Styczeń 2018
N P W Ś C P S
« paź    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

zakochanie

Scarlett i jej przypadki. Za jakie grzechy…

Pisząc ten tekst stwierdziłam, że zrobię sobie przerwę i obejrzę film pt. „Za jakie grzechy, dobry Boże”. Nie żałuję. Fenomenalny! Zaśmiewałam się do łez. A stereotypy w nim zawarte, są epicko pokazane. No i zawsze jest nadzieja, że można się dogadać, choćby z pozoru wyglądało to na mission impossible ;)

Ostatnio długo zastanawiałam się nad tym czy wyrzucić z siebie wszystko, co mam do powiedzenia, na temat tych moich nieszczęsnych niby przyjaciół i niby ukochanej kuzynki. Ale dobrze było się Wam wygadać. I jeszcze cudownie wsparliście mnie, za co jestem Wam ogromnie wdzięczna i teraz wiem, że warto było puścić ich wszystkich wolno. Nad dzisiejszym postem też się zastanawiałam, bo są to luźne wspomnienia. Kiedyś mnie straszyły, teraz mnie bawią. I jeśli miałabym się zastanawiać nad celami tego postu… To zapewne na pierwszym miejscu celem byłaby rekreacja. A nuż się pośmiejecie jakie to ta Scarlett miała historie w życiu. Też trochę ku przestrodze, bo strasznie trzeba uważać na ludzi. I też ku nadziei, że pomimo takich dziwnych historii, na świecie są też wspaniali faceci. Tak, kochane babki, to prawda. Wersja dla facetów: tak, to Wy jesteście wspaniali. 

To zaczynamy. Mężczyzn tych nie mogę nazywać po imieniu, bo licho nie śpi. Określeniami zwierząt czy też cyferek nie chciałam ich nazywać. Żal kogokolwiek i cokolwiek obrażać. Miałam nawet pomysł, by lecieć po przyrządach medycznych, ale za bardzo kocham medycynę. Po DSM czy ICD mogliby się zorientować ;) Wybrałam przypadki. Zawsze wolałam matematykę, a nie j. polski. Więc przypadki jak najbardziej. 

Ale halo, halo, Wy nawet nie wiecie o czym ja, tak na dobrą sprawę, chcę pisać. A chcę pisać o mężczyznach, którzy pojawili się w moim życiu przez pomyłkę. Są to tylko te dziwniejsze przypadki. Nie ma sensu pisać o wszystkich. Dzięki temu trochę mnie poznacie.

Do przypadków dodam jeszcze nazwy Czasownik i Przymiotnik, bo nawet w tym wypadku same przypadki się nie przydały ;)

Lecimy po kolei.

Mianownik.

Dla mnie mianownik to coś podstawowego. Jego przezwisko też oznaczało coś podstawowego. Może stad te skojarzenie. Nie byłam z nim, ale szczerze mnie irytował. Nie możesz jeść tostów, ciastków, pić mleka, robić tego, tamtego. Dupa rośnie. I w ogóle wszystko rośnie. Wiecznie się wymądrzał, ale nie dla mojego dobra, tylko by mnie zirytować. To były czasy gimnazjum, więc myślałam, że końskie zaloty już dawno za nami. Jakież było moje zdziwienie kiedy jego babcia powiedziała mojej mamie, że on nic innego nie robi, tylko w domu wychwala Scarlett. A mnie opierdalał aż miło. Jeśli tak wygląda miłość, to ja pasuję… No dobra, też czasami się na kogoś złoszczę, a tak naprawdę kocham go całym sercem. Ale są granice. Pewnego dnia miarka się przebrała, skasowałam go nawet na fb. Bo teraz, zamiast kulturalnie zepchnąć kogoś ze schodów, to usuwa się ludzi z portali. Ale z drugiej strony, po co mają zalegać na wypielęgnowanym profilu? Dla lajków?! Czy dla poczucia jaka to ja jestem lubiana i znana?! Wtedy on się zreflektował, zaczął mnie przepraszać. Przeprosiny przyjęłam, ale wszystko się skończyło. Teraz, gdy widzimy się na ulicy udajemy, że się nie znamy. Za to jego siostrzenica za bardzo mnie polubiła. Co mnie widzi, to się uśmiecha, zagaduje i robi śmieszne miny. No i masz…

Przestroga? I dla kobiet i dla mężczyzn. Jeśli kogoś kochamy, to dajmy mu to czasem do zrozumienia również dobrym słowem, a nie tylko wrzutami. I kasujmy z facebooka osoby, które są nam niepotrzebne. Bo po co trzymać drewno w lesie. 

Dopełniacz.

Dobrze się złożyło, bo to podobna historia do poprzedniej. Dopełniacz, mężczyzna, który dopełnia sobą kobiety w okolicy. Mówiąc konkretnie: zapładnia. Nie pamiętam bym miała z nim jakąkolwiek styczność. Ale nie o TAKĄ styczność mi chodzi. Ja z nim chyba nawet słowa nie zamieniłam. Może raz? Albo dwa? Sto lat temu? I o ile ja się nim nie interesowałam, to on mną a i owszem. I znów dowiedziałam się o tym w idiotyczny sposób, bo jego mama powiedziała o tym mojej mamie. Teraz na tę matkę patrzeć nie mogę. Na niego też nie. Podobno ostatnio spłodził kolejne dziecko. A ja tylko truchleję na samą myśl, jak te kobiety mogą być takie nierozsądne. I omijam jego samego i jego dom z daleka. A co. Może on rozsiewa plemniki w jakiś inny sposób? Bo nie wierzę jak te 4 czy 5 kobiet mogło się nabrać na takiego… takiego… byka rozpłodowego. Pomijając młode dziewczęta, starsze kobiety też wchodziły z nim w romanse. A on nawet urodą nie grzeszy. Ani pozycją społeczną. Ani charakterem. Takie rzeczy.

Przestroga? Unikajcie takich typów. Kto to wie, czy on w ogóle alimenty płaci czy cóś. Zostaniecie z dzieckiem i klops. I słuchajcie opinii innych na temat facetów. W każdej opinii jest nuta prawdy. Mężczyźni: słuchajcie też opinii na temat kobiet, bo jeśli z 10 osób mówi to samo, to odrobina prawdy w tym musi być.

Celownik.

Gdy w nocy sobie o nim przypomniałam, to aż mi się śmiać zachciało. Miałam wtedy może 17 lat, albo już 18. Wracałyśmy z przyjaciółką z urodzin, czy z jakiejś imprezy. I mamy taki zwyczaj, że zanim się rozstaniemy, to siadamy sobie na przystanku, który jest nieopodal mojego domu. A gdy już się nagadamy, to wtedy się rozstajemy rozchichotane. Nie inaczej było w tym przypadku. I nagle dosiadło się do nas takich dwóch. Mówili ile mają lat, ale kto by to pamiętał. Ja się bałam, że albo nas okradną, albo pobiją, albo zgwałcą. Po głowie mojej przyjaciółki chodziły te same myśli. Byli pijani, usiedli tak blisko, że bliżej się nie dało. Jeden miział moją przyjaciółkę po plecach i opowiadał bajeczki. Mój towarzysz był tak pijany, że ledwo siedział i pamiętam tylko jego nos, bo o mało a by nim we mnie wcelował. I stąd celownik. Myślałyśmy, że szybko się znudzą. Tak się jednak nie stało. Ale w końcu się wyrwałyśmy, obeszłyśmy osiedle jeszcze raz, żeby nie wiedzieli gdzie mieszkamy i poszłyśmy do domów. Ale stracha miałyśmy, bo wiadomo gdzie to się mogło zaczaić…

Przestroga? Jeśli intuicja od razu podpowiada Wam, by zwiewać to zwiewajcie. Nie ma w życiu czasu, by tracić go na takich palantów, którzy nic sobą nie reprezentują… no chyba, że procenty.

Biernik.

Ach, to w miarę świeża historia. Biernik… bo książę biernie czekał na księżniczkę. Chociaż nie biernie… Przecież wokół omamiał inne. Biernik był moim przyjacielem. Nawet nie wiem jak się zaprzyjaźniliśmy. Miły, sympatyczny, dobrze ubrany. I spełniał wszystkie zachcianki… wszystkich dookoła. Był nawet taki okres w naszej krótkiej historii, że mi płacił. Nieważne za co. I nie jest to to o czym myślicie. Ani to drugie też nie. Wszystko chyba by trwało, gdybym… albo wreszcie zgodziła się na seks, albo nie wykryła, że w czasie kiedy ze mną nie rozmawia, interesuje się wszystkimi kobietami dookoła. Co mu zgrabnie wygarnęłam. Nie miał nic na swoją obronę. I przyjaźń jak szybko się zaczęła, tak się skończyła. Z niego to taka męczydupa była. Ostatnio podchwyciłam ten tekst i nawet bardziej mi pasuje niż melepeta. Melepeta to takie słodkie coś jak dla mnie, a męczydupa wręcz przeciwnie. Nie dość, że był nudny, to wiecznie gadał tylko o jednym, a jak chciało się go zapytać o zdanie, to niewiele miał do powiedzenia. Taki zły nie był, bo jak coś chciałaś/chciałeś to leciał na złamanie karku i w mojej obecnej sytuacji szofera z chęcią bym przygarnęła. Ale za te wszystkie uciążliwości… Wolę już sama sobie radzić.

Przestroga? Czasem ktoś się chce z nami zaprzyjaźnić, bo tak naprawdę szuka czegoś innego. Miłości? Naiwności? Wyręczenia w czymś? A samo to, że ktoś jest miły… Czy to wystarcza? W momencie gdy aż zawiewa fałszem?

Narzędnik.

Podobna męczydupa. Narządnik powinien się nazywać. I nie chodzi tu o to, że namawiał mnie do sprzedaży nerek. Było wszystko pięknie ładnie… przez pół roku. Jedliśmy sobie z dziubków, i to dosłownie. Potem dowiedziałam się, że on ma przedziwne skłonności. Że kochał się z kimś w krzakach, z kimś innym w przebieralni, w toalecie miejskiej… Opowiadał mi to z takim zapałem, że aż trudno było uwierzyć. Potem mnie do tego gorąco namawiał wysyłając mi fotki swojego penisa. No nie bójmy się użyć tego słowa. I o ile na początku mnie to bawiło, to potem zostaliśmy tylko przyjaciółmi. Przyjaźń mi pasowała. Lubiliśmy gadać godzinami, potrafił mi pomóc itd. Gdy był w związku, to jeszcze jakoś nam się przyjaźń układała. Jednak gdy związek się kończył, on zawsze wracał do mnie i znowu wysyłał swoje narządy. Nie wiem, jakbym ja penisów się w życiu nie naoglądała i musiał mnie czymś zachęcić. Szkoda, że tak mało miał do zaoferowania… Sytuacja powtarzała się przez kilka dobrych lat, bo ja naprawdę wierzyłam, że on się zmieni i to będzie kiedyś czysta przyjaźń. Ale na szczęście wszystko się skończyło. Bo wreszcie zmądrzałam.

Przestroga? Wiejcie… No chyba, że lubicie porno. Dużo i często.

Miejscownik.

Bo znajdzie Cię wszędzie i o każdej porze. Jego to nawet z imienia nie pamiętam :D Poznałam go idąc ulicą. Niegroźny, choć dziwnie świdrował rozmówcę oczami. Pytał o drogę gdzieśtam. Kulturalnie odpowiedziałam, że nie wiem. Przewodnikiem turystycznym nie jestem. Wywiązała się krótka rozmowa, po której on stwierdził, że dobrze nam się gada. Bo dobrze nam się gadało i nawet brzydki nie był. Wręcz wtedy w moim typie. Wymieniliśmy się telefonami. Po chwili zaczęły przychodzić do mnie SMSy. Że jestem atrakcyjna, bla bla bla i kiedy ta kawa. O ile to było w miarę normalne, potem zaczęły się pytania… czy noszę czasem mini, czy często chodzę w legginsach, czy ubieram majtki. Już zapaliła mi się czerwona lampka. Ale myślę przestanę odpowiadać, to się odczepi. I tak by było. Jednak pech chciał, że chyba po około dwóch tygodniach idę kulturalnie po schodach do mojego domu. Nagle ktoś staje autem, zagradza mi wejście do drzwi i pyta o kawę. Spojrzałam na niego, ciśnienie mi wzrosło ze strachu (ale to dobrze dla hipotonika). Powiedziałam prawdę, że te jego smsy nie przypadły mi do gustu i nici z kawy. Coś tam jeszcze pomarudził i odjechał. Uf. Jednak przez kolejny dzień miałam dziwną manię prześladowczą… Nie polecam.

Przestroga? Nie podawajcie numeru telefonu byle komu.

Wołacz.

O! Długo się zastanawiałam, czy wrzucić go do jednego worka z tymi dziwnymi mężczyznami. Bo nasza miłość trwała dosyć długo. I był dla mnie bardzo ważny. Ale toksyczny. Mimo wszystko. Chciałam go nazwać mammografem, gdy myślałam o medycznych terminach, bo nasza miłość zaczęła się od moich piersi. Zanim poznał mnie, poznał je. Nie pytajcie jak to się stało, no ale sobie pomacał. Co ja poradzę. Tłok był. Potem na niego spojrzałam. Taki przystojny. Uosobienie męskiej atrakcyjności. Bujne ciemne włosy, śniada cera, hollywoodzki uśmiech, szare oczka, pełne usta, duże dłonie. Konie kraść… Po jakimś czasie się poznaliśmy. Okazało się, że nie tylko pisze piękne wiersze, ale też jest wokalistą. Przegadywaliśmy całe noce. Tak uroczo dopieprzał się do moich opisów na GG. Sielanka trwała z rok. O rok za dużo :D Potem wszystko przestało mu się podobać. Moje studia, mój sposób na życie, moje poglądy… I kłótnia i koniec znajomości. I duma. Ale potem kulturalnie się przeprosiliśmy, powiedzieliśmy sobie kilka ciepłych słów. I nadal marzyłam o tym, że jak się rozwiedzie to będziemy kiedyś razem :D Nie, spokojnie, ja go poznałam zanim pobrał się z nią. Nie żebym rozwalała małżeństwa. To nie mój kochanek. Mój Kochanek, to tylko kochanek z nazwy, a nie ze stanu cywilnego. Ostatnio widziałam tego mojego Wołacza. Spojrzał mi głęboko w oczy, ja jemu. On coś krzyczał do kogoś, ja do kogoś. Bo my zawsze lubiliśmy wokół siebie robić dużo hałasu i zamieszania. I widziałam, że on się bardziej wkurzył na mój widok. A ja? Nie poczułam totalnie nic. No, może dumę, że wreszcie nic do niego nie czuję. I nawet jak się rozwiedzie, to wiem, że nic z tego nie będzie.

Przestroga? Bajka nie zawsze jest bajką, a może zamienić się w koszmar… Szkoda tracić czasu dla facetów, którzy zaniżają Twoje poczucie wartości. Od razu mogła mi się zaświecić czerwona lampka, bo te jego cięte riposty, ta ironia… ale kobieta zakochana ma klapki na oczach. Jednak mimo wszystko miło wspominam tamte chwile. Był długo moim ideałem. Po nim zakochiwałam się na krótko, na chwilę, niestabilnie. Ale pozostała mi miłość do wokalistów. I tych, którzy lubią gadać mądre rzeczy. I pisać do mnie po nocach. Ach. 

Czasownik.

O czasowniku mogłabym mówić długo. Bo poznałam go wtedy, kiedy czekałam na kogoś innego. Dla urozmaicenia napiszę Wam historyjkę. To była wiosna jak każda inna. W dzień słońce ocieplało nawet najzimniejszy metal, za to noce były do głębi chłodne i ponure. I właśnie w taki wieczór wyszłam na spacer. Zanim jednak wyszłam, ubrałam się pięknie, zrobiłam pełny make-up. A co! Choć wiedziałam, że wtedy nie mogłam już na wiele liczyć. Przecież się pokłóciliśmy i oboje wiedzieliśmy, że od tamtego momentu nic nie będzie takie same. Mama jeszcze na odchodnym rzuciła: znając życie, on będzie tam na Ciebie czekał. Nie wiadomo czemu to powiedziała. Może tak jak ja czuła, że to coś między nami, to zdecydowanie coś więcej, dużo więcej niż oczekiwaliśmy. A ja na odchodnym powiedziałam: wiem, dziś spotkam miłość swojego życia. I wyszłam. Słońce powolutku zachodziło, ale było jeszcze wystarczająco ciepło. Po drodze widziałam wielu podobnych do niego. Jakby na akord w tę okolicę zjechały się wszystkie jego sobowtóry. Co więcej, czułam go. Czułam go i czułam się dzięki temu bezpieczna. Po krótkim spacerze przysiadłam na ławce. Ściemniło się, zrobiło się chłodno, ale mi to nie przeszkadzało. Zatopiłam się w swoich myślach. Przed moimi oczami kilka razy przeparadował dziwny facet. Znałam go z widzenia i obawiałam się, że w końcu podejdzie i czegoś ode mnie będzie chciał. Czego mógł chcieć? Zapewne się umówić. No przecież. Bo to cudowna ironia. Wreszcie ten facet usiadł kilka ławek dalej. A ja mogłam myśleć o wszystkim, co się wydarzyło. Zastanawiałam się czy coś naprawić, czy zostawić wszystko swojemu biegowi. Uroniłam kilka łez, bo życie było takie niesprawiedliwe. Choć momentami uśmiechałam się do swoich myśli, bo przecież jeszcze z miesiąc temu uważałam, że pora skończyć tę chorą miłość, a raz po raz do niej wracałam. Gdy już pobiłam się z własnymi myślami, gdy odzyskałam względny spokój, i jakie to przyziemne: gdy zgłodniałam i zachciało mi się spać, wstałam. Nagle ktoś za mną krzyknął. Okazało się, że ten facet nadal tam siedział. Było ciemno, ponuro, tylko on i ja na odludziu. Zimno. A on się pyta, jak gdyby nigdy nic, czy umówię się z nim na kawę, a może teraz pójdę z nim na spacer…? Bo wie, że bywam tu często, już nie raz mnie widział. Nie wiedziałam, uciekać czy zaśmiać mu się prosto w twarz. Co mówiłam wychodząc z domu? Że spotkam miłość życia? O ironio. Nie chciałam być chamska i wredna, przecież zawsze taka byłam. Powiedziałam, że się zastanowię, ale nie podałam swojego numeru. Na drugi dzień znów go spotkałam. Dałam mu kosza. Nie wiem po co wcześniej dałam mu nadzieję. Chociaż wiem, myślałam że go już nie spotkam i nie będę musiała kolejny raz dawać komuś kosza. Jednak po tym wszystkim, wracając do domu, uciekając od kolejnego idioty, w myślach pogratulowałam mu jedynie odwagi. Bo ci faceci naprawdę byli odważni, że śmieli zagadać do totalnie obcej kobiety. Jeszcze z takim żałosnym tekstem. I podziękowałam Bogu, że ten, kogo wtedy tak kochałam, jest po prostu normalny. Taki najnormalniejszy. Dziękuję za to, że byłeś w moim życiu choć przez chwilę. Przez chwilę, bo to chyba nie był nawet cały rok. Jakkolwiek to wszystko, co między nami było, było nierealne, to przynajmniej czułam się bezpiecznie. Jak nigdzie. Dziś gdy Cię widzę, nadal czuje ciepło na sercu, choć nie jesteś już mój. Chciałabym kiedyś minąć go tak jak ostatnio swojego Wołacza… podnieść wysoko głowę, wypiąć pierś i stwierdzić, że to była miła przygoda, ale jak dobrze, że już nic do niego nie czuje. I ten uśmiech, bo już wiem, że ta historia jest definitywnie zamknięta. Jednak potrzebuję czasu. Bo jak już go spotkam, nie będzie odwrotu. Będę musiała podjąć decyzję. Albo ciągnąć to dalej, albo usunąć się w cień na zawsze. A boję się, że wniknę w mgłę jego oczu i już nigdy się stamtąd nie wydostanę. Najgorsze, że wiem, że on czeka i będzie czekał. I pójdę kiedyś, być może w to samo miejsce i on tam będzie. Wiem to. Ale jak skończy się ta historia? Pokaże czas, życie, los i miłość. Która póki co pięknie trwa. A Czasownik ponoć ma ostatnio jakieś problemy psychiczne. Mam tylko nadzieję, że nie przeze mnie.

Przestroga? Ciężko mi być obiektywną… W końcu on dał mi do zrozumienia, kto jest dla mnie ważny. Jednak, hm, nie dawajcie nadziei, jeśli wiecie, że i tak ją komuś odbierzecie. Może nieświadomie go skrzywdziłam? Może zraniłam jego uczucia? 

Przymiotnik.

Bez przymiotów. Spotkałam go na swojej drodze po obalonej cytrynówce. Mam ogromnie mocną głowę, więc stwierdziłam, że idę na spacer. I poszłam. Było duszno, ale bez przesady. Byłam na rauszu, więc było mi wszystko jedno. On. Łysiejący, grubo ode mnie starszy, facet bez perspektyw. I zagaduje, że mnie obserwuje od jakiegoś czasu. Że to i tamto, że musiał zagadać. Chapeau bas. I że mnie podprowadzi kawałek. Nie dałam numeru, nie pozwoliłam zobaczyć domu. Uczę się na błędach. Na pytanie co robi w tym mieście powiedział… że tylko mieszka. Jakie to żałosne. Był tak nudny, gadał tylko o pogodzie. Że mu gorąco i za gorąco. Widziałam go potem dosyć często, kończyło się na cześć. Dziwny. Niby zagadał, a potem w ogóle się nie starał…

Przestroga? Jeśli Wam na kimś zależy to walczcie! Bo cóż to za pierwszy krok bez dalszych starań?!

Teraz widzę ile razy to właśnie ja olewałam facetów. W drugą stronę rzadko się zdarzało. Mnie tylko olewają przyjaciele :D Nie ma co się śmiać, to nawet smutne. Ale prawdziwi przyjaciele by nie odchodzili. I to akurat pocieszające :)

Wiem też, że w powyższych sytuacjach nie zachowywałam się idealnie. Bo powinnam od razu wyznaczyć granice, od razu zwiewać, od razu stawiać sprawę jasno, bądź co tam jeszcze. Żeby to nie wyglądało tak, że oczerniam wszystkich wokół, a sama zgrywam świętą. Nie. Doskonale wiem, gdzie popełniłam błędy. I już je wypleniłam ze swojego schematycznego działania.

Jeśli chodzi o wnioski z tego wpisu… Macie je w dużej mierze w przestrogach. Ale chyba najważniejszy wniosek jest taki: doceniajcie swoje życie, swoje związki, to co macie. Moje historie teraz brzmią bardzo lekko i z humorem, bo wszystko działo się dość dawno temu. Ale w samym momencie tych zdarzeń… nie zawsze było pięknie i kolorowo.

Z podziękowaniem dla Panów, którzy otworzyli mi oczy na wiele spraw.

Scarlett. 

Scarlett szuka męża? Czyli chwila refleksji nad tym i owym. I nad tamtym też.

Będzie długo. O wszystkim, lecz nie o niczym, jak to zwykłam mówić. A będzie długo i dygresyjnie, ponieważ najprawdopodobniej wrócę tutaj po Dniu Zadusznym, a i wtedy nie wiem jak będzie wyglądała moja przygoda z laptopem, bo już jedną stopą będę wyjeżdżała (wiadomo, wyjazd z całą feerią sprzętu elektronicznego, nie byłby tym samym, co długie rozmowy face-to-face i wycieczki z papierową mapą). Z czego się ogromnie cieszę i trzymajcie kciuki, by było pięknie, a nawet piękniej :)

A tytuł przewrotny. Bo o miłości też zamierzam powiedzieć. Napisać w zasadzie. Podobno po kobiecie od razu można poznać, że jest zakochana. Nawet, kiedy ona sama tego nie przyzna. Dlatego mówię wszem i wobec. Tak, kocham. Jesień :P I tego się trzymajmy ;)

Jeśli już zraziłam Was samym wstępem, to nie czytajcie dalej. Nikogo nie zmuszam. A jeśli mimo wszystko chcecie się zagłębić w moje dywagacje, to idźcie po kubek herbaty, względnie kakao, rozsiądźcie się wygodnie w fotelu i czytajcie. Może przy okazji naskrobiecie jakiś komentarz? Czy też wyklikacie. Byłoby mi miło :) Jednak zanim przejdę do zawiłego meritum, dla tych leniwych i rozczarowanych moim blogiem wrzucam zdjęcia miasta, które odwiedziłam wiosną, a teraz będę miała okazję zobaczyć jesienią. Żebyście też coś mieli z moich wypocin, skoro dalszy tekst Was nie interesuje. Trochę jak z dziećmi… Najlepiej dać obrazki, żeby się zaciekawiły ;) Dobra, fotki jak to fotki, każdy kto był w Krakowie ma podobne. Jednak mi się moje podobają. Subiektywnie. I tyle ;) A najbardziej głowa konia! :D Bo łeb, to zbyt drastyczne określenie. Łeb to raczej tego faceta, który mi się wpakował w fotkę nr 2. Ale przynajmniej chociaż w taki sposób te zdjęcia wyróżniają się z setek im podobnych.

łóoół jest i onPooglądane? No to… Cóż… Zacznę od tego, że… Jestem otwarta, tolerancyjna… Dodałabym, że miła i sympatyczna, ale bynajmniej nie jest to reklama mojej osoby przymierzającej się do roli potencjalnej przyszłej żony. Zwyczajnie, doceniam miłość w każdej postaci, o ile nie zakrawa o czyny łudząco przypominające poszczególne artykuły kodeksu karnego. Jestem zwolenniczką miłości, szczęśliwych związków, par całujących się na ulicy (choć w tym przypadku muszę zastrzec, że istne połykanie drugiej osoby jakoś nie bardzo przypada mi do gustu). Sama znam wiele pięknych par, małżeństw. Takich, które żyją najnormalniejszą codziennością lub wręcz przeciwnie: szaleją, aż miło popatrzeć. Które się kłócą, równie pięknie godzą. Lub milczą. Realizują, stoją w miejscu. Które kochają pomimo ewidentnych wad drugiej osoby. Znam kochanków, których miłość jest zakazana. Znam zakochanych homoseksualistów. Znam tych, których miłość rani, którzy żyją w związkach przynoszących tylko cierpienie, ból i łzy. Znam kochających nieszczęśliwie. I tych, nieznających innej rzeczywistości poza bezgranicznym szczęściem. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, jak to ja.

Moim zdaniem każdy zasługuje na miłość, bliskość, na pełne czułości słowa, uczynki, spojrzenia, dotyk. I co z tego, że rudy, otyła i kulejące. Forma „ono” dla niezdecydowanych i tych, którzy swojej tożsamości jeszcze nie odnaleźli. Ale nigdy nie zrozumiem osób, które szukają miłości w programach telewizyjnych. OK, szukają „miłości”. Wplątując w tę całą groteskę pół rodziny i solidną garść znajomych. Nazwijmy program po imieniu: on szuka popularności, ona szuka okazji do promocji siebie i swojej marki (i matki przy okazji), i: kto będzie parł na szkło wraz z moim synkiem?! Już widzę, że o ile w organizacji wycieczek jestem mistrzem, to mistrzynią PR-u i menadżeringu nigdy nie będę ;) Jednak aż strach pomyśleć jacy ci ludzie muszą być naprawdę, że nikt ich nie chce… I są tak zdesperowani by iść z tym do telewizji?! A z pozoru niby tacy sympatyczni i zarazem wyszczekani… Trochę przypomina mi to program, w którym mąż narzekał na żonę, że ta, mówiąc kolokwialnie, zapuściła się po urodzeniu dziecka. Przepraszam bardzo, mąż też kiepsko wyglądał, więc nie wiem w czym problem… A poza tym, nie dało się tego załatwić, jakoś tak, pozawizyjnie? Czyli jednym słowem: groteska. I to publiczna. Ale za pieniądze, więc jak kto woli… Nie wiem czy chciałabym być tym mężem, który chwali się zapuszczoną żoną, a potem wytykają go na ulicy palcami… I ją przy okazji też. Nonsens.

Przecież potencjalnego małżonka można spotkać choćby za rogiem. Praca, studia, szkoła. Spotkania ze znajomymi i znajomymi znajomych. Rozwijanie pasji, kursy, szkolenia. Wszędzie można znaleźć męża, żonę, partnera i konkubinę. Tylko czy miłość polega na tym by jej szukać…? Mam powiedzieć sobie: słuchaj Scarlett, masz 30 lat, daj sobie jeszcze pięć na znalezienie drugiej połówki. I w tym przypadku, nie chodzi o żadne 0,5 z procentami. Jeśli to nie poskutkuje to ratuje Cię bank spermy i hejaaa…?! A czy to nie jest tak, że najpiękniejszych chwil w życiu nie zaplanujesz? Znalazła się pani mądralińska. OK, nie mam męża i mogę przyznać, że jestem wybredna. U mnie to w zasadzie rodzinne. Kobiety nie miały mężów, bo przebierały, przebierały i potem skończyły jak skończyły ;) Ale szczęśliwe przez całe życie były. I są. Może nie tyle jestem wybredna… Co zawsze zakochuję się w tych, w których nie powinnam. A bo zbyt wredny, a bo zbyt dużo starszy, a bo ja po przejściach, on z przeszłością. A bo taka ciapa. W sumie to jednak wybredna. Ale też nie wyobrażam sobie wychodzić za kogoś, kogo chociażby tylko ja wybrałam, a on ze mną jest, bo tak mu wygodnie. Albo wyjść za kogoś nudnego, tylko dlatego, że ma dużo pieniędzy. Wyjść za kogoś, z kim wiecznie bym darła koty. A ja lubię koty. Wyjść za kogoś, kto mnie nie szanuje. Związać się z kimś, kto ucieknie, gdy pojawią się pierwsze kłopoty. A to o czym pisałam wcześniej, że starszy, że ciapa… Takie niuanse w przypadku wielkiej miłości, która spadłaby na mnie jak grom z jasnego nieba, nie są istotne. Więc nie bierzcie tego dosłownie. Jednak póki co, bycie singielką mi nie przeszkadza, ani mnie nie przytłacza i lubię mówić, pisać i myśleć o miłości. Może gdy będę rzeczywiście miała te 30 lat poczuję jakąś presję społeczną. Ale kto by się nią przejmował? Na pewno nie ja.

Nie byłoby pisania o miłości, gdyby nie spojrzenie, które wczoraj zawitało przed mymi oczyma. Aż się zdziwiłam, że tak pamiętam twarze, których od dobrych kilku tygodni nie widziałam. Może to przez fakt, że moja pamięć wybiórcza rejestruje, iż o dziwo wszyscy ostatnio mają tak samo na imię, wykonują ten sam zawód i są z tego samego miasta. Więc potem pojawia się ni stąd ni zowąd pan XYZ. I te liczby. Ciągle te same liczby. Powinnam zagrać w totolotka. Zapewne też tak czasem macie, że wiecznie coś się w Waszym życiu powtarza. Bo jak wszyscy nagle są architektami, to wszyscy. Albo przynajmniej zdecydowana większość. Jednak, co do tego spojrzenia… Uwielbiam widzieć miłość, tam gdzie inni jej nie dostrzegają. Dobra, zauroczenie. Miłością raczej bym tego nie nazywała.

Ona, długowłosa, długonoga, długorzęsa blondynka o niebieskich oczach tu i dużych oczach tam. On przystojny, acz nie w nachalny sposób. Dobra, to zabrzmiało, jakby był brzydki po stokroć :D Nieoczywiście przystojny. Ale mógł się podobać. I może się podobać i się podoba zapewne. I on dokładnie o tym wie, że ma w sobie to coś i to sprytnie wykorzystuje. Wredota mała jedna. Gdyby to czytał, to wiedziałby, że to o nim ;) Przecież on myśli tylko o sobie (już widzę jak przewraca oczami… takteżciękocham). Jednak wracając do historii. W małym pomieszczeniu wyczuwało się napięcie. To jak on z nią rozmawiał, jak ją komplementował. A przede wszystkim sposób w jaki na nią patrzył. Z jednej strony czuło się te iskierki w powietrzu, ale z drugiej on wyraźnie przy niej się relaksował. I nie wiem czy korzystniejsze w mowie niewerbalnej jest wyciągnięcie nóg do przodu i skrzyżowanie kostek z jednoczesnym wycofaniem reszty sylwetki… Czy nachylenie się do rozmówcy, ale zabranie nóg pod krzesło… W każdym razie, zinterpretowałam całą sytuację po swojemu i pamiętam tę scenę do dziś. Ja tam z nimi byłam, miód i wino piłam, chciałoby się powiedzieć. Kiedy spotkałam ich niedawno, znów w tym samym miejscu i w podobnych okolicznościach, już nic nie widziałam. Ani w jego oczach ani w zachowaniu. Traktował ją jak każdą inną. Może to wtedy, było tylko złudzeniem. Ale dobrze było poczuć choć przez chwilę, że on też ma serce. A ja… Zazdrościłam im, że między nimi jest wyczuwalna chemia. Taka, której między nami nigdy już miało nie być… A może była. Jakbym patrzyła na sygnały mowy niewerbalnej, to bym mogła się wiele dowiedzieć. Chyba pora się nauczyć, choć zbytnio w to nie wierzę. Bo jak brać na serio, że jeśli mężczyzna wkłada kciuki do kieszeni spodni, a dłonie ma skierowane do wewnątrz, to znaczy, że eksponuje swoje krocze…? Ja Was proszę…

Jednak to nie zmienia faktu, że odcienie miłości są różne i nie można jej szukać tylko i wyłącznie w bajkach. To samo jeśli chodzi o zauroczenie i zakochanie. Bywa różnie. Różniście. I różniasto. Bo jak pokazało życie, miłość jest nie tylko wtedy kiedy marzysz o jego dotyku i wszystko co się dzieje między Wami jest takie nieskrępowane. I tak dobrze czuć jego skórę na swojej… Ale też wtedy kiedy wiecie, że jeden dotyk, tylko jeden, a już możecie być wciągnięci w machinę, z której nie będzie wyjścia. Miłość jest wtedy kiedy dokładnie wiesz za co kogoś kochasz, ale też wtedy kiedy nie wiesz za co, a mimo wszystko nie wyobrażasz sobie bez niego życia. Miłość, kiedy masz ochotę albo go zarżnąć, albo zerżnąć. I wiecznie balansujecie pomiędzy tymi dwoma biegunami szaleńczego kontinuum.

Miłość. O miłości (choć nieoczywiście) jest też film, który miałam okazję wczoraj obejrzeć. I bardzo Wam go polecam. „Bunny”. Jednak przewrotnie zacznę od poezji. A nie mówiłam, że dzisiaj będzie miszmasz. Lubię to ;)

nie bój się chodzenia po morzu
nieudanego życia
wszystkiego najlepszego
dokładnej sumy niedokładnych danych
miłości nie dla ciebie
czekania na nikogo

przytul w ten czas nieludzki
swe ucho do poduszki
bo to co nas spotyka
przychodzi spoza nas

Wiersz ks. Jana Twardowskiego. Ostatnio dużo poezji dookoła i gdzieś we mnie. Choć sama nie chcę pisać wierszy, bo kilka lat temu naskrobałam parę takowych, a teraz jak je czytam uważam je za marną marność. Nie zamierzam konkurować sama ze sobą, bo mogę dojść do jeszcze mniej ciekawych spostrzeżeń i popaść w malignę. Podziwiam za to poezję znanych, mniej znanych, Waszą poezję. I uważam, że pisanie wierszy to mistrzostwo samo w sobie. Prozą łatwiej jest wyrazić, to co się czuje. Wiersz wymaga niedomówień, idealnego doboru słów, choć czasem zupełnie odległych skojarzeń. Wymaga nonszalancji, choć przy tym porusza tematy dotykające samego koniuszka serca. Taki według mnie jest dobry wiersz, wiersz o który ja sama wolę się nie pokusić.

Dlatego też piszę dziś prozą. Więc wracam do filmu. Polskie filmy zawsze mnie odpychały. Może dlatego, że wszystkie te, które oglądałam (albo większość) były wulgarne i niechlujnie wyreżyserowane. W przypadku tego jest zgoła inaczej. Chociaż od początku irytował mnie okropnie. Okropnie! Chyba przez to, że oglądałam go przy pomocy słuchawek. Tak mi dobrze, bo wtedy czuję się jak zahibernowana w swoim własnym malutkim świecie, w przestrzeni dostępnej tylko mi. Jednak w tym wypadku, miejscami miałam wrażenie, że coś jest ze mną nie tak. Ta muzyka, odgłosy, szepty. Dziwne to takie było. Psychodeliczne. Film z gatunku tych, które spokojnie mogłabym zobaczyć na moich ex studiach. Tyle niedomówień. Komedia i dramat. Film z tych, które nie wszystkim przypadłyby do gustu. Pokazuje jaką ironią jest ludzkie życie. Jak to niektóre miasta mogą być za małe dla dwójki ludzi i jak przeznaczenie oraz własne sumienie zawsze mogą Cię odnaleźć. Obejrzałam go, ponieważ nigdy nie słyszałam na jego temat żadnych recenzji, a poza tym, przyznam się bez bicia, zwyczajnie, od kilku lat, niezmiennie, uwielbiam aktora grającego jedną z głównych ról. Choć ciągle mało mi go na szklanym ekranie.

Dlatego też wspomniałam o wierszu, bo na końcu właśnie on jest śpiewany. Dopiero szukając tych słów w Internecie, zobaczyłam, że to tak naprawdę poezja, a nie piosenka. Piękny. I tak aktualnie do mnie pasujący. Z tymi wszystkimi rozterkami, niesnaskami, choć względnie pozytywnym przekazem.

Będę miała teraz kupę czasu na przemyślenia, te i inne. Z rodziną, potem z przyjaciółką, ukochanym przyszywanym mężem. Razem, indywidualnie. W moim mieście i w tym, w którym narodziła się Scarlett. Bez kochanka, bo to już nie ten czas, nie te miejsce. Nie my. I bezgraniczne szczęście. Tak będzie. Wiem.

PS. W szkole i na studiach zwykliśmy mówić przed Wszystkimi Świętymi: Wesołych Świąt! Choć brzmi to idiotycznie, ale, jakby nie patrzeć, 1 listopada to imieniny nas wszystkich. Także przeżyjcie te imieniny w dobrym stylu. A Dzień Zaduszny, cóż, pomyślcie o tych, których już nie ma. Jeśli macie jakieś problemy, zastanówcie się jakby Wasi bliscy zmarli na nie spojrzeli. Zamyślcie się nad życiem. To jest właśnie ten czas. Ten czas, kiedy jeszcze żyjąc, możemy być tym kim chcemy, możemy wszystko naprawić. By nie żałować ani chwili.

Pozdrawiam! Wasza, już tęskniąca za Wami, Scarlett ;*