Styczeń 2018
N P W Ś C P S
« paź    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

wspomnienia

Niemoc twórcza ;)

Ostatnio rzadko tutaj bywam. Tak jakoś czasu brak. A kiedy już się pojawi kilka minut lub godzin spokoju, to nie potrafię zebrać myśli, by cokolwiek napisać. Ale taki mały przestój jest dobry. Chociażby po to, bym ja zebrała nowe siły, a dodatkowo, żebyście za mną zatęsknili :D (mam o sobie stanowczo za wysokie mniemanie)

Gdzieś około piątej zrobiłam sobie poranek filmowy i obejrzałam „Exam”. Ktoś go polecał psychologom, psychoterapeutom i psychiatrom, więc się skusiłam ;) Myślałam, że na bank nie zrozumiem o co w nim chodzi :D Prawdą jest, że moje szare komórki musiały pracować na zwiększonych obrotach, ale bez przesady. Ogólnie, polecam go wszystkim, niezależnie od zawodu. Chyba najbardziej z tego względu, że idealnie pokazuje mechanizmy jakie kierują grupą w sytuacji stresowej. Jeśli dochodzi do tego jeszcze ambicja, chęć wyeliminowania przeciwników, to już w ogóle wychodzą z ludzi ich najbardziej skrywane instynkty. To niesamowite jak współpraca może przerodzić się w bezwzględne współzawodnictwo, jak konkurowanie ze sobą przynosi opłakane skutki, jak niewiele potrzeba by się znienawidzić. Czasem mam wrażenie, że w korporacjach, albo ba, nawet na studiach, ba, już na wcześniejszych etapach edukacji, ludzie by się najchętniej pozagryzali. Jak bestie.

A jeśli ktoś zapytałby jaki to Scarlett ma humor, czy też co w niej znowu śpiewa, to przyznam, że jestem w tym względzie trochę na zakręcie ;) Bo i to pachnie i to nęci ;)

Z jednej strony, wraz z moją rodzicielką, zakochałyśmy się w piosence, która leci w tle filmowej wiosennej ramówki stacji TVN, a dopiero dzisiaj, po ciężkich poszukiwaniach odnalazłam jej tytuł. Gdy już wsłuchałam się w tekst, to zakochałam się podwójnie. Idealna do mojego aktualnego stanu!



I kilka kolejnych piosenek, które ostatnio grają mi w uszach. Część, bo tak banalna, a tak prawdziwa, część, bo aż ciary tu i tam, część, bo wspomnienia. Jeśli macie ochotę, posłuchajcie.











Hm, skoro moja niemoc twórcza póki co trwa, a nie wiem kiedy się skończy, to może macie jakieś pytania? Chętnie odpowiem na każde, nawet najdziwniejsze :D A może ostatnio coś Was zaskoczyło, poruszyło, wzruszyło i chcecie się tym podzielić? Piosenka, książka, film, anegdota na rozluźnienie? ;)

Liczę na Was i ściskam mocno!

Wasza Scarlett :)

Jakim cudem przebywam ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę… i jeszcze nie zwariowałam?!

goal-729567_1280A może już dawno zwariowałam, tylko nikt nie potrafi mnie zdiagnozować?! Wiecie, sama się zastanawiam skąd we mnie takie ogromne pokłady optymizmu. Dlatego też chcę Wam pokazać, że moje życie nie jest i nigdy nie było wymalowane barwami tęczy. Chcę Wam dać do zrozumienia, że każdy w sobie może wykształcić pozytywne nastawienie do świata. Już nie mówię o takiej skrajnej postaci jaka występuje u mnie :D Ale po prostu o umiejętności cieszenia się z życia. Hm, jednak jest to chyba tekst tylko dla ludzi o mocniejszych nerwach, bo ja pisząc go, sama mam ochotę sobie przylutować. Jak można się nad sobą użalać na tak dużej kartce?! O paręnaście zdań za dużo w moim mniemaniu. Pisanie tego wszystkiego przez optymistę jest drogą przez mękę. Serio. Ale nie przedłużam, bo dalej będzie Wam ze mną dużo gorzej ;)

Na początku proponuję kilka słów o tym, jak to mi niefajnie w życiu było, ewentualnie jak niefajnie jest. Nie zagłębiając się w szczegóły, bo nie ma sensu obarczanie Was moimi historiami i histeriami.

To co już wiecie, to na przykład to, że nie potrafię sobie nigdy poradzić ze śmiercią bliższych i dalszych. To akurat moja ogromna męka, ale radzę sobie coraz lepiej. Tak mi się przynajmniej wydaje. Choć w praktyce już nie chcę tej mojej nowo nabytej zdolności sprawdzać. Jeszcze niech raz ktoś pokaże mi zdjęcie córki i powie radosnym tonem: moja żona i dwie córki zostały zamordowane, to chyba sama się zabiję… Bez przesady, ale faktem jest, że w takich sytuacjach wolałabym zniknąć. Chciałoby się rzec: o jak dobrze, że nie jestem psychologiem. Chcieć to móc, podobno ;) Że mam pecha do kontuzji też wiecie. Uciążliwość. Ale tym razem zabiję dziadówę. Acha, zapomniałam, że miałam zionąć pesymizmem. Dobra… do tego dochodzi hipotonia, nie trawię laktozy, neuralgia międzyżebrowa, niegdyś podejrzenie boreliozy, problemy z układem oddechowym, jakieś problemy z sercem, cerą, wagą, chyba z czym się da. Jeśli ktoś myśli, że jestem szalenie bogata i stąd ten optymizm, to też muszę to wykluczyć, bo żyję na w miarę stabilnym poziomie. Kiedyś może i były momenty, że trudno było wyżyć do pierwszego, ale w tej kwestii akurat się polepszyło. Nawet długi były i chyba sto lat temu jakiś komornik. Ale kto by to pamiętał. E, miało być pesymistycznie :D No to, jestem bezrobotna, a moje wykształcenie i tak nie gwarantuje mi dobrze płatnej pracy. Z resztą nie chcę pracować w zawodzie. Może nie tyle nie chcę, co się nie nadaję. Musiałabym pracować z ludźmi, a oni albo mnie olewają, albo odzywają się tylko wtedy kiedy czegoś potrzebują, albo skrupulatnie milczą, albo mnie obrażają, albo nie kochają mnie. Och jak to żałośnie wszystko brzmi, ale jest całą prawdą. Może z tym niekochaniem przesadziłam. Ale kto mnie ma kochać, ten nie kocha ;) Chyba :D Także kontakty interpersonalne też są na, ekhym, wysokim poziomie. Hm a może mam zamożną rodzinę i w ogóle dobry dom w każdym tego słowa znaczeniu?! Albo przodkowie są tacy ą i ę? No nie sądzę… Jeśli patrzeć na poczynania wcześniejszych pokoleń, to będę starą panną z dzieckiem. I albo będę miała przypadkowego kochanka, albo mnie zgwałcą. Umrę zapewne na chorobę płuc, na raka czegokolwiek, a gdzieś po drodze czeka mnie jeszcze schizofrenia i alkoholizm. A może wyższe wartości? Wiara? Jeśli nie istnieje twór o nazwie wierzący-niepraktykujący, to chyba oficjalnie mogę nazwać się ateistką. A w sobotę czeka mnie wizyta duszpasterska. Ślicznie :D Będzie zabawnie. Pomijając fakt, że po śmierci mojego przyjaciela tak się rozminęłam z wiarą i z księżmi, że jeśli się wzajemnie nie zatłuczemy to będzie dobrze. Z resztą wierząca chyba byłam mniej więcej tak od bierzmowania. Nie no jestem. Ale tylko w sercu. Także zionę pesymizmem w tym względzie. A może ludzie mnie lubią? Podziwiam tych, którzy mnie lubią :D Ale w swoim życiu nasłuchałam się wielu niemiłych słów. Więc chyba nie każdy za mną przepada. Przede wszystkim takie kwiatki były dziełem moich znajomych i nauczycieli. Że na niczym się nie znam, a już na pewno nie na życiu, że źle skończę. Że jestem nikim. Zawoalowane: że jestem głupia. No tak, na mądrej głowie włosy nie rosną, a u mnie ostatnio rosną na potęgę ;) A może mam boską przeszłość. Hm, jeśli dobrze sobie przypominam, wagarowałam, szukała mnie nawet policja, raz chciałam popełnić samobójstwo, a może dwa. Jakiś tam przypadek samookaleczenia był. I wzięcia większej ilości tabletek nasennych. Do tego bunt młodzieńczy, nawet z chowaniem alkoholu w kościele :D Nie pytajcie… A może mam fantastycznego faceta? Mężczyźni jakoś ode mnie uciekają. Wredna suka ze mnie, to po co mieliby zostawać. I chyba już jestem starą panną :D Śmiesznie jest. Więc skąd ten mój optymizm? Może mam dobrego dilera? Za dużo piję? Może już powinnam iść do psychologa, bo mam takie problemy i nadal się cieszę jak głupia… To chyba trzeba mieć coś z głową? Do psychologa akurat mam strasznie blisko, więc na pewno skorzystam ;)

Przeczytałam to wszystko i uwierzcie, albo nie, ale chce mi się śmiać. Ach dodam, że przyszłość też się różowo nie zapowiada, bo wiecie te bezrobocie, te moje nogi nieszczęsne się wyleczyć nie chcą. Więc na koncert już chyba nigdy nie pojadę, w ogóle nigdy nigdzie nie wyjadę i z nikim się nie spotkam, bo przecież strach wychodzić z domu, bo znów się mogę uszkodzić. Lęk przed przestrzenią? Przed pająkami? Lęk wysokości? Też się przewijają. I mogłabym tak wymieniać…

Gdzieś mniej więcej 10 lat temu usłyszałam, że nie znam życia i co ja mogę o nim wiedzieć. Miałam wtedy pomiędzy 15-16 lat. Oczywiście skwitowałam to jakimiś przekleństwami, bo przechodziłam okres buntu. A mieszkanie w wielopokoleniowym domu niczego nie ułatwiało. Uważałam, że jestem taka mądra. Potem przyszła śmierć mojej babci, wagarowanie, było raz lepiej, raz gorzej, miłości, niemiłości, jak u każdego. Choroby, kolejne odejścia (te metafizyczne, fizyczne, mentalne). I mogę przyznać z zupełnym przekonaniem, że jako nastolatka się myliłam. Nie znałam życia. Nadal nie znam, ale przez ten czas nauczyłam się bardzo wiele. I może to właśnie z tych wszystkich wydarzeń wyniosłam ten cały swój niepoprawny optymizm. I jakkolwiek frazesowo by to nie zabrzmiało, tak właśnie jest. Mądrości, które spisałam poniżej może są oklepane, może niezbyt fachowe. Jednak jeśli trochę się przeżyło, to dociera się do momentu, że nawet jeśli coś jest oklepane to może być prawdą. Mając 15 lat na pewno większość tego tekstu bym wyśmiała i powiedziała magiczne: to mnie nie dotyczy. Teraz wiem, że nie jestem nieśmiertelna, że ludzie wokół mnie też o dziwo odchodzą i nie będą żyć wiecznie, że kiedyś zostanę sama i nie pomogą mi żadne pieniądze. Wiem, że na samej karierze życie się nie kończy, że potrafię kochać i to mocno, może za mocno. I wiem, że potrafię wyjść z nawet największych tarapatów. Dlatego przedstawiam Wam to, czego nauczyło mnie prawie 26 lat życia na tym łez padole.

1. Najważniejsze jest zdrowie. Co do tego nie ma wątpliwości. Rozumieją to osoby, które te zdrowie kiedykolwiek straciły na dłuższy czas. Osobiście jestem zdania, że jeśli ma się zdrowie, ma się wszystko. Można korzystać z życia, poznawać nowych ludzi, pielęgnować przyjaźnie, spełniać się zawodowo i nie tylko. I to nieprawda, że najważniejsza jest miłość. Choć sama czasem bardziej zawodzę nad tym, że za kimś tęsknię niż nad tym, że coś mnie strasznie boli, dlatego mój organizm skutecznie mi przypomina, że nadal boli i że mam nie zawodzić nad tym, że jestem taka niekochana ;)

2. Marzenia się spełniają. I je się spełnia. Czasem same się realizują i aż bywam zaskoczona, że to czy owo się udało. Jednak nie ma nic piękniejszego niż dążenie do realizacji swoich pragnień. Chociażby aktualnie zafiksowałam się na tym, by 6 marca pojechać na koncert do Krakowa. I zrobię wszystko, by uczynić te marzenie realnym. Ktoś zapyta: a co jeśli się nie uda? Trudno. Rok ma jeszcze wiele lepszych i odpowiedniejszych dni :)

3. Nic w życiu nie jest przesądzone. Czasami myślę: oho, to klops, to mi się nie uda. Albo: oho, on się już nie odezwie i nigdy nie spojrzymy na siebie tak jak wtedy. Albo: oho, skoro moja mama nie ma faceta, ja też nie będę miała. Pff… Nie ufajcie tym swoim wewnętrznym i zewnętrznym potworom, które odbierają wszelkie nadzieje.

4. Nie możemy zakładać, co ludzie o nas myślą. A ja uwielbiam to robić. Zakładam odgórnie, że ktoś mnie nie lubi, bo… Albo, że jest taki i siaki wobec mnie, dlatego bo… Potem się okazuje, że sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Bo skąd mam wiedzieć czemu ktoś np. nie odpisał na mojego maila? Mam zgadywać? Zadręczać się? A nie prościej, prosto z mostu zapytać?

5. Trzeba korzystać z życia. Cieszyć się każdą chwilą. Bo żadna z nich się nie powtórzy. I nie ma, że boli, że za oknem zimno, że nuda. O nie. Trzeba się jakoś zorganizować. Zrobić coś, co się kocha. Żyć.

6. Żałujemy tylko tego, czego nie zrobiliśmy. Pamiętam ile głupot popełniłam w życiu. I cholernie miło je wspominam. Nawet jeśli wtedy wyglądało to trochę niezbyt ciekawie.

7. Trzeba być dobrej myśli, bo po co być złej. To chyba robię codziennie i doskonale to widzicie. Nie ma co się nakręcać, że coś nie pójdzie po naszej myśli, coś się nie uda… Bo co to daje? Złe nastawienie. A jeśli będziemy nakręceni zbyt pozytywnie, a potem przyjdzie rozczarowanie i szlag wszystko trafi? Hm, wydaje mi się, że wtedy do celu po prostu trzeba iść inną drogą. To, że coś raz, czy drugi nie wyszło, nie znaczy, że nie wyjdzie nigdy.

8. Warto być dobrym dla siebie samego. W każdym względzie. Dbać o ciało, psychikę, pozwalać sobie na różne emocje, wymagać od siebie, ale nie być zbyt surowym sędzią. Jeśli będziemy dla siebie dobrzy to zaprocentuje :)

9. Dobrze mieć pasję. Bez pasji życie jest jakieś takie… Błe. A pasja sprawia, że mamy odskocznię od codzienności. Robimy co kochamy, co daje nam szczęście, ubogaca nas.

10. Porażki też są po coś. Chociażby po to, by się na nich uczyć ;)

11. Jeśli czegoś nie wolno, a bardzo się chce, to można. Można, bo kto nam zabroni. Nie mówię tutaj o łamaniu prawa. Ale na przykład, kiedy jest się na diecie i już trzy miesiące nie jadło się niczego słodkiego, a tu nagle przychodzi okazja, bo idziemy na ciacho z przyjaciółką, to czemu nie :)

12. Miłość to nie tylko kochanie zalet. Z ładnej miski się nie najesz. Kiedyś wyśmiewałam moją mamę i babcię za poglądy w tym względzie. Ale rzeczywiście… Pusta, ładna miska na nic się zdaje. Chyba tylko do dekoracji. A miłość to kochanie całego człowieka, nawet jeśli nie jest najprzystojniejszy, a potrafi Cię co dzień zaskakiwać i nigdy Cię nie nudzi, to jest to :)

13. Niczego nie musisz. W życiu tak już jest. Nie musimy niczego. Chociażby nie musimy na siłę być szczęśliwi. Dlatego nie myślcie, że każę Wam te moje rady wdrażać w życie ;)

14. Nie można dawać sobą pomiatać. Ja to robiłam zdecydowanie za długo. Aż zrozumiałam, że w moim życiu najważniejsza jestem ja sama, a nie spełnianie zachcianek innych. Jestem człowiekiem, pełnoprawnym, jak każdy, i mnie się nie poniża.

15. Życie to też chwile szaleństwa. Nuda w życiu nie jest wskazana. Czasem dobrze zrobić coś szalonego, co można wspominać latami.

16. Warto mieć wokół siebie zaufanych ludzi. Ale nie takich, którzy najpierw kogoś obgadują, a potem są tego kogoś najlepszym kumplem. Z zaufaniem akurat mam problemy, bo często ufam nie temu komu trzeba. Albo w ogóle nie ufam. Ale to da się wypracować.

17. Nie warto się przejmować. Łatwo mówić. Ale po co się przejmować czymś co miało miejsce, a na co nie mieliśmy wpływu, albo tym, co dopiero ma mieć miejsce? I rozpamiętywać to dniami i nocami…? Tutaj akurat mistrzem nie jestem. Ale cały czas się uczę :)

18. Mniej myśleć, więcej działać. Sama widzę, że tutaj się opuściłam. Ale gdzieś w postanowieniach to zapisałam, także muszę działać. Przykładowo, czasami sobie myślę: matko, a co ona sobie pomyśli, gdy powiem jej, że to czy tamto?! Scarlett, weź po prostu mów i nie marudź :D

19. Człowieka można zniszczyć ale nie pokonać. O to to to! Ilu już chciało mnie zniszczyć. Ilu już praktycznie to zrobiło. A ja odrodziłam się. Jeszcze silniejsza.

20. Na wszystko potrzeba czasu. Kiedy byłam w żałobie, z resztą jak wiecie po moim wpisie (jednym z uczuciami na wierzchu), wielu ludzi mówiło, że chyba powinnam skończyć się zadręczać, bo tydzień cierpienia to lekka przesada. Psychologia na ten temat też twierdziła, że no tyle i tyle czasu potrzeba maksymalnie. Ja potrzebowałam ponad roku, by przestać ronić łzy za każdym razem, kiedy widziałam jego fotki, słyszałam imię. Dzisiaj mogę powiedzieć: jest dobrze. Nie idealnie, ale dobrze. I tak jest z każdą sytuacją. Na wszystko tego czasu nam potrzeba. A jest on bardzo indywidualną sprawą i nie mogą go wyliczyć żadne podręczniki.

Z tymi moimi pesymistyczno-optymistycznymi myślami Was zostawiam :) Nie planuję puenty, bo uważam ją tym razem za zbędną.

Wasza Scarlett!

Tak o.

Mój pierwszy wpis w nowym roku. I gdyby ktoś zapytał: co u Ciebie, Scarlett?, to trudno byłoby mi odpowiedzieć jednoznacznie. Nie chcę rzucać frazesami, że u mnie dobrze, tak sobie, jakoś leci. Szczerze? 2016 zaczął się tak… muzycznie i znów z myślą o Krakowie. Kiedy oglądam koncerty w telewizji, słucham muzyki w tle meczów siatkarskich, słucham radia, to całą sobą dziękuję tym wszystkim, którzy niegdyś mnie na te niezliczone, przeróżne wydarzenia wyciągali, względnie wypychali z domu ;) Teraz mam co wspominać i mam świadomość o co prosić los.

Tak też, gdybym miała wyrazić aktualny stan ducha piosenką, to z jednej strony byłyby to utwory dosyć energiczne, bo od początku tego roku mam zapał, by uczynić dalszą jego część fenomenalną. Stąd w sercu i głowie grają mi:







Jednak uczucia, które mam gdzieś na dnie duszy, póki co, oprócz Adele i jej Hello, potrafią wyrazić tylko polskie piosenki. Nie wiem czemu. Kiedy jestem radosna myślę po angielsku, kiedy zaś jest mi smutno myślę tylko po polsku :D

I tak też na dnie serca śpiewa mi…











I tylko tyle. I aż.

Pomyślicie, oho, nawet Scarlett dopadła melancholia. Nie mylicie się. Co wcale nie oznacza, że optymizm odpłynął. Został. Tylko czasem przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. Choć, może to i dobrze. W takich chwilach dwa razy mocniej odczuwam, że pod tą (z pozoru) twardą skorupą, gdzieś w głębi tej silnej babki jaką jestem, są też uczucia i gorące serce. W końcu ta przeszłość była po coś. A może jeszcze nie wszystko stracone i czeka mnie jakiś piękny, drugi początek… ;)

PS. Mam nadzieję, że pierwsze dni nowego roku były dla Was łaskawe :)

Ściskam, Wasza Scarlett!

Przyjedź i pomilcz razem ze mną…

Czerwiec. Rok Pański 2015. Upalny, duszny dzień. Poranek pełen nerwów. Nauka na egzamin. Obawa, że z wieczornych planów nic nie wyjdzie. Poczucie, że wszystko pójdzie nie tak, jak pójść miało. Egzamin, końcem końców, zdany beznadziejnie. Prywatny egzamin, z dorosłości i komunikacji interpersonalnej, oblany. Gonitwa by zdążyć się ogarnąć przed wieczorem. Spóźniony pociąg. Podczas podróży cały czas coś piszczało. Ciemny las. Pioruny. Deszcz. Otarcia na stopach. Koncert z parasolkami. Wszystko nie tak.

Kiedy dziś wspominam tamten dzień… Był idealny. Pizza na pysznym cieście, dużo śmiechu, piękne rośliny tu i ówdzie. Moi cudowni chłopcy, którzy śmiali się i byli tacy szczęśliwi. Czułam, że mogę wszystko. Że możemy wszystko. Gdy teraz patrzę na tamte zdjęcia, i na te późniejsze, na video z nimi, na niego… coś jest nie tak. Nie ma blasku w oczach. Nie ma. Albo chcę by go nie było. Mimo wszystko, wiele bym dała, by cofnąć się w czasie i być znowu tam… Tam, gdzie w moim słowniku nie było stwierdzenia: to jest niemożliwe. Chcę znów móc wszystko.

Jest taka piosenka. Moniki Lewczuk. Która przypomniała mi właśnie o tamtym dniu i ówczesnym poczuciu sprawczości.

Rzucić los w nieznane
Tańczyć nieprzerwanie
Cieszyć się każdą z chwil
Odnaleźć gdzieś najdalej
Noce nie przespane
Od nowa spełniać wszystkie sny

Te słowa najlepiej opisują to, co w tej chwili czuję. Nie myślcie, że czegoś mi brakuje, że się zamartwiam… Nie. Jest dobrze. Wiele osób trzyma za mnie kciuki i jak tylko wyzdrowieję, to będę biegać od jednej kawy do drugiej, a nawet pomiędzy jedną wiśniówką, a drugą whisky. Zauważam też coraz więcej lajków na fb, coraz więcej Was tutaj. I to dobrze, bo wreszcie mogę być dumna z mojego raczkującego dziecka, jakim jest ten blog. Ale dzisiaj pojawiła się jakaś nutka sentymentu. Naprawdę tęsknię za tym co było. A to było życie w biegu. Chaos kontrolowany. A najgorsze w tym wszystkim nie jest wcale to, że jestem uziemiona. O nie. Najgorsze jest to, że tam gdzie inni stawiają kropkę, tam ja zawsze muszę postawić wielokropek. A jak postawić wielokropek po ciszy? Po milczeniu? Czyżbym kolejny raz przegrała?

Swoją drogą, zauważyłam, że pisanie o milczeniu to ostatnio popularny temat wśród tutejszych blogerów. I dobrze mi mówić komuś: spokojnie, on/ona się odezwie. Jak mogę tak twierdzić, skoro jestem w identycznej sytuacji i doskonale wiem, że po tym milczeniu nie nastąpi nawet najlichsza rozmowa… Choć łudzę się w cichości mego serca już chyba z drugi miesiąc… Co nie zmienia faktu, że te milczenie coraz bardziej dla mnie oznacza obojętność. Ktoś milczy, bo ma mnie, kolokwialnie mówiąc, gdzieś. Nawet śnieg za oknem wydaje się cieplejszy niż sytuacja, która ma miejsce między nami.

Oszukiwałam się, że problemy zdrowotne są o wiele gorsze niż problemy w relacjach interpersonalnych. Ale po nocach wcale nie płaczę dlatego, że wszystko okropnie mnie boli. W nocy płaczę, bo są osoby, którym już nigdy nie będę mogła powiedzieć, że jest dobrze, albo źle. Nie pochwalę się tym i tamtym. Szczęściem będzie jeśli w ogóle spojrzą mi w oczy, kiedy spotkają mnie na ulicy. Nie będzie życzeń, podziękowań, przeprosin. Niczego.

Milczenie. Pokazało mi, że nic nie znaczę. Mniej niż nic. Kocham ciszę, ale akurat nie w takich sytuacjach. Nie milczenie. Stan, po którym już nic nie następuje, po którym nic nie ma prawa się zdarzyć, zaistnieć…

Brak mi naszych nocnych rozmów, spowiadania się z tego co akurat robimy i wiecznego tłumaczenia się. Bo przecież oboje baliśmy się, że druga strona źle zinterpretuje nasze słowa. Aż się dziwię, że nie pomyśleliśmy o własnym słowniku polsko-polskim. Takim tylko dla nas. Brak mi tej pewności, że mogę wszystko naprawić. A w Lublińcu jeszcze ją miałam, bo przecież wtedy mogłam wszystko.

Myślisz, że jestem twarda, a ja tak naprawdę marzę tylko o tym, byśmy milczeli siedząc obok siebie. Bo po co milczeć w samotności?

Otulam Was pozdrowieniami jak najcieplejszym z szalików!

Wasza, sentymentalna, Scarlett ;*

Zaćmienie Krwawego Księżyca…

Ten rok jest dla mnie rokiem kolekcjonowania wspomnień. Zważywszy na to, że taka noc jak dzisiejsza ma się trafić dopiero w 2033 roku, więc postanowiłam (wyjątkowo) wstać o 4 rano. Muszę przyznać, że ostatnio śpię dłużej, choć zdecydowanie gorzej, bo ani zasnąć nie potrafię, ani obudzić się wypoczętą również… Cóż, jak ułożę wszystko to, co wymaga ułożenia, może i zasnę spokojnym snem… Przynajmniej taką mam nadzieję.

Tak też, wstałam, spojrzałam przez jedno okno, przez drugie… i myślę sobie: gdzie ten księżyc?! Potem nastąpiła chwila zawahania i kolejna myśl: no nie, nie przegapię takiej szansy! Założyłam buty, kurtkę, komin, soczewki i poszłam na spacer. Dopiero na schodach zorientowałam się, że nawet się nie uczesałam i nie ubrałam jak należy (ale przynajmniej moje spodnie od pidżamy wyglądają jak spodnie dresowe, więc gdy ktoś mnie zobaczył, to szoku nie doznał). Orzeźwiające powietrze od razu przypomniało mi, że warto było wyjść z domu. Ujrzałam go już przed domem: piękny, czerwony, magiczny. A wokół pełno jego towarzyszek: gwiazd. Można było zakochać się w tym widoku. W pewnej chwili pomyślałam, że tylko ja nie mam co robić o tej porze, ale po drodze spotkałam dwóch takich samych zapaleńców. Ich obecność dodała mi otuchy. Przynajmniej nie byłam sama. A ostatnio jest wiele rzeczy, spraw, uczuć, z którymi muszę zmagać się zupełnie sama. I nie, nie chodzi o to, że jestem samotna. Mam wspaniałe otoczenie. Ale czasem człowiekowi przychodzą do głowy takie głupie myśli, że aż nie ma sensu się nimi dzielić z innymi. Choć czuję, że ci którzy mnie dobrze znają (lub za dobrze)… wiedzą. I wiedzieli, na długo przed tym, zanim ja się zorientowałam co się wokół mnie dzieje (i przede wszystkim: co się we mnie zadziało). Czytając to po raz drugi, na Waszym miejscu pomyślałabym o myślach samobójczych. I uspokajam: akurat nie w tę stronę bym szła z insynuacjami.

Jeszcze wczoraj śmiałam się, że za 18 lat będę miała dzieci, wymarzoną pracę, więc zapewne nie będzie mi się chciało oglądać Krwawego Księżyca. Nie wiem jak będzie, ale wiem jedno, spacer się udał. Najpierw mnie ucieszył, potem zdołował, by na końcu dodać ochoty do działania. I po raz pierwszy, nie wiem co mnie czeka, nie mam planu na życie, nie wiem co będzie dalej. Ale musi być dobrze i musi być optymistycznie. Innej wersji nawet nie zakładam.

Wasza, stęskniona za Wami, Scarlett ;*

Ty wiesz…

Moją wadą jest to, że mam bardzo dobrą pamięć. Wadą, bo jeśli ktoś mi nadepnie na odcisk, pamiętam to bardzo długo. Zapewne też zaletą, z tego względu, że mam wiele pięknych wspomnień zaszufladkowanych gdzieś tam z tyłu głowy. Dzień, który pamiętam doskonale, a o którym dzisiaj chcę opowiedzieć, nie należy ani do pierwszej, ani do drugiej kategorii. Raczej należy do kategorii dni, które nigdy nie powinny były się wydarzyć.

To było dokładnie rok temu. Niedziela. Piękna, słoneczna niedziela. Przeglądając rano Fb zauważyłam zdjęcie mojego kolegi. Super fotka, z przyjaciółmi, na siłowni, w pamiętnych niebieskich gatkach. Wtedy przypomniało mi się, że od kilku dni zbieram się, by do niego napisać. Aaaale, co się odwlecze, to nie uciecze. I tak odłożyłam wszystko na jutro. Na jutro, którego miało już nie być…

Minęło parę godzin, zebrałam się, poszłam do kościoła. A że drogę mam dość długą, postanowiłam spędzić ten czas na Facebooku. Może to wygląda na uzależnienie i może nim jest. Ale uwierzcie zdarzają się u mnie długie dni bez komputera i telefonu. I dobrze mi z tym. Czasem trzeba mieć przesyt, by potem docenić niedosyt. I odwrotnie!

Na profilu mojego kolegi (tego już wyżej wymienianego) zobaczyłam kilka komentarzy w stylu: jeszcze kiedyś się zobaczymy; zobaczymy się w lepszym świecie. Trybiki w mojej głowie zaczęły pracować. Myślę: okej, może to mój słaby angielski (choć wcale słaby nie jest, ale każde wytłumaczenie jest dobre). Drugie moje wyjaśnienie było takie, że może on wreszcie wraca do Polski. Pomyślałam: tak, nareszcie go zobaczę!

Dotarłam do kościoła, przestałam o tym wszystkim myśleć. Wróciłam do domu, zaczęłam oglądać z mamą telewizję. Transmitowano koncert, dlatego też pomyślałam, że wejdę na Fb, bo nie jest to film, więc nie muszę się na nim specjalnie skupiać. A tam zaczęło pojawiać się coraz więcej komentarzy, w tym wiele z nich, które nie pozostawiały mi już złudzeń. Rest in Peace. Zaczęłam płakać, a wręcz zanosić się łzami i powiedziałam tylko: on umarł. Mama jakoś instynktownie zaciągnęła w tym momencie zasłony. I siedziałyśmy po ciemku, tylko telewizor dawał słabe światło. Szybko poszła spać, ja wręcz przeciwnie. To była ciężka noc. Pełna wspomnień. Przecież on w maju miał dopiero trzydziestkę, znalazł miejsce na ziemi, był taki przystojny i przesympatyczny. Spełniał się. Jak to mówią: wszyscy umierają, ale nie wszyscy żyją… A on żył… Najmocniej, najpiękniej, najlepiej jak potrafił. I ten smutek, że już do niego nie napiszę. Że przegapiłam szansę przez swoje odwlekanie. Wspominałam też naszą ostatnią rozmowę na żywo. Jakąś głupią, o filozofii. Ostatnia rozmowa w cztery oczy. Nawet wiem dokładnie, w którym miejscu się odbyła i ostatnio, idąc tym korytarzem wręcz poczułam jego obecność. Tak bardzo zapraszał do siebie, a teraz, gdy tam polecę, jego już nie będzie… Stąd też moja podróż, o której Wam wspominałam. Taki mały hołd i chęć zobaczenia jego miejsc moimi oczami. Dopiero teraz widzę jak wszystkie moje wpisy się zazębiają… Ale dobra, co było dalej?

Kolejne dni były jeszcze gorsze. Widziałam filmik, który pokazywał jak helikopter wyciąga jego silne ciało z wody. Na dodatek, potem okazało się, że nie będzie możliwości pożegnania go w Polsce, bo cała ceremonia odbędzie się za granicą. Oczywiście, gdy to wszystko działo się tam, ja, będąc tutaj nie mogłam spać. Budziłam się. W momencie kremacji. W momencie składania urny do wody. Przepłakałam wtedy wiele dni, tygodni. Sama czułam się jak nieżywa. I chciałam umrzeć, wręcz byłam na to gotowa. Teraz dla mnie samej brzmi to strasznie, bo tak bardzo chcę żyć pełnią życia. A wtedy było mi wszystko jedno…

Bliskie mi osoby nie ułatwiały poradzenia sobie z tą sytuacją. Wielu do dziś nie wie, co się stało i jak to na mnie wpłynęło, bo po co…

Raz rozpłakałam się nad schabowym. Była to niedziela, a niedziele od tamtego czasu są dla mnie katorgą. I mama zaczęła na mnie krzyczeć, że mam się otrząsnąć, że łzy go nie wrócą, że jeszcze wiele osób mi umrze i jak tak dalej będę postępować to wyląduję w wariatkowie.

Znajomi księża mówili, że tak musiało być, że on jest w lepszym świecie, że to nie wina Boga, bo to Śmierć jest tą złą, ale przecież wierzącym jest łatwiej przeżyć żałobę… I bla bla bla… Z całym moim szacunkiem do Boga, to co wtedy słyszałam z dnia na dzień i z niedzieli na niedzielę, sprawiło, że oddaliłam się od kościoła… i od Kościoła też.

Pewien kolega chciał mnie poderwać, bo myślał, że kobieta w żałobie jest łatwiejsza…

Dostawałam wtedy wiele wyrazów współczucia, spływały kondolencje. Nawet od osób, które wieki się do mnie nie odzywały.

Inni znajomi przestali się odzywać… Nawet mój przyjaciel. A gdy po kilku tygodniach zapytałam dlaczego nie pisał, nie dzwonił, to dał mi do zrozumienia, że w takiej sytuacji nie wiedział co ma mi powiedzieć.

Wiele osób wyciągało mnie na spotkanie. I jak wiecie, czytając moje wcześniejsze wpisy, mojej przyjaciółce udało się wyrwać mnie z tego stuporu.

Te wszystkie słowa, które inni kierowali do mnie uzmysłowiły mi, jak ludzie potrafią idiotycznie sprawić, że człowiek czuje się jeszcze gorzej. Działamy w takich sytuacjach instynktownie. Pewien psychoterapeuta na społeczności powiedział kiedyś, że nie lubi kiedy klientka płacze podczas sesji terapeutycznej, bo nie wie co ma powiedzieć. Sama miałam kiedyś sytuację, że pewien pan opowiedział mi historię jak jego żona i córki zostały zamordowane. Pokazał mi ich zdjęcia. A ja pamiętam tylko, że powiedziałam, iż były naprawdę pięknymi kobietami i to straszne co się wydarzyło. Ale w obliczu śmierci zabrzmiało to dla mnie jak ironia. W takich sytuacjach język wiąże nam się w supeł. Bo nawet zwykłe moje kondolencje wydają się wyświechtane i nic nie warte.

Chociaż przyznam, że mi bardzo pomogły wszystkie te słowa, które gdzieś po drodze wymieniałam. Każde zainteresowanie: jak to się stało, kiedy, dlaczego… Wiecznie musiałam odpowiadać na te pytania i sprawiło to, że jakoś się oswoiłam z tym wszystkim. Obecność innych, świadomość, że inni też tym żyją, że są i że możesz się do nich zwrócić. Nawet moja mama, która tak mnie ochrzaniła miała trochę racji. Ale to wszystko zrozumiałam dopiero po dłuższym czasie…

Każdy trzeci jest dla mnie wspomnieniem tamtego dnia. Choć wcześniej umierały osoby dla mnie ważne i też ich nie pomijam w swoich myślach, to była pierwsza nagła śmierć. Wcześniej z reguły były to poważne, długie choroby. Nie wiem czy mój okres żałoby już na dobre się skończył. Już prawie wcale nie płaczę, wróciłam do moich małych i dużych radości, spotykam się z ludźmi. Jest już dobrze. A jego mam w sercu i wiem, że nadal chce bym spełniła wszystkie swoje marzenia, bo zawsze mi tego życzył. Nigdy go nie zapomnę. Chociażby przez to, że od tamtego dnia nie zmieniłam tapety na laptopie i na telefonie. Z pierwszego spogląda na mnie biała lilia, z drugiego świeczki. Wszyscy się pytają dlaczego tak. Nie mam sił by tłumaczyć. Został też jego profil na Fb z masą pięknych zdjęć, które oglądam, gdy przyjdą dni z ochotą na wspomnienia. Wtedy patrzę na niego i się uśmiecham, czasem płaczę… Czytam nasze rozmowy, które już tak nie bolą.

Wiem już, że na żałobę nie ma recepty. Trwa ona tyle, ile w danym wypadku powinna trwać. Jest to zależne od wszystkiego. Od człowieka, od tego kto odszedł, jak odszedł, czy otrzymaliśmy wsparcie. I milion innych składowych, które zapewne zapisane są w mądrych książkach.

Jak każda sytuacja, tak i ta wiele mnie nauczyła. Wtedy usilnie szukałam czegoś, co przywróci mnie do życia. Stąd moja lista na gorsze dni. Musiałam jakoś sobie radzić. I myślę, że całkiem nieźle przetrwałam najcięższe dni. Choć tak wielu nie potrafiło mnie zrozumieć. I nadal nie potrafią…

Ty najlepiej wiesz jak wszystko wyglądało, bo patrzyłeś na mnie z góry. I nadal patrzysz. Więc Ty wiesz… :) I dzięki tej świadomości jest mi jakoś cieplej w sercu i czuję spokój. Do zobaczenia kiedyś tam!

Twoja i Wasza Scarlett.