszy to góra o 5 lat. Potem szybko zrewidowałam swoje poglądy. A jeśli mowa o oczach, to jednak szare. I tak niezmiennie od bodajże sześciu lat. Tak było. Teraz już nieważnie jakie oczy, jaki dywan i o ile będzie wyższy. Osiągalny jest każdy pod warunkiem, że da się go gdzieś spotkać. No i że zaiskrzy. I tak jak kiedyś mówiłam, ważne bym miała z nim o czym rozmawiać przez kolejne 50 lat. Tyle. Reszta już jest nieważna.

A on? Coraz częściej po głowie chodzi mi nasz HR. I on. Kto by pomyślał, że ten HR będzie aż taki znaczący. I on.

PS. Nie myślcie sobie, że się zakochałam. Nawet jeśli. Rzeczywistość szybko zweryfikuje moje amory. Albo sfalsyfikuje. W końcu, jakby nie patrzeć, ja naprawdę zaczynam nowe życie. Może nie tak brutalnie jak w śnie, ale na pewno dzieje się to tu i teraz.

Pozdrawiam Was i życzę miłego środka tygodnia! :)

Wasza Scarlett!

Scarlettkowy Strzał w Dziesiątkę, czyli dziesięć kroków do szczęśliwego życia… według mnie ;)

Długo szukałam jakiegoś idealnego przepisu na szczęśliwe życie. Literatura, Internet, wiedza zdroworozsądkowa… I nic. Każdy z przepisów, w którymś punkcie miał defekt. I zwyczajnie mi nie pasował. Wiem, że nie ma rzeczy idealnych, więc na własną potrzebę sformułowałam swój własny spis, taki który akurat na dzień dzisiejszy jest u mnie bardzo aktualny. Gdzieś na przestrzeni lat ewoluował, udoskonalał się i oto mogę go Wam przedstawić. Kiedy nad nim przysiadłam zrozumiałam jak bardzo zmieniły się moje priorytety, jak zmieniło się to, co daje mi z życia satysfakcję. Warto było pobyć z samą sobą. Spójrzcie…

1. Darz innych szacunkiem.

2. Bądź asertywny.

3. Wybaczaj i proś o wybaczenie.

4. Otaczaj się pozytywnymi ludźmi.

5. Twórz piękne wspomnienia.

6. Nie zaniedbuj siebie.

7. Nie martw się o jutro.

8. Niech Twoje marzenia staną się Twoimi celami.

9. Kochaj…

10. …i rób co chcesz.

A teraz trochę wyjaśnień.

Po pierwsze, szacunek. Przez wiele lat nie zwracałam uwagi na to, czy ktoś jest wobec mnie szczery, czy traktuje mnie jak równego sobie, czy mną pomiata. Może inaczej, zauważałam to, ale jakoś znosiłam wszelkie docinki, szyderstwa, kłamstwa. Jednak, już od dłuższego czasu, boli mnie fakt, jacy ludzie potrafią być wobec siebie wredni. Jak zieją nienawiścią, choć czasem drugi człowiek niczemu nie zawinił. Oczerniają innych, a sami są hipokrytami. Bawią się uczuciami, są chamscy, traktują innych jak kogoś gorszego. Wyznaję zasadę by traktować innych tak, jak sama chciałabym być traktowana. Kiedy chcę komuś powiedzieć o czymś, co mi się w jego zachowaniu nie podoba, staram się używać merytorycznych argumentów, a nie zachowywać się jak rozhisteryzowana małolata. I tego samego oczekuję od innych. Szacunek przede wszystkim. Bo po co komuś niekonstruktywne i uwłaczające uwagi…?

Po wtóre, asertywność. Asertywność to nie tylko sztuka mówienia NIE. Chociaż muszę przyznać, że też przez dłuższy czas nie zauważałam, że jestem wykorzystywana przez ludzi, że żerują na mnie. Było to bardzo dawno temu i nawet nie ma sensu do tego wracać. Teraz wiem kiedy mogę się na coś zgodzić, kiedy zaś odmówić. Asertywność to też zdolność proszenia innych o pomoc. To sztuka przyjmowania komplementów. A także autentyczność, bycie sobą. Wyrażanie własnych opinii. Mogłabym tak mnożyć i mnożyć. Ale nic nie zmieni faktu, że warto być asertywnym, bo dzięki temu możemy poczuć własną odrębność, a jednocześnie wyjątkowość. Co za tym idzie, wszystko skutkuje podwyższeniem samooceny.

Wybaczanie. Długo nie było takiego hasła w moim słowniku. Aż do momentu gdy zaczęli odchodzić ci, których już nie mogłam prosić o wybaczenie i którzy nie mogli o nie prosić mnie. Z wybaczaniem jest u mnie bardzo trudno. Choć chyba coraz lepiej. Przepraszać i prosić o wybaczenie też zaczynam coraz częściej. To ważne. Jeśli wybaczymy komuś, chociażby w sercu lub sami przyznamy się do błędu, to jest o wiele lżej. Wiem co mówię. Ostatnio miałam okazję przeprosić i uwierzcie, że od tego czasu nawet lepiej śpię. Nie było łatwo, oczywiście, ale czy ktoś mówił, że życie jest proste…?

Pozytywni ludzie. Brzmi dziwnie. Nie chciałam pisać, że optymiści, bo nie do końca o to mi chodzi. Dla mnie pozytywny człowiek to taki, który potrafi dostrzec piękno chwili, który potrafi zachwycić się najdrobniejszą rzeczą. Który jest, gdy go potrzebujemy. Który powie kilka dobrych słów, którymi poprawi nam humor. Pozytywny człowiek nie będzie za dużo narzekał, a nawet jeśli, to zawsze znajdzie jakiś walor danej sytuacji. To ktoś z nutką szaleństwa, ciekawy świata, ludzi. Ktoś, komu można zaufać. Miły, ciepły, choć z pazurem. Roztaczający aurę radości. Warto choćby o kilku takich w naszym towarzystwie. Sami wiecie jak to jest, gdy ktoś wiecznie narzeka, że życie jest szare, bure i beee. Bądźmy pozytywni i z takowymi znajomości pielęgnujmy!

Tworzenie pięknych wspomnień. Poprzez podróże, spotkania z ciekawymi ludźmi, robienie tego czego się kocha. Piękne wspomnienia to coś, co można wydobyć w najgorszych momentach i przypomnieć sobie, że skoro kiedyś było pięknie, to teraz tym bardziej może być. Wspomnienia, które odtwarzamy w głowie przed snem zamiast marzenia o czymś, co może nigdy nie nastąpić. Warto takie kolekcjonować i się nimi raz po raz zachwycać.

Dobre traktowanie ludzi, albo traktowanie ich tak jak na to zasługują (choć tak jak mówiłam: z szacunkiem) – to jedno. Ale przede wszystkim, należy dobrze traktować siebie. Dbać o zdrowie, o dobre samopoczucie, o własny spokój, o relaks i chwile tylko dla siebie. Zadbanie o siebie da nam więcej niż się z pozoru wydaje.

Jedyne nad czym jesteśmy w stanie zapanować to nasze TERAZ. To co się już zdarzyło oczywiście ma znaczenie, a ludzie których spotkaliśmy, nie pojawili się przypadkowo. Piękne i złe wspomnienia też są po coś. Plany, aspiracje na przyszłość, również są istotne. Jednak zamartwianie się czymś, na co nie mamy wpływu sprawia, że pogrążamy się we własnym czarnowidztwie. A po co?

Marzysz o lepszej pracy, nowym mieszkaniu, podróży na Majorkę? A gdyby wpisać to do listy celów? Lepsza praca może wymagać podniesienia kwalifikacji, ale warto rozejrzeć się czy jakieś szkoły nie oferują bezpłatnych kursów, szkoleń. Metoda małych kroczków. Na Majorkę też można odkładać pieniążki. Może rzucisz papierosy, a pieniądze za niekupione paczki odłożysz na urlop? To samo z mieszkaniem. Marzenia są tym piękniejsze, gdy staną się celami. Serio!

Kochaj i rób co chcesz. Znana maksyma. Kochać. Możemy ludzi, zwierzęta, świat. Jak się ostatnio śmiałam, że kocham, kiedy swędzi mnie serce ;) Gdy kochamy widzimy świat w piękniejszych barwach. Jakżeby inaczej, przecież centrum naszego świata staje się ukochany/na/ne.

I rób co chcesz… Ważne, żeby to było zgodne z normami akceptowalnymi społecznie i nie naruszając kodeksu karnego (i innych), bo inaczej Twoje życie nie będzie szczęśliwe, tylko będziesz się martwił o swoją rozbuchaną kartotekę. Rób to, co Ty chcesz, a nie realizuj planu, który mają na Ciebie inni. Rób to, co Cię rozwija, sprawia Ci radość. I rób tego dużo.

I to jest mój przepis na życie i na szczęście. Póki co, sprawdza się genialnie. Może kiedyś się zmieni… Kto wie. Do tego czasu będę mieszać te składniki w kotle rzeczywistości. Aż za każdym razem będzie powstawać coraz to pyszniejsza potrawa, zwana Moim Szczęśliwym Życiem.

PS. I takiego życia życzę też Wam! Cieszcie się choćby małymi szczęściami!

Wasza Scarlett ;*

Moja wyobraźnia nie ma granic. Znowu.

Chyba nie ma nic lepszego niż dobra książka. Może oprócz gorącej kawy, tańca, muzyki, porządnego i pozytywnego zmęczenia oraz uśmiechu drugiej osoby. I wielu innych rzeczy oraz uczuć, o których nie będę mówić, bo się rozmarzę ;)

Ostatnio, tak na poważnie, wróciłam do książek. Dawno nie czytałam. A jak czytałam to po dwa, trzy zdania, bo wiecznie brakowało sił, czasu i przede wszystkim, ochoty. Wokół cały czas coś się działo i skutecznie mnie to rozpraszało. Nie czuję kiedy rymuję! ;)

Niegdyś kochałam czytać. Pochłaniałam książkę na dzień. Albo i dwie. Nic nie było mnie w stanie oderwać od tej przyjemności. Czytałam wszystko, jak leciało. Po pewnym czasie stałam się wybredną czytelniczką. Nie zadowalałam się wiecznie tą samą fabułą. Poznali się przypadkiem, ich miłość była niemożliwa, ale wreszcie się zeszli i celebrowali wspólne życie. Nagle, chwilowy zwrot akcji, kłótnia. I znów się schodzą i żyją długo oraz szczęśliwie… aż do porzygu tęczą. Starałam się selekcjonować książki, znajdować nowe wątki, nietypowe historie. Może dlatego przestałam czytać, bo coraz trudniej było mi znaleźć coś, co by mnie satysfakcjonowało… Przez pewien czas miałam zajawkę na same poradniki i książki psychologiczne. Może chciałam się czegoś o sobie dowiedzieć…? Ale raczej po to, by pogłębić swoją wiedzę. Cóż, powtarzam po raz setny, człowiek cały czas się uczy. Taka tematyka mnie akurat nie znudziła, bo jakże by, ale przesyt w tej materii też nie jest wskazany. Jedno jest pewne, II wojna światowa to wątek, o którym mogłabym czytać miesiącami. Choć jest bolesny i taki niesprawiedliwy, z resztą jak zwykle, jeśli chodzi o bezsensowne mordowanie milionów istnień. Ale też, końcem końców, ile można czytać o śmierci…? Dlatego szukam teraz książek, które mnie zachwycą. Jeśli takie znacie i chcielibyście mi je polecić, to czekam z niecierpliwością!

Patrząc na moje mieszkanie, można rzec, że pomieszkuję w bibliotece. Tak wielu z tych książek jeszcze nie przeczytałam. Ale teraz wracam z dumą do czytania i znów odnajduję w tym dawną frajdę. Szczerze? Wolę nawet przeczytać dobrą książkę niż obejrzeć dobry film. A jeszcze do niedawna szłam na łatwiznę w tym względzie. Na łatwiznę? Scarlett co ty wygadujesz? Prawdę i tylko prawdę, bo jakby nie patrzeć, film jest dla mnie łatwizną. Oprócz uważnego śledzenia fabuły, nie wymaga wielkiego myślenia. Pomijając filmy, po których warto zastanowić się nad sobą i swoim postępowaniem. Czasem filmy też mnie zachwycają, to fakt. Czasem są dla mnie genialną odskocznią, to fakt. Ale ten czas spędzony sam na sam z książką, to coś, co polecam każdemu. Książka pozwala nam na uruchomienie wyobraźni. Każdy z nas inaczej wyobraża sobie głównego bohatera, miejsca w których przebywają uczestnicy akcji. Wymaga to wysiłku umysłowego, a proces tworzenia i efekt końcowy sprawiają, że historie, które rozgrywamy w naszej głowie są niepowtarzalne. Tylko nasze. Tego tak bardzo mi brakowało. 

Moja wyobraźnia ostatnimi czasy skupiała się tylko na wizualizacjach własnego życia. Wyobrażałam sobie rozmowy, które odbędę, a które będą tak cholernie idealne i ważne w moim życiu. Widziałam oczami wyobraźni jak osiągam cele. Dążę do wszystkiego, co sobie zaplanowałam. Nie powiem, wizualizacja to świetne narzędzie pobudzające kreatywność i sprawiające, że można oswoić się z wieloma sytuacjami w życiu. Ale teraz pozwalam sobie na zwykłe i zarazem niezwykłe fantazjowanie. Tak, uciekam czasem w świat fantazji i nie wstydzę się tego. Trochę tak, jakbym wracała do czasów dzieciństwa. W myślach spotykam się z ludźmi, z którymi, przez swoje wybory, być może już nigdy się nie spotkam. Odbywamy długie rozmowy — o niczym. Kiedyś te fantazje bolały, bo wiedziałam, że nigdy się nie spełnią. A przecież jeśli będę sobie coś wmawiać, to tylko niepotrzebnie się nakręcę. Teraz jest mi wszystko jedno. Wyobraźnia jest moją siłą. Może i większość z tych wyimaginowanych historii nigdy nie będzie mieć miejsca, ale kto wie, moje życie przecież bywa lepsze niż w niejednej książce :) I nie, nie jest to uciekanie w świat fantazji, bo wokół panuje nuda i ogólna szarość. O moim życiu można powiedzieć wszystko, ale nie, że jest nudne i szablonowe. Chyba chodzi o to, że podobno to, o czym myślimy, często się ziszcza. Dlatego też wysyłam w wszechświat same pozytywne myśli. Niech ma. Może ten optymizm wróci z podwojoną siłą i zagości u mnie na zawsze ;) Przecież fantazja też jest potrzebna, bez niej byłoby nijako. A książki bardzo w tym pomagają. Dają możliwość poszerzania horyzontów. Co za tym idzie, ubogacają, jak nic innego. Tego w końcu pragnę od życia i świata wokół :)

Wasza, zaczytana i w życiu zakochana, Scarlett!