Styczeń 2018
N P W Ś C P S
« paź    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

samodoskonalenie

Jakim cudem przebywam ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę… i jeszcze nie zwariowałam?!

goal-729567_1280A może już dawno zwariowałam, tylko nikt nie potrafi mnie zdiagnozować?! Wiecie, sama się zastanawiam skąd we mnie takie ogromne pokłady optymizmu. Dlatego też chcę Wam pokazać, że moje życie nie jest i nigdy nie było wymalowane barwami tęczy. Chcę Wam dać do zrozumienia, że każdy w sobie może wykształcić pozytywne nastawienie do świata. Już nie mówię o takiej skrajnej postaci jaka występuje u mnie :D Ale po prostu o umiejętności cieszenia się z życia. Hm, jednak jest to chyba tekst tylko dla ludzi o mocniejszych nerwach, bo ja pisząc go, sama mam ochotę sobie przylutować. Jak można się nad sobą użalać na tak dużej kartce?! O paręnaście zdań za dużo w moim mniemaniu. Pisanie tego wszystkiego przez optymistę jest drogą przez mękę. Serio. Ale nie przedłużam, bo dalej będzie Wam ze mną dużo gorzej ;)

Na początku proponuję kilka słów o tym, jak to mi niefajnie w życiu było, ewentualnie jak niefajnie jest. Nie zagłębiając się w szczegóły, bo nie ma sensu obarczanie Was moimi historiami i histeriami.

To co już wiecie, to na przykład to, że nie potrafię sobie nigdy poradzić ze śmiercią bliższych i dalszych. To akurat moja ogromna męka, ale radzę sobie coraz lepiej. Tak mi się przynajmniej wydaje. Choć w praktyce już nie chcę tej mojej nowo nabytej zdolności sprawdzać. Jeszcze niech raz ktoś pokaże mi zdjęcie córki i powie radosnym tonem: moja żona i dwie córki zostały zamordowane, to chyba sama się zabiję… Bez przesady, ale faktem jest, że w takich sytuacjach wolałabym zniknąć. Chciałoby się rzec: o jak dobrze, że nie jestem psychologiem. Chcieć to móc, podobno ;) Że mam pecha do kontuzji też wiecie. Uciążliwość. Ale tym razem zabiję dziadówę. Acha, zapomniałam, że miałam zionąć pesymizmem. Dobra… do tego dochodzi hipotonia, nie trawię laktozy, neuralgia międzyżebrowa, niegdyś podejrzenie boreliozy, problemy z układem oddechowym, jakieś problemy z sercem, cerą, wagą, chyba z czym się da. Jeśli ktoś myśli, że jestem szalenie bogata i stąd ten optymizm, to też muszę to wykluczyć, bo żyję na w miarę stabilnym poziomie. Kiedyś może i były momenty, że trudno było wyżyć do pierwszego, ale w tej kwestii akurat się polepszyło. Nawet długi były i chyba sto lat temu jakiś komornik. Ale kto by to pamiętał. E, miało być pesymistycznie :D No to, jestem bezrobotna, a moje wykształcenie i tak nie gwarantuje mi dobrze płatnej pracy. Z resztą nie chcę pracować w zawodzie. Może nie tyle nie chcę, co się nie nadaję. Musiałabym pracować z ludźmi, a oni albo mnie olewają, albo odzywają się tylko wtedy kiedy czegoś potrzebują, albo skrupulatnie milczą, albo mnie obrażają, albo nie kochają mnie. Och jak to żałośnie wszystko brzmi, ale jest całą prawdą. Może z tym niekochaniem przesadziłam. Ale kto mnie ma kochać, ten nie kocha ;) Chyba :D Także kontakty interpersonalne też są na, ekhym, wysokim poziomie. Hm a może mam zamożną rodzinę i w ogóle dobry dom w każdym tego słowa znaczeniu?! Albo przodkowie są tacy ą i ę? No nie sądzę… Jeśli patrzeć na poczynania wcześniejszych pokoleń, to będę starą panną z dzieckiem. I albo będę miała przypadkowego kochanka, albo mnie zgwałcą. Umrę zapewne na chorobę płuc, na raka czegokolwiek, a gdzieś po drodze czeka mnie jeszcze schizofrenia i alkoholizm. A może wyższe wartości? Wiara? Jeśli nie istnieje twór o nazwie wierzący-niepraktykujący, to chyba oficjalnie mogę nazwać się ateistką. A w sobotę czeka mnie wizyta duszpasterska. Ślicznie :D Będzie zabawnie. Pomijając fakt, że po śmierci mojego przyjaciela tak się rozminęłam z wiarą i z księżmi, że jeśli się wzajemnie nie zatłuczemy to będzie dobrze. Z resztą wierząca chyba byłam mniej więcej tak od bierzmowania. Nie no jestem. Ale tylko w sercu. Także zionę pesymizmem w tym względzie. A może ludzie mnie lubią? Podziwiam tych, którzy mnie lubią :D Ale w swoim życiu nasłuchałam się wielu niemiłych słów. Więc chyba nie każdy za mną przepada. Przede wszystkim takie kwiatki były dziełem moich znajomych i nauczycieli. Że na niczym się nie znam, a już na pewno nie na życiu, że źle skończę. Że jestem nikim. Zawoalowane: że jestem głupia. No tak, na mądrej głowie włosy nie rosną, a u mnie ostatnio rosną na potęgę ;) A może mam boską przeszłość. Hm, jeśli dobrze sobie przypominam, wagarowałam, szukała mnie nawet policja, raz chciałam popełnić samobójstwo, a może dwa. Jakiś tam przypadek samookaleczenia był. I wzięcia większej ilości tabletek nasennych. Do tego bunt młodzieńczy, nawet z chowaniem alkoholu w kościele :D Nie pytajcie… A może mam fantastycznego faceta? Mężczyźni jakoś ode mnie uciekają. Wredna suka ze mnie, to po co mieliby zostawać. I chyba już jestem starą panną :D Śmiesznie jest. Więc skąd ten mój optymizm? Może mam dobrego dilera? Za dużo piję? Może już powinnam iść do psychologa, bo mam takie problemy i nadal się cieszę jak głupia… To chyba trzeba mieć coś z głową? Do psychologa akurat mam strasznie blisko, więc na pewno skorzystam ;)

Przeczytałam to wszystko i uwierzcie, albo nie, ale chce mi się śmiać. Ach dodam, że przyszłość też się różowo nie zapowiada, bo wiecie te bezrobocie, te moje nogi nieszczęsne się wyleczyć nie chcą. Więc na koncert już chyba nigdy nie pojadę, w ogóle nigdy nigdzie nie wyjadę i z nikim się nie spotkam, bo przecież strach wychodzić z domu, bo znów się mogę uszkodzić. Lęk przed przestrzenią? Przed pająkami? Lęk wysokości? Też się przewijają. I mogłabym tak wymieniać…

Gdzieś mniej więcej 10 lat temu usłyszałam, że nie znam życia i co ja mogę o nim wiedzieć. Miałam wtedy pomiędzy 15-16 lat. Oczywiście skwitowałam to jakimiś przekleństwami, bo przechodziłam okres buntu. A mieszkanie w wielopokoleniowym domu niczego nie ułatwiało. Uważałam, że jestem taka mądra. Potem przyszła śmierć mojej babci, wagarowanie, było raz lepiej, raz gorzej, miłości, niemiłości, jak u każdego. Choroby, kolejne odejścia (te metafizyczne, fizyczne, mentalne). I mogę przyznać z zupełnym przekonaniem, że jako nastolatka się myliłam. Nie znałam życia. Nadal nie znam, ale przez ten czas nauczyłam się bardzo wiele. I może to właśnie z tych wszystkich wydarzeń wyniosłam ten cały swój niepoprawny optymizm. I jakkolwiek frazesowo by to nie zabrzmiało, tak właśnie jest. Mądrości, które spisałam poniżej może są oklepane, może niezbyt fachowe. Jednak jeśli trochę się przeżyło, to dociera się do momentu, że nawet jeśli coś jest oklepane to może być prawdą. Mając 15 lat na pewno większość tego tekstu bym wyśmiała i powiedziała magiczne: to mnie nie dotyczy. Teraz wiem, że nie jestem nieśmiertelna, że ludzie wokół mnie też o dziwo odchodzą i nie będą żyć wiecznie, że kiedyś zostanę sama i nie pomogą mi żadne pieniądze. Wiem, że na samej karierze życie się nie kończy, że potrafię kochać i to mocno, może za mocno. I wiem, że potrafię wyjść z nawet największych tarapatów. Dlatego przedstawiam Wam to, czego nauczyło mnie prawie 26 lat życia na tym łez padole.

1. Najważniejsze jest zdrowie. Co do tego nie ma wątpliwości. Rozumieją to osoby, które te zdrowie kiedykolwiek straciły na dłuższy czas. Osobiście jestem zdania, że jeśli ma się zdrowie, ma się wszystko. Można korzystać z życia, poznawać nowych ludzi, pielęgnować przyjaźnie, spełniać się zawodowo i nie tylko. I to nieprawda, że najważniejsza jest miłość. Choć sama czasem bardziej zawodzę nad tym, że za kimś tęsknię niż nad tym, że coś mnie strasznie boli, dlatego mój organizm skutecznie mi przypomina, że nadal boli i że mam nie zawodzić nad tym, że jestem taka niekochana ;)

2. Marzenia się spełniają. I je się spełnia. Czasem same się realizują i aż bywam zaskoczona, że to czy owo się udało. Jednak nie ma nic piękniejszego niż dążenie do realizacji swoich pragnień. Chociażby aktualnie zafiksowałam się na tym, by 6 marca pojechać na koncert do Krakowa. I zrobię wszystko, by uczynić te marzenie realnym. Ktoś zapyta: a co jeśli się nie uda? Trudno. Rok ma jeszcze wiele lepszych i odpowiedniejszych dni :)

3. Nic w życiu nie jest przesądzone. Czasami myślę: oho, to klops, to mi się nie uda. Albo: oho, on się już nie odezwie i nigdy nie spojrzymy na siebie tak jak wtedy. Albo: oho, skoro moja mama nie ma faceta, ja też nie będę miała. Pff… Nie ufajcie tym swoim wewnętrznym i zewnętrznym potworom, które odbierają wszelkie nadzieje.

4. Nie możemy zakładać, co ludzie o nas myślą. A ja uwielbiam to robić. Zakładam odgórnie, że ktoś mnie nie lubi, bo… Albo, że jest taki i siaki wobec mnie, dlatego bo… Potem się okazuje, że sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Bo skąd mam wiedzieć czemu ktoś np. nie odpisał na mojego maila? Mam zgadywać? Zadręczać się? A nie prościej, prosto z mostu zapytać?

5. Trzeba korzystać z życia. Cieszyć się każdą chwilą. Bo żadna z nich się nie powtórzy. I nie ma, że boli, że za oknem zimno, że nuda. O nie. Trzeba się jakoś zorganizować. Zrobić coś, co się kocha. Żyć.

6. Żałujemy tylko tego, czego nie zrobiliśmy. Pamiętam ile głupot popełniłam w życiu. I cholernie miło je wspominam. Nawet jeśli wtedy wyglądało to trochę niezbyt ciekawie.

7. Trzeba być dobrej myśli, bo po co być złej. To chyba robię codziennie i doskonale to widzicie. Nie ma co się nakręcać, że coś nie pójdzie po naszej myśli, coś się nie uda… Bo co to daje? Złe nastawienie. A jeśli będziemy nakręceni zbyt pozytywnie, a potem przyjdzie rozczarowanie i szlag wszystko trafi? Hm, wydaje mi się, że wtedy do celu po prostu trzeba iść inną drogą. To, że coś raz, czy drugi nie wyszło, nie znaczy, że nie wyjdzie nigdy.

8. Warto być dobrym dla siebie samego. W każdym względzie. Dbać o ciało, psychikę, pozwalać sobie na różne emocje, wymagać od siebie, ale nie być zbyt surowym sędzią. Jeśli będziemy dla siebie dobrzy to zaprocentuje :)

9. Dobrze mieć pasję. Bez pasji życie jest jakieś takie… Błe. A pasja sprawia, że mamy odskocznię od codzienności. Robimy co kochamy, co daje nam szczęście, ubogaca nas.

10. Porażki też są po coś. Chociażby po to, by się na nich uczyć ;)

11. Jeśli czegoś nie wolno, a bardzo się chce, to można. Można, bo kto nam zabroni. Nie mówię tutaj o łamaniu prawa. Ale na przykład, kiedy jest się na diecie i już trzy miesiące nie jadło się niczego słodkiego, a tu nagle przychodzi okazja, bo idziemy na ciacho z przyjaciółką, to czemu nie :)

12. Miłość to nie tylko kochanie zalet. Z ładnej miski się nie najesz. Kiedyś wyśmiewałam moją mamę i babcię za poglądy w tym względzie. Ale rzeczywiście… Pusta, ładna miska na nic się zdaje. Chyba tylko do dekoracji. A miłość to kochanie całego człowieka, nawet jeśli nie jest najprzystojniejszy, a potrafi Cię co dzień zaskakiwać i nigdy Cię nie nudzi, to jest to :)

13. Niczego nie musisz. W życiu tak już jest. Nie musimy niczego. Chociażby nie musimy na siłę być szczęśliwi. Dlatego nie myślcie, że każę Wam te moje rady wdrażać w życie ;)

14. Nie można dawać sobą pomiatać. Ja to robiłam zdecydowanie za długo. Aż zrozumiałam, że w moim życiu najważniejsza jestem ja sama, a nie spełnianie zachcianek innych. Jestem człowiekiem, pełnoprawnym, jak każdy, i mnie się nie poniża.

15. Życie to też chwile szaleństwa. Nuda w życiu nie jest wskazana. Czasem dobrze zrobić coś szalonego, co można wspominać latami.

16. Warto mieć wokół siebie zaufanych ludzi. Ale nie takich, którzy najpierw kogoś obgadują, a potem są tego kogoś najlepszym kumplem. Z zaufaniem akurat mam problemy, bo często ufam nie temu komu trzeba. Albo w ogóle nie ufam. Ale to da się wypracować.

17. Nie warto się przejmować. Łatwo mówić. Ale po co się przejmować czymś co miało miejsce, a na co nie mieliśmy wpływu, albo tym, co dopiero ma mieć miejsce? I rozpamiętywać to dniami i nocami…? Tutaj akurat mistrzem nie jestem. Ale cały czas się uczę :)

18. Mniej myśleć, więcej działać. Sama widzę, że tutaj się opuściłam. Ale gdzieś w postanowieniach to zapisałam, także muszę działać. Przykładowo, czasami sobie myślę: matko, a co ona sobie pomyśli, gdy powiem jej, że to czy tamto?! Scarlett, weź po prostu mów i nie marudź :D

19. Człowieka można zniszczyć ale nie pokonać. O to to to! Ilu już chciało mnie zniszczyć. Ilu już praktycznie to zrobiło. A ja odrodziłam się. Jeszcze silniejsza.

20. Na wszystko potrzeba czasu. Kiedy byłam w żałobie, z resztą jak wiecie po moim wpisie (jednym z uczuciami na wierzchu), wielu ludzi mówiło, że chyba powinnam skończyć się zadręczać, bo tydzień cierpienia to lekka przesada. Psychologia na ten temat też twierdziła, że no tyle i tyle czasu potrzeba maksymalnie. Ja potrzebowałam ponad roku, by przestać ronić łzy za każdym razem, kiedy widziałam jego fotki, słyszałam imię. Dzisiaj mogę powiedzieć: jest dobrze. Nie idealnie, ale dobrze. I tak jest z każdą sytuacją. Na wszystko tego czasu nam potrzeba. A jest on bardzo indywidualną sprawą i nie mogą go wyliczyć żadne podręczniki.

Z tymi moimi pesymistyczno-optymistycznymi myślami Was zostawiam :) Nie planuję puenty, bo uważam ją tym razem za zbędną.

Wasza Scarlett!

Samodoskonalenie? Polecam!

Zauważyłam, że mój blog, choć z założenia nie miał być ani w pięciu procentach psychologiczny, wiecznie zahacza o tę tematykę. Jednak, jakby na to wszystko spojrzeć, człowiek jest istotą znajdującą się w centrum moich zainteresowań. Stąd też takie, a nie inne posty. Mam nadzieję, że nie będziecie mieli mi za złe, że podejmuję się takich tematów, choć przedstawiam je w sposób czysto zdroworozsądkowy ;) Pamiętajcie, że jeśli coś Wam się nie podoba, to piszcie. Postaram się wtedy SAMODOSKONALIĆ (akurat genialnie wpasowuje się to w dzisiejszą tematykę).

Muszę przyznać, że tutaj również się doskonalę. Prowadzenie bloga sprawiło, że czasem muszę zastanowić się głębiej nad interpunkcją, słownictwem, stylistyką swoich wypowiedzi. Pomimo, że w tej kwestii nadal mam masę niedociągnięć. Co więcej, blog wymaga ode mnie pisania na temat, choć i tak wiecznie uciekam się do dygresji ;) Pomijając tutejszą rzeczywistość, w życiu prywatnym także staram się pracować nad własnym charakterem. Moi bliżsi znajomi doskonale wiedzą, że jestem temperamentną osobą i czasem muszę ostro trzymać język na wodzy. Nie muszę wspominać, że nie zawsze się to udaje. A czarnowidztwo?! O też mi się zdarza! A wiele osób mi to skutecznie wypomina… Bo niby ja mam być wiecznie radosna, a nie marudna… Czyli jeśli optymista ma gorszy dzień, to nagle musi się śmiać by stwarzać pozory? A jeśli byłabym zawodniczką karate, to każdy oczekiwałby ode mnie ciosów? Nie chcę zakładać masek, stąd moja zmienna natura, którą najwidoczniej nie wszyscy akceptują. Jednak jak już kiedyś pisałam, mnie się kocha lub nienawidzi – nic pomiędzy ;)

Oprócz dni, kiedy staram się dążyć do ulepszenia samej siebie, bywają też chwile, że wszystkie moje wypracowane nowe struktury zachowania biorą w łeb i uważam, że to, co do tej pory osiągnęłam, poszło na marne. Chyba wiele osób tak ma, także może ktoś z Was wie o czym mówię. Czasem nie umiem nie wybuchnąć. Nie potrafię! Grunt, że mniej więcej już wiem nad czym muszę pracować i że zdaję sobie sprawę, iż jest to praca ciągła, a nie jakieś osiadanie na laurach. Trochę jak z alkoholikiem, który jest nim cały czas, nawet jeśli nie pije od 20 lat. Wiadomo więc, że jeśli od dziecka byłam porywcza, to ciężko to wyplenić. Wystarczy mały bodziec, niewielkie roztargnienie, by znowu powrócić do dawnych schematów zachowania.

Nad czym pracuję aktualnie? Niektórzy mają potrzebę zajęcia się swoją asertywnością, inni nieśmiałością. Ktoś ma problem z proszeniem, z dziękowaniem. A ja, jak już wiecie, mam ostatnio ogromne opory przed przepraszaniem. A jak to było kiedyś? Jako mała Scarlett byłam rozpuszczona jak dziadowski bicz. Wiele mogłam, a jednak gdy coś przeskrobałam, to bałam się konsekwencji jak mało kto. Moją słabością było niechcące niszczenie okularów. Łamałam je na potęgę! Działo się to najczęściej pod nieobecność dorosłych, a okulary nie zawsze były moją własnością. Za każdym razem wyglądało to mniej więcej tak samo: pełna strachu upychałam gdzieś odłamki w szufladach i trzęsłam się jak osika, bo czułam, że tym razem rozpęta się awantura i że dostanę w tyłek (choć nigdy nie dostałam!). Wracała mama, a ja kręciłam się po całym domu. Zaczynałam TĘ rozmowę milion razy. Aż wreszcie przyznawałam się do zbrodni, zanosiłam się szlochem, wyciągała te odłamki i podawałam je mamie. A ona tylko mnie uspokajała, mówiła, żebym nie płakała, bo to nic nie da, przytulała i stwierdzała, że mogłam od razu się przyznać, a nie tak się z tym wszystkim męczyć. Gdy trochę podrosłam i w domu nadchodziły np. ciche dni z mojej winy to nadrabiałam wszystko osobistym wdziękiem i poczuciem humoru. Przez co, przepraszałam tylko co jakiś czas, bo przecież jeden mój głupi tekst i od razu panował spokój i nikt nie chował już do mnie urazy. Żeby nie było, sytuacja która miała miejsce, za każdym razem została dokładnie przepracowana, z racjami moimi i mojej rodziny. Ale jakoś, tak jak mówię, bez każdorazowego przepraszania. A teraz? Jeśli zawinię i jest to ktoś mi bliski, to raczej staram się od razu konkretnie przepraszać, mówiąc co dokładnie zrobiłam źle i obiecując, że się poprawię. Jednak bywa i tak, że moja duma bierze górę, choć mój błąd był ewidentny. I dokładnie taka sytuacja wisi aktualnie nade mną. Taka, że tej osobie nie potrafię już spojrzeć w oczy, a jak patrzę to tylko z nienawiścią. Zaś jeśli się odezwę, to tylko chamsko i ociekając wredotą. I nie z tego względu, że pomylił się on, tylko że to ja powiedziałam o kilka słów za dużo. No dobra, powiedzmy, że on mnie sprowokował… Także chyba mamy tutaj do czynienia z sytuacją gdy wina leży po obu stronach. I żeby nie było, spojrzałam teraz na to zupełnie obiektywnie! Jednak mam takie przekonanie, że męczę się nad tym wszystkim bardziej niż ta druga strona. Choć mogę się mylić, bo dla obojga nie była to łatwa sytuacja. Nie wchodząc w szczegóły, sam fakt, że nie przeprosiłam i dany problem nie został zamknięty rodzi we mnie, na przemian, uczucie frustracji i smutku. I wiem, że to ja powinnam przeprosić, bo ja zaczęłam ten cały ambaras… Ale jest ciężko…

Nie wiem, skąd u mnie ten problem. Może boję się jego reakcji? Może nie chcę wyjść na słabeusza? A może mam jakieś deficyty w komunikacji interpersonalnej?

Dlatego też postanowiłam zasięgnąć porady w stosownym podręczniku. Jedno z pierwszych zdań od razu odniosłam do siebie. Mianowicie:

istnieje bezpośredni związek pomiędzy jakością komunikacji a jakością życia

Żeby nie było, czytam dalej i szukam inspiracji. Wiem, że to w jakiś sposób krok naprzód. Lecz wiadomo, teorię mogłabym wreszcie zacząć wprowadzać w życie! ;) Praca nad sobą to męczarnia, ale za to jakie efekty!

I na te efekty czekam, a póki co zbieram się w sobie… Analizując wszelkie za i przeciw. Choć nie jest to najlepsza metoda, ale zawsze jakaś. Bo czy przepraszający są w tej gorszej sytuacji czy w lepszej…? Wcześniej już pokazywałam, że w gorszej, bo słabeusz itp. Co zaś jeśli druga strona zbagatelizuje twoje starania i powie: ok, spoko…? Albo: ja już nawet zapomniałem, że takie coś miało miejsce…? (choć w obu przypadkach może to być przejaw postawy, że mu NIBY nie zależy, a podświadomość jednak fika koziołki). Jednak jeśli chodzi o tę dobrą stronę… Przepraszający pokazują swoją siłę! Pokazują, że są człowiekiem z krwi i kości, zarówno ze słabościami, ale i umiejętnością przyznawania się do błędów! Przepraszający staje się lepszym człowiekiem, a co najważniejsze, odzyskuje spokój! Ćwiczy umiejętności społeczne, dzięki czemu udoskonala się również na przyszłość! Przepraszanie, to nie tylko zwykłe słowa rzucone na wiatr, to też mocne postanowienie poprawy wyrażone w zachowaniu! Ponadto, poprzez przeproszenie pokazujemy swoje dojrzałe podejście do relacji! Tyle pozytywów. Tym bardziej więc polecam Wam samodoskonalenie, bo już samo zastanowienie się nad problemem, pokazuje jak wiele jest korzyści z pracy nad sobą.

PS. Myślę, że lato to dobry czas na samodoskonalenie się, szczególnie w kwestii charakteru. Choć niektórzy badacze zapewne odradzaliby te urlopowe momenty, bo przecież gdy jest upalnie to wzmaga się agresja (choć mój znajomy powiedział kiedyś, że on nigdy nie tłucze się gdy jest gorąco, bo nie chce się spocić^^ no tak, a w zimie chociaż cieplej się robi podczas bijatyk). Mówię o agresji ze względu na to, że jeśli chcielibyście poćwiczyć umiejętności społeczne, to wiadomo, że z kimś. A nigdy nie wiadomo jak ten ktoś na to zareaguje.

I przykład na zmotywowanie! Znam osobę, która w jedne wakacje zwalczyła nieśmiałość w stosunku do obcych oraz popracowała nad proszeniem o pomoc. A zrobiła to za pomocą pytania o czas lub o drogę napotkane przez siebie osoby. Podczas jednego wyjścia na miasto potrafiła odezwać się do kilkunastu nieznajomych. A teraz już nie ma problemu ani z proszeniem, ani z odzywaniem się do innych. Można? Można!

Ja też postanawiam nad sobą popracować. Każda chwila jest dobra :)

Wasza, skruszona i jednocześnie zmotywowana, Scarlett!