Styczeń 2018
N P W Ś C P S
« paź    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

szczęście

Przecież wiecie, że Was uwielbiam!

Moi kochani!

Za kilka tygodni, a dokładnie w Wielki Czwartek, przypadają moje dwudzieste szóste urodziny. Do tego czasu postanowiłam poukładać swoje życie. Dlatego też jeszcze przez kilka dni będzie mnie tutaj mało. Mam zamiar powyjaśniać kilka kwestii z rodziną, przyjaciółmi, rozpocząć kolejną część rehabilitacji, wreszcie przemyśleć w jakim kierunku chcę iść i dlaczego w akurat takim, a nie innym ;)

Strasznie dużo się u mnie dzieje. Ale chcę pozamykać to, co mam do pozamykania, pootwierać, to co należy otworzyć. I rozpocząć dojrzałe życie z czystą kartką. Jeszcze do niedawna pragnęłam szaleństwa w życiu, a jednocześnie jakoś cały czas dążyłam ku stałości. Teraz wiem, że są sprawy, które muszę załatwić, bo nie dadzą mi spokoju. Nawet jeśli myślałam, że są moją stałością i tak już po prostu musi być. Jednak wiem, że jeśli pozostawię wszystko losowi, to wiecznie będę się fiksować na jednym i tym samym, a co za tym idzie moje wpisy staną się monotonne, a moje życie uciążliwe.

Dzisiaj na moim fanpage’u wrzuciłam takie oto słowa:

Zawsze znajdzie się ktoś, kto ma więcej pieniędzy, więcej szczęścia, większy dom, więcej miłości, więcej zdrowia i dużo więcej dzieci.

Zawsze też będą istniały osoby, które mają dużo gorzej. Bo nie mają domu, nie mają bliskich, nie mają poszanowania w społeczeństwie.

Warto się porównywać? Warto się poddawać, kiedy widzimy sukcesy innych i milion naszych porażek? Warto spoczywać na laurach i twierdzić, że sam dach nad głową wystarczy? Warto bezrefleksyjnie przeżywać dzień za dniem, odliczając chwile do urlopu, emerytury, do śmierci?

Po co się ograniczać? Przecież możemy wszystko. Wszystko. Tylko nie po wszystko mamy odwagę sięgnąć. Bo głupio prosić, głupio kochać, głupio przebaczać, głupio się spełniać… I wiecie co…? Głupio jest tylko czekać na lepsze jutro, nie robiąc nic w tym kierunku, by różniło się ono czymkolwiek od dnia dzisiejszego.

Takie to przemyślenia naszły Scarlett po wizycie u ortopedy ;)

PS. I wiecie co? Teraz jestem jeszcze bardziej pewna, że każda chwila w naszym życiu, każda porażka, każdy upadek, każdy człowiek na naszej drodze jest PO COŚ. Często nie rozumiemy tego od razu, myśląc, że los z nas kpi, nas pogrąża… A tak naprawdę każda minuta naszego życia nas wzbogaca.

Mam nadzieję, że wiecie to od dawna, a ja Wam tylko o tym przypomniałam. A jeśli się jeszcze o tym nie przekonaliście, to wszystko przed Wami :)

Dni są dla mnie trudne, bo podobno kolejna seria rehabilitacji będzie tak bolesna, że mój ukochany doktor uważa, że go przeklnę. To będą ciężkie dni dla mojego serca, dla duszy. Ale wiem, że pewne sprawy są nieuniknione i cały czas powtarzam sobie SCARLETT, WALCZ, PRZECIEŻ TY MOŻESZ WSZYSTKO. I tak też jest :)

Uwielbiam Was! Za wszystko. I cieszę się ogromnie, że mogę Was poznawać, z Wami rozmawiać, pisać, śmiać się, zastanawiać. A może i nawet niedługo z niektórymi się spotkam :) Tyle pięknych dni przede mną, że kilka wzgórz i dolin nie może tego wszystkiego popsuć :)

Pozdrawiam Was ciepło i nie zapominajcie o mnie! :*

Miłość? Kiedy jedno spada w dół, drugie ciągnie je ku górze.

Pozwoliłam sobie na cytat z piosenki. Z resztą, słów nauczyła mnie moja przyjaciółka. A gdy już zapamiętałam co i jak, chodziłyśmy po całym mieście i śpiewałyśmy ją wniebogłosy. Piękne wspomnienia :)

Jednak dziś nie o wspomnieniach. Jutro Walentynki. Odkryłam Amerykę ;) Wiecie, nawet mnie porwał ten szał ;) Jednak wiadomo, że przez jednych jest to święto kochane, przez innych nienawidzone. Gdy byłam małą dziewczynką, 14.02. zawsze kojarzył mi się z wierszykiem „na górze różne, na dole fiołki, a my się kochamy jak dwa aniołki”. Który potem ewoluował w „na górze róże, na dole bez, a my się kochamy jak kot i pies” ;)

Już uszami wyobraźni słyszę lecące jutro wszędzie piosenki o miłości. Z resztą, prawie każda o niej traktuje. A ja znów będę marzyła o tym, by moje życie miało soundtrack :D Ach. Dzisiaj w tle mojego życia powinni zagrać „Zagadkę” Grzesia Hyżego. Tak bardzo <3

Niektórzy jutro będą wymiotować tymi wszystkimi dekoracjami, wszędobylskimi serduszkami, będą narzekać, że jest to święto z zachodu i że w ogóle jest beznadziejne. Że przecież kocha się cały rok, a nie tylko od święta. Niektórzy będą walić drinki, inni w tynki, jeszcze inni z dynki. Niektórzy będą marzyć, by kolejny Dzień Zakochanych spędzić właśnie z tym wyczekanym. Ktoś będzie liczył ileż to zdobył walentynek i czy pobił rekord sprzed roku. Ktoś inny będzie czekał tylko na tę jedną jedyną oznakę sympatii. Wielu zakochanych spędzi ten dzień wspólnie, przy dobrym obiedzie, kolacji, przy świetnej muzyce, na spacerze, w kinie, przytuleni. Ktoś będzie tęsknił za tym, który jest daleko, ktoś będzie wzdychał do swojego ekranowego amanta. Ktoś zapewne będzie leczył przeziębienie czy inną chorobę. Ktoś pani ktosiowej zrobi wyrzuty: przecież mówiłaś, że nie obchodzisz walentynek!!! Ktoś inny będzie zapewniał: nie, nie przytyłaś kochanie, to mózg ci urósł. Ktoś może się pokłóci, ktoś inny pogodzi. Ktoś wreszcie zbierze się na odwagę i powie ukochanej, co do niej czuje. Ktoś będzie wspominał inne Walentynki, kiedy to był taki zakochany, tak szczęśliwy… Inny spędzi ten dzień z winem, przed telewizorem. Inni będą pocieszać, że to nie tylko w Walentynki jest się niekochanym, ale też przez cały rok.

Jakkolwiek spędzicie jutrzejszy dzień i jakikolwiek macie stosunek do Walentynek, chcę Wam życzyć tego, czego praktycznie każdy na świecie pragnie, a mianowicie: szczerej, wiernej, pięknej miłości. Nie życzę Wam braku problemów, bo w każdym uczuciu takowe są, ale istotą jest aby nauczyć się je pokonywać razem, ramię w ramię.

Zakochani, pielęgnujcie swoje uczucie i w tej kwestii nigdy nie spoczywajcie na laurach. Szanujcie swoją drugą połówkę, wspierajcie ją i kochajcie tak mocno, jak to tylko możliwe. I bądźcie dla siebie wyrozumiali, mimo wszystko!

Zakochani nieszczęśliwie… Czy też zakochani bez wzajemności. Wiecie, według mnie to troszkę niefortunne określenia. Każda miłość jest w jakimś stopniu szczęśliwa, nawet jeśli wzdychacie do kogoś, z kim być może nigdy nie będziecie. Każda miłostka przybliża nas do tego najpiękniejszego uczucia jakim jest prawdziwa, wzajemna miłość. A któż wie czy kochacie bez wzajemności? A nuż druga strona czuje to samo, tylko boi się, że zostanie odrzucona. Może to jest taki dobry dzień by powiedzieć komuś, że się o nim pamięta, tęskni za nim, myśli o nim…? Skoro cały rok jakoś nie było odwagi, to może wreszcie nadszedł ten upragniony moment?

I wreszcie, single, osóbki, które na razie nikogo nie szukają. Drodzy, miłość przyjdzie szybciej czy później, w niespodziewanym momencie. Teraz cieszcie się bliskością przyjaciół, momentami jakże szeroko pojętej wolności, bo przecież już za kilka miesięcy, dni wszystko może wyglądać zupełnie inaczej. Cieszcie się przede wszystkim miłością tych, którzy są Wam bliscy, których lubicie, podziwiacie. A jeśli ktoś Was kiedyś zranił, to tylko po to, byście odrodzili się silniejszymi, byście zrozumieli, że czeka na Was coś więcej niż łzy i niepokoje. Bądźcie otwarci na niespodzianki losu!

Drodzy wszyscy, żyjcie z całych sił, bo któż za Was przeżyje Wasze życie? :)

PS. Śmiałam się ostatnio chodząc po supermarkecie, że jakiś pan pewnej pani kupi zapewne na jutro środek na odchudzanie, a ona jemu na potencję ;) Jakaż ja jestem romantyczna! :P

Przytulam, Wasza Scarlett.

Zaskakuję nawet samą siebie…

Remont: kontynuacja. I wolę nie myśleć, ile ta farsa jeszcze potrwa.

Wczoraj wszyscy zaklinaliśmy, by sąsiadom nadal śmierdziało, łapałam się za głowę słysząc przez dziury głosy z dołu i z góry. Jak w Big Brotherze… Przy odrobinie szczęścia, w którejś dziurze można zobaczyć znajomą twarz. I o ile wczoraj się śmiałam, że gdyby za kilka lat miał tu miejsce pożar, to aktualny remont byłby daremny, tak dzisiejszej nocy uratowałam tyłek sobie i wszystkim mieszkańcom.

Ta noc była dla mnie wyjątkowo ciężka. Wszędzie pył i te zionące dziury, a do tego prywatne życie sąsiadów wystawione na moje biedne uszy… Żeby uniknąć większego zakurzenia, do spania przygotowałam tylko połowę łóżka, bo po co brudzić całe. Z resztą i tak chciałam spać u mamy, ale końcem końców pomyślałam, że jednak wolę się nie zamieniać. I wyobraźcie sobie, ile małych decyzji, przypadków, zbiegów wydarzeń, losu i przeznaczenia ma nad nami kontrolę…

Jest noc. Przewracam się z boku na bok, niewygodnie mi, ciasno, kostka boli, kolano nie mniej… Ale i tak zasypiam z uśmiechem na ustach, bo przecież wcześniejsze komentarze Małej Mi mnie totalnie rozbroiły. Po wielu bojach z kołdrą i poduszkami wreszcie zasnęłam na dobre. 

Środek nocy. Nagle słyszę masę lejącej się wody. Już nie wiedziałam czy jestem w łóżku czy nad wodospadem. Może to Niagara? Zaczęła się dedukcja. Wprawdzie rozmawiałam wczoraj o wizie, ale nie przypominam sobie bym leciała samolotem :D Hm… Ale w Polsce zapowiadali wiatr i deszcz, więc myślę: oho, nieźle daje. Jednak jestem wyczulona na wodę kapiącą, lejącą się, wszelaką i ta sytuacja zaczęła mnie po kilku sekundach irytować. Nagle myślę: nie no, deszcz nie waliłby tak o podłogę. I jak nie wstałam, jak nie ruszyłam obudzić mamy, jak ona nie zadzwoniła do sąsiadów, że to od nich się leje! I niech ktoś mi powie, że moje nogi nie są na wagę złota ;)

Gdyby nie ja, piętro by zamokło, znając życie nasze podłogi też i sufit sąsiadów. Już pieprznął przy okazji prąd na korytarzu, a strach pomyśleć, co działoby się dalej. Grunt, że wody było tylko po kostki. A przecież tam są wszelkie liczniki… I się śmieję, że jestem bohaterką, choć tak źle życzyłam temu domowi ;) A tak naprawdę dziękuję Temu Tam na Górze, że miałam na tyle lekki sen, by w porę się obudzić. Przynajmniej nie mamy jeszcze większego bajzlu. A przy okazji zrobiłam coś dobrego dla lokalnej społeczności. Jestem z siebie dumna. 

Dobra, moje życie, moim życiem… A jaki z tego morał dla wszystkich? Widzę kilka.

Nie wymieniaj rur zimą :P

Warto otaczać się dobrymi duszami, czyt. mua.

A trochę bardziej na poważnie…

Nie znasz dnia, ani godziny. I nie tylko jeśli chodzi o śmierć, ale o wszystko, co nas w życiu spotyka.

Czasem na coś lub na kogoś narzekasz, życzysz jak najgorzej, a potem okazuje się, stanowi to dla Ciebie największą wartość.

Praktycznie całe życie polega na wyczuciu idealnego momentu. Nie mówię jednak o obudzeniu się przed budzikiem. 

Nie ma to jak remontowe przemyślenia. Pozdrawia wasza samozwańcza bohaterka, Scarlett.

Deszcz nastraja…

sad-505857_1280

Pada deszcz. I jest szaro za oknem. Chociaż wczoraj było jeszcze biało. Zupełnie jakby anioły bawiły się cukrem pudrem ;) Szkoda, że dzisiaj przestały…

DSC_0381~2 DSC_0356~2

Upiekłyśmy kaczuchę, a teraz wegetujemy w domu i słuchamy muzyki. I powiem Wam, że dawno nie przesłuchałam tylu fantastycznych utworów. Oczywiście zamierzam się z Wami nimi podzielić. Taka jestem dobra :P

1. Kobieta, o elektryzującym głosie. Piękna muzyka. Słowa, pełne bólu, ale też nadziei. Pełne tęsknoty i miłości. Banalny teledysk, prosty, ale jakże adekwatny. Coraz częściej zakochuję się w piosenkach od pierwszego przesłuchania. Tak też stało się tym razem.



2. Ciągle o nich słyszę, a tak naprawdę rzadko miałam okazję posłuchać ich muzyki. Myślałam, że to jakiś strasznie ciężki rock. O jakże się myliłam. Ileż to ja straciłam!!! Ale nadrabiam zaległości. Są fantastyczni! I pod względem wokalnym i przede wszystkim instrumentalnym. Jest moc!



3. Nie przepadam za coverami, ale ten jest świetny. Taki słodki, uroczy, pełen ciepła. W sam raz na zimne dni.



4. I kolejny cover. Kuba. Ana. Uwielbiam. I już nie wiem kogo bardziej. Dwa głębokie, silne głosy, a jakże pięknie śpiewają o miłości. I te słowa, które mnie nigdy nie rozczarują.



5. Najnowsza propozycja Cleo. Niekoniecznie w moim klimacie, choć na jej koncercie też miałam okazję być i pamiętam, że świetnie się bawiłyśmy z przyjaciółką. W końcu Słowianki dały głos :D I szczerze, coraz bardziej się do tej piosenki przekonuję. Tekst życiowy, teledysk boski. Te góry. Krajobrazy. Ach.



6. Kolejna, młoda artystka. Też niekoniecznie moje klimaty. Choć na jej koncercie również miałam okazję być. Gdzie ja nie byłam?! :D Ale piosenka bardzo pozytywna. By cieszyć się tym, co jest tu i teraz, nie stać w miejscu, nie rozpamiętywać, żyć. W sam raz na mojego bloga :)



7. Mela. I żurawie, które sama uwielbiam robić, by przynosiły szczęście ;) Tutaj nic nie trzeba dodawać. Przepiękne słowa, melodia i ona…



8. To zawsze się sprawdza. Mężczyzna śpiewający o miłości. Tyle.



9. Wspomnienie zeszłego roku. Wspomnienie wiosny i wakacji. Przytula swoim ciepłem i radością. I miłością!



I ostatnie trzy piosenki. Kocham je za słowa. Pełne cierpienia, nostalgii, ale cóż poradzić, są przepiękne :) Według mnie, oczywiście :)







Jeśli chcecie, możecie polecać mi muzykę. Jej nigdy za wiele :)

Pozdrawiam Was niedzielnie. Wasza Scarlett!

A dziś będę kipieć miłością…

Polecam Wam poezję. Niegdyś moja dusza śpiewała, dziś mówi (niekoniecznie swoimi słowami). Miłego czytania :)

 

AVE
  
Kiedy cię spotkam co ci powiem
że byłaś światłem moim Bogiem
że szmat już drogi przemierzyłem
i byłaś wszędzie tam gdzie byłem
odległą gwiazdą w sztolni nocy
zachodem słońca snem proroczym
przestrzenią serca której strzegłem
jak oka w głowie dla tej jednej
mądrej i pięknej ludzkim prawem
ave
 
Kiedy cię spotkam czy ukryję
wszystkie kobiety których byłem
pacjentem uczniem profesorem
żal nie na miejscu i nie w porę
jak mogło być a jak nie było
że wszystko na nic tylko miłość
na wieki wieków i że żaden
człowiek nie był mi tak potrzebny
ave
 
Kiedy cię spotkam jak mam spojrzeć
żebyś nie mogła w oczach dojrzeć
starego głodu którym hojnie
obdarowałem tyle spojrzeń
blasku księżyca który każe
od ścian odbijać się od marzeń
do zjawy twej wyciągać ręce
w śniegu pościeli pisać wiersze
szkłem ryte skrycie tatuaże
ave
 
[M. Czyżkiewicz]
 
Jeśli nie przyjdziesz 

świat będzie uboższy
o tę trochę miłości
o pocałunki które nie sfruną
w otwarte okno

świat będzie chłodniejszy
o tę czerwień
która nagłym przypływem
nie rozżarzy moich policzków

świat będzie cichszy
o ten gwałtowny stukot
serca poderwanego do lotu
o skrzyp drzwi
otwieranych na oścież

drgający żywy świat
zastygnie
w kształt doskonały nieomal
geometryczny 

[H. Poświatowska]
 

kochaj
mimo rozłąki i życia przepaści
kochaj
mimo dni krótszych i nocy bolesnych
kochaj
mimo niedomówień i rozterek
kochaj
czule i namiętnie
bo ja umiem tylko krzykiem
łzą
nienawiścią
kochaj
mnie za mnie

[Ot taka sobie, nieznana szerszej publiczności, Scarlett]

Czasem dobrze się pośmiać z optymistów ;)

Zdziwieni? Że ja również się śmieję optymistów? A otóż i to. Bo przecież najlepiej śmiać się z samego siebie ;) A że Łukasz, Pamiętnikarz (swoją drogą polecam Wam jego bloga po raz kolejny: 
http://naplaneciezwanejziemia.blog.pl/
), pożyczył mi swój optymizm i mam go powiększyć tysiąc razy (!!!), to robię w tym kierunku pierwszy krok ;)

Polecam Wam kilka myśli, które mnie rozbawiły, albo po prostu mi się z różnych powodów spodobały. Tylko o optymizmie. A co!

Zacznę refleksyjnie.

0_0_0_1851374943

Od razu pomyślałam o moim przyjacielu. To by było w jego stylu ;)

139

Ten demotywator nieustannie mnie śmieszy :D

1268242911_by_alterkonto_600

Hahaha :D Panowie, przepraszam. Równie dobrze mogłyby to być małe piersi ;) 

1338545384_by_Jannnu22_600

I coś dla kobiet :D

1344361594_by_kicikici91_600

A poniżej… Cała ja!

1345065506_3sixk6_600

Optymiści, nie denerwujcie maszynisty ;)

1369506284_psq4jy_600

A tutaj… Nawet ja takiego wariackiego optymizmu nie posiadam :D

optymizm

Ostatnia myśl. I osławiony tekst: „będzie dobrze”

roznica_pomiedzy_optymista_i_2015-12-14_13-06-39

Mam nadzieję, że choć trochę Was rozbawiłam.

Pozdrawiam cieplutko!

Wasza, roześmiana optymistka, Scarlett!

Jakim cudem przebywam ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę… i jeszcze nie zwariowałam?!

goal-729567_1280A może już dawno zwariowałam, tylko nikt nie potrafi mnie zdiagnozować?! Wiecie, sama się zastanawiam skąd we mnie takie ogromne pokłady optymizmu. Dlatego też chcę Wam pokazać, że moje życie nie jest i nigdy nie było wymalowane barwami tęczy. Chcę Wam dać do zrozumienia, że każdy w sobie może wykształcić pozytywne nastawienie do świata. Już nie mówię o takiej skrajnej postaci jaka występuje u mnie :D Ale po prostu o umiejętności cieszenia się z życia. Hm, jednak jest to chyba tekst tylko dla ludzi o mocniejszych nerwach, bo ja pisząc go, sama mam ochotę sobie przylutować. Jak można się nad sobą użalać na tak dużej kartce?! O paręnaście zdań za dużo w moim mniemaniu. Pisanie tego wszystkiego przez optymistę jest drogą przez mękę. Serio. Ale nie przedłużam, bo dalej będzie Wam ze mną dużo gorzej ;)

Na początku proponuję kilka słów o tym, jak to mi niefajnie w życiu było, ewentualnie jak niefajnie jest. Nie zagłębiając się w szczegóły, bo nie ma sensu obarczanie Was moimi historiami i histeriami.

To co już wiecie, to na przykład to, że nie potrafię sobie nigdy poradzić ze śmiercią bliższych i dalszych. To akurat moja ogromna męka, ale radzę sobie coraz lepiej. Tak mi się przynajmniej wydaje. Choć w praktyce już nie chcę tej mojej nowo nabytej zdolności sprawdzać. Jeszcze niech raz ktoś pokaże mi zdjęcie córki i powie radosnym tonem: moja żona i dwie córki zostały zamordowane, to chyba sama się zabiję… Bez przesady, ale faktem jest, że w takich sytuacjach wolałabym zniknąć. Chciałoby się rzec: o jak dobrze, że nie jestem psychologiem. Chcieć to móc, podobno ;) Że mam pecha do kontuzji też wiecie. Uciążliwość. Ale tym razem zabiję dziadówę. Acha, zapomniałam, że miałam zionąć pesymizmem. Dobra… do tego dochodzi hipotonia, nie trawię laktozy, neuralgia międzyżebrowa, niegdyś podejrzenie boreliozy, problemy z układem oddechowym, jakieś problemy z sercem, cerą, wagą, chyba z czym się da. Jeśli ktoś myśli, że jestem szalenie bogata i stąd ten optymizm, to też muszę to wykluczyć, bo żyję na w miarę stabilnym poziomie. Kiedyś może i były momenty, że trudno było wyżyć do pierwszego, ale w tej kwestii akurat się polepszyło. Nawet długi były i chyba sto lat temu jakiś komornik. Ale kto by to pamiętał. E, miało być pesymistycznie :D No to, jestem bezrobotna, a moje wykształcenie i tak nie gwarantuje mi dobrze płatnej pracy. Z resztą nie chcę pracować w zawodzie. Może nie tyle nie chcę, co się nie nadaję. Musiałabym pracować z ludźmi, a oni albo mnie olewają, albo odzywają się tylko wtedy kiedy czegoś potrzebują, albo skrupulatnie milczą, albo mnie obrażają, albo nie kochają mnie. Och jak to żałośnie wszystko brzmi, ale jest całą prawdą. Może z tym niekochaniem przesadziłam. Ale kto mnie ma kochać, ten nie kocha ;) Chyba :D Także kontakty interpersonalne też są na, ekhym, wysokim poziomie. Hm a może mam zamożną rodzinę i w ogóle dobry dom w każdym tego słowa znaczeniu?! Albo przodkowie są tacy ą i ę? No nie sądzę… Jeśli patrzeć na poczynania wcześniejszych pokoleń, to będę starą panną z dzieckiem. I albo będę miała przypadkowego kochanka, albo mnie zgwałcą. Umrę zapewne na chorobę płuc, na raka czegokolwiek, a gdzieś po drodze czeka mnie jeszcze schizofrenia i alkoholizm. A może wyższe wartości? Wiara? Jeśli nie istnieje twór o nazwie wierzący-niepraktykujący, to chyba oficjalnie mogę nazwać się ateistką. A w sobotę czeka mnie wizyta duszpasterska. Ślicznie :D Będzie zabawnie. Pomijając fakt, że po śmierci mojego przyjaciela tak się rozminęłam z wiarą i z księżmi, że jeśli się wzajemnie nie zatłuczemy to będzie dobrze. Z resztą wierząca chyba byłam mniej więcej tak od bierzmowania. Nie no jestem. Ale tylko w sercu. Także zionę pesymizmem w tym względzie. A może ludzie mnie lubią? Podziwiam tych, którzy mnie lubią :D Ale w swoim życiu nasłuchałam się wielu niemiłych słów. Więc chyba nie każdy za mną przepada. Przede wszystkim takie kwiatki były dziełem moich znajomych i nauczycieli. Że na niczym się nie znam, a już na pewno nie na życiu, że źle skończę. Że jestem nikim. Zawoalowane: że jestem głupia. No tak, na mądrej głowie włosy nie rosną, a u mnie ostatnio rosną na potęgę ;) A może mam boską przeszłość. Hm, jeśli dobrze sobie przypominam, wagarowałam, szukała mnie nawet policja, raz chciałam popełnić samobójstwo, a może dwa. Jakiś tam przypadek samookaleczenia był. I wzięcia większej ilości tabletek nasennych. Do tego bunt młodzieńczy, nawet z chowaniem alkoholu w kościele :D Nie pytajcie… A może mam fantastycznego faceta? Mężczyźni jakoś ode mnie uciekają. Wredna suka ze mnie, to po co mieliby zostawać. I chyba już jestem starą panną :D Śmiesznie jest. Więc skąd ten mój optymizm? Może mam dobrego dilera? Za dużo piję? Może już powinnam iść do psychologa, bo mam takie problemy i nadal się cieszę jak głupia… To chyba trzeba mieć coś z głową? Do psychologa akurat mam strasznie blisko, więc na pewno skorzystam ;)

Przeczytałam to wszystko i uwierzcie, albo nie, ale chce mi się śmiać. Ach dodam, że przyszłość też się różowo nie zapowiada, bo wiecie te bezrobocie, te moje nogi nieszczęsne się wyleczyć nie chcą. Więc na koncert już chyba nigdy nie pojadę, w ogóle nigdy nigdzie nie wyjadę i z nikim się nie spotkam, bo przecież strach wychodzić z domu, bo znów się mogę uszkodzić. Lęk przed przestrzenią? Przed pająkami? Lęk wysokości? Też się przewijają. I mogłabym tak wymieniać…

Gdzieś mniej więcej 10 lat temu usłyszałam, że nie znam życia i co ja mogę o nim wiedzieć. Miałam wtedy pomiędzy 15-16 lat. Oczywiście skwitowałam to jakimiś przekleństwami, bo przechodziłam okres buntu. A mieszkanie w wielopokoleniowym domu niczego nie ułatwiało. Uważałam, że jestem taka mądra. Potem przyszła śmierć mojej babci, wagarowanie, było raz lepiej, raz gorzej, miłości, niemiłości, jak u każdego. Choroby, kolejne odejścia (te metafizyczne, fizyczne, mentalne). I mogę przyznać z zupełnym przekonaniem, że jako nastolatka się myliłam. Nie znałam życia. Nadal nie znam, ale przez ten czas nauczyłam się bardzo wiele. I może to właśnie z tych wszystkich wydarzeń wyniosłam ten cały swój niepoprawny optymizm. I jakkolwiek frazesowo by to nie zabrzmiało, tak właśnie jest. Mądrości, które spisałam poniżej może są oklepane, może niezbyt fachowe. Jednak jeśli trochę się przeżyło, to dociera się do momentu, że nawet jeśli coś jest oklepane to może być prawdą. Mając 15 lat na pewno większość tego tekstu bym wyśmiała i powiedziała magiczne: to mnie nie dotyczy. Teraz wiem, że nie jestem nieśmiertelna, że ludzie wokół mnie też o dziwo odchodzą i nie będą żyć wiecznie, że kiedyś zostanę sama i nie pomogą mi żadne pieniądze. Wiem, że na samej karierze życie się nie kończy, że potrafię kochać i to mocno, może za mocno. I wiem, że potrafię wyjść z nawet największych tarapatów. Dlatego przedstawiam Wam to, czego nauczyło mnie prawie 26 lat życia na tym łez padole.

1. Najważniejsze jest zdrowie. Co do tego nie ma wątpliwości. Rozumieją to osoby, które te zdrowie kiedykolwiek straciły na dłuższy czas. Osobiście jestem zdania, że jeśli ma się zdrowie, ma się wszystko. Można korzystać z życia, poznawać nowych ludzi, pielęgnować przyjaźnie, spełniać się zawodowo i nie tylko. I to nieprawda, że najważniejsza jest miłość. Choć sama czasem bardziej zawodzę nad tym, że za kimś tęsknię niż nad tym, że coś mnie strasznie boli, dlatego mój organizm skutecznie mi przypomina, że nadal boli i że mam nie zawodzić nad tym, że jestem taka niekochana ;)

2. Marzenia się spełniają. I je się spełnia. Czasem same się realizują i aż bywam zaskoczona, że to czy owo się udało. Jednak nie ma nic piękniejszego niż dążenie do realizacji swoich pragnień. Chociażby aktualnie zafiksowałam się na tym, by 6 marca pojechać na koncert do Krakowa. I zrobię wszystko, by uczynić te marzenie realnym. Ktoś zapyta: a co jeśli się nie uda? Trudno. Rok ma jeszcze wiele lepszych i odpowiedniejszych dni :)

3. Nic w życiu nie jest przesądzone. Czasami myślę: oho, to klops, to mi się nie uda. Albo: oho, on się już nie odezwie i nigdy nie spojrzymy na siebie tak jak wtedy. Albo: oho, skoro moja mama nie ma faceta, ja też nie będę miała. Pff… Nie ufajcie tym swoim wewnętrznym i zewnętrznym potworom, które odbierają wszelkie nadzieje.

4. Nie możemy zakładać, co ludzie o nas myślą. A ja uwielbiam to robić. Zakładam odgórnie, że ktoś mnie nie lubi, bo… Albo, że jest taki i siaki wobec mnie, dlatego bo… Potem się okazuje, że sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Bo skąd mam wiedzieć czemu ktoś np. nie odpisał na mojego maila? Mam zgadywać? Zadręczać się? A nie prościej, prosto z mostu zapytać?

5. Trzeba korzystać z życia. Cieszyć się każdą chwilą. Bo żadna z nich się nie powtórzy. I nie ma, że boli, że za oknem zimno, że nuda. O nie. Trzeba się jakoś zorganizować. Zrobić coś, co się kocha. Żyć.

6. Żałujemy tylko tego, czego nie zrobiliśmy. Pamiętam ile głupot popełniłam w życiu. I cholernie miło je wspominam. Nawet jeśli wtedy wyglądało to trochę niezbyt ciekawie.

7. Trzeba być dobrej myśli, bo po co być złej. To chyba robię codziennie i doskonale to widzicie. Nie ma co się nakręcać, że coś nie pójdzie po naszej myśli, coś się nie uda… Bo co to daje? Złe nastawienie. A jeśli będziemy nakręceni zbyt pozytywnie, a potem przyjdzie rozczarowanie i szlag wszystko trafi? Hm, wydaje mi się, że wtedy do celu po prostu trzeba iść inną drogą. To, że coś raz, czy drugi nie wyszło, nie znaczy, że nie wyjdzie nigdy.

8. Warto być dobrym dla siebie samego. W każdym względzie. Dbać o ciało, psychikę, pozwalać sobie na różne emocje, wymagać od siebie, ale nie być zbyt surowym sędzią. Jeśli będziemy dla siebie dobrzy to zaprocentuje :)

9. Dobrze mieć pasję. Bez pasji życie jest jakieś takie… Błe. A pasja sprawia, że mamy odskocznię od codzienności. Robimy co kochamy, co daje nam szczęście, ubogaca nas.

10. Porażki też są po coś. Chociażby po to, by się na nich uczyć ;)

11. Jeśli czegoś nie wolno, a bardzo się chce, to można. Można, bo kto nam zabroni. Nie mówię tutaj o łamaniu prawa. Ale na przykład, kiedy jest się na diecie i już trzy miesiące nie jadło się niczego słodkiego, a tu nagle przychodzi okazja, bo idziemy na ciacho z przyjaciółką, to czemu nie :)

12. Miłość to nie tylko kochanie zalet. Z ładnej miski się nie najesz. Kiedyś wyśmiewałam moją mamę i babcię za poglądy w tym względzie. Ale rzeczywiście… Pusta, ładna miska na nic się zdaje. Chyba tylko do dekoracji. A miłość to kochanie całego człowieka, nawet jeśli nie jest najprzystojniejszy, a potrafi Cię co dzień zaskakiwać i nigdy Cię nie nudzi, to jest to :)

13. Niczego nie musisz. W życiu tak już jest. Nie musimy niczego. Chociażby nie musimy na siłę być szczęśliwi. Dlatego nie myślcie, że każę Wam te moje rady wdrażać w życie ;)

14. Nie można dawać sobą pomiatać. Ja to robiłam zdecydowanie za długo. Aż zrozumiałam, że w moim życiu najważniejsza jestem ja sama, a nie spełnianie zachcianek innych. Jestem człowiekiem, pełnoprawnym, jak każdy, i mnie się nie poniża.

15. Życie to też chwile szaleństwa. Nuda w życiu nie jest wskazana. Czasem dobrze zrobić coś szalonego, co można wspominać latami.

16. Warto mieć wokół siebie zaufanych ludzi. Ale nie takich, którzy najpierw kogoś obgadują, a potem są tego kogoś najlepszym kumplem. Z zaufaniem akurat mam problemy, bo często ufam nie temu komu trzeba. Albo w ogóle nie ufam. Ale to da się wypracować.

17. Nie warto się przejmować. Łatwo mówić. Ale po co się przejmować czymś co miało miejsce, a na co nie mieliśmy wpływu, albo tym, co dopiero ma mieć miejsce? I rozpamiętywać to dniami i nocami…? Tutaj akurat mistrzem nie jestem. Ale cały czas się uczę :)

18. Mniej myśleć, więcej działać. Sama widzę, że tutaj się opuściłam. Ale gdzieś w postanowieniach to zapisałam, także muszę działać. Przykładowo, czasami sobie myślę: matko, a co ona sobie pomyśli, gdy powiem jej, że to czy tamto?! Scarlett, weź po prostu mów i nie marudź :D

19. Człowieka można zniszczyć ale nie pokonać. O to to to! Ilu już chciało mnie zniszczyć. Ilu już praktycznie to zrobiło. A ja odrodziłam się. Jeszcze silniejsza.

20. Na wszystko potrzeba czasu. Kiedy byłam w żałobie, z resztą jak wiecie po moim wpisie (jednym z uczuciami na wierzchu), wielu ludzi mówiło, że chyba powinnam skończyć się zadręczać, bo tydzień cierpienia to lekka przesada. Psychologia na ten temat też twierdziła, że no tyle i tyle czasu potrzeba maksymalnie. Ja potrzebowałam ponad roku, by przestać ronić łzy za każdym razem, kiedy widziałam jego fotki, słyszałam imię. Dzisiaj mogę powiedzieć: jest dobrze. Nie idealnie, ale dobrze. I tak jest z każdą sytuacją. Na wszystko tego czasu nam potrzeba. A jest on bardzo indywidualną sprawą i nie mogą go wyliczyć żadne podręczniki.

Z tymi moimi pesymistyczno-optymistycznymi myślami Was zostawiam :) Nie planuję puenty, bo uważam ją tym razem za zbędną.

Wasza Scarlett!

Jeszcze nowy rok się nie zaczął, a ja już wiem, że nie uda mi się rzucić palenia…

Stęskniłam się za pisaniem i za przekazywaniem dobrej energii, także oto jestem ;) Drogi Pamiętnikarzu… Nadal jestem w szoku, że (pozwolę sobie zacytować) „w moich słowach można znaleźć wskazówki do bycia szczęśliwym” I jak Cię tu teraz nie zawieść?!

Dziękuję Wam też za życzenia śwąteczno-noworoczne. Oby się spełniły! :)

Jeśli zaś chodzi o czas okołoświąteczny… Był bardzo udany. Wreszcie mogłam pośpiewać „Bracia patrzcie jeno” bez zdziwienia na twarzach innych osób ;) Ach, bo Wy nie wiecie… Kiedy się denerwuję, albo nad czymś zastanawiam i mam problem z poskładaniem myśli, to śpiewam właśnie tę kolędę ;) Nie wiem czemu. To trochę tak jak z powiedzeniem „jest moc, są kredki”, które na stałe weszło w pakiet powiedzeń moich i przyjaciółki. Nie wiem czemu kredki. Kiedyś jeszcze mówiłyśmy: „lipa… gorzej niż masakra”. Skąd my to bierzemy… ;)

W Święta czekałam na cud. Czekałam na zdrowie. Nie doczekałam się, ale jeszcze jest szansa ;) Jednak inne cuda się zdarzyły. Chociażby, wyrobiliśmy się ze wszystkim grubo przed Wigilią. Zrobiłam też moc zakupów potrzebnych na Święta. Gdy byłam zdrowa to wydziwiałam, że po co ja mam to robić, że sama w tym domu nie mieszkam. A tym razem się oferowałam, chciałam być przydatna. Nawet (!) byłam miła. Nie kłóciliśmy się. Mama pochwaliła mojego Męża <3 To się dawno nie zdarzyło :D Dostałam też życzenia od niespodziewanej osoby, a mianowicie od przyjaciółki, z którą nie miałam kontaktu już hoho i jeszcze trochę. Magia Świąt. A jednak. Ponadto moje Święta upłynęły pod znakiem poniższej piosenki…



Przyznam, nigdy jej nie lubiłam. Aż tu nagle! Magia Świąt :D 

Z resztą na fotce macie moje Święta w telegraficznym skrócie. Choinka, stroik, żłóbek ze świeczkami i opłatkami… Wszystko okupione okropnym bólem, ale było warto. Aniołek, który znalazł nowego właściciela. Kartka, która mnie urzekła swoją prostotą, choć też nie dla mnie. Cycki :D Nie wiem czemu, ale wszystko się wokół nich ostatnio kręci. Najpierw, dzięki mojemu tekstowi o s(k)utkach, Mała Mi poznała Blogera82. Co za tym idzie, na Blogera82 ta znajomość bardzo dobrze podziałała. Także jestem tym bardziej dumna z mojej Krainy. Łączy ludzi i działa podświadomie… terapeutycznie? Chciałabym… No ale do rzeczy… Potem moja moja mama wiecznie powtarzała: ale Ty masz cycki, Ty wrzuć je na bloga, to będziesz miała więcej lajków :D Wredota! Tak jakbym pisała bloga dla polubień. Piszę, bo to sprawia mi przyjemność. I wreszcie mam gdzie się wygadać. Potem włożono mi jemiołę w dekolt i od razu pomyślałam, że to dobry patent na życzenia prosto z serca ;) I to dosłownie z serca ;) To tak żebyście się pośmiali i pomyśleli, że Scarlett ma fiu bździu w głowie ;) Odstępstwa od normy w moim życiu to… norma ;) Są też dedykowane życzenia, czyli przepiękna płyta „Scarlett”. Tyle emocji jest w niej zawartych, że za każdym razem czuję się otulona słowami. I wspominam. Jak było pięknie, dobrze. I jest pięknie. I mój przesławny Słoik. Rok się powoli kończy. A tam jest masa wspomnień. Tych niepowtarzalnych. Ich odczytywanie zostawiam na gorsze dni, choć mam nadzieje, że takie się nie zdarzą. A w tym roku kolejny raz pokuszę się o założenie Słoika Szczęścia. Zobaczymy czy nadal potrafię znaleźć w każdej sytuacji choć trochę optymizmu.

mhyyym

A jeśli chodzi o refleksje z tegorocznego Słoika… Na początku było ciężko. Bywały takie dni kiedy nic się nie układało, a ja musiałam myśleć pod koniec dnia, co też z tego dobrego wyszło. Potem się rozkręcałam. Nawet zwykła kawa potrafiła poprawić mi humor i wieczorem uśmiechałam się do tych moich wspomnień. Dlatego tak z pełną świadomością głoszę wiecznie, że jestem szczęśliwa. Oj, bo jestem. Z resztą obecny rok już od Sylwestra miał być imprezowy i radosny. Nie był. Ale jak się rozkręcił, to aż miło. Także wiem, że styczniem nie ma się co zrażać. I 2016 będzie najlepszym (jak do tej pory). O! Intuicja mnie często nie zawodzi, także kto wie…

Mam jednak postanowienia. Choć nie jestem ich fanką… Bo wątpię czy komuś udało się nie jeść słodyczy, nie pić, nie palić, codziennie ćwiczyć, schudnąć 10 kilo i nie wiadomo co jeszcze (i to naraz!). A uwierzcie, niektórzy moi znajomi chcą to zrobić jednocześnie. Co jeszcze postanawiają… Że znajdą męża/żonę? Dostaną wymarzoną pracę? Przecież to wiadoma rzecz i kiedyś zapewne nastąpi. Przynajmniej optymiści powinni w to wierzyć ;) Ja przykładowo wiem, że nie rzucę palenia. Nie rzucę! I już! Nie dlatego, że już jestem strasznie uzależniona i nie można mnie odciągnąć od paczki. Nie dlatego, że gdy się stresuję, tylko papierosy mnie uspokajają. Nie dlatego, że mam tyle dobrego seksu, że nawet sąsiedzi idą sobie zapalić tuż po. Nie… Po prostu, nie palę, to co mam rzucać :P

A tak bez żartów. Wiem, że postanowienia muszą być realne, ich realizacja powinna przebiegać metodą małych kroków. Nie należy załamywać się porażkami, bo też są po coś. Można się dodatkowo nagradzać za każdy mały krok. I tak dalej. Wiele zasad, do których nie zawsze się stosuję, bo wiecznie uważam, że na moim życiu najlepiej znam się ja sama ;)

Patrząc na wspomnienia, na mój Słoik… Coraz bardziej się określam. Określam to kim jestem, do czego chciałabym dojść, co chciałabym po sobie pozostawić. Choć wszystko jest jeszcze takie mgliste, wierzę, że jestem na dobrej drodze. Chyba właśnie w tym roku zrozumiałam, że szczęście jest w moich rękach, że zależy ono od mojego punktu widzenia. Że małe radości też są piękne. Że to ja kreuję swoją rzeczywistość. W moich wspomnieniach często przewijają się różni ludzie. Ich nazwiska są na tych moich kolorowych karteczkach. Wtedy tak wiele zależało od tych, którzy mnie otaczali. Czy ktoś mnie zaakceptuje, czy będzie się do mnie uśmiechał, śmiał z moich anegdot. Teraz kiedy wrzucam kartki do słoika widzę, że szczęście daje mi to, co sama zrobię. Dałam komuś prezent, powiedziałam coś miłego, posprzątałam dom, przeszłam tyle i tyle kilometrów. Kiedyś tak na to nie patrzyłam. Jak to ostatnio stwierdziła moja rodzina: DORASTAM! :D

Hm, jeśli chodzi o kolejny rok w moim wykonaniu… idealnie opisuje go piosenka Braci. Wczoraj ją usłyszałam i powiedziałam sobie: tak chcę żyć. Oto ona.

 https://www.youtube.com/watch?v=y0-WiWg8WoY

A werbalizując. Moich postanowień jest masa :D Ale większość rzeczy już robię, także grunt, by tylko to podtrzymać :) By być konsekwentną. Z resztą się zazębiają, także jest szansa, że wszystko pójdzie po mojej myśli. 

1. Żyć po swojemu, nie patrząc na zdanie innych. Wsłuchiwać się w siebie. Przecież intuicja jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. A to w końcu ja najlepiej wiem, jak chcę żyć. Niepotrzebne mi do tego poglądy innych na moje życie. Choć konstruktywne sugestie chętnie przyjmę.

2. Mniej się zamartwiać i mniej narzekać. Pomimo rozbuchanego optymizmu i bezstresowego życia (zawsze każdy mi powtarzał, że po mnie nie widać, że się stresuję…), kocham czarne scenariusze. Typu: a co jeśli czeka mnie operacja? Co jeśli nie wystarczy mi pieniędzy do pierwszego? Co jeśli za trzysta lat spadnie na Ziemię asteroida? Przesadziłam :D Ale wiecie o co chodzi. Po co martwić się tym, co w ogóle nie nastąpiło i może nigdy nie nastąpić. Pff ;)

3. Wierzyć w niemożliwe. W tym roku często nie wierzyłam. Były sytuacje kiedy chociażby na tydzień przed koncertem bilety były wyprzedane. Lamentowałam. Zanosiłam się płaczem. I wtedy na gumtree znalazłam wymarzone ogłoszenie. Niemożliwe jest możliwe. Wszystko jest możliwe, póki żyjemy :)

4. Dbać o siebie. Trochę egoistyczne te moje postanowienia. Ale to w końcu JA mam być szczęśliwa. Chciałabym pić więcej wody, co przy hipotonii jest zbawienne, ale ciągle ostatnio o tym zapominam. Dbać o włosy, nóżki, o wszystko. Wysypiać się. Ogólnie, wpływając na zdrowie fizyczne, polepszyć stan psychiczny i odwrotnie. Tak holistycznie! :D

5. Być szczęśliwą. Górnolotne. Ogólne. Ale najlepiej wiem, co daje mi szczęście, także nie pozostaje mi nic innego, jak nieustannie do niego dążyć.

6. Robić to, co kocham. Tańczyć, śpiewać, spełniać się, wkurzać ludzi :D Nie no, znowu przesadziłam ;) Za dobry humor dzisiaj mam :D

7. Poświęcać więcej czasu bliskim i trochę dalszym. Bo szczęśliwa ja, to ja mająca chwile samotności, ale też masę chwil wśród ukochanych. Da się zrobić :)

8. Znaleźć miejsce na Ziemi. Może pokochać. Chyba wreszcie jestem otwarta na to, co przyniesie los. Może nie do końca gdzieś osiądę na stałe, ale może wydepczę ścieżkę ku przyszłości. Znów górnolotnie… 

9. Zrozumieć jaką mam misję na tym świecie. O dziwo, do końca jeszcze tego nie wiem. Ale się dowiem.

10. Mniej mówić, więcej robić. I aby wróciła moja dawna odwaga. Drodzy, to były czasy. Mówiłam, co dyktowało mi serce, nie żałowałam swoich decyzji, słów. I tak znowu będzie. Przynajmniej się postaram.

11. Nie porównywać się do innych. Bo on jest taki bogaty, a ona jest w moim wieku i ma już pięcioro dzieci. No i co z tego…?! A czy Ty Scarlett nie jesteś szczęśliwa? Jesteś! I po co te gderanie…

12. Często się uśmiechać. Bo nigdy nie wiem, kiedy spotkam swojego wroga ;)

13. Często dziękować i prosić. Akurat nie mam tego opanowanego do perfekcji ;)

Jak już wiecie, zamierzam znów prowadzić swój Słoik. Także powyższe postanowienia zapewne będą się w nim przewijały pod różnymi moimi zachowaniami, zdarzeniami… Jeśli chcecie też może założyć taki słoik. Może to być nawet kartonik. Niekoniecznie muszą to być chwile, które przyniosły nam uśmiech. Możecie tworzyć własne, autorskie, kreatywne wersje. Na przykład… Błędy, na których się czegoś nauczyliście. Wasze zachowania, słowa, z których jesteście dumni. Nazwiska osób, którzy byli dla Was życzliwi. Istotne dla Was cytaty. A może jakieś zadania dla siebie na rok 2017? Wyciągalibyście kartki dzień po dniu i musieli zrealizować swoje pomysły.

Inną propozycją jest list do siebie. W zeszłym roku takowy napisałam. Do Siebie z Przełomu 2015/16. Można w nim napisać jak minął zeszły rok, jakie są nadzieje na kolejny, plany, cele. Właśnie go czytam. Mam w nim słowa, że pisząc ten list słucham kawałka „Scarlett”. Prorocze, bo w kwietniu już na dobre przylgnęłam do tego imienia. Także list też polecam. Tylko nie miejcie wygórowanych celów, bo za rok się tylko załamiecie, jeśli coś Wam nie pójdzie ;) Fajnym sposobem jest też mapa marzeń. Można ją wykleić, wyrysować i powiesić w widocznym miejscu. Oraz konsekwentnie dążyć do realizacji. I jeszcze wiele różnych pomysłów, które Wy znacie najlepiej ;)

PS. To będzie nasz dobry rok! Mówię Wam! Wasza prorokini, Scarlett ;)

Kolejny PS. Moi drodzy, kochani, uroczy sąsiedzi… Gracie mi już po nerwach. A wiecie jaka jest złota rada? Nie irytuj sąsiada! Z tego co mi wiadomo cisza nocna trwa od 22:00 do 6:00. I ja się do tego stosuję, bo dopiero po 6:00 włączam radio trochę głośniej. Także proszę mi o 23:00 nie pukać młotkiem. Bo co jak co… Ale w nocy to się „puka” własną żonę, a nie młotkiem w ścianę. Dziękuję za uwagę. Bo rozjuszona Scarlett, to Scarlett, która się mści. Więc radze uważać. Amen!

 

 

Przedświąteczne zawirowanie życzeniami okraszone :)

Z racji tego, że dostaję prezenty przez cały rok, tym razem otrzymałam piękny, elegancki organizer na rok 2016. Taki profesjonalny, w sam raz na nowy początek. I w zasadzie, niczego mi więcej nie potrzeba.

Tak, zdecydowanie jestem w takim momencie swojego życia, że nie czekam na żaden happy end, tylko na szczęśliwy początek. Oczekiwanie te ostatnio okrasiłam ponad dwugodzinnym płaczem, po czym postanowiłam posprzątać swoje życie. Począwszy od… własnego pokoju. Ta czynność trochę ustabilizowała mój nastrój i uporządkowała wewnętrzny chaos, którzy gdzieś tam zagościł w Scarlettkowej duszy.

Jednak zanim się jakoś poskładałam, miałam trudne chwile. Zaczęło się od euforii, od kochania życia, od nadziei, że wszystko idzie ku lepszemu. Skończyło się na mrzonkach i właśnie na łzach. Próbowałam zagłuszyć je wspomnieniami, jakie to ja miałam cudowne życie i piękny rok, ale to tylko pogarszało sytuację. Więc zaczęłam marzyć o tym, gdzie to ja nie pojadę i czego to ja nie dokonam w swoim życiu. Też nie wyszło najlepiej, bo skąd mam wiedzieć kiedy te chwile nadejdą i czy w ogóle.

W tamtym momencie wydawało mi się, że sobie na to wszystko zasłużyłam. W końcu tyle osób daje mi to do zrozumienia swoim brakiem obecności. Zasłużyłam na to, by iść do sklepu pół godziny, a nie jak niegdyś: pięć minut. Zasłużyłam na spojrzenia ludzi mijanych na ulicy. Spojrzenia pełne litości, współczucia, pokazujące, że jestem inna i mam ochotę krzyczeć: i co się gapisz do jasnej cholery?! Zasługuję na ten ból, na to, że muszę chodzić ze spuszczoną głową, bo nie mogę sobie pozwolić na postawienie nóg na nierównej powierzchni. I nie zasługuję na poradę w stylu: pamiętaj, patrz pod nogi. Gdyby ostatnio mi o tym nie przypomniano, nie wiem czy bym nie spędziła Świąt z nogami w gipsie, bo na mojej drodze leżała (o ironio) łupina od orzecha. Mam wrażenie, że mój Anioł Stróż już nawet nie śpi…

Boję się, że zgorzknieję, że nadejdzie taki moment i stanę się samotną egoistką. Nikt nie będzie na mnie czekał, a ja nie będę miała już do kogo wracać (i nie będę chciała tego robić). Trochę tak jak w filmie Heidi. Swoją drogą, gorąco go polecam do rodzinnego oglądania. Ciepły, z przesłaniem i przede wszystkim: mądry.

Jednak myślałam o sobie negatywnie tylko przez dwie godziny :D Nic nie poradzę na to, że jestem taka bezkrytyczna wobec samej siebie ;) Potem przyszło te sprzątanie, które ujarzmiło moje emocje. Ludzie niech patrzą, niech gadają, niech odchodzą. Najważniejsze jest to, by wyzdrowieć, tak by kontuzje omijały mnie szerokim łukiem. I by budować kolejne, nowe wspomnienia.

Jestem tutaj dzisiaj, bo przede mną kolejne sprzątanie. Tym razem już wymuszone, a nie z powodu gorszych chwil ;) Potem wyjazd na groby, ostatnie zakupy, ubieranie choinki, robienie stroików, wreszcie gotowanie i kilka ciepłych, pięknych dni w gronie najbliższych. I dużo leżenia plackiem (albo makowcem), bo nie wiem czy po tylu kilometrach będzie mnie stać na coś więcej :D

I jeśli mam zrobić podsumowanie zeszłego roku, bo nie wiem czy jeszcze tutaj zawitam w 2015… to był to piękny rok. Jeden z najlepszych w moim życiu i trudno będzie się postarać o to, by kolejny był lepszy lub nawet w przybliżeniu taki sam. Jednak będę robić, co w mojej mocy. Poprzeczka wisi bardzo wysoko, jednak co to dla mnie :) Ogromną motywacją jest Słoik Szczęścia, który znowu zamierzam założyć, choć poprzednich kartek nie chcę, póki co, czytać ;) I tak, dobrze pamiętam, co tam się znajduje. W zeszłego Sylwestra razem z przyjaciółką życzyłyśmy sobie, by to był bardzo imprezowy rok. Wierzyłam w to z całych sił. I tak też się stało. Nie przesadzę jeśli powiem, że rok 2015 był perfekcyjny. I mogłabym go przeżywać za każdym razem od nowa. Nawet te trzy skręcone nogi i zapalenie płuc. To był rok pod znakiem tańca, dobrej zabawy, koncertów, wyjazdów. Miłości. Zaryzykuję: i oby kolejny był jeszcze lepszy!

Do tego czasu, chcę wybaczyć sobie kilka rzeczy, skoro nikt nie jest w stanie tego zrobić ;) A że święta nie jestem, to myślę, że pobycie ze swoimi myślami dobrze mi zrobi. I ogrzanie się w cieple tej miłości, która teraz będzie emanowała ze zdwojoną siłą. Myślę, że jestem na dobrej drodze, by pogodzić się z tym wszystkim, co w tym roku mnie spotkało, a co nie było zbytnio idealne. I wyciągnąć wnioski.

Jednak nie chcę przedłużać. Kochani moi. Wczoraj słyszałam bardzo wiele mądrych słów. Między innymi o tym, by zastanowić się przed Świętami dlaczego chcemy komuś złożyć życzenia, z jakiej tak naprawdę okazji i czego chcemy życzyć (a najlepiej podobno życzyć innym tego, co sami chcielibyśmy usłyszeć). 

Dlaczego składamy życzenia właśnie tym osobom, a nie innym?

Przyznam się bez bicia, składanie życzeń było dla mnie niegdyś przykrym obowiązkiem. Nigdy nie wiedziałam komu czego życzyć. Było to dla mnie takie grzecznościowe, takie na odwal się. Jakieś wierszyki, proste Wesołych Świąt i kropka. Teraz składam życzenia wybranym osobom. Co roku, obiecuję sobie, że nie złożę życzeń nikomu i poczekam dla kogo jestem ważna :D I zawsze nie dotrzymuję obietnicy, bo gdy dostanę kilka życzeń, też chcę roznosić te dobro dalej i zaczynam sama wysyłać wiadomości do przeróżnych osób. Może to taka… Magia Świąt. Jednak są to zawsze najważniejsze osoby, te które są dla mnie ważne i które chciałabym by o mnie pamiętały i by jakoś miło mnie wspominały. By czuły, że mam je w swoim sercu. Może są tacy, którzy robią kopiuj-wklej-wyślij do wszystkich. Ja tak nie potrafię. Nie wiem czy stety czy niestety ;)  

Z jakiej okazji?

Śmiałam się ostatnio, gdy wymyślałam życzenia, bo mówię do mojej rodzicielki, że trzeba znaleźć zawsze jakiś punkt zaczepienia, zrozumieć o co nam chodzi. A ona na to: jak to, o co chodzi? Pan Jezus się rodzi. Ten rym tak mnie rozbroił i w tak krótkich słowach zawarte zostało wszystko, to co najważniejsze, że chyba lepszego powodu nie ma potrzeby wymyślać ;)  

Jaka powinna być forma życzeń?

Kocham życzenia od tych, od których bym się ich nie spodziewała i o dziwo, co roku takowe dostaję. Zawsze od kogoś innego, mniej lub bardziej znajomego. Kocham też życzenia, które są szyte dla mnie na miarę. Gdy dana osoba wie, czego mi trzeba. Najlepiej oczywiście byłoby złożyć wszystkim życzenia w cztery oczy. W wielu wypadkach jest to niemożliwe. Jednak liczy się gest, to że o kimś pomyśleliśmy. Liczy się serce. I za to dziękuję tym, którzy w tym roku choć przez chwilę mnie wspomną. Nawet jeśli tych życzeń końcem końców i tak nie wyślą ;) Dobre myśli też są potrzebne we wszechświecie!

Reasumując, Święta to możliwość pobycia z innymi… bez pośpiechu, bez złych emocji. Wiem, że u niektórych to czas kłótni. Też tak kiedyś było w moim domu, ale zawsze ktoś wtedy mówił magiczne słowa: ej, stop, są Święta. I to wystarczało. O dziwo. Magia Świąt?!

Pora zatem na moje życzenia.

Moi kochani, dziękuję, że odwiedzacie moją Krainę. Ten rok jest też wyjątkowy z tego powodu, że mam te swoje miejsce na ziemi, gdzie poznałam właśnie Was, gdzie potrafiliście mnie dowartościować jak nikt inny. Wspieraliście, dodawaliście otuchy, przyznawaliście mi często rację. I ogromną przyjemność sprawia mi bycie z Wami. Mam nadzieję, że efekt Scarlett będzie trwał nadal ;)

Zacznę od życzeń zdrowia, bo dzięki niemu możemy się spełniać na każdym polu. Co wcale nie znaczy, że życzę Wam spełnienia. Życzę wręcz niespełnienia, byście mieli poczucie, że jeszcze wiele rzeczy do zrobienia przed Wami i by dzięki temu chciało Wam się chcieć. Ponadto cierpliwości do bliskich, dalszych, a przede wszystkim: do siebie samego. Dobrych ludzi wokół, którzy będą Was unosić, a nie sprowadzać do parteru. Którzy będą Waszą ostoją w niepewnym czasie i chwilą szaleństwa w stagnacji. Życzę Wam, aby świąteczne potrawy pachniały miłością, a Wasze serca biły w tym czasie w rytm niezmąconego szczęścia. Co do kolejnego roku… Oby był jeszcze lepszy niż poprzedni i pełen sukcesów na każdym polu. By w Waszych sercach zagościł spokój i byście wierzyli w siebie oraz innych. Radujcie się najmniejszym szczęściem i bądźcie dumni z tego, jacy jesteście. Nie żałujcie niczego, bo wszystko przecież dzieje się po coś. Róbcie to, co sprawia Wam radość. I róbcie tego dużo. I pamiętajcie, dobro wraca, może nie z tego samego kierunku, ale jakąś pokrętną drogą na pewno wraca :)

na bloga

Całuję Was Przedświątecznie, Świątecznie i Noworocznie ;*

Wasza Scarlett!

 

Gorszy dzień?

A może lepszy… bo wreszcie zaczynam mówić o ważnych rzeczach, które we mnie siedzą tak strasznie głęboko, że nikt nie jest w stanie ich dojrzeć. Pamiętacie tych dwóch od maili? Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy może ja naprawdę jestem zbyt chamska, czy może rzeczywiście narobiłam wokół siebie tyle złego, że nie da mi się w żaden sposób wybaczyć. Wtedy też przypomniałam sobie wiele osób, którym wyrządziłam krzywdę. Tak, bo ja też czasem ranię… I oni są ze mną po dziś dzień. I to strasznie dziwne, że niektórzy odchodzą ode mnie w najmniej spodziewanym momencie… Bez słowa. Bo po co mówić, no nie? A inni trwają przy mnie, nawet jeśli bym była tą najgorszą z najgorszych.

A psikus jest taki, że od dzieciństwa byłam szalenie lubiana. Mała Scarlett, która nikomu nie wadzi, słucha się wszystkich dookoła i spełnia zachcianki. Po latach pomiatania stałam się na swój sposób buntowniczką i genialnie mi z tym było. Nie bałam się wyrażać własnego zdania. Byłam sobą. O tak, byłam sobą. Jaki luksus. I tą sobą w pewnym momencie znowu przestałam być. Nie wiem kiedy to się zaczęło. Albo nie chcę wiedzieć. Bo po latach uległości, na moment stałam się silna, by potem znowu stać się nikim. Tak, czułam się nikim. I niedawno wreszcie postanowiłam się odbudować, na różnych polach. Jak możecie się domyślić, ludzie którzy mnie lubili, na kolejnych etapach, w zależności kim byłam, ulatniali się. W różnym stylu. Niektórzy twierdzili, że nadal mnie lubią, no ale teraz nam nie po drodze. Inni odchodzili bez słowa. Inni z plotką na pół miasta, że jestem wariatką. Byli mili, cudowni, ciepli, weszliby mi do tyłka, do momentu gdy zachowywałam się zgodnie z ich oczekiwaniami. Jeśli lekko odstąpiłam od normy, sayo nara.

Ostatnio było tak z moją kuzynką. Zaprosiłam ją na pogaduchy, w końcu mi się nie uśmiecha gdzieś iść jak robot, a zwyczajnie się za nią stęskniłam. Ona stwierdziła, że bliżej jej byłoby spotkać się w rynku, niż do mnie jechać. Uwaga, była autem, a mi kazała jechać do siebie autobusem. Bo jej tak wygodnie. Jeszcze się obruszyła, bo przecież jak ja mogłam nie spełnić jej życzenia. Rozumiem, że moja choroba nie sprawia, że po kilkuset krokach umrę. Jednak to jest ból. Ból, który często nie pozwala mi przejść ani kroku, nie pozwala mi spać, nie pozwala mi myśleć. A ja nie jestem ze stali. Niestety. Jak możecie się domyślać, kuzyneczka odeszła z mojego życia… Tak było wiele razy z innymi tzw. cudownymi ludźmi. Gdy wybrałam inny kierunek studiów niż przyjaciółka, inne liceum, inne koleżanki. Gdy tylko przez moment się z kimś nie zgodziłam. Ba, nawet wtedy gdy nie poszłam za kimś do tej samej pracy.

Od teraz to ja będę szczęśliwa i nie zamierzam spełniać cudzych życzeń. To ja chcę wreszcie przejść tę długą rehabilitację, zrobić to i owo ze sobą, dostać genialną pracę i znowu tańczyć. Ja. I wreszcie wiem, co jest dla mnie dobre. Bo patrzę na swoje serce, swoje cele. A nie na marzenia innych o tym, jaka to ja powinnam być. I kiedyś przejdę obok takiego jednego z taką drugą i zobaczą, że jestem wartościowa. Bo widocznie przestałam dla nich taka być, gdy przestałam spełniać ich życzenia. I nie interesuje mnie to. Nie interesują mnie już plotki na mój temat, to że komuś nie podoba się moje wykształcenie, bądź jego niedobór w pewnym zakresie. I co z tego? Jestem fantastyczną, młodą osóbką. Coraz częściej znowu uśmiechniętą. I całe życie przede mną. I tego sobie zazdroszczę. I oni też mi tego będą zazdrościć, o ile mnie poznają kiedyś na swojej drodze. Ja, co do niektórych nie zamierzam się przyznawać, tak jak oni nie przyznają się do mnie. Tak, chcę by mi zazdrościli, bo jestem próżna. A gdy będę szczęśliwa, wszyscy to zobaczą. Bo któż piękniej błyszczy niż człowiek emanujący szczęściem? Nie myślcie, że prę do przodu dla innych. Robię to dla siebie. A miłym skutkiem ubocznym będzie to, że będę tak nieosiągalna, tak pewna siebie, że już nikt nieproszony nie zastuka do drzwi mego serca i umysłu. Bo nie zamierzam wpuszczać tam byle kogo.

Już sobie zazdroszczę, że wreszcie zaczęłam dostrzegać komu mogę ufać, a komu nie. Że doszłam do tego, iż wszystko wokół odbierałam niegdyś jako ogromny problem. Bo, o matko jestem głupia, bo to i tamto, bo ludzie się odwracają. Ci co mają zostać zostają. I wiem na kogo mogę liczyć. I kiedy ostatnio usłyszałam: wiesz kiedy wyglądałaś najlepiej i kiedy najlepiej radziłaś sobie z życiem? Kiedy tańczyłaś. Wtedy coś we mnie pękło. To było z 5 lat temu. Ja wtedy nawet nie chorowałam. Nic, tylko byłam szczęśliwa. I tym szczęściem żyłam. I wiem, że problem istnieje dopiero wtedy, kiedy odbieram go jako problem. Teraz już nie będzie problemów, tylko wyzwania. Czuję się jakbym zrobiła sobie, dawno odkładaną, psychoterapię…

Ach i jeszcze jedno. Na drugi raz, proszę, jeśli wiesz, że w przyszłości odejdziesz z mego życia, weź nie wchodź do niego z brudnymi buciorami. Nie wchodź nawet na bosaka. Odwróć się i żyj swoim życiem. Z resztą oskarżasz mnie, że mam burdel dookoła siebie. Spójrz na swoje życie i swoje problemy.

Można mi teraz zarzucać, że się zbuntowałam, że pokazałam cojones zupełnie niepotrzebnie, że ja wcale nie jestem lepsza, że wszystko teraz zacznę robić na pokaz. Nie. Właśnie teraz jestem sobą. I wszystko, co robię robię dla siebie. A oni niech się patrzą.

I tak, wiem, nie jestem idealna, też popełniam błędy… I może ludzie odchodzą, bo nie mogą ze mną wytrzymać. To po co do tego mojego życia wchodzą?! O takie luźne pytanie… Bo stwarzam pozory?! Jakie?! Nie wiem i nigdy tego nie pojmę. Ale po co się tym przejmować. Grunt, to żyć swoim życiem. A jeśli ktoś chciał mieć laleczkę Scarlett do zabawy, to niestety musi ją sobie sam uszyć. Ja takowym eksponatem nie zamierzam być.