Styczeń 2018
N P W Ś C P S
« paź    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

uśmiech

Tulcie się!

Drodzy, w zasadzie ostatnie kilkadziesiąt godzin mojego życia to sprzątanie po kochanych panach fachowcach. Dziękuję za wiele ciekawych komentarzy, za nowych autorów, którzy zawitali do mojej Krainy, za Wasze nowe wpisy, które koniecznie muszę przeczytać. Obiecuję, że niedługo pojawi się jakiś bardziej konkretny post, że nadrobię zaległości w odpowiadaniu na Wasze słowa, ale w tym tygodniu czeka mnie jeszcze masa wrażeń, łącznie z imieninami, przeróżnymi rocznicami, wizytami tu i tam. Także nie wiem jak to będzie z moim pisaniem, czytaniem, a w szczególności z czasem. Ale ciągle o Was myślę i staram się wpadać tu na kilka krótkich chwil.

Dzisiaj musiałam przysiąść nad blogiem, a to z racji tego, że jest Międzynarodowy Dzień Przytulania. Wiem, że nie każdy z Was zagląda na mój fanpage, dlatego pozwolę sobie tutaj się powtórzyć.

Przytulajcie się moi drodzy! Podobno przytulanie redukuje stres, spowalnia proces starzenia się komórek, wspomaga system immunologiczny, a nawet pomaga choremu sercu i osobom cierpiącym na depresję.

Taki prosty lek, a nic nie kosztuje, nie tuczy, nie uzależnia, nie podlega opodatkowaniu, nie jest elitarny!

Przytulajcie się… choćby wirtualnie, choćby ciepłym słowem, uśmiechem, albo tak jak kiedyś pisałam: przytulajcie się spojrzeniem!

Ściskam Was mocno, mocno, mocno! I dziękuję, że jesteście :)

Wasza Scarlett!

Czasem dobrze się pośmiać z optymistów ;)

Zdziwieni? Że ja również się śmieję optymistów? A otóż i to. Bo przecież najlepiej śmiać się z samego siebie ;) A że Łukasz, Pamiętnikarz (swoją drogą polecam Wam jego bloga po raz kolejny: 
http://naplaneciezwanejziemia.blog.pl/
), pożyczył mi swój optymizm i mam go powiększyć tysiąc razy (!!!), to robię w tym kierunku pierwszy krok ;)

Polecam Wam kilka myśli, które mnie rozbawiły, albo po prostu mi się z różnych powodów spodobały. Tylko o optymizmie. A co!

Zacznę refleksyjnie.

0_0_0_1851374943

Od razu pomyślałam o moim przyjacielu. To by było w jego stylu ;)

139

Ten demotywator nieustannie mnie śmieszy :D

1268242911_by_alterkonto_600

Hahaha :D Panowie, przepraszam. Równie dobrze mogłyby to być małe piersi ;) 

1338545384_by_Jannnu22_600

I coś dla kobiet :D

1344361594_by_kicikici91_600

A poniżej… Cała ja!

1345065506_3sixk6_600

Optymiści, nie denerwujcie maszynisty ;)

1369506284_psq4jy_600

A tutaj… Nawet ja takiego wariackiego optymizmu nie posiadam :D

optymizm

Ostatnia myśl. I osławiony tekst: „będzie dobrze”

roznica_pomiedzy_optymista_i_2015-12-14_13-06-39

Mam nadzieję, że choć trochę Was rozbawiłam.

Pozdrawiam cieplutko!

Wasza, roześmiana optymistka, Scarlett!

Scarlett i jej przypadki. Za jakie grzechy…

Pisząc ten tekst stwierdziłam, że zrobię sobie przerwę i obejrzę film pt. „Za jakie grzechy, dobry Boże”. Nie żałuję. Fenomenalny! Zaśmiewałam się do łez. A stereotypy w nim zawarte, są epicko pokazane. No i zawsze jest nadzieja, że można się dogadać, choćby z pozoru wyglądało to na mission impossible ;)

Ostatnio długo zastanawiałam się nad tym czy wyrzucić z siebie wszystko, co mam do powiedzenia, na temat tych moich nieszczęsnych niby przyjaciół i niby ukochanej kuzynki. Ale dobrze było się Wam wygadać. I jeszcze cudownie wsparliście mnie, za co jestem Wam ogromnie wdzięczna i teraz wiem, że warto było puścić ich wszystkich wolno. Nad dzisiejszym postem też się zastanawiałam, bo są to luźne wspomnienia. Kiedyś mnie straszyły, teraz mnie bawią. I jeśli miałabym się zastanawiać nad celami tego postu… To zapewne na pierwszym miejscu celem byłaby rekreacja. A nuż się pośmiejecie jakie to ta Scarlett miała historie w życiu. Też trochę ku przestrodze, bo strasznie trzeba uważać na ludzi. I też ku nadziei, że pomimo takich dziwnych historii, na świecie są też wspaniali faceci. Tak, kochane babki, to prawda. Wersja dla facetów: tak, to Wy jesteście wspaniali. 

To zaczynamy. Mężczyzn tych nie mogę nazywać po imieniu, bo licho nie śpi. Określeniami zwierząt czy też cyferek nie chciałam ich nazywać. Żal kogokolwiek i cokolwiek obrażać. Miałam nawet pomysł, by lecieć po przyrządach medycznych, ale za bardzo kocham medycynę. Po DSM czy ICD mogliby się zorientować ;) Wybrałam przypadki. Zawsze wolałam matematykę, a nie j. polski. Więc przypadki jak najbardziej. 

Ale halo, halo, Wy nawet nie wiecie o czym ja, tak na dobrą sprawę, chcę pisać. A chcę pisać o mężczyznach, którzy pojawili się w moim życiu przez pomyłkę. Są to tylko te dziwniejsze przypadki. Nie ma sensu pisać o wszystkich. Dzięki temu trochę mnie poznacie.

Do przypadków dodam jeszcze nazwy Czasownik i Przymiotnik, bo nawet w tym wypadku same przypadki się nie przydały ;)

Lecimy po kolei.

Mianownik.

Dla mnie mianownik to coś podstawowego. Jego przezwisko też oznaczało coś podstawowego. Może stad te skojarzenie. Nie byłam z nim, ale szczerze mnie irytował. Nie możesz jeść tostów, ciastków, pić mleka, robić tego, tamtego. Dupa rośnie. I w ogóle wszystko rośnie. Wiecznie się wymądrzał, ale nie dla mojego dobra, tylko by mnie zirytować. To były czasy gimnazjum, więc myślałam, że końskie zaloty już dawno za nami. Jakież było moje zdziwienie kiedy jego babcia powiedziała mojej mamie, że on nic innego nie robi, tylko w domu wychwala Scarlett. A mnie opierdalał aż miło. Jeśli tak wygląda miłość, to ja pasuję… No dobra, też czasami się na kogoś złoszczę, a tak naprawdę kocham go całym sercem. Ale są granice. Pewnego dnia miarka się przebrała, skasowałam go nawet na fb. Bo teraz, zamiast kulturalnie zepchnąć kogoś ze schodów, to usuwa się ludzi z portali. Ale z drugiej strony, po co mają zalegać na wypielęgnowanym profilu? Dla lajków?! Czy dla poczucia jaka to ja jestem lubiana i znana?! Wtedy on się zreflektował, zaczął mnie przepraszać. Przeprosiny przyjęłam, ale wszystko się skończyło. Teraz, gdy widzimy się na ulicy udajemy, że się nie znamy. Za to jego siostrzenica za bardzo mnie polubiła. Co mnie widzi, to się uśmiecha, zagaduje i robi śmieszne miny. No i masz…

Przestroga? I dla kobiet i dla mężczyzn. Jeśli kogoś kochamy, to dajmy mu to czasem do zrozumienia również dobrym słowem, a nie tylko wrzutami. I kasujmy z facebooka osoby, które są nam niepotrzebne. Bo po co trzymać drewno w lesie. 

Dopełniacz.

Dobrze się złożyło, bo to podobna historia do poprzedniej. Dopełniacz, mężczyzna, który dopełnia sobą kobiety w okolicy. Mówiąc konkretnie: zapładnia. Nie pamiętam bym miała z nim jakąkolwiek styczność. Ale nie o TAKĄ styczność mi chodzi. Ja z nim chyba nawet słowa nie zamieniłam. Może raz? Albo dwa? Sto lat temu? I o ile ja się nim nie interesowałam, to on mną a i owszem. I znów dowiedziałam się o tym w idiotyczny sposób, bo jego mama powiedziała o tym mojej mamie. Teraz na tę matkę patrzeć nie mogę. Na niego też nie. Podobno ostatnio spłodził kolejne dziecko. A ja tylko truchleję na samą myśl, jak te kobiety mogą być takie nierozsądne. I omijam jego samego i jego dom z daleka. A co. Może on rozsiewa plemniki w jakiś inny sposób? Bo nie wierzę jak te 4 czy 5 kobiet mogło się nabrać na takiego… takiego… byka rozpłodowego. Pomijając młode dziewczęta, starsze kobiety też wchodziły z nim w romanse. A on nawet urodą nie grzeszy. Ani pozycją społeczną. Ani charakterem. Takie rzeczy.

Przestroga? Unikajcie takich typów. Kto to wie, czy on w ogóle alimenty płaci czy cóś. Zostaniecie z dzieckiem i klops. I słuchajcie opinii innych na temat facetów. W każdej opinii jest nuta prawdy. Mężczyźni: słuchajcie też opinii na temat kobiet, bo jeśli z 10 osób mówi to samo, to odrobina prawdy w tym musi być.

Celownik.

Gdy w nocy sobie o nim przypomniałam, to aż mi się śmiać zachciało. Miałam wtedy może 17 lat, albo już 18. Wracałyśmy z przyjaciółką z urodzin, czy z jakiejś imprezy. I mamy taki zwyczaj, że zanim się rozstaniemy, to siadamy sobie na przystanku, który jest nieopodal mojego domu. A gdy już się nagadamy, to wtedy się rozstajemy rozchichotane. Nie inaczej było w tym przypadku. I nagle dosiadło się do nas takich dwóch. Mówili ile mają lat, ale kto by to pamiętał. Ja się bałam, że albo nas okradną, albo pobiją, albo zgwałcą. Po głowie mojej przyjaciółki chodziły te same myśli. Byli pijani, usiedli tak blisko, że bliżej się nie dało. Jeden miział moją przyjaciółkę po plecach i opowiadał bajeczki. Mój towarzysz był tak pijany, że ledwo siedział i pamiętam tylko jego nos, bo o mało a by nim we mnie wcelował. I stąd celownik. Myślałyśmy, że szybko się znudzą. Tak się jednak nie stało. Ale w końcu się wyrwałyśmy, obeszłyśmy osiedle jeszcze raz, żeby nie wiedzieli gdzie mieszkamy i poszłyśmy do domów. Ale stracha miałyśmy, bo wiadomo gdzie to się mogło zaczaić…

Przestroga? Jeśli intuicja od razu podpowiada Wam, by zwiewać to zwiewajcie. Nie ma w życiu czasu, by tracić go na takich palantów, którzy nic sobą nie reprezentują… no chyba, że procenty.

Biernik.

Ach, to w miarę świeża historia. Biernik… bo książę biernie czekał na księżniczkę. Chociaż nie biernie… Przecież wokół omamiał inne. Biernik był moim przyjacielem. Nawet nie wiem jak się zaprzyjaźniliśmy. Miły, sympatyczny, dobrze ubrany. I spełniał wszystkie zachcianki… wszystkich dookoła. Był nawet taki okres w naszej krótkiej historii, że mi płacił. Nieważne za co. I nie jest to to o czym myślicie. Ani to drugie też nie. Wszystko chyba by trwało, gdybym… albo wreszcie zgodziła się na seks, albo nie wykryła, że w czasie kiedy ze mną nie rozmawia, interesuje się wszystkimi kobietami dookoła. Co mu zgrabnie wygarnęłam. Nie miał nic na swoją obronę. I przyjaźń jak szybko się zaczęła, tak się skończyła. Z niego to taka męczydupa była. Ostatnio podchwyciłam ten tekst i nawet bardziej mi pasuje niż melepeta. Melepeta to takie słodkie coś jak dla mnie, a męczydupa wręcz przeciwnie. Nie dość, że był nudny, to wiecznie gadał tylko o jednym, a jak chciało się go zapytać o zdanie, to niewiele miał do powiedzenia. Taki zły nie był, bo jak coś chciałaś/chciałeś to leciał na złamanie karku i w mojej obecnej sytuacji szofera z chęcią bym przygarnęła. Ale za te wszystkie uciążliwości… Wolę już sama sobie radzić.

Przestroga? Czasem ktoś się chce z nami zaprzyjaźnić, bo tak naprawdę szuka czegoś innego. Miłości? Naiwności? Wyręczenia w czymś? A samo to, że ktoś jest miły… Czy to wystarcza? W momencie gdy aż zawiewa fałszem?

Narzędnik.

Podobna męczydupa. Narządnik powinien się nazywać. I nie chodzi tu o to, że namawiał mnie do sprzedaży nerek. Było wszystko pięknie ładnie… przez pół roku. Jedliśmy sobie z dziubków, i to dosłownie. Potem dowiedziałam się, że on ma przedziwne skłonności. Że kochał się z kimś w krzakach, z kimś innym w przebieralni, w toalecie miejskiej… Opowiadał mi to z takim zapałem, że aż trudno było uwierzyć. Potem mnie do tego gorąco namawiał wysyłając mi fotki swojego penisa. No nie bójmy się użyć tego słowa. I o ile na początku mnie to bawiło, to potem zostaliśmy tylko przyjaciółmi. Przyjaźń mi pasowała. Lubiliśmy gadać godzinami, potrafił mi pomóc itd. Gdy był w związku, to jeszcze jakoś nam się przyjaźń układała. Jednak gdy związek się kończył, on zawsze wracał do mnie i znowu wysyłał swoje narządy. Nie wiem, jakbym ja penisów się w życiu nie naoglądała i musiał mnie czymś zachęcić. Szkoda, że tak mało miał do zaoferowania… Sytuacja powtarzała się przez kilka dobrych lat, bo ja naprawdę wierzyłam, że on się zmieni i to będzie kiedyś czysta przyjaźń. Ale na szczęście wszystko się skończyło. Bo wreszcie zmądrzałam.

Przestroga? Wiejcie… No chyba, że lubicie porno. Dużo i często.

Miejscownik.

Bo znajdzie Cię wszędzie i o każdej porze. Jego to nawet z imienia nie pamiętam :D Poznałam go idąc ulicą. Niegroźny, choć dziwnie świdrował rozmówcę oczami. Pytał o drogę gdzieśtam. Kulturalnie odpowiedziałam, że nie wiem. Przewodnikiem turystycznym nie jestem. Wywiązała się krótka rozmowa, po której on stwierdził, że dobrze nam się gada. Bo dobrze nam się gadało i nawet brzydki nie był. Wręcz wtedy w moim typie. Wymieniliśmy się telefonami. Po chwili zaczęły przychodzić do mnie SMSy. Że jestem atrakcyjna, bla bla bla i kiedy ta kawa. O ile to było w miarę normalne, potem zaczęły się pytania… czy noszę czasem mini, czy często chodzę w legginsach, czy ubieram majtki. Już zapaliła mi się czerwona lampka. Ale myślę przestanę odpowiadać, to się odczepi. I tak by było. Jednak pech chciał, że chyba po około dwóch tygodniach idę kulturalnie po schodach do mojego domu. Nagle ktoś staje autem, zagradza mi wejście do drzwi i pyta o kawę. Spojrzałam na niego, ciśnienie mi wzrosło ze strachu (ale to dobrze dla hipotonika). Powiedziałam prawdę, że te jego smsy nie przypadły mi do gustu i nici z kawy. Coś tam jeszcze pomarudził i odjechał. Uf. Jednak przez kolejny dzień miałam dziwną manię prześladowczą… Nie polecam.

Przestroga? Nie podawajcie numeru telefonu byle komu.

Wołacz.

O! Długo się zastanawiałam, czy wrzucić go do jednego worka z tymi dziwnymi mężczyznami. Bo nasza miłość trwała dosyć długo. I był dla mnie bardzo ważny. Ale toksyczny. Mimo wszystko. Chciałam go nazwać mammografem, gdy myślałam o medycznych terminach, bo nasza miłość zaczęła się od moich piersi. Zanim poznał mnie, poznał je. Nie pytajcie jak to się stało, no ale sobie pomacał. Co ja poradzę. Tłok był. Potem na niego spojrzałam. Taki przystojny. Uosobienie męskiej atrakcyjności. Bujne ciemne włosy, śniada cera, hollywoodzki uśmiech, szare oczka, pełne usta, duże dłonie. Konie kraść… Po jakimś czasie się poznaliśmy. Okazało się, że nie tylko pisze piękne wiersze, ale też jest wokalistą. Przegadywaliśmy całe noce. Tak uroczo dopieprzał się do moich opisów na GG. Sielanka trwała z rok. O rok za dużo :D Potem wszystko przestało mu się podobać. Moje studia, mój sposób na życie, moje poglądy… I kłótnia i koniec znajomości. I duma. Ale potem kulturalnie się przeprosiliśmy, powiedzieliśmy sobie kilka ciepłych słów. I nadal marzyłam o tym, że jak się rozwiedzie to będziemy kiedyś razem :D Nie, spokojnie, ja go poznałam zanim pobrał się z nią. Nie żebym rozwalała małżeństwa. To nie mój kochanek. Mój Kochanek, to tylko kochanek z nazwy, a nie ze stanu cywilnego. Ostatnio widziałam tego mojego Wołacza. Spojrzał mi głęboko w oczy, ja jemu. On coś krzyczał do kogoś, ja do kogoś. Bo my zawsze lubiliśmy wokół siebie robić dużo hałasu i zamieszania. I widziałam, że on się bardziej wkurzył na mój widok. A ja? Nie poczułam totalnie nic. No, może dumę, że wreszcie nic do niego nie czuję. I nawet jak się rozwiedzie, to wiem, że nic z tego nie będzie.

Przestroga? Bajka nie zawsze jest bajką, a może zamienić się w koszmar… Szkoda tracić czasu dla facetów, którzy zaniżają Twoje poczucie wartości. Od razu mogła mi się zaświecić czerwona lampka, bo te jego cięte riposty, ta ironia… ale kobieta zakochana ma klapki na oczach. Jednak mimo wszystko miło wspominam tamte chwile. Był długo moim ideałem. Po nim zakochiwałam się na krótko, na chwilę, niestabilnie. Ale pozostała mi miłość do wokalistów. I tych, którzy lubią gadać mądre rzeczy. I pisać do mnie po nocach. Ach. 

Czasownik.

O czasowniku mogłabym mówić długo. Bo poznałam go wtedy, kiedy czekałam na kogoś innego. Dla urozmaicenia napiszę Wam historyjkę. To była wiosna jak każda inna. W dzień słońce ocieplało nawet najzimniejszy metal, za to noce były do głębi chłodne i ponure. I właśnie w taki wieczór wyszłam na spacer. Zanim jednak wyszłam, ubrałam się pięknie, zrobiłam pełny make-up. A co! Choć wiedziałam, że wtedy nie mogłam już na wiele liczyć. Przecież się pokłóciliśmy i oboje wiedzieliśmy, że od tamtego momentu nic nie będzie takie same. Mama jeszcze na odchodnym rzuciła: znając życie, on będzie tam na Ciebie czekał. Nie wiadomo czemu to powiedziała. Może tak jak ja czuła, że to coś między nami, to zdecydowanie coś więcej, dużo więcej niż oczekiwaliśmy. A ja na odchodnym powiedziałam: wiem, dziś spotkam miłość swojego życia. I wyszłam. Słońce powolutku zachodziło, ale było jeszcze wystarczająco ciepło. Po drodze widziałam wielu podobnych do niego. Jakby na akord w tę okolicę zjechały się wszystkie jego sobowtóry. Co więcej, czułam go. Czułam go i czułam się dzięki temu bezpieczna. Po krótkim spacerze przysiadłam na ławce. Ściemniło się, zrobiło się chłodno, ale mi to nie przeszkadzało. Zatopiłam się w swoich myślach. Przed moimi oczami kilka razy przeparadował dziwny facet. Znałam go z widzenia i obawiałam się, że w końcu podejdzie i czegoś ode mnie będzie chciał. Czego mógł chcieć? Zapewne się umówić. No przecież. Bo to cudowna ironia. Wreszcie ten facet usiadł kilka ławek dalej. A ja mogłam myśleć o wszystkim, co się wydarzyło. Zastanawiałam się czy coś naprawić, czy zostawić wszystko swojemu biegowi. Uroniłam kilka łez, bo życie było takie niesprawiedliwe. Choć momentami uśmiechałam się do swoich myśli, bo przecież jeszcze z miesiąc temu uważałam, że pora skończyć tę chorą miłość, a raz po raz do niej wracałam. Gdy już pobiłam się z własnymi myślami, gdy odzyskałam względny spokój, i jakie to przyziemne: gdy zgłodniałam i zachciało mi się spać, wstałam. Nagle ktoś za mną krzyknął. Okazało się, że ten facet nadal tam siedział. Było ciemno, ponuro, tylko on i ja na odludziu. Zimno. A on się pyta, jak gdyby nigdy nic, czy umówię się z nim na kawę, a może teraz pójdę z nim na spacer…? Bo wie, że bywam tu często, już nie raz mnie widział. Nie wiedziałam, uciekać czy zaśmiać mu się prosto w twarz. Co mówiłam wychodząc z domu? Że spotkam miłość życia? O ironio. Nie chciałam być chamska i wredna, przecież zawsze taka byłam. Powiedziałam, że się zastanowię, ale nie podałam swojego numeru. Na drugi dzień znów go spotkałam. Dałam mu kosza. Nie wiem po co wcześniej dałam mu nadzieję. Chociaż wiem, myślałam że go już nie spotkam i nie będę musiała kolejny raz dawać komuś kosza. Jednak po tym wszystkim, wracając do domu, uciekając od kolejnego idioty, w myślach pogratulowałam mu jedynie odwagi. Bo ci faceci naprawdę byli odważni, że śmieli zagadać do totalnie obcej kobiety. Jeszcze z takim żałosnym tekstem. I podziękowałam Bogu, że ten, kogo wtedy tak kochałam, jest po prostu normalny. Taki najnormalniejszy. Dziękuję za to, że byłeś w moim życiu choć przez chwilę. Przez chwilę, bo to chyba nie był nawet cały rok. Jakkolwiek to wszystko, co między nami było, było nierealne, to przynajmniej czułam się bezpiecznie. Jak nigdzie. Dziś gdy Cię widzę, nadal czuje ciepło na sercu, choć nie jesteś już mój. Chciałabym kiedyś minąć go tak jak ostatnio swojego Wołacza… podnieść wysoko głowę, wypiąć pierś i stwierdzić, że to była miła przygoda, ale jak dobrze, że już nic do niego nie czuje. I ten uśmiech, bo już wiem, że ta historia jest definitywnie zamknięta. Jednak potrzebuję czasu. Bo jak już go spotkam, nie będzie odwrotu. Będę musiała podjąć decyzję. Albo ciągnąć to dalej, albo usunąć się w cień na zawsze. A boję się, że wniknę w mgłę jego oczu i już nigdy się stamtąd nie wydostanę. Najgorsze, że wiem, że on czeka i będzie czekał. I pójdę kiedyś, być może w to samo miejsce i on tam będzie. Wiem to. Ale jak skończy się ta historia? Pokaże czas, życie, los i miłość. Która póki co pięknie trwa. A Czasownik ponoć ma ostatnio jakieś problemy psychiczne. Mam tylko nadzieję, że nie przeze mnie.

Przestroga? Ciężko mi być obiektywną… W końcu on dał mi do zrozumienia, kto jest dla mnie ważny. Jednak, hm, nie dawajcie nadziei, jeśli wiecie, że i tak ją komuś odbierzecie. Może nieświadomie go skrzywdziłam? Może zraniłam jego uczucia? 

Przymiotnik.

Bez przymiotów. Spotkałam go na swojej drodze po obalonej cytrynówce. Mam ogromnie mocną głowę, więc stwierdziłam, że idę na spacer. I poszłam. Było duszno, ale bez przesady. Byłam na rauszu, więc było mi wszystko jedno. On. Łysiejący, grubo ode mnie starszy, facet bez perspektyw. I zagaduje, że mnie obserwuje od jakiegoś czasu. Że to i tamto, że musiał zagadać. Chapeau bas. I że mnie podprowadzi kawałek. Nie dałam numeru, nie pozwoliłam zobaczyć domu. Uczę się na błędach. Na pytanie co robi w tym mieście powiedział… że tylko mieszka. Jakie to żałosne. Był tak nudny, gadał tylko o pogodzie. Że mu gorąco i za gorąco. Widziałam go potem dosyć często, kończyło się na cześć. Dziwny. Niby zagadał, a potem w ogóle się nie starał…

Przestroga? Jeśli Wam na kimś zależy to walczcie! Bo cóż to za pierwszy krok bez dalszych starań?!

Teraz widzę ile razy to właśnie ja olewałam facetów. W drugą stronę rzadko się zdarzało. Mnie tylko olewają przyjaciele :D Nie ma co się śmiać, to nawet smutne. Ale prawdziwi przyjaciele by nie odchodzili. I to akurat pocieszające :)

Wiem też, że w powyższych sytuacjach nie zachowywałam się idealnie. Bo powinnam od razu wyznaczyć granice, od razu zwiewać, od razu stawiać sprawę jasno, bądź co tam jeszcze. Żeby to nie wyglądało tak, że oczerniam wszystkich wokół, a sama zgrywam świętą. Nie. Doskonale wiem, gdzie popełniłam błędy. I już je wypleniłam ze swojego schematycznego działania.

Jeśli chodzi o wnioski z tego wpisu… Macie je w dużej mierze w przestrogach. Ale chyba najważniejszy wniosek jest taki: doceniajcie swoje życie, swoje związki, to co macie. Moje historie teraz brzmią bardzo lekko i z humorem, bo wszystko działo się dość dawno temu. Ale w samym momencie tych zdarzeń… nie zawsze było pięknie i kolorowo.

Z podziękowaniem dla Panów, którzy otworzyli mi oczy na wiele spraw.

Scarlett. 

Od rana mam genialny humor!

Czy ja przypadkiem wczoraj wieczorem zawodziłam jak to tęsknię za dawnymi czasami…? Czy myślałam o facecie, który milczy? Było coś, no nie? :D I może nadal zastanawiałabym się dlaczego mam takiego pecha, gdyby nie chłopak, który dzisiaj do mnie z rana napisał. Myślę, że nie będzie zły, jeśli wkopiuję tutaj jego wiadomość. Uwaga. Zaczynam. Żeby nie było, w oryginale. Bo po angielsku to jakoś mniej tanio brzmi ;)

you are a beautiful girl
all men dream to have a wife like you
all men dream a great love with you
all men dream to have a beautiful babies with you
all men dream a lovely family with you
you are beautiful girl
you are very beautiful girl

Myślę, że tłumaczyć nie trzeba :D Jakie to proste, a jak sprawiło, że się śmieję. Zawsze wiedziałam, że wszyscy mężczyźni mnie pożądają. A co! :D

Życzę Wam pogodnego dnia! Zarówno odnośnie aury zewnętrznej, jak i w serduszku.

Pozdrawiam, Wasza roześmiana Scarlett ;*

Coś się wdzięczy, coś się mieni. Złote dary tej jesieni. Złote liście, piękny las. Napawaj się, celebruj, to jest Twój czas.

Niegdyś w jesieni widziałam tylko deszcz, krótsze dni, lodowate noce, deszcz, kałuże, deszcz, jeszcze więcej deszczu, zbliżającą się zimę, szarość, burość i nijakość. Jesień była też taką porą w szkole, czy na studiach, kiedy zbytnio nic się nie działo. Zdarzały się jakieś kartkóweczki, kolokwia, ale były dość sporadyczne. Były podawane wytyczne, harmonogramy, ale przez nikogo nie brane na serio. Nuda. Jesień to też święta… Wszystkich Świętych, Dzień Zaduszny, 11 listopada. Nigdy przeze mnie nie obchodzone. Dopóki nie przyszło samemu opiekować się grobem czy też dopóki nie otrzymałam magicznej książeczki wojskowej, która sprawiła, że wszelkie przejawy zdrowego i szczerego patriotyzmu ogromnie zaczęły mnie wzruszać. Taaak, służba Ojczyźnie też mnie kiedyś interesowała. Nawet mi to proponowano. Yhym. Nie, żebym coś miała przeciwko, ale w zasadzie… to zawsze jakaś alternatywa. Chociaż inni widzieliby mnie w policji… A ja siebie w szpitalu i na uczelni. No i weź to pogódź. Jest śmiesznie, uwierzcie. Ale idę swoją własną drogą. Wracajmy do jesieni, bo się zaraz zrobi wiosna, jak wezmę się za dyrdymały wszelakiego rodzaju. Jesień w pracy to też trochę wyczekiwanie przedświątecznych premii, planowanie Sylwestra. A nuż trafi się długi weekend. Jeden, dwa, albo trzy. Jesień widoczna jest w zmianie garderoby. Wszyscy szarzeją, czarnieją i brązowieją, znaczy takowe barwy przybierają, by zlać się z otoczeniem i zbytnio nie wychylać. Zaś na twarzach i ciałach bledną. Opalenizna schodzi z człowieka zapewne dlatego, by nikt w depresyjną jesień nie tęsknił za słońcem i ciepłem. Jesień to czas kiedy odechciewa się wychodzenia z domu. Bo po co? By się pochorować?! Albo utopić w kałuży?!

A jak patrzy na to zwykła, szara, pani O’Hara…? Nie mogłam odmówić sobie tego dennego rymu ;) Mam nadzieję, że moja jesień będzie złota. Że będę chciała wyjść z domu, nie dlatego by z niego uciec, by uciec od samej siebie, tylko by po prostu pospacerować. Chcę by moja jesień była taka, jak ta przed rokiem. Pamiętam ten dzień doskonale. Byłam wtedy po bilety na koncert i nagle z głośników zaczęła grać muzyka, liście wokół spadały, fontanna szalała w sobie znany takt. Ludzie się zatrzymywali. Czułam, że nie jestem sama. I ta feeria barw, i moje szczęście z okazji zdobycia biletów. Czułam spokój w sercu. I przeogromną radość. To było to. Aż uwieczniłam ten moment zdjęciem. Szkoda tylko, że nie mogłam uwiecznić emocji. Wtedy wszystko było takie proste. Aż banalne. Teraz też tak jest, ale jest inaczej. Po prostu… inaczej.

10320551_738564206215212_5175295965452294901_n

Chcę by ta jesień była obfita w owoce, warzywa… i nie tylko po to, by się nie przeziębić, by nie zadręczać się chorymi zatokami, oskrzelami i ich znajomymi, ale by wyrabiać w sobie zdrowe nawyki. Chcę mieć czas na wylegiwanie się pod ciepłym kocem z ogromnym kubkiem herbaty, niekoniecznie w trakcie choroby. Chcę przeczytać kilka dobrych książek, lecz nie po to, by cieszyć się czyimiś sukcesami i żyć czyimś życiem, tylko dla czystej przyjemności. Chcę ćwiczyć, choćby z E.Ch., nie po to by schudnąć czy coś, tylko po to, by wytwarzać masę endorfin. Chcę zrobić kolejne zdjęcia złotej polskiej, aby za rok mieć, co wspominać.

Nie poddam się zaokienkowej melancholii. Nie poddam się czarnej dziurze jesieni. Nie poddam się pustce, która czasem atakuje. Nie zaśniedzieję. Nie!

PS. Cieszcie się jesienią gołąbeczki. Niech nie smucą się Wasze mordeczki. Kochajcie i dla innych bądźcie kochani. I słuchajcie rad Waszej blogowej pani ;)

Musiałam Wam uprzykrzyć dzisiaj życie tymi kiepskimi rymami. Może a nuż ktoś się zaśmieje, że są na świecie jeszcze takie poetyckie beztalencia jak ja ;)

Całuję Was, Wasza Scarlett ;*

Kiepski dzień? No problem! And keep smiling!

Tak się złożyło, że dzisiejszy temat pasuje w sam raz do znienawidzonego przez wielu poniedziałku. Jednak takie niezbyt sympatyczne chwile mogą nas dotknąć w każdy dzień tygodnia. I niestety nie nauczyły się jeszcze, by uprzedzać, że wproszą się z wizytą. Dlatego wpadają z szybkością F1 i F16 razem wziętych, a z siłą większą nawet niż niejedna broń masowego rażenia. I może to być…

wtorek,

niedziela,

dzień, w którym mamy ochotę zabić nudę,

12-godzinny dzień pracy,

bad hair day,

dzień pełen przykrych wspomnień, chwile, gdy ktoś nas zrani, gdy tracimy sens życia, gdy mamy ochotę na wolne od wszystkiego, gdy wpada teściowa, gdy w kąciku oka buja się mała łezka, gdy najchętniej schowalibyśmy głowę do piachu jak kolega struś… Więc gorszy dzień, to nie tylko TE kobiece dni, ani dni PO, kiedy jedyne, co płynie nam w żyłach, to resztki wina z wczoraj. Takich dni jest miliony razy więcej. Ale komu ja to mówię. Wy znacie je doskonale. Niestety…

Dlatego też w gorszy dzień potrzeba jakiegoś magicznego specyfiku, który odmieni nasze myślenie, albo skieruje je na inne tory i sprawi, że wszystko będzie zdawało się ciut lepsze i lżejsze niż wcześniej. I nie mówię tutaj o alkoholu czy innych mocarzach…

Mam za to kilka propozycji akceptowalnych społecznie, które metodą prób i błędów sprawdziły się u mnie już nie raz. Może pomogą również i Wam. Choć od razu mówię, że liczę też na Wasze sposoby, by nasz cudowny i genialny spis jeszcze bardziej powiększyć.

Zaznaczam, te niżej wymienione aktywności mogą wywołać w nas różne poziomy szczęścia/zadowolenia/ulgi. Wszystko zależy od naszego zaangażowania, motywacji, temperamentu, siły gorszego dnia i wielu innych czynników. Może tylko ukoją choć na chwilę nasze myśli lub skołatane nerwy, ale to zawsze coś. Nie każę Wam przestać myśleć o Waszych problemach, bo wiem, że to wymaga pracy, czasu, a czasami po prostu nie da się tego zrobić. Ale wyciszyć się, zrelaksować, albo wręcz przeciwnie: pobudzić. Czemu by nie…? Brzmi dobrze? To zaczynamy!

1. Pozytywne przeformułowanie trudnej sytuacji.

Gadam jak psycholog ;) Ale myślę, że każdy wie o co chodzi. Jeśli znaleźliśmy się w dość ciężkiej dla nas sytuacji, to warto spojrzeć na nią z bardziej pozytywnego punktu widzenia. Może być trudno, może dane przeformułowanie Was nie do końca usatysfakcjonuje. Ale są plusy, bo spojrzycie na wszystko z innej strony i może to Was przekona. Co więcej, warto zapytać też najbliższych lub znajomych, jakie wartości zauważyliby w danej sytuacji. Jak oni by się w tym wszystkim odnaleźli. I co polecają. Nie bójmy się pytać innych o zdanie! Inne punkty widzenia wiele wnoszą w nasz sposób postrzegania problemu.

2. Uśmiech, uśmiech i… uśmiech.

Nasz i osób wokół. Mądrzy powiadają, że gdy zaczniemy wykonywać mięśniami szczęki ruchy podobne do tych, które przypominają uśmiech, to od razu poczujemy się lepiej. Wiem, że są sytuacje gdy ciężko się uśmiechnąć. Sama niejednej takiej doświadczyłam. Ale można chociaż spróbować, choć na chwileczkę. To nic nie kosztuje. Uśmiechać się do samego siebie, ale również do ludzi na ulicy. Możemy palnąć do kogoś coś głupiego by sam się roześmiał, a my będziemy mieć satysfakcję z czyjegoś zadowolenia. Przy okazji zupełnie nieświadomie możemy zwalczyć czyjś bad day!

3. Ukierunkowanie na siebie vs ukierunkowanie na innych.

Ukierunkowanie na siebie? Wielu z nas na co dzień jest zapracowanych, przemęczonych. Kursujemy pomiędzy różnymi miastami, ulicami, nie potrafiąc wykrzesać ani chwili wolnego. Więc może dobrze znaleźć choć ciut czasu i spożytkować go na słodkie nicnierobienie. To zapewni nam wyciszenie i nabranie sił. Jednak jeśli wolicie wypoczywać intensywnie to możecie oddać się takim przyjemnościom jak film, książka, słuchanie muzyki, karaoke, ruch pod wszelką postacią (od jogi po intensywne zajęcia zumby). Tym bardziej, że na każdego działa co innego. Tu ważne jest też pobycie z samym sobą. Wsłuchanie się w siebie, w przyrodę, w otoczenie. Obserwowanie innych. Może to być niezły relaks, jak i dobra nauka. Polecam też kupienie sobie drobnego prezentu, krótki wyjazd, koncert. Jak wolicie. Zapomniałabym o jedzeniu :D Też się liczy. Zjedzenie kostki czekolady (żeby potem nie mieć dodatkowo wyrzutów sumienia), wypicie dobrej kawy (dwóch, ewentualnie trzech :P przepraszam! jestem uzależniona! ALE słyszałam, że kto pije od 2-3 filiżanek kawy dziennie, to zmniejsza się u niego prawdopodobieństwo depresji, także nie ma co się śmiać). Można też zrobić pierogi, nauczyć się zwijania sushi. I przy okazji kogoś nakarmić tymi specjałami. I tu przechodzimy w płynny sposób do ukierunkowania na kogoś innego ;)

Ukierunkowanie na innych? To oprócz ugotowania dla kogoś barszczu (nie SOSNOWSKIEGO!), chociażby kupienie bliskiemu czegoś drobnego, albo wręcz wykonanie drobnej pamiątki (tak bez okazji!). Spotkanie z przyjaciółmi, z rodziną, a może z kimś niedawno poznanym. Odnowienie kontaktu. Opieka nad zwierzęciem (nie musi być własne, bo można spróbować swoich sił w schronisku). Kupienie sobie roślinki. Miałam kiedyś taką sytuację. Znajomi zostawili u mnie drzewko bonsai z zastrzeżeniem, że ono już się nienajlepiej ma, ale mam się tym nie przejmować. Taaa, brzmi pięknie. Ale bardzo mnie relaksowała opieka nad nim i mimo kilku tygodni ich nieobecności bonsai nie umarło! Ulga! Kolejnym sposobem jest cieszenie się szczęściem innych. Czasem gdy u nas burza, u innych tęcza. Może warto z tego czerpać inspirację? I wolontariat. Pomóc dzieciakom w nauce, pobawienie się z nimi. Uśmiech pojawia się mimowolnie!

Większość z tych aktywności wymaga bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem. Wiem, czasem niełatwo jest się spotkać z kimś znajomym lub obcym, kiedy sami rozpadamy się na milion kawałków. Bo nie chcemy by ktoś inny nabijał się z naszego cierpienia, albo wręcz cierpiał razem z nami. Sama miałam opory. Przykład. Pewnej pięknej, słonecznej niedzieli odszedł mi ktoś bliski. Przez kilka tygodni miałam problem by wychodzić z domu, by się śmiać, by żyć. Wyrwała mnie z tego moja przyjaciółka. Najpierw wzięła mnie na drinka, choć nawet już w SMSie zaznaczyła, że tylko po to by za Niego wypić. I tak wyglądało te spotkanie. Gadałyśmy tylko o Nim. Ale bardzo mi to pomogło. Po kilku dniach namówiła mnie na koncert. Był to koncert, którego do dzisiaj nie mogę zapomnieć. Myślałam tylko o Nim. Tym bardziej, że w pamiętną niedzielę, słuchając dokładnie tego samego zespołu, dowiedziałam się, o tym co się stało. Było mi głupio, wspomnienia wracały, niezbyt dobrze się bawiłam. Ale to był przełom. Jakże potrzebny. I teraz wiem, że wyjście do ludzi to coś, co mi pomogło nie jeden raz. Choć początkowe opory wydają się nie do pokonania. Ale warto.

4. Odkrycie, pielęgnowanie pasji.

Jeśli ktoś już takową ma, to dobrze! Trzeba do niej wrócić, pielęgnować ją, dbać o nią! Jeśli uważamy, że jesteśmy beztalenciami, to nie ma innej opcji, po prostu trzeba się w siebie wsłuchać (ale nie w wewnętrzny głos, który mówi, że talentu w nas mniej niż zero!). Pasji jest tyle, ile ludzi na ziemi. Szkicowanie, fotografowanie, pisanie bloga, bawienie się we fryzjera, cokolwiek. Coś, co pozwoli nam na upust emocji, ale w kontrolowany sposób. W dodatku jest to coś, co jest całkowicie nasze i sprawia nam przyjemność. Pomaga w rozluźnieniu, wyrażeniu siebie. Na pasji można również zarabiać, jakby ktoś miał praktyczniejsze podejście do życia ;) Wierzę, że każdy znajdzie coś, co go oczaruje :)

5. Krótka drzemka.

Nie mówię o przespaniu życia! Wystarczy kilkanaście minut, godzinka w ciągu dnia. Na skołatane nerwy dobra jest taka chwila wytchnienia. Nie tylko pomaga w regeneracji organizmu, ale również chwilowo odciąży naszą psychikę od tego, co się wydarzyło. Jeśli nie drzemka, to może krótkie poleżenie w łóżku…? Albo chwilowe przymknięcie powiek podczas jazdy pociągiem? (Uważajcie na bagaż!) Serdecznie polecam też trening autogenny Schultza. Coś niesamowitego.

6. Małe szaleństwo.

Pozwólmy sobie na coś, czego do tej pory nie robiliśmy albo baliśmy się zrobić. Nowa fryzura? Czerwona sukienka z którą nigdy się specjalnie nie utożsamiałyśmy? Pójcie do domu inną drogą? Brak wiecznego planowania, a otwarcie na to, co przygotował los? Lot balonem? Rejs statkiem? Podróż pociągiem byle jakim odjeżdżającym z peronu 9 i 3/4? Paznokcie w kolorze lazurowym? Zjedzenie ryby zamiast mięsa (dla niektórych nawet to może być szaleństwem!). Takie małe odstępstwa od tzw. normy, nudy i stagnacji pozwalają się zdystansować. Zmieniają kierunek naszych myśli. Po prostu są potrzebne.

7. Słoik szczęścia.

To małe ustrojstwo każe myśleć! Przekonuję się o tym za każdym razem, kiedy nie wiem co z danego dnia mogłabym uznać za szczęśliwe lub takie, które wywołało mój uśmiech. Założyłam go w styczniu tego roku. I codziennie wrzucam po karteczce. Z dobrymi myślami, chwilami, spotkaniami, wspomnieniami. I wiecie? Nie wiem czy to ten rok jest taki niesamowity, czy ja specjalnie robię wszystko by zbierać do słoika dużo dobrych wspomnień, ale jest nieziemsko. Może to też kwesta tego, że teraz nawet na najmniejsze szczęścia muszę uważnie patrzeć, choć kiedyś były one dla mnie codziennością.

Słyszałam też o innej wersji, a mianowicie wrzucamy do słoika to, za co moglibyśmy podziękować: jak kto woli, albo sobie, albo Bogu, losowi, albo aniołom, względnie temu dniowi, który miał miejsce. Też inicjatywa warta dostrzeżenia. Dzięki temu każdy dzień ma namacalny sens.

8. Skierowanie myśli na to, co było i co dopiero będzie.

Wiem, ważna jest chwila obecna, bo to właśnie DZIŚ jest tym dniem, na który mamy wpływ. Ale inni zaś uważają, że najlepsze dni dopiero przed nami. Zgadzam się z obydwiema wersjami. Bądź co bądź, są do pogodzenia. Skupiam się na tym, co jest teraz, choć kiedy przychodzą gorsze dni miło jest pomyśleć co by było gdyby, wizualizować swoje aspiracje, plany. Myślę kim będę za rok, dwa, dziesięć. Nie po to by się dobić, ale po to by na chwilę zapomnieć o tym jak źle jest aktualnie. Zbawienne są też marzenia, które pojawiają się pod naszymi powiekami tuż przed snem. Staram się od dziecka by to, co myślę przed snem było pozytywne. Kiedyś to byłam ja w roli księżniczki, która wreszcie odnajduje swego księcia. Teraz to jestem ja w roli spełnionej, szczęśliwej osoby, zarówno na polu zawodowym, jak i prywatnym. W myślach odgrywam liczne pozytywne sceny, układam dialogi. Nie pozwalam sobie na pójście spać w gniewie lub w smutku.

Skoro przyszłość, to też przeszłość. Warto wspominać, to co było dobre. Albo to, co było trudne, ale jednak jak pięknie z tego wybrnęliśmy. Przypomnijmy sobie, że sięgnęliśmy dna, ale zawsze (jakkolwiek, nawet koślawo) się od niego odbijaliśmy. Że przecież nasze życie nie jest takie złe.

I to chyba tyle. Coś Wam się jeszcze nasuwa? Może macie inne genialne sposoby?

Na mnie nie zawsze wszystko działa. Do każdej sytuacji podchodzę indywidualnie. Ale to dobrze. Trochę wysiłku poznawczego i dopasowywania się do emocji i zdarzeń nie zaszkodzi ;)

Wasza Scarlett.