Styczeń 2018
N P W Ś C P S
« paź    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

Scarlett

Koniec Świata…

Podobno piątego marca Ziemię ma minąć asteroida, która z zaskoczenia pojawiła się w obiektywach astronomów. Nic o niej nie wiedzą i możliwe jest, że ten kamyczek rąbnie o naszą planetę. W radiu śmiali się, że asteroida minie nas dokładnie ósmego marca i będzie nosić imię kobiety, która nie dostanie tego dnia kwiatka. Od razu ochrzcijcie ją Scarlett!

Ale gdyby tak rąbnęła… Przypomniał mi się szumny koniec świata w 2012. Siedziałam wtedy na wykładzie z moją przyjaciółką, w pierwszym rzędzie. Byłyśmy tak spięte, a jednocześnie rozchichotane. Jak to my. I wtedy ksiądz zapytał nas: to już?! :D Nawet on się zafiksował…

Jak widzicie przeżyliśmy Koniec Świata. I jeszcze niejeden przeżyjemy.

Z resztą. Według mojej teorii wszystko zacznie się od początku. I to nie przez Ewę, tylko przez Scarlett ;) Opowiem Wam pokrótce dlaczego tak uważam :P

Przypuśćmy, że po Sądzie Ostatecznym zostałabym skierowana do Piekła. Specjalnie zapierać się nie będę, bo mam nadzieję spotkać tam wszystkich moich znajomych. W ogóle, zastanawiając się nad Piekłem… Znając życie będzie tam grało disco polo, a w menu będą tylko i wyłącznie potrawy z królika. Bo oczywiście ani za jednym ani za drugim nie przepadam. Znaczy króliki kocham, ale nie na tyle by je pochłaniać. Oczywiście z moją przyjaciółką będziemy w rytm disco polo się bujać, bo my tak już mamy. Na przykład gdy byłyśmy na koncercie Kultu, to czułyśmy się jak w nie swojej bajce. Wszyscy skakali, pogo pod sceną, a potem jak zaczęłyśmy ryczeć MARIA MA SYNA, to aż miło :D Więc dopasujemy się wszędzie.

Ja zapewne będę chciała się przypodobać diabłu i będę mu śpiewać PRZEZ TWE OCZY, TWE OCZY CZERWONE OSZALAŁAM! A on będzie skrzekliwie mi odpowiadał: SCARLETT TU JEST I TAŃCZY DLA MNIE. Na to ja: JESTEM SZALONA, MÓWIĘ CI. A w głowie już mi będzie świtać myśl, że więcej w tym domu wariatów nie wytrzymam i muszę dostać się do Nieba. Bo tak już mam, że zawsze narzekam.

I pewnego dnia, anioł z Nieba, słysząc jak się dobrze bawimy przyleci do nas i jako ten łowca sław zrobi casting do chóru anielskiego. Przymkną oko na moje grzeszki i na brak słuchu muzycznego i tak oto trafię do Nieba. A w Niebie… BĘDZIE, BĘDZIE ZABAWA…

Niebo to będzie taka jedna wielka kawiarnia. Po środku będzie stał bar z szampanem i truskawkami w czekoladzie, ale oczywiście wszystko będzie można wcinać oprócz tego. I będzie mi mijał dzień za dniem. Eklerka na śniadanie, pączek na drugie, lody na obiad, tort na kolację, wszystko zapijane kawą… I tak w kółko. Ach i między posiłkami: próby chóru. Oczywiście zakocham się w wykładowcy śpiewu. Kilka lat zajmie mi zbajerowanie go, ale czego się nie robi dla miłości… I tak, kroczek po kroczku zaciągnę go do baru na truskawki i szampana. Pal licho przepisy prawne Nieba. Stasiu się zgodzi. Spróbowałby odmówić. Z resztą któż się oprze pięknej, byłej diablicy Scarlett. Znaczy rogi nadal miałabym… Do podtrzymywania aureoli ;) W barze barman będzie kusił, oj kusił. Będzie mówił, że dzięki jego specjałom poznamy największe tajemnice, posiądziemy władzę. Ja na to jak na lato, Stasiu też się specjalnie nie będzie opierał. Więc będę go karmić tymi truskawkami, poić szampanem… I nagle spojrzę na jego szyję… Truskawka Stanisława :D Patrzę niżej. EJ STANISŁAW, JAKIEGO TY MASZ MAŁEGO. On: JA NA TWOIM MIEJSCU Z TAKIM BRAKIEM CYCKÓW W OGÓLE BYM SIĘ NIE POKAZYWAŁ PUBLICZNIE. Poszliśmy się ubrać. Stanisław oczywiście melepeta i pomylił liście. Wziął pokrzywy :D I nagle jak nie rypnie, jak nie walnie i stanie koło nas miły dziadzio. Oczywiście z naszej dwójki, to tylko ja mam głowę na karku i przypomnę sobie jak to leciało i mówię: tak wiem, będę w bólu rodziła dzieci i bla bla. ZAMILCZ. Wywalasz nas. A Stasiek będzie musiał walczyć o pokarm dla nas. Ale i tak w związku to on będzie głową, a ja tylko jego szyją… CISZA. TY BARMAN, OD TERAM BĘDZIESZ PEŁZAŁ NA BRZUCHU I JADŁ OKRUSZKI, A WY… WYPAD Z BARU. I SCARLETT, WEŹ TYLE NIE GADAJ.

No i wyjdziemy ze Stasiem. Oczywiście szybko wybaczymy sobie głupotę. Narodzimy dzieci. W tym córki dwie o imionach Bela i Inka. Pomieszajcie literki to zrozumiecie dlaczego ;) Będą się szarpać, jak to dziewczyny. Każda będzie chciała to, co ma ta druga. Skończy się jak się skończy. Potem będzie facet na którego będą wołali E-No i zbuduje canoe. Potem taki Input zrobi embargo na truskawki i szampana… I tak powstanie ruski szampan. Oczywiście inne imiona też zostaną w kolejnym świecie pozmieniane. Taki Józef… Potem mają śpiewać: JÓZEK NIE DARUJĘ CI TEJ NOCY?! Maryja. No każdy ma ryja i nikt jakoś specjalnie się z tym nie obnosi. Jezus… Takie niepopularne, nienośne imię. Może gdyby to był jakiś James, to więcej osób by potrafiło jakoś go przyjąć, zaakceptować. Oczywiście nasi bracia bliźniacy znów będą w kolejnym wcieleniu, ale mam nadzieję, że ktoś ich skutecznie wyśle wreszcie na ten księżyc ;) I to zanim rąbnie samolot!

Pamiętajcie, że za to w Wigilię będziemy obchodzić imieniny Scarlett i Stanisława. SS… Przypadek?! ;)

Całuję Was mocno, bo po co lekko? ;) Wasza Scarlett.

Świętujemy sobie z Pierwszą Damą ;)

A cóż świętujemy? Poprawiny Tłustego Czwartku? Korzystamy z uroków końcówki karnawału? Obchodzimy Dzień Nutelli? Albo urodziny Christiano Ronaldo? W zasadzie każdy z tych powodów byłby dobry ;)  

Jednak my mamy imieniny.

Jak już kiedyś wspominałam, ze mną jest trochę tak, że mnie się kocha, albo nienawidzi. Nic pomiędzy. Tak też jest z moim prawdziwym imieniem. Przez całe dzieciństwo szczerze go nienawidziłam. Dorosłam i powiem Wam, że je pokochałam. Chyba żadne inne imię tak perfekcyjnie nie oddałoby mojego charakteru. Oczywiście oprócz Scarlett ;)

Jak połowa z Was wie, a druga się domyśla, naprawdę mam na imię Agata. Twardo brzmiące imię dla twardej babki. Podobno pierwotnie miałam być Andżeliką, ale coś się mojej mamie odwidziało ;) I bardzo dobrze!

Gdy byłam małą dziewczynką chciałam, by ludzie zwracali się do mnie pełnym imieniem, choć najczęściej rodzina i tak nazywała mnie Kaśką :D Zaś w szkole wszyscy nauczyciele rozpływali się i Agatkowali mi na prawo i lewo. Gdy następnie na studiach pragnęłam, żeby mi Agatkowano, to tam byłam tylko panią Agatą. Albo może i , bo większość studentów i tak była bezimienna. A teraz, coraz częściej jestem znów Agatką :D Chociaż zazwyczaj jestem też Scarlett i ta okoliczność chyba raduje mnie najbardziej.

Kocham swoje imieniny, tak samo jak urodziny, a może nawet i bardziej. Wiecie, o urodzinach nie każdy wie. Imieniny bardziej się przewijają gdzieś w radiu, gazetach, czasem w telewizji. Tak też niektórzy będą się nade mną dziś rozpływali i wspominali mnie z uśmiechem na ustach, innym będę odbijać się czkawką :D I bardzo dobrze!!!

Przez ostatnie lata, co roku, jedna i ta sama osoba pytała mnie czy obchodzę imieniny. Dziś nie zapyta. I dobrze. Nie liczę też na życzenia, choć po czwartej rano już takowe otrzymałam. I to od rodzicielki, której moje imię już dawno powinno wyjść bokiem ;) Tym bardziej, że tyle raz je krzyczała w moją stronę :D

Zdaję sobie sprawę, że są też tacy, którzy nie obchodzą imienin. Kurczę, według mnie każda okazja do świętowania jest dobra. Tym bardziej okazja wspominania swojego patrona. W końcu te imię coś znaczy. No właśnie. Co roku, w imieniny czytam co tam ciekawego piszą o Agatce. I co roku się dziwię jak wiele w tym wszystkim prawdy. Oto co znalazłam dzisiaj.

Pomijając, że Agata znaczy dobra;) Czy przekłada się to na życie…? Polemizowałabym :D

Jest to imię idealne dla osób samodzielnych, stanowczych, przywykłych do decydowania o sobie i innych. Ba! Nie na darmo sto lat temu zostałam starościną, a teraz moja mama uważa, że powinnam zabawić się w politykę :D Kto wie, może kiedyś ja będę prezydentową ;)

Agaty są wymagające i nie znoszą sprzeciwu. Zwykle wiedzą czego chcą. W rodzinie zazwyczaj stają się jej głową. Nawet ojciec i matka muszą się im podporządkować. Oj tam, oj tam. Mogli dać mi inaczej na imię, to nie mieliby problemu. A na poważnie. Nie znoszę sprzeciwu. Coś w tym jest. Ale jak się mnie dobrze pozna to naprawdę jestem potulna jak baranek. Dodali też coś w stylu, że nie rozpieszczam ani siebie ani innych. Nie widzieli mnie jeszcze z dzieckiem! Żądam i stawiam warunki? Ktoś by mógł się na ten temat wypowiedzieć. Potwierdzałby tę tezę chyba z 5 godzin ze swoimi kamratami. Tak jakbym tylko ja taka była… Kpina!

Agaty lubią kiedy w ich życiu wiele się dzieje. Nie przepadają za monotonnym życiem. O tak. Ostatnio powiedziałam, że nigdy już nie pojadę, ani nawet nie pójdę na żaden koncert i usłyszałam: to już od razu idź do zakonu, bo po co Ci takie życie :D

Od razu nie zgadzam się, że jestem zwolenniczką górskich wycieczek :D No chyba, że chodzi o góry i doliny życia ;) Także w tym przypadku się pomylili, albo nie dookreślili.

Agaty są zdyscyplinowane, można polegać na ich słowie. Dobrze się sprawdzają w ramach instytucji i organizacji. Byłabym nieskromna gdybym się zgodziła ;)

Optymistycznie patrzą na świat. Do tego nigdy nie tracą fantazji. Są bardzo uzdolnione artystycznie, ze szczególnymi skłonnościami do rozwijania talentu literackiego. Taaaaak mi mówcie :D Teraz już wiem czemu mi ostatnio nie uwierzono. Zapytano mnie: co Ty taka smutna? Ja: ja tak mam naturalnie. I tutaj nastąpił wybuch śmiechu. Nie mój. A co do talentu. Sami widzicie jak jest ;)

Moją roślina jest jemioła. Szkoda tylko, że to pasożyt :D Ale przynajmniej miłość pod nim kwitnie.

Agaty stwarzają pozory groźnych i wybuchowych, ale ta ich porywczość szybko mija i ustępuje miejsce wrażliwości na krzywdę ludzką. Szkoda tylko, że niektórzy na tych pozorach się zatrzymują, nie próbując odkryć jakie to te Agatki naprawdę są…

Są chętne do pomocy i pociechy. Zawsze! Prawie.

Gdy opuszczają je emocję stają się małymi, słabymi kobietkami pragnącymi kochać i być kochanymi. To jest chyba jedno z lepszych zdań, które mnie opisuje. Zawsze mówiłam, że ja na kogoś nawrzeszczę, nakrzyczę, przeklnę, a tak naprawdę to znaczy, że ten ktoś jest dla mnie cholernie ważny. Tylko on już nie widzi we mnie tej Agatki, która każdym oddechem prosi o jego uwagę, tylko zafiksował się na tej wstrętnej Agacie, która rani…

Lubią mieć stałego partnera, któremu ciosają kołki na głowie, ale też potrafią to stokrotnie wynagrodzić. Gdzieś dodali, że mam wielką wyobraźnię w dziedzinie seksu, także no… ;)

Zadowolenie przynosi im każde zajęcie, w którym mogą osiągnąć sukces. Potrzebują jednak swobody działania i możliwości improwizacji. Swoboda! To jest to. Dlatego pisząc prace z polskiego nigdy nie potrafiłam wbić się w klucz :D

Zawody idealne dla mnie to te związane z komunikacją i wymianą informacji. Ha! Trafili!

Moja patronka oddała się Bogu. Odrzuciła kilkukrotnie zaloty wielkiego namiestnika. Nawet chcieli ją złamać oddając do domu publicznego. Kiedy zaś poddawano ją torturom można było odczuć podziemne wstrząsy. No ba, kto się mści na Agatach niech wie, że nasza moc jest większa i zło w nas wymierzone może się obrócić przeciwko atakującemu. Swoją drogą te odrzucanie zalotów to też w moim stylu :D

Najbardziej rozbawiły mnie miejsca istotne dla Agat :D Drogi, centra handlowe, wyższe uczelnie, otwarte przestrzenie, zagranica, instytucje związane z prawem. Trochę się minęli. Drogi i centra od razu mi się skojarzyły z prostytutkami i galeriankami :D Wyższa uczelnia… Może kiedyś zostanę wykładowcą, także bym tego miejsca akurat nie skreślała. Otwartych przestrzeni się boję. Zagranicy już dawno nie widziałam. A instytucja związana z prawem. Przypomniała mi się ostatnia wizyta w sądzie. I jeden z prawników do mnie: my się skądś znamy, prawda? Wokół masa ludzi, wszyscy ucichli, spojrzeli na nas. Ale tak, znaliśmy się, więc się kulturalnie przyznałam, pośmialiśmy się, pogadaliśmy. Miło, że ludzie mnie pamiętają. Choć może niekoniecznie chciałabym, żeby to byli prawnicy :D Chociaż… Lepiej prawnicy niż policjanci :D

Agaty są mądre i potrafią trafnie osądzić sytuację. Nie ma to jak się samemu dowartościować :D

Schyłek życia Agaty spędzą w doborowym gronie. Liczne znajomości i zaangażowanie się w sprawy otoczenia pozwolą cieszyć się im pełnią istnienia. Te znajomości to najpierw muszę odbudować, albo zbudować od nowa, ale przynajmniej jest nadzieja ;)

Dojrzałość przyniesie zgodę wewnętrzną i zrozumienie wielu wydarzeń z przeszłości. Przyda się.

Agaty są dowcipne, towarzyskie, posiadają wysmakowane poczucie humoru. Zawsze mi powtarzali, że mam specyficzne poczucie humoru :D

Te imię ułatwia odnieść sukces. Chyba tylko tam, gdzie mnie nie znają ;)

Agaty cechuje inteligencja emocjonalna, erudycja i posiadanie ujmującego daru wymowy. Ach, nieraz to słyszałam.

Agaty emanują spokojem i pewnością siebie. Tylko emanują :D

Jeszcze znalazłam króciutki opis, że Agaty to choleryczki, nieliczące się ze słowami, ale o wielkim sercu. Cała ja.

Drzemie w nich miłość bliźniego, która nieraz przybiera przesadną formę, ale daje im prawdziwe bogactwo psychiczne.

Chcą posiąść ciało i duszę, nieraz majątek. Bez przesady :D Majątku nie potrzebuję.

To namiętne kobiety, które pragną brać i odrzucać, posiadać i oddawać się w posiadanie – nawet szatanowi. To akurat cała prawda. Sama bym lepiej tego nie ujęła. 

Prawdziwe pokerzystki. Oho.

Prowadzą nieuporządkowane życie skierowane ku spełnieniu najbardziej zwariowanych zachcianek. Pffff, jakby zgadli :D

Chciałoby się ją zganić, a kończy się tylko na śmiechu. Zawsze jest tak u mnie w domu. Kiedy się pokłócimy, to zaraz zaczynamy się śmiać i gadamy o głupotach. Teraz wiem, że to dzięki imieniu ;)

Kto mnie zna, widzi tu masę prawdy. Kto nie zna, ten już wie na co się szykować. Swoją drogą, polecam Wam lekturę różnych imienników. Można dowiedzieć się naprawdę całej masy rzeczy o sobie samym. I zobaczycie, że imię to nie tylko kilka zlepionych ze sobą liter, ale często też idealny odpowiednik naszej osobowości i temperamentu :) A skoro ja jestem podobno taką kosą, to stąd taki a nie inny obrazek ;)

PS. Muszę się pochwalić. Bo imieninowe niespodzianki zaczęły się w zasadzie już wczoraj wieczorem. Usłyszałam: ja w Ciebie wierzyłem. To był miód na moje serce. A nie mówiłam, że mam wspaniałych przyjaciół :) Ach i wierzy nadal! Pierwsze stwierdzenie akurat odnosiło się do dawnych czasów ;)

Pozdrawiam! Wasza Scarlett :)

Zaskakuję nawet samą siebie…

Remont: kontynuacja. I wolę nie myśleć, ile ta farsa jeszcze potrwa.

Wczoraj wszyscy zaklinaliśmy, by sąsiadom nadal śmierdziało, łapałam się za głowę słysząc przez dziury głosy z dołu i z góry. Jak w Big Brotherze… Przy odrobinie szczęścia, w którejś dziurze można zobaczyć znajomą twarz. I o ile wczoraj się śmiałam, że gdyby za kilka lat miał tu miejsce pożar, to aktualny remont byłby daremny, tak dzisiejszej nocy uratowałam tyłek sobie i wszystkim mieszkańcom.

Ta noc była dla mnie wyjątkowo ciężka. Wszędzie pył i te zionące dziury, a do tego prywatne życie sąsiadów wystawione na moje biedne uszy… Żeby uniknąć większego zakurzenia, do spania przygotowałam tylko połowę łóżka, bo po co brudzić całe. Z resztą i tak chciałam spać u mamy, ale końcem końców pomyślałam, że jednak wolę się nie zamieniać. I wyobraźcie sobie, ile małych decyzji, przypadków, zbiegów wydarzeń, losu i przeznaczenia ma nad nami kontrolę…

Jest noc. Przewracam się z boku na bok, niewygodnie mi, ciasno, kostka boli, kolano nie mniej… Ale i tak zasypiam z uśmiechem na ustach, bo przecież wcześniejsze komentarze Małej Mi mnie totalnie rozbroiły. Po wielu bojach z kołdrą i poduszkami wreszcie zasnęłam na dobre. 

Środek nocy. Nagle słyszę masę lejącej się wody. Już nie wiedziałam czy jestem w łóżku czy nad wodospadem. Może to Niagara? Zaczęła się dedukcja. Wprawdzie rozmawiałam wczoraj o wizie, ale nie przypominam sobie bym leciała samolotem :D Hm… Ale w Polsce zapowiadali wiatr i deszcz, więc myślę: oho, nieźle daje. Jednak jestem wyczulona na wodę kapiącą, lejącą się, wszelaką i ta sytuacja zaczęła mnie po kilku sekundach irytować. Nagle myślę: nie no, deszcz nie waliłby tak o podłogę. I jak nie wstałam, jak nie ruszyłam obudzić mamy, jak ona nie zadzwoniła do sąsiadów, że to od nich się leje! I niech ktoś mi powie, że moje nogi nie są na wagę złota ;)

Gdyby nie ja, piętro by zamokło, znając życie nasze podłogi też i sufit sąsiadów. Już pieprznął przy okazji prąd na korytarzu, a strach pomyśleć, co działoby się dalej. Grunt, że wody było tylko po kostki. A przecież tam są wszelkie liczniki… I się śmieję, że jestem bohaterką, choć tak źle życzyłam temu domowi ;) A tak naprawdę dziękuję Temu Tam na Górze, że miałam na tyle lekki sen, by w porę się obudzić. Przynajmniej nie mamy jeszcze większego bajzlu. A przy okazji zrobiłam coś dobrego dla lokalnej społeczności. Jestem z siebie dumna. 

Dobra, moje życie, moim życiem… A jaki z tego morał dla wszystkich? Widzę kilka.

Nie wymieniaj rur zimą :P

Warto otaczać się dobrymi duszami, czyt. mua.

A trochę bardziej na poważnie…

Nie znasz dnia, ani godziny. I nie tylko jeśli chodzi o śmierć, ale o wszystko, co nas w życiu spotyka.

Czasem na coś lub na kogoś narzekasz, życzysz jak najgorzej, a potem okazuje się, stanowi to dla Ciebie największą wartość.

Praktycznie całe życie polega na wyczuciu idealnego momentu. Nie mówię jednak o obudzeniu się przed budzikiem. 

Nie ma to jak remontowe przemyślenia. Pozdrawia wasza samozwańcza bohaterka, Scarlett.

Jeszcze nowy rok się nie zaczął, a ja już wiem, że nie uda mi się rzucić palenia…

Stęskniłam się za pisaniem i za przekazywaniem dobrej energii, także oto jestem ;) Drogi Pamiętnikarzu… Nadal jestem w szoku, że (pozwolę sobie zacytować) „w moich słowach można znaleźć wskazówki do bycia szczęśliwym” I jak Cię tu teraz nie zawieść?!

Dziękuję Wam też za życzenia śwąteczno-noworoczne. Oby się spełniły! :)

Jeśli zaś chodzi o czas okołoświąteczny… Był bardzo udany. Wreszcie mogłam pośpiewać „Bracia patrzcie jeno” bez zdziwienia na twarzach innych osób ;) Ach, bo Wy nie wiecie… Kiedy się denerwuję, albo nad czymś zastanawiam i mam problem z poskładaniem myśli, to śpiewam właśnie tę kolędę ;) Nie wiem czemu. To trochę tak jak z powiedzeniem „jest moc, są kredki”, które na stałe weszło w pakiet powiedzeń moich i przyjaciółki. Nie wiem czemu kredki. Kiedyś jeszcze mówiłyśmy: „lipa… gorzej niż masakra”. Skąd my to bierzemy… ;)

W Święta czekałam na cud. Czekałam na zdrowie. Nie doczekałam się, ale jeszcze jest szansa ;) Jednak inne cuda się zdarzyły. Chociażby, wyrobiliśmy się ze wszystkim grubo przed Wigilią. Zrobiłam też moc zakupów potrzebnych na Święta. Gdy byłam zdrowa to wydziwiałam, że po co ja mam to robić, że sama w tym domu nie mieszkam. A tym razem się oferowałam, chciałam być przydatna. Nawet (!) byłam miła. Nie kłóciliśmy się. Mama pochwaliła mojego Męża <3 To się dawno nie zdarzyło :D Dostałam też życzenia od niespodziewanej osoby, a mianowicie od przyjaciółki, z którą nie miałam kontaktu już hoho i jeszcze trochę. Magia Świąt. A jednak. Ponadto moje Święta upłynęły pod znakiem poniższej piosenki…



Przyznam, nigdy jej nie lubiłam. Aż tu nagle! Magia Świąt :D 

Z resztą na fotce macie moje Święta w telegraficznym skrócie. Choinka, stroik, żłóbek ze świeczkami i opłatkami… Wszystko okupione okropnym bólem, ale było warto. Aniołek, który znalazł nowego właściciela. Kartka, która mnie urzekła swoją prostotą, choć też nie dla mnie. Cycki :D Nie wiem czemu, ale wszystko się wokół nich ostatnio kręci. Najpierw, dzięki mojemu tekstowi o s(k)utkach, Mała Mi poznała Blogera82. Co za tym idzie, na Blogera82 ta znajomość bardzo dobrze podziałała. Także jestem tym bardziej dumna z mojej Krainy. Łączy ludzi i działa podświadomie… terapeutycznie? Chciałabym… No ale do rzeczy… Potem moja moja mama wiecznie powtarzała: ale Ty masz cycki, Ty wrzuć je na bloga, to będziesz miała więcej lajków :D Wredota! Tak jakbym pisała bloga dla polubień. Piszę, bo to sprawia mi przyjemność. I wreszcie mam gdzie się wygadać. Potem włożono mi jemiołę w dekolt i od razu pomyślałam, że to dobry patent na życzenia prosto z serca ;) I to dosłownie z serca ;) To tak żebyście się pośmiali i pomyśleli, że Scarlett ma fiu bździu w głowie ;) Odstępstwa od normy w moim życiu to… norma ;) Są też dedykowane życzenia, czyli przepiękna płyta „Scarlett”. Tyle emocji jest w niej zawartych, że za każdym razem czuję się otulona słowami. I wspominam. Jak było pięknie, dobrze. I jest pięknie. I mój przesławny Słoik. Rok się powoli kończy. A tam jest masa wspomnień. Tych niepowtarzalnych. Ich odczytywanie zostawiam na gorsze dni, choć mam nadzieje, że takie się nie zdarzą. A w tym roku kolejny raz pokuszę się o założenie Słoika Szczęścia. Zobaczymy czy nadal potrafię znaleźć w każdej sytuacji choć trochę optymizmu.

mhyyym

A jeśli chodzi o refleksje z tegorocznego Słoika… Na początku było ciężko. Bywały takie dni kiedy nic się nie układało, a ja musiałam myśleć pod koniec dnia, co też z tego dobrego wyszło. Potem się rozkręcałam. Nawet zwykła kawa potrafiła poprawić mi humor i wieczorem uśmiechałam się do tych moich wspomnień. Dlatego tak z pełną świadomością głoszę wiecznie, że jestem szczęśliwa. Oj, bo jestem. Z resztą obecny rok już od Sylwestra miał być imprezowy i radosny. Nie był. Ale jak się rozkręcił, to aż miło. Także wiem, że styczniem nie ma się co zrażać. I 2016 będzie najlepszym (jak do tej pory). O! Intuicja mnie często nie zawodzi, także kto wie…

Mam jednak postanowienia. Choć nie jestem ich fanką… Bo wątpię czy komuś udało się nie jeść słodyczy, nie pić, nie palić, codziennie ćwiczyć, schudnąć 10 kilo i nie wiadomo co jeszcze (i to naraz!). A uwierzcie, niektórzy moi znajomi chcą to zrobić jednocześnie. Co jeszcze postanawiają… Że znajdą męża/żonę? Dostaną wymarzoną pracę? Przecież to wiadoma rzecz i kiedyś zapewne nastąpi. Przynajmniej optymiści powinni w to wierzyć ;) Ja przykładowo wiem, że nie rzucę palenia. Nie rzucę! I już! Nie dlatego, że już jestem strasznie uzależniona i nie można mnie odciągnąć od paczki. Nie dlatego, że gdy się stresuję, tylko papierosy mnie uspokajają. Nie dlatego, że mam tyle dobrego seksu, że nawet sąsiedzi idą sobie zapalić tuż po. Nie… Po prostu, nie palę, to co mam rzucać :P

A tak bez żartów. Wiem, że postanowienia muszą być realne, ich realizacja powinna przebiegać metodą małych kroków. Nie należy załamywać się porażkami, bo też są po coś. Można się dodatkowo nagradzać za każdy mały krok. I tak dalej. Wiele zasad, do których nie zawsze się stosuję, bo wiecznie uważam, że na moim życiu najlepiej znam się ja sama ;)

Patrząc na wspomnienia, na mój Słoik… Coraz bardziej się określam. Określam to kim jestem, do czego chciałabym dojść, co chciałabym po sobie pozostawić. Choć wszystko jest jeszcze takie mgliste, wierzę, że jestem na dobrej drodze. Chyba właśnie w tym roku zrozumiałam, że szczęście jest w moich rękach, że zależy ono od mojego punktu widzenia. Że małe radości też są piękne. Że to ja kreuję swoją rzeczywistość. W moich wspomnieniach często przewijają się różni ludzie. Ich nazwiska są na tych moich kolorowych karteczkach. Wtedy tak wiele zależało od tych, którzy mnie otaczali. Czy ktoś mnie zaakceptuje, czy będzie się do mnie uśmiechał, śmiał z moich anegdot. Teraz kiedy wrzucam kartki do słoika widzę, że szczęście daje mi to, co sama zrobię. Dałam komuś prezent, powiedziałam coś miłego, posprzątałam dom, przeszłam tyle i tyle kilometrów. Kiedyś tak na to nie patrzyłam. Jak to ostatnio stwierdziła moja rodzina: DORASTAM! :D

Hm, jeśli chodzi o kolejny rok w moim wykonaniu… idealnie opisuje go piosenka Braci. Wczoraj ją usłyszałam i powiedziałam sobie: tak chcę żyć. Oto ona.

 https://www.youtube.com/watch?v=y0-WiWg8WoY

A werbalizując. Moich postanowień jest masa :D Ale większość rzeczy już robię, także grunt, by tylko to podtrzymać :) By być konsekwentną. Z resztą się zazębiają, także jest szansa, że wszystko pójdzie po mojej myśli. 

1. Żyć po swojemu, nie patrząc na zdanie innych. Wsłuchiwać się w siebie. Przecież intuicja jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. A to w końcu ja najlepiej wiem, jak chcę żyć. Niepotrzebne mi do tego poglądy innych na moje życie. Choć konstruktywne sugestie chętnie przyjmę.

2. Mniej się zamartwiać i mniej narzekać. Pomimo rozbuchanego optymizmu i bezstresowego życia (zawsze każdy mi powtarzał, że po mnie nie widać, że się stresuję…), kocham czarne scenariusze. Typu: a co jeśli czeka mnie operacja? Co jeśli nie wystarczy mi pieniędzy do pierwszego? Co jeśli za trzysta lat spadnie na Ziemię asteroida? Przesadziłam :D Ale wiecie o co chodzi. Po co martwić się tym, co w ogóle nie nastąpiło i może nigdy nie nastąpić. Pff ;)

3. Wierzyć w niemożliwe. W tym roku często nie wierzyłam. Były sytuacje kiedy chociażby na tydzień przed koncertem bilety były wyprzedane. Lamentowałam. Zanosiłam się płaczem. I wtedy na gumtree znalazłam wymarzone ogłoszenie. Niemożliwe jest możliwe. Wszystko jest możliwe, póki żyjemy :)

4. Dbać o siebie. Trochę egoistyczne te moje postanowienia. Ale to w końcu JA mam być szczęśliwa. Chciałabym pić więcej wody, co przy hipotonii jest zbawienne, ale ciągle ostatnio o tym zapominam. Dbać o włosy, nóżki, o wszystko. Wysypiać się. Ogólnie, wpływając na zdrowie fizyczne, polepszyć stan psychiczny i odwrotnie. Tak holistycznie! :D

5. Być szczęśliwą. Górnolotne. Ogólne. Ale najlepiej wiem, co daje mi szczęście, także nie pozostaje mi nic innego, jak nieustannie do niego dążyć.

6. Robić to, co kocham. Tańczyć, śpiewać, spełniać się, wkurzać ludzi :D Nie no, znowu przesadziłam ;) Za dobry humor dzisiaj mam :D

7. Poświęcać więcej czasu bliskim i trochę dalszym. Bo szczęśliwa ja, to ja mająca chwile samotności, ale też masę chwil wśród ukochanych. Da się zrobić :)

8. Znaleźć miejsce na Ziemi. Może pokochać. Chyba wreszcie jestem otwarta na to, co przyniesie los. Może nie do końca gdzieś osiądę na stałe, ale może wydepczę ścieżkę ku przyszłości. Znów górnolotnie… 

9. Zrozumieć jaką mam misję na tym świecie. O dziwo, do końca jeszcze tego nie wiem. Ale się dowiem.

10. Mniej mówić, więcej robić. I aby wróciła moja dawna odwaga. Drodzy, to były czasy. Mówiłam, co dyktowało mi serce, nie żałowałam swoich decyzji, słów. I tak znowu będzie. Przynajmniej się postaram.

11. Nie porównywać się do innych. Bo on jest taki bogaty, a ona jest w moim wieku i ma już pięcioro dzieci. No i co z tego…?! A czy Ty Scarlett nie jesteś szczęśliwa? Jesteś! I po co te gderanie…

12. Często się uśmiechać. Bo nigdy nie wiem, kiedy spotkam swojego wroga ;)

13. Często dziękować i prosić. Akurat nie mam tego opanowanego do perfekcji ;)

Jak już wiecie, zamierzam znów prowadzić swój Słoik. Także powyższe postanowienia zapewne będą się w nim przewijały pod różnymi moimi zachowaniami, zdarzeniami… Jeśli chcecie też może założyć taki słoik. Może to być nawet kartonik. Niekoniecznie muszą to być chwile, które przyniosły nam uśmiech. Możecie tworzyć własne, autorskie, kreatywne wersje. Na przykład… Błędy, na których się czegoś nauczyliście. Wasze zachowania, słowa, z których jesteście dumni. Nazwiska osób, którzy byli dla Was życzliwi. Istotne dla Was cytaty. A może jakieś zadania dla siebie na rok 2017? Wyciągalibyście kartki dzień po dniu i musieli zrealizować swoje pomysły.

Inną propozycją jest list do siebie. W zeszłym roku takowy napisałam. Do Siebie z Przełomu 2015/16. Można w nim napisać jak minął zeszły rok, jakie są nadzieje na kolejny, plany, cele. Właśnie go czytam. Mam w nim słowa, że pisząc ten list słucham kawałka „Scarlett”. Prorocze, bo w kwietniu już na dobre przylgnęłam do tego imienia. Także list też polecam. Tylko nie miejcie wygórowanych celów, bo za rok się tylko załamiecie, jeśli coś Wam nie pójdzie ;) Fajnym sposobem jest też mapa marzeń. Można ją wykleić, wyrysować i powiesić w widocznym miejscu. Oraz konsekwentnie dążyć do realizacji. I jeszcze wiele różnych pomysłów, które Wy znacie najlepiej ;)

PS. To będzie nasz dobry rok! Mówię Wam! Wasza prorokini, Scarlett ;)

Kolejny PS. Moi drodzy, kochani, uroczy sąsiedzi… Gracie mi już po nerwach. A wiecie jaka jest złota rada? Nie irytuj sąsiada! Z tego co mi wiadomo cisza nocna trwa od 22:00 do 6:00. I ja się do tego stosuję, bo dopiero po 6:00 włączam radio trochę głośniej. Także proszę mi o 23:00 nie pukać młotkiem. Bo co jak co… Ale w nocy to się „puka” własną żonę, a nie młotkiem w ścianę. Dziękuję za uwagę. Bo rozjuszona Scarlett, to Scarlett, która się mści. Więc radze uważać. Amen!

 

 

Zapraszam do Krainy Scarlett :)

Jak widzicie, postawiłam na zmiany. Dzięki Wam. Wielu blogerów pracuje nad swoim małym poletkiem pracy. Postanowiłam więc uczyć się od najlepszych. I jest tutaj…Trochę bardziej vintage. Bardziej przejrzyście. Kobieco? Z resztą… wiecznie coś mi na tym blogu nie pasuje ;) I podziwiam Was, kiedy piszecie mi, że przeczytaliście coś jednym tchem, czy uważacie, że świetnie piszę. Ja tego nie widzę, z każdego wpisu jestem niezadowolona. Do każdego tekstu mogłam się jeszcze lepiej przygotować i lepiej wszystko poukładać, ponazywać, pozastanawiać się nad stylistyką. Ale mimo to, jesteście tutaj i najwidoczniej nie zrażam Was swoimi błędami i niedopowiedzeniami. Pracuję nad tym, ale nadal daleko mi do satysfakcji. Jednak taka już jestem… Ambitna? Rozkapryszona? Niezdecydowana? Niedokładna?

Dlatego też wygląd mojego bloga zmieni się jeszcze nie raz. Wiedzą to ci, którzy są tutaj od początku. Wiecznie coś jest inaczej. Ale taki mój urok. Obiecuję, że mężów nie będę zmieniała tak często jak wystroju bloga ;)

Wystąpiła również zmiana nazwy. Szczerze? „Świat według Scarlett” za bardzo kojarzył mi się z nazwami serialów z rodziną Bundych i Kiepskich na czele. Niedawno powstał pomysł na „Świat oczami Scarlett”, jednak nie patrzę na świat tylko poprzez zmysł wzroku. Częściej sercem, emocjami, całą sobą. A aktualny tytuł jest w stu procentach mój i od razu wiadomo, co można zastać za murami mojej Krainy. Idealnie oddaje fakt, że fundamentem zamysłu tego bloga jest optymizm. Nie obyło się jednak bez mojego imienia. Ze Scarlett mi do twarzy. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. A jeśli chodzi o treść i koncepcję… Nadal będę szła swoim torem. Opisując sprawy, które w jakiś sposób mnie dotykają. Które dzieją się w tym wielkim, ale też w moim małym świecie. Będą różne emocje. Nie zawsze będzie kolorowo i cukierkowo. Bo ja też mam problemy! Tylko w każdym momencie staram się dojrzeć w danej sytuacji coś, co może mnie trzymać przy optymistycznym spojrzeniu na świat i samą siebie.

Gdybym miała się zareklamować osobom, które pierwszy raz natrafiły na Krainę Scarlett, nie wiem jak mogłabym opisać to, co tutaj można znaleźć. Wszystko. Opisuję to, co mnie inspiruje, wkurza, cieszy, to co kocham. Nie ma tematów tabu. Bywają za to skrajne emocje i skrajne opinie. Jest humor, optymizm i afirmacja szczęścia. Refleksje na każdy możliwy temat. Dużo miłości :D Wszystko w rytm uderzeń mojego serca. Czasem przemycam trochę mojej ukochanej psychologii. Chyba raczej w spojrzeniu na świat, niż w teorii, choć i to się zdarza. Scarlett to każda i każdy z nas. Istota o przeróżnych humorach. Raz silna, innym razem słaba. Ciepła, zimna. Z resztą, o wiele więcej jest napisane w innej zakładce. Chętni od razu zorientują się gdzie ;)

W mojej krainie spotyka się teoria z empirią. Nie potrzebujecie dowodu, paszportu, a tym bardziej wizy. Jedyne, co mogę Wam zapewnić, to to, że każdy gość jest mile widziany. Każdego wysłucham, każdemu zapewniam też różnorodność. Nie chcę się ograniczać w jakiejś tematyce. I możecie do mnie wpadać tak często, jak tylko chcecie. Tu nie ma strajków, podatków, manifestacji, embarga, partii. Jest za to ogromna chęć do życia. I chęć do ciągłego parcia do przodu. Zapraszam często, i Panie i Panów :)

Pozdrawiam Was, Wasza Scarlett.

Gorszy dzień?

A może lepszy… bo wreszcie zaczynam mówić o ważnych rzeczach, które we mnie siedzą tak strasznie głęboko, że nikt nie jest w stanie ich dojrzeć. Pamiętacie tych dwóch od maili? Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy może ja naprawdę jestem zbyt chamska, czy może rzeczywiście narobiłam wokół siebie tyle złego, że nie da mi się w żaden sposób wybaczyć. Wtedy też przypomniałam sobie wiele osób, którym wyrządziłam krzywdę. Tak, bo ja też czasem ranię… I oni są ze mną po dziś dzień. I to strasznie dziwne, że niektórzy odchodzą ode mnie w najmniej spodziewanym momencie… Bez słowa. Bo po co mówić, no nie? A inni trwają przy mnie, nawet jeśli bym była tą najgorszą z najgorszych.

A psikus jest taki, że od dzieciństwa byłam szalenie lubiana. Mała Scarlett, która nikomu nie wadzi, słucha się wszystkich dookoła i spełnia zachcianki. Po latach pomiatania stałam się na swój sposób buntowniczką i genialnie mi z tym było. Nie bałam się wyrażać własnego zdania. Byłam sobą. O tak, byłam sobą. Jaki luksus. I tą sobą w pewnym momencie znowu przestałam być. Nie wiem kiedy to się zaczęło. Albo nie chcę wiedzieć. Bo po latach uległości, na moment stałam się silna, by potem znowu stać się nikim. Tak, czułam się nikim. I niedawno wreszcie postanowiłam się odbudować, na różnych polach. Jak możecie się domyślić, ludzie którzy mnie lubili, na kolejnych etapach, w zależności kim byłam, ulatniali się. W różnym stylu. Niektórzy twierdzili, że nadal mnie lubią, no ale teraz nam nie po drodze. Inni odchodzili bez słowa. Inni z plotką na pół miasta, że jestem wariatką. Byli mili, cudowni, ciepli, weszliby mi do tyłka, do momentu gdy zachowywałam się zgodnie z ich oczekiwaniami. Jeśli lekko odstąpiłam od normy, sayo nara.

Ostatnio było tak z moją kuzynką. Zaprosiłam ją na pogaduchy, w końcu mi się nie uśmiecha gdzieś iść jak robot, a zwyczajnie się za nią stęskniłam. Ona stwierdziła, że bliżej jej byłoby spotkać się w rynku, niż do mnie jechać. Uwaga, była autem, a mi kazała jechać do siebie autobusem. Bo jej tak wygodnie. Jeszcze się obruszyła, bo przecież jak ja mogłam nie spełnić jej życzenia. Rozumiem, że moja choroba nie sprawia, że po kilkuset krokach umrę. Jednak to jest ból. Ból, który często nie pozwala mi przejść ani kroku, nie pozwala mi spać, nie pozwala mi myśleć. A ja nie jestem ze stali. Niestety. Jak możecie się domyślać, kuzyneczka odeszła z mojego życia… Tak było wiele razy z innymi tzw. cudownymi ludźmi. Gdy wybrałam inny kierunek studiów niż przyjaciółka, inne liceum, inne koleżanki. Gdy tylko przez moment się z kimś nie zgodziłam. Ba, nawet wtedy gdy nie poszłam za kimś do tej samej pracy.

Od teraz to ja będę szczęśliwa i nie zamierzam spełniać cudzych życzeń. To ja chcę wreszcie przejść tę długą rehabilitację, zrobić to i owo ze sobą, dostać genialną pracę i znowu tańczyć. Ja. I wreszcie wiem, co jest dla mnie dobre. Bo patrzę na swoje serce, swoje cele. A nie na marzenia innych o tym, jaka to ja powinnam być. I kiedyś przejdę obok takiego jednego z taką drugą i zobaczą, że jestem wartościowa. Bo widocznie przestałam dla nich taka być, gdy przestałam spełniać ich życzenia. I nie interesuje mnie to. Nie interesują mnie już plotki na mój temat, to że komuś nie podoba się moje wykształcenie, bądź jego niedobór w pewnym zakresie. I co z tego? Jestem fantastyczną, młodą osóbką. Coraz częściej znowu uśmiechniętą. I całe życie przede mną. I tego sobie zazdroszczę. I oni też mi tego będą zazdrościć, o ile mnie poznają kiedyś na swojej drodze. Ja, co do niektórych nie zamierzam się przyznawać, tak jak oni nie przyznają się do mnie. Tak, chcę by mi zazdrościli, bo jestem próżna. A gdy będę szczęśliwa, wszyscy to zobaczą. Bo któż piękniej błyszczy niż człowiek emanujący szczęściem? Nie myślcie, że prę do przodu dla innych. Robię to dla siebie. A miłym skutkiem ubocznym będzie to, że będę tak nieosiągalna, tak pewna siebie, że już nikt nieproszony nie zastuka do drzwi mego serca i umysłu. Bo nie zamierzam wpuszczać tam byle kogo.

Już sobie zazdroszczę, że wreszcie zaczęłam dostrzegać komu mogę ufać, a komu nie. Że doszłam do tego, iż wszystko wokół odbierałam niegdyś jako ogromny problem. Bo, o matko jestem głupia, bo to i tamto, bo ludzie się odwracają. Ci co mają zostać zostają. I wiem na kogo mogę liczyć. I kiedy ostatnio usłyszałam: wiesz kiedy wyglądałaś najlepiej i kiedy najlepiej radziłaś sobie z życiem? Kiedy tańczyłaś. Wtedy coś we mnie pękło. To było z 5 lat temu. Ja wtedy nawet nie chorowałam. Nic, tylko byłam szczęśliwa. I tym szczęściem żyłam. I wiem, że problem istnieje dopiero wtedy, kiedy odbieram go jako problem. Teraz już nie będzie problemów, tylko wyzwania. Czuję się jakbym zrobiła sobie, dawno odkładaną, psychoterapię…

Ach i jeszcze jedno. Na drugi raz, proszę, jeśli wiesz, że w przyszłości odejdziesz z mego życia, weź nie wchodź do niego z brudnymi buciorami. Nie wchodź nawet na bosaka. Odwróć się i żyj swoim życiem. Z resztą oskarżasz mnie, że mam burdel dookoła siebie. Spójrz na swoje życie i swoje problemy.

Można mi teraz zarzucać, że się zbuntowałam, że pokazałam cojones zupełnie niepotrzebnie, że ja wcale nie jestem lepsza, że wszystko teraz zacznę robić na pokaz. Nie. Właśnie teraz jestem sobą. I wszystko, co robię robię dla siebie. A oni niech się patrzą.

I tak, wiem, nie jestem idealna, też popełniam błędy… I może ludzie odchodzą, bo nie mogą ze mną wytrzymać. To po co do tego mojego życia wchodzą?! O takie luźne pytanie… Bo stwarzam pozory?! Jakie?! Nie wiem i nigdy tego nie pojmę. Ale po co się tym przejmować. Grunt, to żyć swoim życiem. A jeśli ktoś chciał mieć laleczkę Scarlett do zabawy, to niestety musi ją sobie sam uszyć. Ja takowym eksponatem nie zamierzam być.

Grześki to fajne chłopaki! Na swój sposób…

Czasem mam wrażenie, że nasze imiona, to nie tylko zwykły ciąg liter, ale wręcz z góry określają nasze cechy charakteru, czy też temperamentu…

Na przykład taki Grzegorz. Uwierzcie, wszystkie Grześki mojego życia były takie same. Pewne siebie, czasem aroganckie, w gorsze dni były zamknięte w sobie. Pozerzy. I w dodatku nieodpowiedzialni. Na swój sposób inteligentni, z poczuciem humoru. Dziwni byli :D Przypomniał mi się Grzesiek z podstawówki… To był agent… Grzegorz, były niedoszły mojej przyjaciółki z pozoru też był fajny. Więc się zgadza. Ostatni Grzegorz tylko potwierdził tę regułę…

Miałam już poukładany misternie plan, wszystkie ścieżki na mapie mojego życia skrupulatnie oznaczone. A ten, dwa tygodnie przed całą akcją mówi, że do Wawelu będzie jednak 12 minut. Mówi się trudno… Ma chociaż plusa za „Szanowna Pani Scarlett…” Bo nikt tak pięknie dawno do mnie nie mówił. I jeszcze użył mojego imienia, to już w ogóle. Chociaż ani ze mnie szanowna, ani pani, ani tym bardziej Scarlett :D Co nie zmienia faktu, że i tak mi podpadł. Ale powiem Wam też, że Grześki mają to do siebie, że nie sposób się na nich gniewać. Bo co za różnicę robi mi 12 minut. I dwa pokoje, a nie jeden z pięterkiem…? Grunt, że się stara. W końcu jego w tym interes. A ja mogę spać spokojnie, bo wreszcie wszystko jest załatwione. I Kraków coraz bliżej. I serce rośnie. Kto by pomyślał, że tak pokocham Kraków, którego tak niegdyś nienawidziłam… Może znajdę tam też miłość ;) Co ja mówię, to na pewno… ;) Na pewno, miłość do muzyki! ;)

A pytanie do Was… Też zauważacie, że osoby o tych samych imionach mają kilka cech wspólnych? Czy to tylko moje zboczenie?

PS. Pozdrawiam Was i wypatrujcie pięknej jesieni! Choćby w Krakowie. :)

Miszmasz… w głowie mam. (radzę ten tytuł zaśpiewać na nutę: „Scarlett”…)

Dziwnie jest. Jakby Wam to wytłumaczyć… Wyobraźcie sobie, że jest miejsce, do którego przysięgliście sobie, że nie wrócicie, choć jest ono dla Was niewątpliwie ogromną szansą na przyszłość. Szansą na rozwój, karierę, spełnienie. Szansą… na wszystko. Choć są tam ludzie, którzy nieźle zaszli Wam za skórę. I z tych emocji, właśnie te ostatnie, negatywne, przeważają. Bo jeśli gdzieś się zatrzymujemy na dłużej, to chyba chcemy żyć w zdrowej i dobrej atmosferze…? Nie bawią mnie koneksje, warunki, znajomości. Chciałam iść własną drogą, choćby pod prąd. A tutaj znowu wracam do tego samego punktu, do punktu, który niegdyś był tak miły mojemu sercu. Zapewne schowam dumę do kieszeni i jeszcze będziecie czytać moje wpisy o tym, jak cudownie było wrócić na kolokwialne stare śmieci. Póki co, muszę to sobie wszystko poukładać w głowie. Choć już widzę plusy całej sytuacji. Choćby fakt, że to nie ja się narzucam, tylko oni mnie ściągają. Ma się to coś :D A powiedzieć Wam coś w sekrecie…? W głębi, gdzieś tak pomiędzy płucem a sercem, czuję, że wreszcie coś drgnęło. Wreszcie coś nabrało obrotu, choć tego nie planowałam, o to nie zabiegałam. Kiedyś o tym miejscu zawsze mówiłam, że to moje miejsce na ziemi. Takie miejsce, o którym wiem, że jestem w nim na swoim… miejscu. Może nadeszła właściwa pora, czas, układ planet i nie będzie tak źle, jak to sobie wmawiam… ;) Przecież 99% sytuacji, których się obawiamy i tak nigdy nie ma miejsca :)

Drugą część mojego serca zajmuje zdanie, które wczoraj przeczytałam. I mimo, że jestem niby ekspertem od zachowań jednostki, zachowań międzyludzkich i kto wie jakich jeszcze, to chyba w tym względzie byłam kompletną ignorantką. Te zdanie wiele mi wyjaśniło. A przedstawia ono prostą prawdę, o której chyba zapomniałam w biegu tej całej mojej Scarlettkowej rzeczywistości. Brzmi ono: NIE TĘSKNI SIĘ ZA KIMŚ, KTO NIC DLA NAS NIE ZNACZY. Wiem, no głupia jestem, że sama na to nie wpadłam :P To by się tyczyło nawet miejsc, za którymi tęsknię, a wmawiam sobie, że po co mi one były. I może kiedyś zapomnę jak ktoś wyglądał, jak wyglądały pewne pomieszczenia, ale nigdy nie zapomnę jak się przy nim czułam, jak czułam się dokładnie tam… w tamtej sekundzie mojego życia. Ale jak to mówię… W swoim życiu kieruję się zasadą, że staram się nie zamykać żadnych drzwi, bo każde z tych otwartych, mogą kiedyś być dla mnie wybawieniem. Wiedziałam, że przyjdzie taki czas, kiedy los pokaże mi, że mam świetne karty w swoich rękach. I wiem, wygram tę partię. A skoro za wieloma sprawami, ludźmi, rzeczami tęsknię, to chyba nie pozostaje nic innego, jak zwyczajnie wszystko poukładać tak, by jeszcze kiedyś się zobaczyć, być tu czy tam. Chyba na tym polega ulżenie tęsknocie ;)

Życie jest dziwne. Zaskakujące. Ale miłe. Cudowne. Najlepsze. Gdyby nie ono, nigdy bym nie mogła odczuwać tylu emocji naraz.

Dobrego piąteczku kochani! Ja lecę na pierwszą dzisiaj kawę. O dziwo, pierwszą, ale nadrobię w toku dnia ;)

Wasza Scarlett.

Nie muszę musieć. Mogę móc. Chcę chcieć. Wciąż i wciąż. I figa.

Dziwna sobota. Jakaś taka… bezproblemowa. Brzmi to tak, jakby wszystkie poprzednie były beznadziejne… ;) Aż tak źle nie było, ale dziś jest tak jakoś… cicho i spokojnie. Nie wiem, naprawdę wyczuwalna różnica. Wszystko, co wydawało się nie do przejścia, okazało się łatwe jak… pokrojenie sera żółtego w kostkę ;) I te poczucie, że wszystko idzie i będzie szło w odpowiednim kierunku. A ludzie wokół jacyś tacy mili, uśmiechnięci. Może to przez słoneczko, które dziś wyjątkowo nas rozpieszcza. Choć w powietrzu czuć już dalece posuniętą jesień. Na szczęście jesień w ludziach jeszcze się na dobre nie rozpanoszyła. Zero chandry, zero depresji sezonowej. Aż chce się żyć.
 
I w tej oto euforii znalazłam fantastyczny wiersz, który idealnie opisuje to jaka jestem i jakie bywają kobiety. Zauważcie, nie generalizuję ;) Proponuję Wam na tę sobotę Portret kobiecy Wisławy Szymborskiej. Coś pięknego! Pokazuje, że kobiety są zmienne, ale w tym szaleństwie tkwi jakaś metoda. Czasem nie wiemy czego chcemy. Ale jesteśmy siłą. Siłą samą w sobie. Pomimo, że zdarza się, iż okazujemy słabość. Bywamy delikatne, choć gdy trzeba jesteśmy pełne pieprzu i woli walki. Zależne i jednocześnie niezależne. Ach, kobiety. Jak można nas nie kochać? ;) A teraz pora na wiersz:
 
Musi być do wyboru.
Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło.
To łatwe, niemożliwe; trudne, warte próby.
Oczy ma, jeśli trzeba, raz modre, raz szare,
czarne, wesołe, bez powodu pełne łez.
Śpi z nim jak pierwsza z brzegu, jedyna na świecie.
Urodzi mu czworo dzieci, żadnych dzieci, jedno.
Naiwna, ale najlepiej doradzi.
Słaba, ale udźwignie.
Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała.
Czyta Jaspersa i pisma kobiece.
Nie wie po co ta śrubka i zbuduje most.
Młoda, jak zwykle młoda, ciągle jeszcze młoda.
Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem,
własne pieniądze na podróż daleką i długą,
tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej.
Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona.
Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi.
Albo go kocha, albo się uparła.
Na dobre, na niedobre i na litość boską.
 
A na koniec coś, czego jeszcze u mnie nie było. Mój blog zamienia się na chwilę w przestrzeń kulinarną ;) Ale od początku. Kiedyś lubiłam oklepane potrawy. Na moim stole pojawiało się wciąż i wciąż to samo. A teraz, dojrzałam i wybrzydzam aż miło ;) Ostatnio moim numerem jeden jest figa. Nie ta suszona, tej nienawidzę. Świeża figa. W każdej wersji. W sałatkach owocowych, sałatkach wytrawnych lub ot tak, jako przekąska. Wreszcie w naszym mieszkaniu to ja mogę się wykazać jako miniScarlettchef ;) Także jeśli chodzi o świeże figi to polecam! W Internecie jest wiele dobrych przepisów, które skradły moje serce. Szukajcie, zaglądajcie i szalejcie w kuchni. Jak nie teraz, to kiedy…? ;)
 
Co do jesieni. Na jesień polecam wszelakie zioła, przyprawy korzenne. Osobiście zostałam fanką kardamonu i gałki muszkatołowej. A dla fanów ohydnych, choć cudownych smaków: herbatki ziołowe i zielona kawa. Uwielbiam takie smaczki, choć dla innych podobne napoje mogą wydawać śmierdzące :D No dobra, zrobiłam negatywny PR ;) Jeśli sami nie spróbujecie, to się nie dowiecie. A dla fanów nietypowych deserów: lody z zielonej herbaty. Moje niedawne odkrycie :) Sam smak!
 
A moje plany na dziś? Trochę wina i dużo muzyki. Nigdy odwrotnie ;) Całuję Was i celebrujcie ten weekend w najlepszym stylu! :)

Szaleńcze gradobicie czy też orzeźwiający letni deszcz…?

Moje życie… Życie moje… Cały czas Wam je zachwalam. Przecież wokół masa wspaniałych ludzi, podróże, wypady, spotkania, fascynacja wszystkim tym co było, tym co będzie, cudowny dom, nieustanny rozwój. Wiadomo jednak, że moje życie, jak każde inne, nie jest usłane różami. A jak już jest, to w szczególności tymi z ogromnymi kolcami. Jednak póki co, mam kaprys by patrzeć tylko na to, co jest dobre lub co wymaga minimalnej naprawy. Ale z perspektywy kontuzji, widzę jak wiele się ostatnio zmieniło. Jak zmieniają się moje priorytety, upodobania. To już nie tylko bycie tą niezależną Scarlett, która zawsze musi kontrolować świat wokół, która chce mieć władzę nad wszystkim i nad wszystkimi. Teraz wyszła ze mnie Scarlett, która pragnie spokoju, jakiejś minimalnej stabilizacji. Muszę przyznać, że czuję się ostatnio jak w bańce mydlanej. Wszystko jest takie aż nazbyt poukładane i oblane słuszną warstwą lukru. Jakby pędzący świat był maratończykiem, biegnącym gdzieś obok mnie. Wiem jednak, że to się niedługo skończy. I boję się zderzenia z rzeczywistością, ale z drugiej strony wiem też, że moja siła nadal we mnie tkwi i nigdzie nie uleciała. Że oprócz niej, bogatsza będę teraz także o te bardziej ludzkie uczucia, które gdzieś się po drodze zagubiły. Może pobiegły za maratończykiem…?

Patrząc na tytuł tego wpisu i przyrównując moje dotychczasowe życie do pogody, raczej skłaniałabym się ku temu, że było ono jak gradobicie. Nigdy nie było nudno, zawsze panował delikatny dreszczyk emocji (czasem delikatny to mało powiedziane). Dużo spotkań, coraz większa liczba znajomych i przyjaciół. Przy okazji, coraz dłuższa czarna lista moich wrogów. Zarywanie nocy, wczesne pobudki. Zafascynowanie treningami. Jeden koncert, drugi, trzeci, jedna wiśniówka, druga, trzecia. Tu się z kimś okropnie pokłóciłam, tam się godnie pogodziłam. I byłam… co ja mówię: jestem ogromną zwolenniczką tego szaleństwa. Wiecznie coś się działo! Nie pomyślcie, że chodzi tu o jakieś zapędy sado-maso, alkoholizm, narkomanię, dopalacze. Tego nie było. Było za to szaleństwo w dobrym stylu. Choć z moją ironią i wredotą, to wielu mogłoby stwierdzić, że nie był to najlepszy styl.

Za to od ponad miesiąca panuje w moim życiu stagnacja. Po takim kołowrotku na wysokich obrotach, gdzie ciągle trzeba było coś udowadniać (czy sobie, czy też komuś). Gdy trzeba było walczyć jak lwica — przede wszystkim o siebie i o to, by nie podążać ślepo za tłumem. By nie poddać się wyścigowi szczurów, który zdominował współczesne społeczeństwo. Żeby móc wyrażać własne poglądy bez narażania na niepochlebne opinie. By być asertywnym… Nagle znak STOP. I kontuzja, która zmieniła moje życie o 180 stopni lub, jak mówią niektórzy, o 360. Kilka dni po wypadku każdy dzień wyglądał podobnie. Wstawanie o 10:00 w myśl złotej zasady, że kto rano wstaje ten jest niewyspany. Obowiązkowo kawa rozpuszczalna. Unikanie laptopa, bo za bardzo żałowałabym, że wszyscy mają piękne wakacje za granicą, tylko nie ja. Rehabilitacja, która mnie dobijała, bo nie widziałam żadnej poprawy, a wręcz było coraz gorzej. Telewizja, masa durnych filmów. I nie, żeby mi to nie odpowiadało. Wręcz przeciwnie. Dopiero teraz te wszelkie dotychczasowe działania wydają mi się bezsensowne. Tak, jak bezsensowne wydaje mi się to, że świadomie rezygnowałam z przyjemności. 

Od kilku dni widzę jednak coraz większą poprawę. Wstaję o czwartej rano, zaraz po tym jak usłyszę „pa, kocham Cię, śpij dalej”. Coś pomruczę, zaśmieję się i otwieram oczy, bo już wiem, że nie zasnę. I zaczyna się poranna krzątanina. Tu trzeba umyć jakieś naczynia z wczoraj, tu coś schować, przestawić. Znów nie interesują mnie słodycze. Piję kawę z fusami. Tryb dnia się zmienił. Włączając w to preferencje odnośnie tego, co wybieram w telewizji i upodobania kulinarne, które mną zawładnęły. Aktualnie zafascynowana jestem „Wspaniałym stuleciem”, które przenosi mnie w inne czasy i cudownie odrywa od codzienności. Rehabilitacja sprawia mi przyjemność, czasem zrobię nawet niekulejący krok. Zdarza mi się tańczyć przy radiu, może kulawo, nie po mojemu. Ale czuję w kościach, że wracam na dawne tory, jak wykolejony na moment tramwaj. Będąc w domu od czasu do czasu robię pełny make-up, by poczuć się tak jak dawniej, jak zdrowa osoba. W końcu nie na darmo słynę z kurtyny rzęs i ust jak po wyjątkowo udanym botoksie ;) Odkryłam, że nadal kocham książki. Pomimo, że do niedawna brakowało mi na nie czasu. Te relaksujące stosuję zamiennie z wszelkimi psychologicznymi. Dystans od wszystkiego okazał się zbawienny, bo wracam do korzeni. Tak jak wspomniałam, preferencje odnośnie jedzenia też się zmieniają. Slow food, magia owoców, mało tłuszczu, nic nie śmierdzi chemią. Drzemki w środku dnia już są kontrolowane, a nie tylko po to, by lenić się i zapomnieć o bólu. I bardzo tęsknię za wysiłkiem fizycznym! Do tego stopnia, że powoli już do niego wracam. Choć ostatnio siedzący tryb życia i tak sprawił, że schudłam, a za to wszystko poszło w cycki (nie wiem jakim cudem!). Ale jednak pot, łzy i endorfiny, to zupełnie co innego.

Zauważam, że każda choroba czegoś mnie uczy. Tak jakbym dopiero miała dojrzeć. Dziwne uczucie. Tym razem nauczyłam się przede wszystkim, że jeśli chcę wyzdrowieć to musi boleć. W ogóle mam wrażenie, że czasem w życiu dopiero kiedy zaczyna boleć (i nie mówię tu o ciele), to wtedy rozumiemy jak wiele coś dla nas znaczyło. Ostatnio bardzo intensywnie o tym myślę. Z racji, że nadal nie przeprosiłam tego kogoś, komu przeprosiny się należą. Choć powinnam, a dotarło to do mnie najbardziej świadomie w momencie sączenia wina w rodzinnym gronie. Dlatego, że wszyscy mniej więcej znają sytuację, powiedziałam otwarcie i, co więcej, przyznałam się przed sobą, że to JA wtedy popełniłam błąd, że JA nie miałam racji i to JA zachowałam się pretensjonalnie i nieprofesjonalnie. Jakby to wino było niczym veritaserum. I tak od kilku dni boli mnie ta cała sytuacja aż po końcówki moich włosów. Przeanalizowałam nawet moją czarną listę do końca. I tylko raz popełniłam błąd. Ten jeden raz. Wiem co wypada, co trzeba. I wiem, że prędzej czy później przyznam się do mojego błędu przed tą jedyną, najwłaściwszą osobą. Mam nadzieję, że niedługo.

Kontuzja nauczyła mnie też tego, że ludzie dookoła bardzo się o mnie troszczą. I że zwyczajnie powinnam być czasem bardziej ufna. Zawsze to ja mam parcie na to, by kogoś wspierać. To ja wiecznie doradzam, wskazuję drogę. A tu taka miła odmiana. Miałam ostatnio nawet okazję usłyszeć, że dobrze, że żyję. Wszyscy tylko dbają o to, żeby nie nadepnąć mi na stopę (dosłownie i w przenośni), dogadzają mi na każdym kroku. I wiem, że oni zawsze tacy byli, tylko ja tego nie dostrzegałam. Nawet w domu zawsze mam przygotowane dwie sypialnie bym mogła się umieścić gdzie mi będzie w danej chwili wygodnie. I tak dzisiaj od rana dogrzewało mnie wschodzące słońce. <3 Pomimo, że śpię zazwyczaj po jego zachodzącej stronie.

Choroba uczy mnie też cierpliwości. W myśl kolejnej z zasad, że nie od razu Kraków zbudowano. Ja też zrozumiałam, że nie od razu będę biegać jak szalona, ale coraz większy komfort chodzenia i to, że to nogi niosą mnie, a nie ja na siłę je ciągnę, jest bardzo pokrzepiający.

Ostatnio zaczęłam też cieszyć się szczęściem moich najbliższych. Nowe związki, śluby, obrony, praca, wakacje. Pomimo, że u mnie nieruchawo, to i tak jestem szczęśliwa. O matko, tak, jestem szczęśliwa. Pierwszy raz, tu i teraz, a nie wspominając, jaka to byłam szczęśliwa, czy marząc o tym jak to będzie niedługo. Też zauważyłam, że cieszą mnie proste rzeczy. Ostatnio planowaliśmy wakacje. Były różne propozycje. Może wspólny wypad na trasie Kraków-morze-Warszawa. Może coś samolotowego. A ja powiedziałam „wiesz, wystarczy mi nawet nasze ZOO, grunt by pobyć razem”. Mam dziwne wrażenie, że zaczynam rozumieć więcej niż mi się wydaje.

I jeszcze jedno… Nie wiem czy tak macie. Czasem gdy poważniej choruję mam dziwne myśli. Chociażby teraz, że może już nigdy nie stanę normalnie na nogi. Kiedyś okropnie chorowały moje drogi oddechowe i bałam się, że to się nigdy nie skończy i że w końcu nastąpi te ostatnie złapanie powietrza. Nie no, to nie hipochondria, po prostu taka dziwna obawa, że przecież tylu dobrych ludzi choruje i nawet głupia kontuzja może prowadzić do czegoś poważnego. Tyle młodych osób z mojego otoczenia już odeszło, a przecież byli i lepsi ode mnie i żyli pełnią życia. Czasem wstaję w nocy z taką rezygnacją, że nadal jestem obolała. Przez chwilę myślę, że to tylko zły sen. Jednak ból jest aż zbyt prawdziwy. A ja zdałam sobie sprawę, że kocham życie. Nie chodzi mi o to, o czym już mówiłam, że kocham swoje życie. Ale nawet teraz kiedy jestem mało mobilna, to kocham po prostu żyć. Być tutaj, na świecie, widzieć innych ludzi, móc się do nich uśmiechnąć. Ostatnio chociażby po raz pierwszy w życiu coś wygrałam. Głupi, mały konkurs, ale zawsze! I potem zaczęłam myśleć… Czy naprawdę pierwszy raz coś wygrałam? Moje życie to nieustanne walki i wygrane. Materialne i nie. Myślę, że wygrałam już w momencie gdy przyszłam na ten świat. Wygrałam życie. Choć może moje dzieciństwo było nieidealne, bo różne koleje losu musiałam przeżywać i z nimi się zmagać, to jednak mam najwspanialszy dom, na jaki mogłam zasłużyć. I wiecie co, kocham budzić się o tej czwartej rano, kiedy całe miasto jeszcze śpi. Cisza na ulicach, chłód wpadający przez okno, zieleń, która koi oczy. Jacyś pojedynczy ludzie biegnący ulicą. A ja zawsze wtedy myślę jak dobrze jest być częścią tego wszystkiego.

Wiem, że niedługo wrócę do szaleństw, może znowu powiem niejedno głupie zdanie, którego pożałuję. Może podejmę złe decyzje. Ale też będę robić wszystko, by czasem się zdystansować, by poczuć małą stagnację, która orzeźwi mnie jak letni deszcz i nie doznam obawy przed gradobiciem.

Wasza Scarlett, która wierzy, że jej gorsze dni zmierzają ku końcowi, choć musi przyznać, że otworzyły jej oczy.