Styczeń 2018
N P W Ś C P S
« paź    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

śmierć

Labilnie…

Labilność emocjonalna to chyba moja charakterystyczna cecha. Ale nie oszukujmy się, takie jest życie. Nigdy nie wiemy, co w danym momencie nas poruszy, ucieszy lub wyprowadzi z równowagi. Także… Wczoraj wesoło i długo o piersiach. Dziś smutno i krótko o śmierci. Nie znam osoby, która, ot tak sobie, byłaby pogodzona z odejściem każdego w jej otoczeniu. Zawsze czyjaś śmierć, szczególnie bliskich, wzrusza nas i sprawia, że wokół jest jakoś pusto… A pustkę tę można zminimalizować, chociażby poprzez rozmawianie z tym, który odszedł. Ja często radzę się i zwierzam tym, których już nie ma… Nawet zdarza się, że razem się śmiejemy. I może brzmi to co najmniej dziwnie, szczególnie dla tych, którzy tego nie doświadczyli… To trochę tak, jak z faktem, że niektórzy lubią mówić sami do siebie. Są tacy, którzy uważają takie osoby za psychiczne. Inni wiedzą zaś, że mówienie do siebie powoduje usystematyzowanie wszystkich informacji, które posiadamy na dany temat. A są zdania, że czasem po prostu trzeba porozmawiać z kimś na poziomie ;) Więc albo się to rozumie, albo nie.

Pretekstem do napisania tego postu jest wiersz, który znalazłam. W sumie, natknęłam się na niego przypadkiem. Mam wrażenie, że czasem los podsuwa nam pod nos, to czego akurat najbardziej potrzebujemy. Ja potrzebowałam takich słów.

Death is nothing at all. 
I have only slipped away to the next room. 
I am I and you are you. 
Whatever we were to each other, 
That, we still are. 

Call me by my old familiar name. 
Speak to me in the easy way 
which you always used. 
Put no difference into your tone. 
Wear no forced air of solemnity or sorrow. 

Laugh as we always laughed 
at the little jokes we enjoyed together. 
Play, smile, think of me. Pray for me. 
Let my name be ever the household word 
that it always was. 
Let it be spoken without effect. 
Without the trace of a shadow on it. 

Life means all that it ever meant. 
It is the same that it ever was. 
There is absolute unbroken continuity. 
Why should I be out of mind 
because I am out of sight? 

I am but waiting for you. 
For an interval. 
Somewhere. Very near. 
Just around the corner. 

All is well. 

Nie ma to jak angielski. Brzmi tak jakoś miękko. Ale w tłumaczeniu też niczego sobie. Tak prosty, a taki prawdziwy…

Śmierć jest niczym.
To tak, jakbym się wymknął do sąsiedniego pokoju.
Jestem wciąż sobą i Ty jesteś sobą.
Czymkolwiek dla siebie byliśmy, tym jesteśmy nadal.
Nazywaj mnie moim dawnym imieniem, mów do mnie tak, jak zawsze mówiłeś.
Nie zmieniaj tonu, nie przybieraj na siłę poważnej i smutnej miny.
Śmiej się; tak jak zawsze śmialiśmy się z żartów, które bawiły nas oboje.
Baw się, uśmiechaj, myśl o mnie.
Módl się za mnie.
 
Niech moje imię zawsze będzie wymawiane zwyczajnie, bez śladu cienia.
Niech wypowiadane będzie bez nacisku, bez cienia żałoby.
Życie znaczy to samo, co zawsze znaczyło.
Dlaczego miałbym zniknąć z twojego serca, skoro zniknąłem tylko z oczu?
Czekam na ciebie, tylko przez krótką chwilę, aż przyjdzie twój czas.
Jestem gdzieś blisko, pamiętaj.
W sąsiednim pokoju, lub tuż za rogiem.
Wszystko jest w porządku.
A autor? Henry Scott Holland. Jeśli macie to szczęście, że nigdy nie dotknęła Was śmierć kogoś bliskiego czy dalszego, to myślę jednak, że warto czasem poczytać wiersze, oddać się chwili refleksji… Może macie jakichś ulubionych poetów? Ja uwielbiam chociażby Szymborską i Stachurę, tak na co dzień.
Pozdrawiam chłodno, bo zapowiada się kolejny upalny dzień i nie chcę Was niepotrzebnie przegrzewać!
Wasza Scarlett :)

Ty wiesz…

Moją wadą jest to, że mam bardzo dobrą pamięć. Wadą, bo jeśli ktoś mi nadepnie na odcisk, pamiętam to bardzo długo. Zapewne też zaletą, z tego względu, że mam wiele pięknych wspomnień zaszufladkowanych gdzieś tam z tyłu głowy. Dzień, który pamiętam doskonale, a o którym dzisiaj chcę opowiedzieć, nie należy ani do pierwszej, ani do drugiej kategorii. Raczej należy do kategorii dni, które nigdy nie powinny były się wydarzyć.

To było dokładnie rok temu. Niedziela. Piękna, słoneczna niedziela. Przeglądając rano Fb zauważyłam zdjęcie mojego kolegi. Super fotka, z przyjaciółmi, na siłowni, w pamiętnych niebieskich gatkach. Wtedy przypomniało mi się, że od kilku dni zbieram się, by do niego napisać. Aaaale, co się odwlecze, to nie uciecze. I tak odłożyłam wszystko na jutro. Na jutro, którego miało już nie być…

Minęło parę godzin, zebrałam się, poszłam do kościoła. A że drogę mam dość długą, postanowiłam spędzić ten czas na Facebooku. Może to wygląda na uzależnienie i może nim jest. Ale uwierzcie zdarzają się u mnie długie dni bez komputera i telefonu. I dobrze mi z tym. Czasem trzeba mieć przesyt, by potem docenić niedosyt. I odwrotnie!

Na profilu mojego kolegi (tego już wyżej wymienianego) zobaczyłam kilka komentarzy w stylu: jeszcze kiedyś się zobaczymy; zobaczymy się w lepszym świecie. Trybiki w mojej głowie zaczęły pracować. Myślę: okej, może to mój słaby angielski (choć wcale słaby nie jest, ale każde wytłumaczenie jest dobre). Drugie moje wyjaśnienie było takie, że może on wreszcie wraca do Polski. Pomyślałam: tak, nareszcie go zobaczę!

Dotarłam do kościoła, przestałam o tym wszystkim myśleć. Wróciłam do domu, zaczęłam oglądać z mamą telewizję. Transmitowano koncert, dlatego też pomyślałam, że wejdę na Fb, bo nie jest to film, więc nie muszę się na nim specjalnie skupiać. A tam zaczęło pojawiać się coraz więcej komentarzy, w tym wiele z nich, które nie pozostawiały mi już złudzeń. Rest in Peace. Zaczęłam płakać, a wręcz zanosić się łzami i powiedziałam tylko: on umarł. Mama jakoś instynktownie zaciągnęła w tym momencie zasłony. I siedziałyśmy po ciemku, tylko telewizor dawał słabe światło. Szybko poszła spać, ja wręcz przeciwnie. To była ciężka noc. Pełna wspomnień. Przecież on w maju miał dopiero trzydziestkę, znalazł miejsce na ziemi, był taki przystojny i przesympatyczny. Spełniał się. Jak to mówią: wszyscy umierają, ale nie wszyscy żyją… A on żył… Najmocniej, najpiękniej, najlepiej jak potrafił. I ten smutek, że już do niego nie napiszę. Że przegapiłam szansę przez swoje odwlekanie. Wspominałam też naszą ostatnią rozmowę na żywo. Jakąś głupią, o filozofii. Ostatnia rozmowa w cztery oczy. Nawet wiem dokładnie, w którym miejscu się odbyła i ostatnio, idąc tym korytarzem wręcz poczułam jego obecność. Tak bardzo zapraszał do siebie, a teraz, gdy tam polecę, jego już nie będzie… Stąd też moja podróż, o której Wam wspominałam. Taki mały hołd i chęć zobaczenia jego miejsc moimi oczami. Dopiero teraz widzę jak wszystkie moje wpisy się zazębiają… Ale dobra, co było dalej?

Kolejne dni były jeszcze gorsze. Widziałam filmik, który pokazywał jak helikopter wyciąga jego silne ciało z wody. Na dodatek, potem okazało się, że nie będzie możliwości pożegnania go w Polsce, bo cała ceremonia odbędzie się za granicą. Oczywiście, gdy to wszystko działo się tam, ja, będąc tutaj nie mogłam spać. Budziłam się. W momencie kremacji. W momencie składania urny do wody. Przepłakałam wtedy wiele dni, tygodni. Sama czułam się jak nieżywa. I chciałam umrzeć, wręcz byłam na to gotowa. Teraz dla mnie samej brzmi to strasznie, bo tak bardzo chcę żyć pełnią życia. A wtedy było mi wszystko jedno…

Bliskie mi osoby nie ułatwiały poradzenia sobie z tą sytuacją. Wielu do dziś nie wie, co się stało i jak to na mnie wpłynęło, bo po co…

Raz rozpłakałam się nad schabowym. Była to niedziela, a niedziele od tamtego czasu są dla mnie katorgą. I mama zaczęła na mnie krzyczeć, że mam się otrząsnąć, że łzy go nie wrócą, że jeszcze wiele osób mi umrze i jak tak dalej będę postępować to wyląduję w wariatkowie.

Znajomi księża mówili, że tak musiało być, że on jest w lepszym świecie, że to nie wina Boga, bo to Śmierć jest tą złą, ale przecież wierzącym jest łatwiej przeżyć żałobę… I bla bla bla… Z całym moim szacunkiem do Boga, to co wtedy słyszałam z dnia na dzień i z niedzieli na niedzielę, sprawiło, że oddaliłam się od kościoła… i od Kościoła też.

Pewien kolega chciał mnie poderwać, bo myślał, że kobieta w żałobie jest łatwiejsza…

Dostawałam wtedy wiele wyrazów współczucia, spływały kondolencje. Nawet od osób, które wieki się do mnie nie odzywały.

Inni znajomi przestali się odzywać… Nawet mój przyjaciel. A gdy po kilku tygodniach zapytałam dlaczego nie pisał, nie dzwonił, to dał mi do zrozumienia, że w takiej sytuacji nie wiedział co ma mi powiedzieć.

Wiele osób wyciągało mnie na spotkanie. I jak wiecie, czytając moje wcześniejsze wpisy, mojej przyjaciółce udało się wyrwać mnie z tego stuporu.

Te wszystkie słowa, które inni kierowali do mnie uzmysłowiły mi, jak ludzie potrafią idiotycznie sprawić, że człowiek czuje się jeszcze gorzej. Działamy w takich sytuacjach instynktownie. Pewien psychoterapeuta na społeczności powiedział kiedyś, że nie lubi kiedy klientka płacze podczas sesji terapeutycznej, bo nie wie co ma powiedzieć. Sama miałam kiedyś sytuację, że pewien pan opowiedział mi historię jak jego żona i córki zostały zamordowane. Pokazał mi ich zdjęcia. A ja pamiętam tylko, że powiedziałam, iż były naprawdę pięknymi kobietami i to straszne co się wydarzyło. Ale w obliczu śmierci zabrzmiało to dla mnie jak ironia. W takich sytuacjach język wiąże nam się w supeł. Bo nawet zwykłe moje kondolencje wydają się wyświechtane i nic nie warte.

Chociaż przyznam, że mi bardzo pomogły wszystkie te słowa, które gdzieś po drodze wymieniałam. Każde zainteresowanie: jak to się stało, kiedy, dlaczego… Wiecznie musiałam odpowiadać na te pytania i sprawiło to, że jakoś się oswoiłam z tym wszystkim. Obecność innych, świadomość, że inni też tym żyją, że są i że możesz się do nich zwrócić. Nawet moja mama, która tak mnie ochrzaniła miała trochę racji. Ale to wszystko zrozumiałam dopiero po dłuższym czasie…

Każdy trzeci jest dla mnie wspomnieniem tamtego dnia. Choć wcześniej umierały osoby dla mnie ważne i też ich nie pomijam w swoich myślach, to była pierwsza nagła śmierć. Wcześniej z reguły były to poważne, długie choroby. Nie wiem czy mój okres żałoby już na dobre się skończył. Już prawie wcale nie płaczę, wróciłam do moich małych i dużych radości, spotykam się z ludźmi. Jest już dobrze. A jego mam w sercu i wiem, że nadal chce bym spełniła wszystkie swoje marzenia, bo zawsze mi tego życzył. Nigdy go nie zapomnę. Chociażby przez to, że od tamtego dnia nie zmieniłam tapety na laptopie i na telefonie. Z pierwszego spogląda na mnie biała lilia, z drugiego świeczki. Wszyscy się pytają dlaczego tak. Nie mam sił by tłumaczyć. Został też jego profil na Fb z masą pięknych zdjęć, które oglądam, gdy przyjdą dni z ochotą na wspomnienia. Wtedy patrzę na niego i się uśmiecham, czasem płaczę… Czytam nasze rozmowy, które już tak nie bolą.

Wiem już, że na żałobę nie ma recepty. Trwa ona tyle, ile w danym wypadku powinna trwać. Jest to zależne od wszystkiego. Od człowieka, od tego kto odszedł, jak odszedł, czy otrzymaliśmy wsparcie. I milion innych składowych, które zapewne zapisane są w mądrych książkach.

Jak każda sytuacja, tak i ta wiele mnie nauczyła. Wtedy usilnie szukałam czegoś, co przywróci mnie do życia. Stąd moja lista na gorsze dni. Musiałam jakoś sobie radzić. I myślę, że całkiem nieźle przetrwałam najcięższe dni. Choć tak wielu nie potrafiło mnie zrozumieć. I nadal nie potrafią…

Ty najlepiej wiesz jak wszystko wyglądało, bo patrzyłeś na mnie z góry. I nadal patrzysz. Więc Ty wiesz… :) I dzięki tej świadomości jest mi jakoś cieplej w sercu i czuję spokój. Do zobaczenia kiedyś tam!

Twoja i Wasza Scarlett.