Styczeń 2018
N P W Ś C P S
« paź    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

siła

Późne dojrzewanie Scarlett…

Mniemam, że wielu z nas ma tendencję do rozpamiętywania. Na siłę chcemy zatrzymać chwile, które już dawno same się ulotniły. Boimy się zapomnieć, skończyć coś, bo zburzy to nasz prowizoryczny ład. A czy właśnie w takich momentach nie lepiej pozwolić odejść temu, co nas hamuje?

Bo może się zdarzyć tak, że jesteśmy w nowym związku, mamy nową pracę, nowe ukochane miejsca, nowe pasje, a nadal tęsknimy za przeszłością i pragniemy, by kiedyś zapukała do naszych drzwi… Czy to ma sens?

Chciałam opowiedzieć Wam łzawą historyjkę. Począwszy od śmierci mojego przyjaciela. Poprzez człowieka, który potem jako jedyny potrafił mnie rozbroić. I że tylko on przyprawiał mnie o szybsze bicie serca. O tym, jak wiele błędów popełniłam. Ileż to razy kogoś opieprzyłam, choć wcale tak nie myślałam. Chciałam wreszcie opowiedzieć tę historię od początku aż do końca. Bo jeszcze nigdy tego nie zrobiłam…

I kiedy siadłam po turecku, spojrzałam na datę… Okazało się, że przegapiłam miesięcznicę śmierci mojego przyjaciela, co wcześniej mi się nie zdarzało. Tak samo jak z kontuzją… Kto by pomyślał dwa, trzy miesiące temu, że będzie coraz lepiej, a po turecku będę siadać automatycznie. Nawet czasem przyłapuję się na tym, że zapominam jak to było na tym krakowskim SORze. Więc może jest nadzieja, że zapomnę o osobach, które dotąd mieszkały w moim sercu, o mojej przeszłości? Skoro wyciągnęłam wnioski, czegoś się nauczyłam… Może czas wyrzucić dzikich lokatorów i ich bibeloty?

Dawno tak nie myślałam. Ale może pora ruszyć do przodu. Zostawić za sobą wszystko. Zapomnieć. Tak jak te zdarzenia i ci ludzie zapomnieli już o mnie. Tak. Pora nie żyć przeszłością.

Nie zrozumcie mnie źle. Nigdy nie zapomnę o tych ciężkich chwilach, o przyjacielu, tych którzy odeszli. Ale w innych życiowych sytuacjach… Po prostu nie chcę już na siłę utrzymywać nadziei, która i tak ledwo dyszy ostatkiem sił.

Nie chcę już tęsknić, czy przepraszać poraz setny za to, co zrobiłam. Nie chcę patrzeć na telefon, który już nie dzwoni. Nie może być tak, że moje serce cierpi, a przeszłość się zastanawia: „jak ona wogóle miała na imię?!”

Podobno nowy rozdział nie może mieć początku, jeśli poprzedni nie zostanie zamknięty. Do tej pory myślałam, że żeby zamknąć tamte drzwi, muszę coś zrobić. Nie wiem, spróbować jeszcze raz, spojrzeć w czyjeś oczy, znów obić się o mur obojętności, okazać skruchę. Te drzwi zawsze były uchylone. Ale nie ma sensu tego ciągnąć. Przeżyłam tę przeszłość już raz. Po co każdego dnia do niej wracać?

Kochana Przeszłości. Byłaś piękna, miejscami dramatyczna. Ale nie wstydzę się Ciebie, tak jak nie zamierza wstydzić się siebie samej. Było, minęło. Gdybym nagle zaczęła wracać do ludzi, miejsc, które zostawiłem bez słowa, rozdrapałabym nie tylko swoje rany. Czasem jednak dla niektórych trzeba umrzeć, by samemu móc żyć dalej. Kochana moja, zawsze miałaś szare oczy. Choć w różnych odcieniach. Zawsze byłaś cierpliwa. Może aż nazbyt. Dawałaś mi poczucie stałości, a jednocześnie ciągłej niepewności. Ale nasze drogi muszą się rozejść. Dla dobra wszystkich.

Może na tym polega dorosłość. Żeby zaakceptować, że wszystko się kiedyś kończy?

Wreszcie, nie chcę z tym wszystkim walczyć. Nie chcę okłamywać samej siebie, że ktoś gdzieś czeka choć na jedno moje słowo, że tęskni. Chcę wewnętrznego spokoju, który będzie tulił mnie do snu, zamiast marzeń, które nigdy nie doczekają się spełnienia. Tym razem to ja chcę ruszyć do przodu, zostawiając cały świat w tyle.

Może macie podobne doświadczenia? Może też nie potrafiliście postawić w jakimś miejscu swojego życia kropki i nadużywaliście przecinków? A może, wręcz przeciwnie, mieliście ogromną łatwość w otwieraniu nowych rozdziałów? Chętnie Was wysłucham.

Wasza Scarlett…

… która dojrzała, albo wręcz przeciwnie ;-)

Przecież wiecie, że Was uwielbiam!

Moi kochani!

Za kilka tygodni, a dokładnie w Wielki Czwartek, przypadają moje dwudzieste szóste urodziny. Do tego czasu postanowiłam poukładać swoje życie. Dlatego też jeszcze przez kilka dni będzie mnie tutaj mało. Mam zamiar powyjaśniać kilka kwestii z rodziną, przyjaciółmi, rozpocząć kolejną część rehabilitacji, wreszcie przemyśleć w jakim kierunku chcę iść i dlaczego w akurat takim, a nie innym ;)

Strasznie dużo się u mnie dzieje. Ale chcę pozamykać to, co mam do pozamykania, pootwierać, to co należy otworzyć. I rozpocząć dojrzałe życie z czystą kartką. Jeszcze do niedawna pragnęłam szaleństwa w życiu, a jednocześnie jakoś cały czas dążyłam ku stałości. Teraz wiem, że są sprawy, które muszę załatwić, bo nie dadzą mi spokoju. Nawet jeśli myślałam, że są moją stałością i tak już po prostu musi być. Jednak wiem, że jeśli pozostawię wszystko losowi, to wiecznie będę się fiksować na jednym i tym samym, a co za tym idzie moje wpisy staną się monotonne, a moje życie uciążliwe.

Dzisiaj na moim fanpage’u wrzuciłam takie oto słowa:

Zawsze znajdzie się ktoś, kto ma więcej pieniędzy, więcej szczęścia, większy dom, więcej miłości, więcej zdrowia i dużo więcej dzieci.

Zawsze też będą istniały osoby, które mają dużo gorzej. Bo nie mają domu, nie mają bliskich, nie mają poszanowania w społeczeństwie.

Warto się porównywać? Warto się poddawać, kiedy widzimy sukcesy innych i milion naszych porażek? Warto spoczywać na laurach i twierdzić, że sam dach nad głową wystarczy? Warto bezrefleksyjnie przeżywać dzień za dniem, odliczając chwile do urlopu, emerytury, do śmierci?

Po co się ograniczać? Przecież możemy wszystko. Wszystko. Tylko nie po wszystko mamy odwagę sięgnąć. Bo głupio prosić, głupio kochać, głupio przebaczać, głupio się spełniać… I wiecie co…? Głupio jest tylko czekać na lepsze jutro, nie robiąc nic w tym kierunku, by różniło się ono czymkolwiek od dnia dzisiejszego.

Takie to przemyślenia naszły Scarlett po wizycie u ortopedy ;)

PS. I wiecie co? Teraz jestem jeszcze bardziej pewna, że każda chwila w naszym życiu, każda porażka, każdy upadek, każdy człowiek na naszej drodze jest PO COŚ. Często nie rozumiemy tego od razu, myśląc, że los z nas kpi, nas pogrąża… A tak naprawdę każda minuta naszego życia nas wzbogaca.

Mam nadzieję, że wiecie to od dawna, a ja Wam tylko o tym przypomniałam. A jeśli się jeszcze o tym nie przekonaliście, to wszystko przed Wami :)

Dni są dla mnie trudne, bo podobno kolejna seria rehabilitacji będzie tak bolesna, że mój ukochany doktor uważa, że go przeklnę. To będą ciężkie dni dla mojego serca, dla duszy. Ale wiem, że pewne sprawy są nieuniknione i cały czas powtarzam sobie SCARLETT, WALCZ, PRZECIEŻ TY MOŻESZ WSZYSTKO. I tak też jest :)

Uwielbiam Was! Za wszystko. I cieszę się ogromnie, że mogę Was poznawać, z Wami rozmawiać, pisać, śmiać się, zastanawiać. A może i nawet niedługo z niektórymi się spotkam :) Tyle pięknych dni przede mną, że kilka wzgórz i dolin nie może tego wszystkiego popsuć :)

Pozdrawiam Was ciepło i nie zapominajcie o mnie! :*

Jakim cudem przebywam ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę… i jeszcze nie zwariowałam?!

goal-729567_1280A może już dawno zwariowałam, tylko nikt nie potrafi mnie zdiagnozować?! Wiecie, sama się zastanawiam skąd we mnie takie ogromne pokłady optymizmu. Dlatego też chcę Wam pokazać, że moje życie nie jest i nigdy nie było wymalowane barwami tęczy. Chcę Wam dać do zrozumienia, że każdy w sobie może wykształcić pozytywne nastawienie do świata. Już nie mówię o takiej skrajnej postaci jaka występuje u mnie :D Ale po prostu o umiejętności cieszenia się z życia. Hm, jednak jest to chyba tekst tylko dla ludzi o mocniejszych nerwach, bo ja pisząc go, sama mam ochotę sobie przylutować. Jak można się nad sobą użalać na tak dużej kartce?! O paręnaście zdań za dużo w moim mniemaniu. Pisanie tego wszystkiego przez optymistę jest drogą przez mękę. Serio. Ale nie przedłużam, bo dalej będzie Wam ze mną dużo gorzej ;)

Na początku proponuję kilka słów o tym, jak to mi niefajnie w życiu było, ewentualnie jak niefajnie jest. Nie zagłębiając się w szczegóły, bo nie ma sensu obarczanie Was moimi historiami i histeriami.

To co już wiecie, to na przykład to, że nie potrafię sobie nigdy poradzić ze śmiercią bliższych i dalszych. To akurat moja ogromna męka, ale radzę sobie coraz lepiej. Tak mi się przynajmniej wydaje. Choć w praktyce już nie chcę tej mojej nowo nabytej zdolności sprawdzać. Jeszcze niech raz ktoś pokaże mi zdjęcie córki i powie radosnym tonem: moja żona i dwie córki zostały zamordowane, to chyba sama się zabiję… Bez przesady, ale faktem jest, że w takich sytuacjach wolałabym zniknąć. Chciałoby się rzec: o jak dobrze, że nie jestem psychologiem. Chcieć to móc, podobno ;) Że mam pecha do kontuzji też wiecie. Uciążliwość. Ale tym razem zabiję dziadówę. Acha, zapomniałam, że miałam zionąć pesymizmem. Dobra… do tego dochodzi hipotonia, nie trawię laktozy, neuralgia międzyżebrowa, niegdyś podejrzenie boreliozy, problemy z układem oddechowym, jakieś problemy z sercem, cerą, wagą, chyba z czym się da. Jeśli ktoś myśli, że jestem szalenie bogata i stąd ten optymizm, to też muszę to wykluczyć, bo żyję na w miarę stabilnym poziomie. Kiedyś może i były momenty, że trudno było wyżyć do pierwszego, ale w tej kwestii akurat się polepszyło. Nawet długi były i chyba sto lat temu jakiś komornik. Ale kto by to pamiętał. E, miało być pesymistycznie :D No to, jestem bezrobotna, a moje wykształcenie i tak nie gwarantuje mi dobrze płatnej pracy. Z resztą nie chcę pracować w zawodzie. Może nie tyle nie chcę, co się nie nadaję. Musiałabym pracować z ludźmi, a oni albo mnie olewają, albo odzywają się tylko wtedy kiedy czegoś potrzebują, albo skrupulatnie milczą, albo mnie obrażają, albo nie kochają mnie. Och jak to żałośnie wszystko brzmi, ale jest całą prawdą. Może z tym niekochaniem przesadziłam. Ale kto mnie ma kochać, ten nie kocha ;) Chyba :D Także kontakty interpersonalne też są na, ekhym, wysokim poziomie. Hm a może mam zamożną rodzinę i w ogóle dobry dom w każdym tego słowa znaczeniu?! Albo przodkowie są tacy ą i ę? No nie sądzę… Jeśli patrzeć na poczynania wcześniejszych pokoleń, to będę starą panną z dzieckiem. I albo będę miała przypadkowego kochanka, albo mnie zgwałcą. Umrę zapewne na chorobę płuc, na raka czegokolwiek, a gdzieś po drodze czeka mnie jeszcze schizofrenia i alkoholizm. A może wyższe wartości? Wiara? Jeśli nie istnieje twór o nazwie wierzący-niepraktykujący, to chyba oficjalnie mogę nazwać się ateistką. A w sobotę czeka mnie wizyta duszpasterska. Ślicznie :D Będzie zabawnie. Pomijając fakt, że po śmierci mojego przyjaciela tak się rozminęłam z wiarą i z księżmi, że jeśli się wzajemnie nie zatłuczemy to będzie dobrze. Z resztą wierząca chyba byłam mniej więcej tak od bierzmowania. Nie no jestem. Ale tylko w sercu. Także zionę pesymizmem w tym względzie. A może ludzie mnie lubią? Podziwiam tych, którzy mnie lubią :D Ale w swoim życiu nasłuchałam się wielu niemiłych słów. Więc chyba nie każdy za mną przepada. Przede wszystkim takie kwiatki były dziełem moich znajomych i nauczycieli. Że na niczym się nie znam, a już na pewno nie na życiu, że źle skończę. Że jestem nikim. Zawoalowane: że jestem głupia. No tak, na mądrej głowie włosy nie rosną, a u mnie ostatnio rosną na potęgę ;) A może mam boską przeszłość. Hm, jeśli dobrze sobie przypominam, wagarowałam, szukała mnie nawet policja, raz chciałam popełnić samobójstwo, a może dwa. Jakiś tam przypadek samookaleczenia był. I wzięcia większej ilości tabletek nasennych. Do tego bunt młodzieńczy, nawet z chowaniem alkoholu w kościele :D Nie pytajcie… A może mam fantastycznego faceta? Mężczyźni jakoś ode mnie uciekają. Wredna suka ze mnie, to po co mieliby zostawać. I chyba już jestem starą panną :D Śmiesznie jest. Więc skąd ten mój optymizm? Może mam dobrego dilera? Za dużo piję? Może już powinnam iść do psychologa, bo mam takie problemy i nadal się cieszę jak głupia… To chyba trzeba mieć coś z głową? Do psychologa akurat mam strasznie blisko, więc na pewno skorzystam ;)

Przeczytałam to wszystko i uwierzcie, albo nie, ale chce mi się śmiać. Ach dodam, że przyszłość też się różowo nie zapowiada, bo wiecie te bezrobocie, te moje nogi nieszczęsne się wyleczyć nie chcą. Więc na koncert już chyba nigdy nie pojadę, w ogóle nigdy nigdzie nie wyjadę i z nikim się nie spotkam, bo przecież strach wychodzić z domu, bo znów się mogę uszkodzić. Lęk przed przestrzenią? Przed pająkami? Lęk wysokości? Też się przewijają. I mogłabym tak wymieniać…

Gdzieś mniej więcej 10 lat temu usłyszałam, że nie znam życia i co ja mogę o nim wiedzieć. Miałam wtedy pomiędzy 15-16 lat. Oczywiście skwitowałam to jakimiś przekleństwami, bo przechodziłam okres buntu. A mieszkanie w wielopokoleniowym domu niczego nie ułatwiało. Uważałam, że jestem taka mądra. Potem przyszła śmierć mojej babci, wagarowanie, było raz lepiej, raz gorzej, miłości, niemiłości, jak u każdego. Choroby, kolejne odejścia (te metafizyczne, fizyczne, mentalne). I mogę przyznać z zupełnym przekonaniem, że jako nastolatka się myliłam. Nie znałam życia. Nadal nie znam, ale przez ten czas nauczyłam się bardzo wiele. I może to właśnie z tych wszystkich wydarzeń wyniosłam ten cały swój niepoprawny optymizm. I jakkolwiek frazesowo by to nie zabrzmiało, tak właśnie jest. Mądrości, które spisałam poniżej może są oklepane, może niezbyt fachowe. Jednak jeśli trochę się przeżyło, to dociera się do momentu, że nawet jeśli coś jest oklepane to może być prawdą. Mając 15 lat na pewno większość tego tekstu bym wyśmiała i powiedziała magiczne: to mnie nie dotyczy. Teraz wiem, że nie jestem nieśmiertelna, że ludzie wokół mnie też o dziwo odchodzą i nie będą żyć wiecznie, że kiedyś zostanę sama i nie pomogą mi żadne pieniądze. Wiem, że na samej karierze życie się nie kończy, że potrafię kochać i to mocno, może za mocno. I wiem, że potrafię wyjść z nawet największych tarapatów. Dlatego przedstawiam Wam to, czego nauczyło mnie prawie 26 lat życia na tym łez padole.

1. Najważniejsze jest zdrowie. Co do tego nie ma wątpliwości. Rozumieją to osoby, które te zdrowie kiedykolwiek straciły na dłuższy czas. Osobiście jestem zdania, że jeśli ma się zdrowie, ma się wszystko. Można korzystać z życia, poznawać nowych ludzi, pielęgnować przyjaźnie, spełniać się zawodowo i nie tylko. I to nieprawda, że najważniejsza jest miłość. Choć sama czasem bardziej zawodzę nad tym, że za kimś tęsknię niż nad tym, że coś mnie strasznie boli, dlatego mój organizm skutecznie mi przypomina, że nadal boli i że mam nie zawodzić nad tym, że jestem taka niekochana ;)

2. Marzenia się spełniają. I je się spełnia. Czasem same się realizują i aż bywam zaskoczona, że to czy owo się udało. Jednak nie ma nic piękniejszego niż dążenie do realizacji swoich pragnień. Chociażby aktualnie zafiksowałam się na tym, by 6 marca pojechać na koncert do Krakowa. I zrobię wszystko, by uczynić te marzenie realnym. Ktoś zapyta: a co jeśli się nie uda? Trudno. Rok ma jeszcze wiele lepszych i odpowiedniejszych dni :)

3. Nic w życiu nie jest przesądzone. Czasami myślę: oho, to klops, to mi się nie uda. Albo: oho, on się już nie odezwie i nigdy nie spojrzymy na siebie tak jak wtedy. Albo: oho, skoro moja mama nie ma faceta, ja też nie będę miała. Pff… Nie ufajcie tym swoim wewnętrznym i zewnętrznym potworom, które odbierają wszelkie nadzieje.

4. Nie możemy zakładać, co ludzie o nas myślą. A ja uwielbiam to robić. Zakładam odgórnie, że ktoś mnie nie lubi, bo… Albo, że jest taki i siaki wobec mnie, dlatego bo… Potem się okazuje, że sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Bo skąd mam wiedzieć czemu ktoś np. nie odpisał na mojego maila? Mam zgadywać? Zadręczać się? A nie prościej, prosto z mostu zapytać?

5. Trzeba korzystać z życia. Cieszyć się każdą chwilą. Bo żadna z nich się nie powtórzy. I nie ma, że boli, że za oknem zimno, że nuda. O nie. Trzeba się jakoś zorganizować. Zrobić coś, co się kocha. Żyć.

6. Żałujemy tylko tego, czego nie zrobiliśmy. Pamiętam ile głupot popełniłam w życiu. I cholernie miło je wspominam. Nawet jeśli wtedy wyglądało to trochę niezbyt ciekawie.

7. Trzeba być dobrej myśli, bo po co być złej. To chyba robię codziennie i doskonale to widzicie. Nie ma co się nakręcać, że coś nie pójdzie po naszej myśli, coś się nie uda… Bo co to daje? Złe nastawienie. A jeśli będziemy nakręceni zbyt pozytywnie, a potem przyjdzie rozczarowanie i szlag wszystko trafi? Hm, wydaje mi się, że wtedy do celu po prostu trzeba iść inną drogą. To, że coś raz, czy drugi nie wyszło, nie znaczy, że nie wyjdzie nigdy.

8. Warto być dobrym dla siebie samego. W każdym względzie. Dbać o ciało, psychikę, pozwalać sobie na różne emocje, wymagać od siebie, ale nie być zbyt surowym sędzią. Jeśli będziemy dla siebie dobrzy to zaprocentuje :)

9. Dobrze mieć pasję. Bez pasji życie jest jakieś takie… Błe. A pasja sprawia, że mamy odskocznię od codzienności. Robimy co kochamy, co daje nam szczęście, ubogaca nas.

10. Porażki też są po coś. Chociażby po to, by się na nich uczyć ;)

11. Jeśli czegoś nie wolno, a bardzo się chce, to można. Można, bo kto nam zabroni. Nie mówię tutaj o łamaniu prawa. Ale na przykład, kiedy jest się na diecie i już trzy miesiące nie jadło się niczego słodkiego, a tu nagle przychodzi okazja, bo idziemy na ciacho z przyjaciółką, to czemu nie :)

12. Miłość to nie tylko kochanie zalet. Z ładnej miski się nie najesz. Kiedyś wyśmiewałam moją mamę i babcię za poglądy w tym względzie. Ale rzeczywiście… Pusta, ładna miska na nic się zdaje. Chyba tylko do dekoracji. A miłość to kochanie całego człowieka, nawet jeśli nie jest najprzystojniejszy, a potrafi Cię co dzień zaskakiwać i nigdy Cię nie nudzi, to jest to :)

13. Niczego nie musisz. W życiu tak już jest. Nie musimy niczego. Chociażby nie musimy na siłę być szczęśliwi. Dlatego nie myślcie, że każę Wam te moje rady wdrażać w życie ;)

14. Nie można dawać sobą pomiatać. Ja to robiłam zdecydowanie za długo. Aż zrozumiałam, że w moim życiu najważniejsza jestem ja sama, a nie spełnianie zachcianek innych. Jestem człowiekiem, pełnoprawnym, jak każdy, i mnie się nie poniża.

15. Życie to też chwile szaleństwa. Nuda w życiu nie jest wskazana. Czasem dobrze zrobić coś szalonego, co można wspominać latami.

16. Warto mieć wokół siebie zaufanych ludzi. Ale nie takich, którzy najpierw kogoś obgadują, a potem są tego kogoś najlepszym kumplem. Z zaufaniem akurat mam problemy, bo często ufam nie temu komu trzeba. Albo w ogóle nie ufam. Ale to da się wypracować.

17. Nie warto się przejmować. Łatwo mówić. Ale po co się przejmować czymś co miało miejsce, a na co nie mieliśmy wpływu, albo tym, co dopiero ma mieć miejsce? I rozpamiętywać to dniami i nocami…? Tutaj akurat mistrzem nie jestem. Ale cały czas się uczę :)

18. Mniej myśleć, więcej działać. Sama widzę, że tutaj się opuściłam. Ale gdzieś w postanowieniach to zapisałam, także muszę działać. Przykładowo, czasami sobie myślę: matko, a co ona sobie pomyśli, gdy powiem jej, że to czy tamto?! Scarlett, weź po prostu mów i nie marudź :D

19. Człowieka można zniszczyć ale nie pokonać. O to to to! Ilu już chciało mnie zniszczyć. Ilu już praktycznie to zrobiło. A ja odrodziłam się. Jeszcze silniejsza.

20. Na wszystko potrzeba czasu. Kiedy byłam w żałobie, z resztą jak wiecie po moim wpisie (jednym z uczuciami na wierzchu), wielu ludzi mówiło, że chyba powinnam skończyć się zadręczać, bo tydzień cierpienia to lekka przesada. Psychologia na ten temat też twierdziła, że no tyle i tyle czasu potrzeba maksymalnie. Ja potrzebowałam ponad roku, by przestać ronić łzy za każdym razem, kiedy widziałam jego fotki, słyszałam imię. Dzisiaj mogę powiedzieć: jest dobrze. Nie idealnie, ale dobrze. I tak jest z każdą sytuacją. Na wszystko tego czasu nam potrzeba. A jest on bardzo indywidualną sprawą i nie mogą go wyliczyć żadne podręczniki.

Z tymi moimi pesymistyczno-optymistycznymi myślami Was zostawiam :) Nie planuję puenty, bo uważam ją tym razem za zbędną.

Wasza Scarlett!

Gorszy dzień?

A może lepszy… bo wreszcie zaczynam mówić o ważnych rzeczach, które we mnie siedzą tak strasznie głęboko, że nikt nie jest w stanie ich dojrzeć. Pamiętacie tych dwóch od maili? Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy może ja naprawdę jestem zbyt chamska, czy może rzeczywiście narobiłam wokół siebie tyle złego, że nie da mi się w żaden sposób wybaczyć. Wtedy też przypomniałam sobie wiele osób, którym wyrządziłam krzywdę. Tak, bo ja też czasem ranię… I oni są ze mną po dziś dzień. I to strasznie dziwne, że niektórzy odchodzą ode mnie w najmniej spodziewanym momencie… Bez słowa. Bo po co mówić, no nie? A inni trwają przy mnie, nawet jeśli bym była tą najgorszą z najgorszych.

A psikus jest taki, że od dzieciństwa byłam szalenie lubiana. Mała Scarlett, która nikomu nie wadzi, słucha się wszystkich dookoła i spełnia zachcianki. Po latach pomiatania stałam się na swój sposób buntowniczką i genialnie mi z tym było. Nie bałam się wyrażać własnego zdania. Byłam sobą. O tak, byłam sobą. Jaki luksus. I tą sobą w pewnym momencie znowu przestałam być. Nie wiem kiedy to się zaczęło. Albo nie chcę wiedzieć. Bo po latach uległości, na moment stałam się silna, by potem znowu stać się nikim. Tak, czułam się nikim. I niedawno wreszcie postanowiłam się odbudować, na różnych polach. Jak możecie się domyślić, ludzie którzy mnie lubili, na kolejnych etapach, w zależności kim byłam, ulatniali się. W różnym stylu. Niektórzy twierdzili, że nadal mnie lubią, no ale teraz nam nie po drodze. Inni odchodzili bez słowa. Inni z plotką na pół miasta, że jestem wariatką. Byli mili, cudowni, ciepli, weszliby mi do tyłka, do momentu gdy zachowywałam się zgodnie z ich oczekiwaniami. Jeśli lekko odstąpiłam od normy, sayo nara.

Ostatnio było tak z moją kuzynką. Zaprosiłam ją na pogaduchy, w końcu mi się nie uśmiecha gdzieś iść jak robot, a zwyczajnie się za nią stęskniłam. Ona stwierdziła, że bliżej jej byłoby spotkać się w rynku, niż do mnie jechać. Uwaga, była autem, a mi kazała jechać do siebie autobusem. Bo jej tak wygodnie. Jeszcze się obruszyła, bo przecież jak ja mogłam nie spełnić jej życzenia. Rozumiem, że moja choroba nie sprawia, że po kilkuset krokach umrę. Jednak to jest ból. Ból, który często nie pozwala mi przejść ani kroku, nie pozwala mi spać, nie pozwala mi myśleć. A ja nie jestem ze stali. Niestety. Jak możecie się domyślać, kuzyneczka odeszła z mojego życia… Tak było wiele razy z innymi tzw. cudownymi ludźmi. Gdy wybrałam inny kierunek studiów niż przyjaciółka, inne liceum, inne koleżanki. Gdy tylko przez moment się z kimś nie zgodziłam. Ba, nawet wtedy gdy nie poszłam za kimś do tej samej pracy.

Od teraz to ja będę szczęśliwa i nie zamierzam spełniać cudzych życzeń. To ja chcę wreszcie przejść tę długą rehabilitację, zrobić to i owo ze sobą, dostać genialną pracę i znowu tańczyć. Ja. I wreszcie wiem, co jest dla mnie dobre. Bo patrzę na swoje serce, swoje cele. A nie na marzenia innych o tym, jaka to ja powinnam być. I kiedyś przejdę obok takiego jednego z taką drugą i zobaczą, że jestem wartościowa. Bo widocznie przestałam dla nich taka być, gdy przestałam spełniać ich życzenia. I nie interesuje mnie to. Nie interesują mnie już plotki na mój temat, to że komuś nie podoba się moje wykształcenie, bądź jego niedobór w pewnym zakresie. I co z tego? Jestem fantastyczną, młodą osóbką. Coraz częściej znowu uśmiechniętą. I całe życie przede mną. I tego sobie zazdroszczę. I oni też mi tego będą zazdrościć, o ile mnie poznają kiedyś na swojej drodze. Ja, co do niektórych nie zamierzam się przyznawać, tak jak oni nie przyznają się do mnie. Tak, chcę by mi zazdrościli, bo jestem próżna. A gdy będę szczęśliwa, wszyscy to zobaczą. Bo któż piękniej błyszczy niż człowiek emanujący szczęściem? Nie myślcie, że prę do przodu dla innych. Robię to dla siebie. A miłym skutkiem ubocznym będzie to, że będę tak nieosiągalna, tak pewna siebie, że już nikt nieproszony nie zastuka do drzwi mego serca i umysłu. Bo nie zamierzam wpuszczać tam byle kogo.

Już sobie zazdroszczę, że wreszcie zaczęłam dostrzegać komu mogę ufać, a komu nie. Że doszłam do tego, iż wszystko wokół odbierałam niegdyś jako ogromny problem. Bo, o matko jestem głupia, bo to i tamto, bo ludzie się odwracają. Ci co mają zostać zostają. I wiem na kogo mogę liczyć. I kiedy ostatnio usłyszałam: wiesz kiedy wyglądałaś najlepiej i kiedy najlepiej radziłaś sobie z życiem? Kiedy tańczyłaś. Wtedy coś we mnie pękło. To było z 5 lat temu. Ja wtedy nawet nie chorowałam. Nic, tylko byłam szczęśliwa. I tym szczęściem żyłam. I wiem, że problem istnieje dopiero wtedy, kiedy odbieram go jako problem. Teraz już nie będzie problemów, tylko wyzwania. Czuję się jakbym zrobiła sobie, dawno odkładaną, psychoterapię…

Ach i jeszcze jedno. Na drugi raz, proszę, jeśli wiesz, że w przyszłości odejdziesz z mego życia, weź nie wchodź do niego z brudnymi buciorami. Nie wchodź nawet na bosaka. Odwróć się i żyj swoim życiem. Z resztą oskarżasz mnie, że mam burdel dookoła siebie. Spójrz na swoje życie i swoje problemy.

Można mi teraz zarzucać, że się zbuntowałam, że pokazałam cojones zupełnie niepotrzebnie, że ja wcale nie jestem lepsza, że wszystko teraz zacznę robić na pokaz. Nie. Właśnie teraz jestem sobą. I wszystko, co robię robię dla siebie. A oni niech się patrzą.

I tak, wiem, nie jestem idealna, też popełniam błędy… I może ludzie odchodzą, bo nie mogą ze mną wytrzymać. To po co do tego mojego życia wchodzą?! O takie luźne pytanie… Bo stwarzam pozory?! Jakie?! Nie wiem i nigdy tego nie pojmę. Ale po co się tym przejmować. Grunt, to żyć swoim życiem. A jeśli ktoś chciał mieć laleczkę Scarlett do zabawy, to niestety musi ją sobie sam uszyć. Ja takowym eksponatem nie zamierzam być.