Styczeń 2018
N P W Ś C P S
« paź    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

miłość

Miłość? Kiedy jedno spada w dół, drugie ciągnie je ku górze.

Pozwoliłam sobie na cytat z piosenki. Z resztą, słów nauczyła mnie moja przyjaciółka. A gdy już zapamiętałam co i jak, chodziłyśmy po całym mieście i śpiewałyśmy ją wniebogłosy. Piękne wspomnienia :)

Jednak dziś nie o wspomnieniach. Jutro Walentynki. Odkryłam Amerykę ;) Wiecie, nawet mnie porwał ten szał ;) Jednak wiadomo, że przez jednych jest to święto kochane, przez innych nienawidzone. Gdy byłam małą dziewczynką, 14.02. zawsze kojarzył mi się z wierszykiem „na górze różne, na dole fiołki, a my się kochamy jak dwa aniołki”. Który potem ewoluował w „na górze róże, na dole bez, a my się kochamy jak kot i pies” ;)

Już uszami wyobraźni słyszę lecące jutro wszędzie piosenki o miłości. Z resztą, prawie każda o niej traktuje. A ja znów będę marzyła o tym, by moje życie miało soundtrack :D Ach. Dzisiaj w tle mojego życia powinni zagrać „Zagadkę” Grzesia Hyżego. Tak bardzo <3

Niektórzy jutro będą wymiotować tymi wszystkimi dekoracjami, wszędobylskimi serduszkami, będą narzekać, że jest to święto z zachodu i że w ogóle jest beznadziejne. Że przecież kocha się cały rok, a nie tylko od święta. Niektórzy będą walić drinki, inni w tynki, jeszcze inni z dynki. Niektórzy będą marzyć, by kolejny Dzień Zakochanych spędzić właśnie z tym wyczekanym. Ktoś będzie liczył ileż to zdobył walentynek i czy pobił rekord sprzed roku. Ktoś inny będzie czekał tylko na tę jedną jedyną oznakę sympatii. Wielu zakochanych spędzi ten dzień wspólnie, przy dobrym obiedzie, kolacji, przy świetnej muzyce, na spacerze, w kinie, przytuleni. Ktoś będzie tęsknił za tym, który jest daleko, ktoś będzie wzdychał do swojego ekranowego amanta. Ktoś zapewne będzie leczył przeziębienie czy inną chorobę. Ktoś pani ktosiowej zrobi wyrzuty: przecież mówiłaś, że nie obchodzisz walentynek!!! Ktoś inny będzie zapewniał: nie, nie przytyłaś kochanie, to mózg ci urósł. Ktoś może się pokłóci, ktoś inny pogodzi. Ktoś wreszcie zbierze się na odwagę i powie ukochanej, co do niej czuje. Ktoś będzie wspominał inne Walentynki, kiedy to był taki zakochany, tak szczęśliwy… Inny spędzi ten dzień z winem, przed telewizorem. Inni będą pocieszać, że to nie tylko w Walentynki jest się niekochanym, ale też przez cały rok.

Jakkolwiek spędzicie jutrzejszy dzień i jakikolwiek macie stosunek do Walentynek, chcę Wam życzyć tego, czego praktycznie każdy na świecie pragnie, a mianowicie: szczerej, wiernej, pięknej miłości. Nie życzę Wam braku problemów, bo w każdym uczuciu takowe są, ale istotą jest aby nauczyć się je pokonywać razem, ramię w ramię.

Zakochani, pielęgnujcie swoje uczucie i w tej kwestii nigdy nie spoczywajcie na laurach. Szanujcie swoją drugą połówkę, wspierajcie ją i kochajcie tak mocno, jak to tylko możliwe. I bądźcie dla siebie wyrozumiali, mimo wszystko!

Zakochani nieszczęśliwie… Czy też zakochani bez wzajemności. Wiecie, według mnie to troszkę niefortunne określenia. Każda miłość jest w jakimś stopniu szczęśliwa, nawet jeśli wzdychacie do kogoś, z kim być może nigdy nie będziecie. Każda miłostka przybliża nas do tego najpiękniejszego uczucia jakim jest prawdziwa, wzajemna miłość. A któż wie czy kochacie bez wzajemności? A nuż druga strona czuje to samo, tylko boi się, że zostanie odrzucona. Może to jest taki dobry dzień by powiedzieć komuś, że się o nim pamięta, tęskni za nim, myśli o nim…? Skoro cały rok jakoś nie było odwagi, to może wreszcie nadszedł ten upragniony moment?

I wreszcie, single, osóbki, które na razie nikogo nie szukają. Drodzy, miłość przyjdzie szybciej czy później, w niespodziewanym momencie. Teraz cieszcie się bliskością przyjaciół, momentami jakże szeroko pojętej wolności, bo przecież już za kilka miesięcy, dni wszystko może wyglądać zupełnie inaczej. Cieszcie się przede wszystkim miłością tych, którzy są Wam bliscy, których lubicie, podziwiacie. A jeśli ktoś Was kiedyś zranił, to tylko po to, byście odrodzili się silniejszymi, byście zrozumieli, że czeka na Was coś więcej niż łzy i niepokoje. Bądźcie otwarci na niespodzianki losu!

Drodzy wszyscy, żyjcie z całych sił, bo któż za Was przeżyje Wasze życie? :)

PS. Śmiałam się ostatnio chodząc po supermarkecie, że jakiś pan pewnej pani kupi zapewne na jutro środek na odchudzanie, a ona jemu na potencję ;) Jakaż ja jestem romantyczna! :P

Przytulam, Wasza Scarlett.

Zrobię wszystko by się odkochać…

Podziwiam Was. Zawsze gdy czytacie tytuł mojego wpisu, albo jego początek spodziewacie się tego, albo tamtego, a potem i tak wychodzi z tego (chociażby) czosnek ;) Dzisiaj chyba na temat czosnku nie zejdę. I raczej dygresji też nie zamierzam wprowadzać. Ale tytuł jest przewrotny. A już mówię dlaczego. Każdego dnia słyszymy masę tekstów, które skutecznie nas odpychają, zniechęcają, śmieszą, irytują, na które jedynym komentarzem pozostaje tylko ironiczne: tak, jasne. Poniżej przedstawię Wam zdania, które jako pierwsze przyszły mi do głowy, a które słyszałam właśnie w ostatnich dniach. 

1. Mężczyzna do kobiety lub odwrotnie. W każdym razie, mówi te słowa osoba, która zdradziła. Kochanie, to był tylko seks. Szał. To był tylko seks. No ba, tylko. Tak jakby w związku ważna była tylko sfera emocjonalna, a seks był taki… niezobowiązujący. Hm, zwykły sport. I czasem z tego zwykłego sportu powstają tylko dzieci. Tylko seks. Gdybym usłyszała taki tekst, chyba bym uderzyła kogoś w twarz. Skoro to był tylko seks, to nie dało się go uprawiać tylko z własnym mężem czy żoną?! Trzeba było się szlajać byle gdzie…?! Parodia!!! To zakochiwać się w kimś innym niż mąż nie można, ale seks bez miłości jest wskazany?!

2. Ach, ta dzisiejsza młodzież. Rozumiem. Insza młodzież zmagała się z wojnami, PRLem. Dzisiejsza tylko z PiSem i świńską grypą (akurat na czasie). Ale nic poza tym nas nie różni. Są wariaci i ludzie aż nadto spokojni. Są imigranci, trudna sytuacja ekonomiczna, są złodzieje, kapusie, są ludzie empatyczni, filantropijni. A że alkohol? Internet? Uzależnienia? Maczety i kije? Prostytutki? Może bez Intenetu, to ówcześnie też już wszystko powyższe było obecne. Brak poszanowania dla starszych? A skoro niektórzy starsi sami nie mają poszanowania do młodszych? Brak poszanowania do duchowieństwa? A skoro duchowieństwo samo ten szacunek i zaufanie nadszarpuje?! Medal ma dwie strony.

3. Przyjaźń pomiędzy kobietą a mężczyzną nie jest możliwa. Jest. Miałam wielu przyjaciół mężczyzn. Nie mam ich już aż tak wielu, ale i tak mam. Tamtych nie mam, bo nasze drogi się rozeszły i o dziwo, nie chodziło o to, że jedna ze stron zakochała się w drugiej. W swoim życiu potrzebuję czasem takiego męskiego głosu rozsądku. Dlatego też dziękuję, że tak fantastycznych chłopaków mam wokół siebie. I że jeszcze przy mnie nie zgłupieli :D Niektórzy kiedy widzą kobietę i mężczyznę, to od razu myślą, że tylko seks im w głowie. A kobieta z mężczyzną może robić naprawdę wiele innych rzeczy. Chichrać się, oglądać filmy, pić kawę, herbatę, alkohol. Z podtekstami, może i tak, czasem, ale oboje wiecie, że nigdy ze sobą nie będziecie. Bo nie. Przecież z własną przyjaciółką też mogłabym stworzyć lesbijski związek, a jakoś tego nie robię. Z resztą. Nawet małżeństwa oparte są na przyjaźni. Pardon: powinny być. Czyli taka przyjaźń istnieje i kropka.

4. Odkocham się. Zrobię co w mojej mocy, by tego dokonać. Sama powiedziałam to sobie rok temu, sama powiedziałam to sobie wczoraj. Dzisiaj zmądrzałam :D Wiedzcie, że równie szybko nabywam wszelaką wiedzę, jak i ją tracę ;) A uwierzcie, że chciałam Was pytać o rady jak się odkochać :D Jeśli chodzi o zauroczenie, zakochanie, platoniczną miłość, to jeszcze jakoś daje się radę… Chociażby rady typu: czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, nawet czasami zdają egzamin. Ale jeśli pokochało się kogoś za jego charakter, za wszystkie wady, zalety, za jego spokój, ale i wszystkie niepokoje, za głupie tłumaczenia, robienie z siebie błazna, telefony po 23, za milczenie, za inteligencję, ale też chwile, kiedy nie wiedział co powiedzieć, za każdą wspólną kawę, ale też tę osobną. A potem coś nagle nie pyknie… Albo nie pykło. Albo mogło pyknąć, a Ty wszystko spieprzyłaś/łeś… Ale nadal kochasz. I może on gdzieś tam daleko też kocha. Ale żadne tego nie powie, bo wokół panuje ciężka, nieuleczalna choroba… DUMA. No to klops. Wszystko trwa trzy razy dłużej, każdy smutek odczuwa się trzy razy mocniej, każda łza jest trzy razy bardziej słona, a na widok kogoś podobnego trzykrotnie staje ci serce… I mówienie sobie, że się odkocham jest daremne… Bo nic nie może zabić miłości, jeśli sama się nie zechce odsunąć w cień. Chyba, że się mylę… Im dłużej pisałam ten wywód, tym się bardziej rozpływałam :D Także mi mówienie o końcu miłości szkodzi, niestety nie w tę stronę, w którą powinno.

5. 500 zł na dziecko ma poprawić sytuację demograficzną Polski. Ha, ha, ha. To fajnie. W Polsce liczy się ilość, nie jakość. A dzieci robi się nie z miłości, tylko dla pieniędzy. Brak mi słów. Ja dzieci dla pięciuset złotych nie zamierzam robić. Potem dziecko się pyta: mamo, tato, a jak to się stało, że się pojawiłem?! Tata: A bo widzisz… była kiedyś taka dobroduszna partia Prezesa i Sojuszników i oni rozdawali za dzieci pieniądze… A że my z tatą byliśmy w potrzebie… No to tak powstała Wasza piątka… Dajcie żyć…

6. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Ach, gadanie. Jeśli rzeka była naprawdę interesująca, a wyszedłeś na brzeg tylko na chwilę się osuszyć, napić czegoś orzeźwiającego, a potem wracasz… Powroty w życiu też są piękną sprawą. Czasem gdy do czegoś wracamy, to oznaka tego, że nam na tym czymś zależy. Wracamy na dany kierunek studiów, bo był dla nas ważny. Otwieramy dane drzwi, bo za nimi jest coś, co jest dla nas istotnego. Pomimo, że jeszcze niedawno nie chcieliśmy łapać nawet za klamkę. Odzywamy się do dawnego przyjaciela, bo jakoś tak nam smutno bez niego. Czasem warto wrócić. Serio.

7. Ludzie się nie zmieniają. Zmieniają się. Ludzi zmienić nie można – to akurat fakt. Bo sami muszą chcieć zmiany. A chyba o to w zmianie chodzi, by była szczerza, niewymuszona, z własnej woli. Ludzie też zmieniają się na gorsze (czasami). I o tym również warto pamiętać. Żeby potem nie było zaskoczenia ;)  

PS. A może Wy znacie jakieś teksty, które doprowadzają Was do szaleństwa, albo z którymi się nie zgadzacie, choć są powszechne?

Liczę na Was i pozdrawiam, Wasza Scarlett :)

Deszcz nastraja…

sad-505857_1280

Pada deszcz. I jest szaro za oknem. Chociaż wczoraj było jeszcze biało. Zupełnie jakby anioły bawiły się cukrem pudrem ;) Szkoda, że dzisiaj przestały…

DSC_0381~2 DSC_0356~2

Upiekłyśmy kaczuchę, a teraz wegetujemy w domu i słuchamy muzyki. I powiem Wam, że dawno nie przesłuchałam tylu fantastycznych utworów. Oczywiście zamierzam się z Wami nimi podzielić. Taka jestem dobra :P

1. Kobieta, o elektryzującym głosie. Piękna muzyka. Słowa, pełne bólu, ale też nadziei. Pełne tęsknoty i miłości. Banalny teledysk, prosty, ale jakże adekwatny. Coraz częściej zakochuję się w piosenkach od pierwszego przesłuchania. Tak też stało się tym razem.



2. Ciągle o nich słyszę, a tak naprawdę rzadko miałam okazję posłuchać ich muzyki. Myślałam, że to jakiś strasznie ciężki rock. O jakże się myliłam. Ileż to ja straciłam!!! Ale nadrabiam zaległości. Są fantastyczni! I pod względem wokalnym i przede wszystkim instrumentalnym. Jest moc!



3. Nie przepadam za coverami, ale ten jest świetny. Taki słodki, uroczy, pełen ciepła. W sam raz na zimne dni.



4. I kolejny cover. Kuba. Ana. Uwielbiam. I już nie wiem kogo bardziej. Dwa głębokie, silne głosy, a jakże pięknie śpiewają o miłości. I te słowa, które mnie nigdy nie rozczarują.



5. Najnowsza propozycja Cleo. Niekoniecznie w moim klimacie, choć na jej koncercie też miałam okazję być i pamiętam, że świetnie się bawiłyśmy z przyjaciółką. W końcu Słowianki dały głos :D I szczerze, coraz bardziej się do tej piosenki przekonuję. Tekst życiowy, teledysk boski. Te góry. Krajobrazy. Ach.



6. Kolejna, młoda artystka. Też niekoniecznie moje klimaty. Choć na jej koncercie również miałam okazję być. Gdzie ja nie byłam?! :D Ale piosenka bardzo pozytywna. By cieszyć się tym, co jest tu i teraz, nie stać w miejscu, nie rozpamiętywać, żyć. W sam raz na mojego bloga :)



7. Mela. I żurawie, które sama uwielbiam robić, by przynosiły szczęście ;) Tutaj nic nie trzeba dodawać. Przepiękne słowa, melodia i ona…



8. To zawsze się sprawdza. Mężczyzna śpiewający o miłości. Tyle.



9. Wspomnienie zeszłego roku. Wspomnienie wiosny i wakacji. Przytula swoim ciepłem i radością. I miłością!



I ostatnie trzy piosenki. Kocham je za słowa. Pełne cierpienia, nostalgii, ale cóż poradzić, są przepiękne :) Według mnie, oczywiście :)







Jeśli chcecie, możecie polecać mi muzykę. Jej nigdy za wiele :)

Pozdrawiam Was niedzielnie. Wasza Scarlett!

A dziś będę kipieć miłością…

Polecam Wam poezję. Niegdyś moja dusza śpiewała, dziś mówi (niekoniecznie swoimi słowami). Miłego czytania :)

 

AVE
  
Kiedy cię spotkam co ci powiem
że byłaś światłem moim Bogiem
że szmat już drogi przemierzyłem
i byłaś wszędzie tam gdzie byłem
odległą gwiazdą w sztolni nocy
zachodem słońca snem proroczym
przestrzenią serca której strzegłem
jak oka w głowie dla tej jednej
mądrej i pięknej ludzkim prawem
ave
 
Kiedy cię spotkam czy ukryję
wszystkie kobiety których byłem
pacjentem uczniem profesorem
żal nie na miejscu i nie w porę
jak mogło być a jak nie było
że wszystko na nic tylko miłość
na wieki wieków i że żaden
człowiek nie był mi tak potrzebny
ave
 
Kiedy cię spotkam jak mam spojrzeć
żebyś nie mogła w oczach dojrzeć
starego głodu którym hojnie
obdarowałem tyle spojrzeń
blasku księżyca który każe
od ścian odbijać się od marzeń
do zjawy twej wyciągać ręce
w śniegu pościeli pisać wiersze
szkłem ryte skrycie tatuaże
ave
 
[M. Czyżkiewicz]
 
Jeśli nie przyjdziesz 

świat będzie uboższy
o tę trochę miłości
o pocałunki które nie sfruną
w otwarte okno

świat będzie chłodniejszy
o tę czerwień
która nagłym przypływem
nie rozżarzy moich policzków

świat będzie cichszy
o ten gwałtowny stukot
serca poderwanego do lotu
o skrzyp drzwi
otwieranych na oścież

drgający żywy świat
zastygnie
w kształt doskonały nieomal
geometryczny 

[H. Poświatowska]
 

kochaj
mimo rozłąki i życia przepaści
kochaj
mimo dni krótszych i nocy bolesnych
kochaj
mimo niedomówień i rozterek
kochaj
czule i namiętnie
bo ja umiem tylko krzykiem
łzą
nienawiścią
kochaj
mnie za mnie

[Ot taka sobie, nieznana szerszej publiczności, Scarlett]

Historia, która (być może) nigdy nie miała miejsca.

love-177785_1280

A pamiętasz jak Ty byłaś zakochana? Słowa, które sprawiły, że miałam ochotę powiedzieć wszystko, co do kropeczki, ale nie mogłam. Jednak każdy z nas ma tajemnice i dopóki nie są one specjalnie raniące i specjalnie ważne, to lepiej je zatrzymać dla siebie. Matko, co ja mówię. To najważniejsza z moich tajemnic, ale jakoś nie umiem sobie wyobrazić, że mówię o niej bez zaczerwienionej twarzy. Za tydzień jest rocznica. Taka mała. Choć nie wiem czy to stało się akurat wtedy. Śmiesznie, bo kolejna sytuacja przypomina mi tamten dzień. Nie pamiętam zbytnio jaka była pogoda, ale pamiętam, że w domu nie mówiłam o niczym innym. A za kilka tygodni wszystko tak perfekcyjnie się spieprzyło. Wiem, że za tydzień będzie ciężko. Zupełnie jakbym cofnęła się w czasie. Nie pokojarzyłam na początku. Ten sam dzień, nagła zmiana godziny. Tak jak wtedy. Musiałam nawet spojrzeć na stare połączenia, bo nie wierzyłam.

Mężu. Nie czytaj. Zajmuj się Leosiem :P

ONA.

Postanowiliśmy napisać kilka słów o sobie nawzajem. W rezultacie, siedzimy w fotelach naprzeciwko siebie. Dzieli nas mały stoliczek. Mam ochotę krzyknąć, że laptop na kolanach źle mu zrobi na potencję, ale od razu się zdenerwuje, więc po co mam psuć dobry nastrój. Tak, to mnie w nim irytuje najbardziej. Zbyt szybko się denerwuje. Oczywiście cały kipi, złość wychodzi uszami, a potem ucieka i tyle go widziałam. Jak ogłuszony pies. Zamiast na mnie nakrzyczeć, rzucić czymś we mnie, poprzeklinać. Nie. Duma go zżera, urażone to to i bez kawy nie podchodź. Bo czym jak czym, ale akurat dobrą kawą da się go udobruchać. Ale miałam pisać o pozytywach. A znowu się nakręcam. Może opiszę co widzę. Widzę moje słońce. Ubrane najzwyczajniej w świecie. Zwykłe dresowe spodnie, zwykła koszulka spod której wystają delikatne włoski na torsie. Wywalił te swoje nogi do przodu, bo przecież tak mu najwygodniej i uśmiecha się do komputera nie wiadomo z jakiego powodu. Lubię go takiego zamyślonego, zapracowanego, bo rzadko mu się to zdarza :D Oberwę po tym tekście. Serio. Jak nie przeżyję to przynajmniej będzie dowód. Co jeszcze w nim lubię? Jego zakochane oczy. Młodnieje przy mnie. O teraz się patrzy. Tak, zakochane oczy. Kiedy jest na mnie zły, albo sprawiam mu przykrość, to na mnie nie patrzy. Może dlatego tak kocham kiedy rozczulająco na mnie spogląda. Tak jakby przytulał mnie spojrzeniem. Lubię też to jak na mnie reaguje. Zawsze się odpręża kiedy jestem blisko. Cały mikroklimat wokół się wtedy uspokaja. Kocham go za to, że jest taki duży, taki mądry, taki stateczny, a mimo wszystko taki ciepły i do rany przyłóż. Kocham go, choć nigdy bym nie powiedziała, że to właśnie do niego szybciej zabije moje serce. O matko, tak, kocham go. Całą sobą. I w sumie, wiecie co, trudno to wszystko opisać słowami. Po prostu, chciałabym zająć miejsce tego jego laptopa. Idę.

ON.

Ona. Jest najlepszym co mi się w życiu przydarzyło. Nie wierzę, że po tylu latach bezsensownego czekania na niewiadomo co, weszła do mojego życia i wywróciła je do góry nogami. Zupełnie jakbym był naocznym świadkiem huraganu czy innego tsunami. Zawsze roześmiana, ciągle szczęśliwa, zabiłbym tego, który zmazałby jej uśmiech z twarzy. Właśnie ten uśmiech to jej wizytówka. Kiedy się nie uśmiecha czuję jakby słońce zgasło. I nigdy nie wiem co na to poradzić. Jak to facet wymyślam durne żarty, wygłupiam się. Wszyscy by się śmiali. Ale ona nie. Bo ona nie jest taka jak wszyscy. Przecież tylko ona potrafiła trafić w moje serce. Teraz się śmieje, zapewne napisze o mnie coś głupiego, ale niech pisze. Nie potrafię się na nią gniewać dłużej niż kilka sekund. Bardziej boję się, że kiedyś zrobię coś głupiego i zostanę sam. Bez niej już nic nie miałoby sensu. Idzie do mnie. Koniec tej zabawy w słowa. Kocham ją. Po prostu.

Historia jest. Żebyście tak nie zasnęli z niczym ;) A ja lecę oglądać zmagania naszych szczypiornistów.

Scarlett i jej przypadki. Za jakie grzechy…

Pisząc ten tekst stwierdziłam, że zrobię sobie przerwę i obejrzę film pt. „Za jakie grzechy, dobry Boże”. Nie żałuję. Fenomenalny! Zaśmiewałam się do łez. A stereotypy w nim zawarte, są epicko pokazane. No i zawsze jest nadzieja, że można się dogadać, choćby z pozoru wyglądało to na mission impossible ;)

Ostatnio długo zastanawiałam się nad tym czy wyrzucić z siebie wszystko, co mam do powiedzenia, na temat tych moich nieszczęsnych niby przyjaciół i niby ukochanej kuzynki. Ale dobrze było się Wam wygadać. I jeszcze cudownie wsparliście mnie, za co jestem Wam ogromnie wdzięczna i teraz wiem, że warto było puścić ich wszystkich wolno. Nad dzisiejszym postem też się zastanawiałam, bo są to luźne wspomnienia. Kiedyś mnie straszyły, teraz mnie bawią. I jeśli miałabym się zastanawiać nad celami tego postu… To zapewne na pierwszym miejscu celem byłaby rekreacja. A nuż się pośmiejecie jakie to ta Scarlett miała historie w życiu. Też trochę ku przestrodze, bo strasznie trzeba uważać na ludzi. I też ku nadziei, że pomimo takich dziwnych historii, na świecie są też wspaniali faceci. Tak, kochane babki, to prawda. Wersja dla facetów: tak, to Wy jesteście wspaniali. 

To zaczynamy. Mężczyzn tych nie mogę nazywać po imieniu, bo licho nie śpi. Określeniami zwierząt czy też cyferek nie chciałam ich nazywać. Żal kogokolwiek i cokolwiek obrażać. Miałam nawet pomysł, by lecieć po przyrządach medycznych, ale za bardzo kocham medycynę. Po DSM czy ICD mogliby się zorientować ;) Wybrałam przypadki. Zawsze wolałam matematykę, a nie j. polski. Więc przypadki jak najbardziej. 

Ale halo, halo, Wy nawet nie wiecie o czym ja, tak na dobrą sprawę, chcę pisać. A chcę pisać o mężczyznach, którzy pojawili się w moim życiu przez pomyłkę. Są to tylko te dziwniejsze przypadki. Nie ma sensu pisać o wszystkich. Dzięki temu trochę mnie poznacie.

Do przypadków dodam jeszcze nazwy Czasownik i Przymiotnik, bo nawet w tym wypadku same przypadki się nie przydały ;)

Lecimy po kolei.

Mianownik.

Dla mnie mianownik to coś podstawowego. Jego przezwisko też oznaczało coś podstawowego. Może stad te skojarzenie. Nie byłam z nim, ale szczerze mnie irytował. Nie możesz jeść tostów, ciastków, pić mleka, robić tego, tamtego. Dupa rośnie. I w ogóle wszystko rośnie. Wiecznie się wymądrzał, ale nie dla mojego dobra, tylko by mnie zirytować. To były czasy gimnazjum, więc myślałam, że końskie zaloty już dawno za nami. Jakież było moje zdziwienie kiedy jego babcia powiedziała mojej mamie, że on nic innego nie robi, tylko w domu wychwala Scarlett. A mnie opierdalał aż miło. Jeśli tak wygląda miłość, to ja pasuję… No dobra, też czasami się na kogoś złoszczę, a tak naprawdę kocham go całym sercem. Ale są granice. Pewnego dnia miarka się przebrała, skasowałam go nawet na fb. Bo teraz, zamiast kulturalnie zepchnąć kogoś ze schodów, to usuwa się ludzi z portali. Ale z drugiej strony, po co mają zalegać na wypielęgnowanym profilu? Dla lajków?! Czy dla poczucia jaka to ja jestem lubiana i znana?! Wtedy on się zreflektował, zaczął mnie przepraszać. Przeprosiny przyjęłam, ale wszystko się skończyło. Teraz, gdy widzimy się na ulicy udajemy, że się nie znamy. Za to jego siostrzenica za bardzo mnie polubiła. Co mnie widzi, to się uśmiecha, zagaduje i robi śmieszne miny. No i masz…

Przestroga? I dla kobiet i dla mężczyzn. Jeśli kogoś kochamy, to dajmy mu to czasem do zrozumienia również dobrym słowem, a nie tylko wrzutami. I kasujmy z facebooka osoby, które są nam niepotrzebne. Bo po co trzymać drewno w lesie. 

Dopełniacz.

Dobrze się złożyło, bo to podobna historia do poprzedniej. Dopełniacz, mężczyzna, który dopełnia sobą kobiety w okolicy. Mówiąc konkretnie: zapładnia. Nie pamiętam bym miała z nim jakąkolwiek styczność. Ale nie o TAKĄ styczność mi chodzi. Ja z nim chyba nawet słowa nie zamieniłam. Może raz? Albo dwa? Sto lat temu? I o ile ja się nim nie interesowałam, to on mną a i owszem. I znów dowiedziałam się o tym w idiotyczny sposób, bo jego mama powiedziała o tym mojej mamie. Teraz na tę matkę patrzeć nie mogę. Na niego też nie. Podobno ostatnio spłodził kolejne dziecko. A ja tylko truchleję na samą myśl, jak te kobiety mogą być takie nierozsądne. I omijam jego samego i jego dom z daleka. A co. Może on rozsiewa plemniki w jakiś inny sposób? Bo nie wierzę jak te 4 czy 5 kobiet mogło się nabrać na takiego… takiego… byka rozpłodowego. Pomijając młode dziewczęta, starsze kobiety też wchodziły z nim w romanse. A on nawet urodą nie grzeszy. Ani pozycją społeczną. Ani charakterem. Takie rzeczy.

Przestroga? Unikajcie takich typów. Kto to wie, czy on w ogóle alimenty płaci czy cóś. Zostaniecie z dzieckiem i klops. I słuchajcie opinii innych na temat facetów. W każdej opinii jest nuta prawdy. Mężczyźni: słuchajcie też opinii na temat kobiet, bo jeśli z 10 osób mówi to samo, to odrobina prawdy w tym musi być.

Celownik.

Gdy w nocy sobie o nim przypomniałam, to aż mi się śmiać zachciało. Miałam wtedy może 17 lat, albo już 18. Wracałyśmy z przyjaciółką z urodzin, czy z jakiejś imprezy. I mamy taki zwyczaj, że zanim się rozstaniemy, to siadamy sobie na przystanku, który jest nieopodal mojego domu. A gdy już się nagadamy, to wtedy się rozstajemy rozchichotane. Nie inaczej było w tym przypadku. I nagle dosiadło się do nas takich dwóch. Mówili ile mają lat, ale kto by to pamiętał. Ja się bałam, że albo nas okradną, albo pobiją, albo zgwałcą. Po głowie mojej przyjaciółki chodziły te same myśli. Byli pijani, usiedli tak blisko, że bliżej się nie dało. Jeden miział moją przyjaciółkę po plecach i opowiadał bajeczki. Mój towarzysz był tak pijany, że ledwo siedział i pamiętam tylko jego nos, bo o mało a by nim we mnie wcelował. I stąd celownik. Myślałyśmy, że szybko się znudzą. Tak się jednak nie stało. Ale w końcu się wyrwałyśmy, obeszłyśmy osiedle jeszcze raz, żeby nie wiedzieli gdzie mieszkamy i poszłyśmy do domów. Ale stracha miałyśmy, bo wiadomo gdzie to się mogło zaczaić…

Przestroga? Jeśli intuicja od razu podpowiada Wam, by zwiewać to zwiewajcie. Nie ma w życiu czasu, by tracić go na takich palantów, którzy nic sobą nie reprezentują… no chyba, że procenty.

Biernik.

Ach, to w miarę świeża historia. Biernik… bo książę biernie czekał na księżniczkę. Chociaż nie biernie… Przecież wokół omamiał inne. Biernik był moim przyjacielem. Nawet nie wiem jak się zaprzyjaźniliśmy. Miły, sympatyczny, dobrze ubrany. I spełniał wszystkie zachcianki… wszystkich dookoła. Był nawet taki okres w naszej krótkiej historii, że mi płacił. Nieważne za co. I nie jest to to o czym myślicie. Ani to drugie też nie. Wszystko chyba by trwało, gdybym… albo wreszcie zgodziła się na seks, albo nie wykryła, że w czasie kiedy ze mną nie rozmawia, interesuje się wszystkimi kobietami dookoła. Co mu zgrabnie wygarnęłam. Nie miał nic na swoją obronę. I przyjaźń jak szybko się zaczęła, tak się skończyła. Z niego to taka męczydupa była. Ostatnio podchwyciłam ten tekst i nawet bardziej mi pasuje niż melepeta. Melepeta to takie słodkie coś jak dla mnie, a męczydupa wręcz przeciwnie. Nie dość, że był nudny, to wiecznie gadał tylko o jednym, a jak chciało się go zapytać o zdanie, to niewiele miał do powiedzenia. Taki zły nie był, bo jak coś chciałaś/chciałeś to leciał na złamanie karku i w mojej obecnej sytuacji szofera z chęcią bym przygarnęła. Ale za te wszystkie uciążliwości… Wolę już sama sobie radzić.

Przestroga? Czasem ktoś się chce z nami zaprzyjaźnić, bo tak naprawdę szuka czegoś innego. Miłości? Naiwności? Wyręczenia w czymś? A samo to, że ktoś jest miły… Czy to wystarcza? W momencie gdy aż zawiewa fałszem?

Narzędnik.

Podobna męczydupa. Narządnik powinien się nazywać. I nie chodzi tu o to, że namawiał mnie do sprzedaży nerek. Było wszystko pięknie ładnie… przez pół roku. Jedliśmy sobie z dziubków, i to dosłownie. Potem dowiedziałam się, że on ma przedziwne skłonności. Że kochał się z kimś w krzakach, z kimś innym w przebieralni, w toalecie miejskiej… Opowiadał mi to z takim zapałem, że aż trudno było uwierzyć. Potem mnie do tego gorąco namawiał wysyłając mi fotki swojego penisa. No nie bójmy się użyć tego słowa. I o ile na początku mnie to bawiło, to potem zostaliśmy tylko przyjaciółmi. Przyjaźń mi pasowała. Lubiliśmy gadać godzinami, potrafił mi pomóc itd. Gdy był w związku, to jeszcze jakoś nam się przyjaźń układała. Jednak gdy związek się kończył, on zawsze wracał do mnie i znowu wysyłał swoje narządy. Nie wiem, jakbym ja penisów się w życiu nie naoglądała i musiał mnie czymś zachęcić. Szkoda, że tak mało miał do zaoferowania… Sytuacja powtarzała się przez kilka dobrych lat, bo ja naprawdę wierzyłam, że on się zmieni i to będzie kiedyś czysta przyjaźń. Ale na szczęście wszystko się skończyło. Bo wreszcie zmądrzałam.

Przestroga? Wiejcie… No chyba, że lubicie porno. Dużo i często.

Miejscownik.

Bo znajdzie Cię wszędzie i o każdej porze. Jego to nawet z imienia nie pamiętam :D Poznałam go idąc ulicą. Niegroźny, choć dziwnie świdrował rozmówcę oczami. Pytał o drogę gdzieśtam. Kulturalnie odpowiedziałam, że nie wiem. Przewodnikiem turystycznym nie jestem. Wywiązała się krótka rozmowa, po której on stwierdził, że dobrze nam się gada. Bo dobrze nam się gadało i nawet brzydki nie był. Wręcz wtedy w moim typie. Wymieniliśmy się telefonami. Po chwili zaczęły przychodzić do mnie SMSy. Że jestem atrakcyjna, bla bla bla i kiedy ta kawa. O ile to było w miarę normalne, potem zaczęły się pytania… czy noszę czasem mini, czy często chodzę w legginsach, czy ubieram majtki. Już zapaliła mi się czerwona lampka. Ale myślę przestanę odpowiadać, to się odczepi. I tak by było. Jednak pech chciał, że chyba po około dwóch tygodniach idę kulturalnie po schodach do mojego domu. Nagle ktoś staje autem, zagradza mi wejście do drzwi i pyta o kawę. Spojrzałam na niego, ciśnienie mi wzrosło ze strachu (ale to dobrze dla hipotonika). Powiedziałam prawdę, że te jego smsy nie przypadły mi do gustu i nici z kawy. Coś tam jeszcze pomarudził i odjechał. Uf. Jednak przez kolejny dzień miałam dziwną manię prześladowczą… Nie polecam.

Przestroga? Nie podawajcie numeru telefonu byle komu.

Wołacz.

O! Długo się zastanawiałam, czy wrzucić go do jednego worka z tymi dziwnymi mężczyznami. Bo nasza miłość trwała dosyć długo. I był dla mnie bardzo ważny. Ale toksyczny. Mimo wszystko. Chciałam go nazwać mammografem, gdy myślałam o medycznych terminach, bo nasza miłość zaczęła się od moich piersi. Zanim poznał mnie, poznał je. Nie pytajcie jak to się stało, no ale sobie pomacał. Co ja poradzę. Tłok był. Potem na niego spojrzałam. Taki przystojny. Uosobienie męskiej atrakcyjności. Bujne ciemne włosy, śniada cera, hollywoodzki uśmiech, szare oczka, pełne usta, duże dłonie. Konie kraść… Po jakimś czasie się poznaliśmy. Okazało się, że nie tylko pisze piękne wiersze, ale też jest wokalistą. Przegadywaliśmy całe noce. Tak uroczo dopieprzał się do moich opisów na GG. Sielanka trwała z rok. O rok za dużo :D Potem wszystko przestało mu się podobać. Moje studia, mój sposób na życie, moje poglądy… I kłótnia i koniec znajomości. I duma. Ale potem kulturalnie się przeprosiliśmy, powiedzieliśmy sobie kilka ciepłych słów. I nadal marzyłam o tym, że jak się rozwiedzie to będziemy kiedyś razem :D Nie, spokojnie, ja go poznałam zanim pobrał się z nią. Nie żebym rozwalała małżeństwa. To nie mój kochanek. Mój Kochanek, to tylko kochanek z nazwy, a nie ze stanu cywilnego. Ostatnio widziałam tego mojego Wołacza. Spojrzał mi głęboko w oczy, ja jemu. On coś krzyczał do kogoś, ja do kogoś. Bo my zawsze lubiliśmy wokół siebie robić dużo hałasu i zamieszania. I widziałam, że on się bardziej wkurzył na mój widok. A ja? Nie poczułam totalnie nic. No, może dumę, że wreszcie nic do niego nie czuję. I nawet jak się rozwiedzie, to wiem, że nic z tego nie będzie.

Przestroga? Bajka nie zawsze jest bajką, a może zamienić się w koszmar… Szkoda tracić czasu dla facetów, którzy zaniżają Twoje poczucie wartości. Od razu mogła mi się zaświecić czerwona lampka, bo te jego cięte riposty, ta ironia… ale kobieta zakochana ma klapki na oczach. Jednak mimo wszystko miło wspominam tamte chwile. Był długo moim ideałem. Po nim zakochiwałam się na krótko, na chwilę, niestabilnie. Ale pozostała mi miłość do wokalistów. I tych, którzy lubią gadać mądre rzeczy. I pisać do mnie po nocach. Ach. 

Czasownik.

O czasowniku mogłabym mówić długo. Bo poznałam go wtedy, kiedy czekałam na kogoś innego. Dla urozmaicenia napiszę Wam historyjkę. To była wiosna jak każda inna. W dzień słońce ocieplało nawet najzimniejszy metal, za to noce były do głębi chłodne i ponure. I właśnie w taki wieczór wyszłam na spacer. Zanim jednak wyszłam, ubrałam się pięknie, zrobiłam pełny make-up. A co! Choć wiedziałam, że wtedy nie mogłam już na wiele liczyć. Przecież się pokłóciliśmy i oboje wiedzieliśmy, że od tamtego momentu nic nie będzie takie same. Mama jeszcze na odchodnym rzuciła: znając życie, on będzie tam na Ciebie czekał. Nie wiadomo czemu to powiedziała. Może tak jak ja czuła, że to coś między nami, to zdecydowanie coś więcej, dużo więcej niż oczekiwaliśmy. A ja na odchodnym powiedziałam: wiem, dziś spotkam miłość swojego życia. I wyszłam. Słońce powolutku zachodziło, ale było jeszcze wystarczająco ciepło. Po drodze widziałam wielu podobnych do niego. Jakby na akord w tę okolicę zjechały się wszystkie jego sobowtóry. Co więcej, czułam go. Czułam go i czułam się dzięki temu bezpieczna. Po krótkim spacerze przysiadłam na ławce. Ściemniło się, zrobiło się chłodno, ale mi to nie przeszkadzało. Zatopiłam się w swoich myślach. Przed moimi oczami kilka razy przeparadował dziwny facet. Znałam go z widzenia i obawiałam się, że w końcu podejdzie i czegoś ode mnie będzie chciał. Czego mógł chcieć? Zapewne się umówić. No przecież. Bo to cudowna ironia. Wreszcie ten facet usiadł kilka ławek dalej. A ja mogłam myśleć o wszystkim, co się wydarzyło. Zastanawiałam się czy coś naprawić, czy zostawić wszystko swojemu biegowi. Uroniłam kilka łez, bo życie było takie niesprawiedliwe. Choć momentami uśmiechałam się do swoich myśli, bo przecież jeszcze z miesiąc temu uważałam, że pora skończyć tę chorą miłość, a raz po raz do niej wracałam. Gdy już pobiłam się z własnymi myślami, gdy odzyskałam względny spokój, i jakie to przyziemne: gdy zgłodniałam i zachciało mi się spać, wstałam. Nagle ktoś za mną krzyknął. Okazało się, że ten facet nadal tam siedział. Było ciemno, ponuro, tylko on i ja na odludziu. Zimno. A on się pyta, jak gdyby nigdy nic, czy umówię się z nim na kawę, a może teraz pójdę z nim na spacer…? Bo wie, że bywam tu często, już nie raz mnie widział. Nie wiedziałam, uciekać czy zaśmiać mu się prosto w twarz. Co mówiłam wychodząc z domu? Że spotkam miłość życia? O ironio. Nie chciałam być chamska i wredna, przecież zawsze taka byłam. Powiedziałam, że się zastanowię, ale nie podałam swojego numeru. Na drugi dzień znów go spotkałam. Dałam mu kosza. Nie wiem po co wcześniej dałam mu nadzieję. Chociaż wiem, myślałam że go już nie spotkam i nie będę musiała kolejny raz dawać komuś kosza. Jednak po tym wszystkim, wracając do domu, uciekając od kolejnego idioty, w myślach pogratulowałam mu jedynie odwagi. Bo ci faceci naprawdę byli odważni, że śmieli zagadać do totalnie obcej kobiety. Jeszcze z takim żałosnym tekstem. I podziękowałam Bogu, że ten, kogo wtedy tak kochałam, jest po prostu normalny. Taki najnormalniejszy. Dziękuję za to, że byłeś w moim życiu choć przez chwilę. Przez chwilę, bo to chyba nie był nawet cały rok. Jakkolwiek to wszystko, co między nami było, było nierealne, to przynajmniej czułam się bezpiecznie. Jak nigdzie. Dziś gdy Cię widzę, nadal czuje ciepło na sercu, choć nie jesteś już mój. Chciałabym kiedyś minąć go tak jak ostatnio swojego Wołacza… podnieść wysoko głowę, wypiąć pierś i stwierdzić, że to była miła przygoda, ale jak dobrze, że już nic do niego nie czuje. I ten uśmiech, bo już wiem, że ta historia jest definitywnie zamknięta. Jednak potrzebuję czasu. Bo jak już go spotkam, nie będzie odwrotu. Będę musiała podjąć decyzję. Albo ciągnąć to dalej, albo usunąć się w cień na zawsze. A boję się, że wniknę w mgłę jego oczu i już nigdy się stamtąd nie wydostanę. Najgorsze, że wiem, że on czeka i będzie czekał. I pójdę kiedyś, być może w to samo miejsce i on tam będzie. Wiem to. Ale jak skończy się ta historia? Pokaże czas, życie, los i miłość. Która póki co pięknie trwa. A Czasownik ponoć ma ostatnio jakieś problemy psychiczne. Mam tylko nadzieję, że nie przeze mnie.

Przestroga? Ciężko mi być obiektywną… W końcu on dał mi do zrozumienia, kto jest dla mnie ważny. Jednak, hm, nie dawajcie nadziei, jeśli wiecie, że i tak ją komuś odbierzecie. Może nieświadomie go skrzywdziłam? Może zraniłam jego uczucia? 

Przymiotnik.

Bez przymiotów. Spotkałam go na swojej drodze po obalonej cytrynówce. Mam ogromnie mocną głowę, więc stwierdziłam, że idę na spacer. I poszłam. Było duszno, ale bez przesady. Byłam na rauszu, więc było mi wszystko jedno. On. Łysiejący, grubo ode mnie starszy, facet bez perspektyw. I zagaduje, że mnie obserwuje od jakiegoś czasu. Że to i tamto, że musiał zagadać. Chapeau bas. I że mnie podprowadzi kawałek. Nie dałam numeru, nie pozwoliłam zobaczyć domu. Uczę się na błędach. Na pytanie co robi w tym mieście powiedział… że tylko mieszka. Jakie to żałosne. Był tak nudny, gadał tylko o pogodzie. Że mu gorąco i za gorąco. Widziałam go potem dosyć często, kończyło się na cześć. Dziwny. Niby zagadał, a potem w ogóle się nie starał…

Przestroga? Jeśli Wam na kimś zależy to walczcie! Bo cóż to za pierwszy krok bez dalszych starań?!

Teraz widzę ile razy to właśnie ja olewałam facetów. W drugą stronę rzadko się zdarzało. Mnie tylko olewają przyjaciele :D Nie ma co się śmiać, to nawet smutne. Ale prawdziwi przyjaciele by nie odchodzili. I to akurat pocieszające :)

Wiem też, że w powyższych sytuacjach nie zachowywałam się idealnie. Bo powinnam od razu wyznaczyć granice, od razu zwiewać, od razu stawiać sprawę jasno, bądź co tam jeszcze. Żeby to nie wyglądało tak, że oczerniam wszystkich wokół, a sama zgrywam świętą. Nie. Doskonale wiem, gdzie popełniłam błędy. I już je wypleniłam ze swojego schematycznego działania.

Jeśli chodzi o wnioski z tego wpisu… Macie je w dużej mierze w przestrogach. Ale chyba najważniejszy wniosek jest taki: doceniajcie swoje życie, swoje związki, to co macie. Moje historie teraz brzmią bardzo lekko i z humorem, bo wszystko działo się dość dawno temu. Ale w samym momencie tych zdarzeń… nie zawsze było pięknie i kolorowo.

Z podziękowaniem dla Panów, którzy otworzyli mi oczy na wiele spraw.

Scarlett. 

Scarlett szuka męża? Czyli chwila refleksji nad tym i owym. I nad tamtym też.

Będzie długo. O wszystkim, lecz nie o niczym, jak to zwykłam mówić. A będzie długo i dygresyjnie, ponieważ najprawdopodobniej wrócę tutaj po Dniu Zadusznym, a i wtedy nie wiem jak będzie wyglądała moja przygoda z laptopem, bo już jedną stopą będę wyjeżdżała (wiadomo, wyjazd z całą feerią sprzętu elektronicznego, nie byłby tym samym, co długie rozmowy face-to-face i wycieczki z papierową mapą). Z czego się ogromnie cieszę i trzymajcie kciuki, by było pięknie, a nawet piękniej :)

A tytuł przewrotny. Bo o miłości też zamierzam powiedzieć. Napisać w zasadzie. Podobno po kobiecie od razu można poznać, że jest zakochana. Nawet, kiedy ona sama tego nie przyzna. Dlatego mówię wszem i wobec. Tak, kocham. Jesień :P I tego się trzymajmy ;)

Jeśli już zraziłam Was samym wstępem, to nie czytajcie dalej. Nikogo nie zmuszam. A jeśli mimo wszystko chcecie się zagłębić w moje dywagacje, to idźcie po kubek herbaty, względnie kakao, rozsiądźcie się wygodnie w fotelu i czytajcie. Może przy okazji naskrobiecie jakiś komentarz? Czy też wyklikacie. Byłoby mi miło :) Jednak zanim przejdę do zawiłego meritum, dla tych leniwych i rozczarowanych moim blogiem wrzucam zdjęcia miasta, które odwiedziłam wiosną, a teraz będę miała okazję zobaczyć jesienią. Żebyście też coś mieli z moich wypocin, skoro dalszy tekst Was nie interesuje. Trochę jak z dziećmi… Najlepiej dać obrazki, żeby się zaciekawiły ;) Dobra, fotki jak to fotki, każdy kto był w Krakowie ma podobne. Jednak mi się moje podobają. Subiektywnie. I tyle ;) A najbardziej głowa konia! :D Bo łeb, to zbyt drastyczne określenie. Łeb to raczej tego faceta, który mi się wpakował w fotkę nr 2. Ale przynajmniej chociaż w taki sposób te zdjęcia wyróżniają się z setek im podobnych.

łóoół jest i onPooglądane? No to… Cóż… Zacznę od tego, że… Jestem otwarta, tolerancyjna… Dodałabym, że miła i sympatyczna, ale bynajmniej nie jest to reklama mojej osoby przymierzającej się do roli potencjalnej przyszłej żony. Zwyczajnie, doceniam miłość w każdej postaci, o ile nie zakrawa o czyny łudząco przypominające poszczególne artykuły kodeksu karnego. Jestem zwolenniczką miłości, szczęśliwych związków, par całujących się na ulicy (choć w tym przypadku muszę zastrzec, że istne połykanie drugiej osoby jakoś nie bardzo przypada mi do gustu). Sama znam wiele pięknych par, małżeństw. Takich, które żyją najnormalniejszą codziennością lub wręcz przeciwnie: szaleją, aż miło popatrzeć. Które się kłócą, równie pięknie godzą. Lub milczą. Realizują, stoją w miejscu. Które kochają pomimo ewidentnych wad drugiej osoby. Znam kochanków, których miłość jest zakazana. Znam zakochanych homoseksualistów. Znam tych, których miłość rani, którzy żyją w związkach przynoszących tylko cierpienie, ból i łzy. Znam kochających nieszczęśliwie. I tych, nieznających innej rzeczywistości poza bezgranicznym szczęściem. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, jak to ja.

Moim zdaniem każdy zasługuje na miłość, bliskość, na pełne czułości słowa, uczynki, spojrzenia, dotyk. I co z tego, że rudy, otyła i kulejące. Forma „ono” dla niezdecydowanych i tych, którzy swojej tożsamości jeszcze nie odnaleźli. Ale nigdy nie zrozumiem osób, które szukają miłości w programach telewizyjnych. OK, szukają „miłości”. Wplątując w tę całą groteskę pół rodziny i solidną garść znajomych. Nazwijmy program po imieniu: on szuka popularności, ona szuka okazji do promocji siebie i swojej marki (i matki przy okazji), i: kto będzie parł na szkło wraz z moim synkiem?! Już widzę, że o ile w organizacji wycieczek jestem mistrzem, to mistrzynią PR-u i menadżeringu nigdy nie będę ;) Jednak aż strach pomyśleć jacy ci ludzie muszą być naprawdę, że nikt ich nie chce… I są tak zdesperowani by iść z tym do telewizji?! A z pozoru niby tacy sympatyczni i zarazem wyszczekani… Trochę przypomina mi to program, w którym mąż narzekał na żonę, że ta, mówiąc kolokwialnie, zapuściła się po urodzeniu dziecka. Przepraszam bardzo, mąż też kiepsko wyglądał, więc nie wiem w czym problem… A poza tym, nie dało się tego załatwić, jakoś tak, pozawizyjnie? Czyli jednym słowem: groteska. I to publiczna. Ale za pieniądze, więc jak kto woli… Nie wiem czy chciałabym być tym mężem, który chwali się zapuszczoną żoną, a potem wytykają go na ulicy palcami… I ją przy okazji też. Nonsens.

Przecież potencjalnego małżonka można spotkać choćby za rogiem. Praca, studia, szkoła. Spotkania ze znajomymi i znajomymi znajomych. Rozwijanie pasji, kursy, szkolenia. Wszędzie można znaleźć męża, żonę, partnera i konkubinę. Tylko czy miłość polega na tym by jej szukać…? Mam powiedzieć sobie: słuchaj Scarlett, masz 30 lat, daj sobie jeszcze pięć na znalezienie drugiej połówki. I w tym przypadku, nie chodzi o żadne 0,5 z procentami. Jeśli to nie poskutkuje to ratuje Cię bank spermy i hejaaa…?! A czy to nie jest tak, że najpiękniejszych chwil w życiu nie zaplanujesz? Znalazła się pani mądralińska. OK, nie mam męża i mogę przyznać, że jestem wybredna. U mnie to w zasadzie rodzinne. Kobiety nie miały mężów, bo przebierały, przebierały i potem skończyły jak skończyły ;) Ale szczęśliwe przez całe życie były. I są. Może nie tyle jestem wybredna… Co zawsze zakochuję się w tych, w których nie powinnam. A bo zbyt wredny, a bo zbyt dużo starszy, a bo ja po przejściach, on z przeszłością. A bo taka ciapa. W sumie to jednak wybredna. Ale też nie wyobrażam sobie wychodzić za kogoś, kogo chociażby tylko ja wybrałam, a on ze mną jest, bo tak mu wygodnie. Albo wyjść za kogoś nudnego, tylko dlatego, że ma dużo pieniędzy. Wyjść za kogoś, z kim wiecznie bym darła koty. A ja lubię koty. Wyjść za kogoś, kto mnie nie szanuje. Związać się z kimś, kto ucieknie, gdy pojawią się pierwsze kłopoty. A to o czym pisałam wcześniej, że starszy, że ciapa… Takie niuanse w przypadku wielkiej miłości, która spadłaby na mnie jak grom z jasnego nieba, nie są istotne. Więc nie bierzcie tego dosłownie. Jednak póki co, bycie singielką mi nie przeszkadza, ani mnie nie przytłacza i lubię mówić, pisać i myśleć o miłości. Może gdy będę rzeczywiście miała te 30 lat poczuję jakąś presję społeczną. Ale kto by się nią przejmował? Na pewno nie ja.

Nie byłoby pisania o miłości, gdyby nie spojrzenie, które wczoraj zawitało przed mymi oczyma. Aż się zdziwiłam, że tak pamiętam twarze, których od dobrych kilku tygodni nie widziałam. Może to przez fakt, że moja pamięć wybiórcza rejestruje, iż o dziwo wszyscy ostatnio mają tak samo na imię, wykonują ten sam zawód i są z tego samego miasta. Więc potem pojawia się ni stąd ni zowąd pan XYZ. I te liczby. Ciągle te same liczby. Powinnam zagrać w totolotka. Zapewne też tak czasem macie, że wiecznie coś się w Waszym życiu powtarza. Bo jak wszyscy nagle są architektami, to wszyscy. Albo przynajmniej zdecydowana większość. Jednak, co do tego spojrzenia… Uwielbiam widzieć miłość, tam gdzie inni jej nie dostrzegają. Dobra, zauroczenie. Miłością raczej bym tego nie nazywała.

Ona, długowłosa, długonoga, długorzęsa blondynka o niebieskich oczach tu i dużych oczach tam. On przystojny, acz nie w nachalny sposób. Dobra, to zabrzmiało, jakby był brzydki po stokroć :D Nieoczywiście przystojny. Ale mógł się podobać. I może się podobać i się podoba zapewne. I on dokładnie o tym wie, że ma w sobie to coś i to sprytnie wykorzystuje. Wredota mała jedna. Gdyby to czytał, to wiedziałby, że to o nim ;) Przecież on myśli tylko o sobie (już widzę jak przewraca oczami… takteżciękocham). Jednak wracając do historii. W małym pomieszczeniu wyczuwało się napięcie. To jak on z nią rozmawiał, jak ją komplementował. A przede wszystkim sposób w jaki na nią patrzył. Z jednej strony czuło się te iskierki w powietrzu, ale z drugiej on wyraźnie przy niej się relaksował. I nie wiem czy korzystniejsze w mowie niewerbalnej jest wyciągnięcie nóg do przodu i skrzyżowanie kostek z jednoczesnym wycofaniem reszty sylwetki… Czy nachylenie się do rozmówcy, ale zabranie nóg pod krzesło… W każdym razie, zinterpretowałam całą sytuację po swojemu i pamiętam tę scenę do dziś. Ja tam z nimi byłam, miód i wino piłam, chciałoby się powiedzieć. Kiedy spotkałam ich niedawno, znów w tym samym miejscu i w podobnych okolicznościach, już nic nie widziałam. Ani w jego oczach ani w zachowaniu. Traktował ją jak każdą inną. Może to wtedy, było tylko złudzeniem. Ale dobrze było poczuć choć przez chwilę, że on też ma serce. A ja… Zazdrościłam im, że między nimi jest wyczuwalna chemia. Taka, której między nami nigdy już miało nie być… A może była. Jakbym patrzyła na sygnały mowy niewerbalnej, to bym mogła się wiele dowiedzieć. Chyba pora się nauczyć, choć zbytnio w to nie wierzę. Bo jak brać na serio, że jeśli mężczyzna wkłada kciuki do kieszeni spodni, a dłonie ma skierowane do wewnątrz, to znaczy, że eksponuje swoje krocze…? Ja Was proszę…

Jednak to nie zmienia faktu, że odcienie miłości są różne i nie można jej szukać tylko i wyłącznie w bajkach. To samo jeśli chodzi o zauroczenie i zakochanie. Bywa różnie. Różniście. I różniasto. Bo jak pokazało życie, miłość jest nie tylko wtedy kiedy marzysz o jego dotyku i wszystko co się dzieje między Wami jest takie nieskrępowane. I tak dobrze czuć jego skórę na swojej… Ale też wtedy kiedy wiecie, że jeden dotyk, tylko jeden, a już możecie być wciągnięci w machinę, z której nie będzie wyjścia. Miłość jest wtedy kiedy dokładnie wiesz za co kogoś kochasz, ale też wtedy kiedy nie wiesz za co, a mimo wszystko nie wyobrażasz sobie bez niego życia. Miłość, kiedy masz ochotę albo go zarżnąć, albo zerżnąć. I wiecznie balansujecie pomiędzy tymi dwoma biegunami szaleńczego kontinuum.

Miłość. O miłości (choć nieoczywiście) jest też film, który miałam okazję wczoraj obejrzeć. I bardzo Wam go polecam. „Bunny”. Jednak przewrotnie zacznę od poezji. A nie mówiłam, że dzisiaj będzie miszmasz. Lubię to ;)

nie bój się chodzenia po morzu
nieudanego życia
wszystkiego najlepszego
dokładnej sumy niedokładnych danych
miłości nie dla ciebie
czekania na nikogo

przytul w ten czas nieludzki
swe ucho do poduszki
bo to co nas spotyka
przychodzi spoza nas

Wiersz ks. Jana Twardowskiego. Ostatnio dużo poezji dookoła i gdzieś we mnie. Choć sama nie chcę pisać wierszy, bo kilka lat temu naskrobałam parę takowych, a teraz jak je czytam uważam je za marną marność. Nie zamierzam konkurować sama ze sobą, bo mogę dojść do jeszcze mniej ciekawych spostrzeżeń i popaść w malignę. Podziwiam za to poezję znanych, mniej znanych, Waszą poezję. I uważam, że pisanie wierszy to mistrzostwo samo w sobie. Prozą łatwiej jest wyrazić, to co się czuje. Wiersz wymaga niedomówień, idealnego doboru słów, choć czasem zupełnie odległych skojarzeń. Wymaga nonszalancji, choć przy tym porusza tematy dotykające samego koniuszka serca. Taki według mnie jest dobry wiersz, wiersz o który ja sama wolę się nie pokusić.

Dlatego też piszę dziś prozą. Więc wracam do filmu. Polskie filmy zawsze mnie odpychały. Może dlatego, że wszystkie te, które oglądałam (albo większość) były wulgarne i niechlujnie wyreżyserowane. W przypadku tego jest zgoła inaczej. Chociaż od początku irytował mnie okropnie. Okropnie! Chyba przez to, że oglądałam go przy pomocy słuchawek. Tak mi dobrze, bo wtedy czuję się jak zahibernowana w swoim własnym malutkim świecie, w przestrzeni dostępnej tylko mi. Jednak w tym wypadku, miejscami miałam wrażenie, że coś jest ze mną nie tak. Ta muzyka, odgłosy, szepty. Dziwne to takie było. Psychodeliczne. Film z gatunku tych, które spokojnie mogłabym zobaczyć na moich ex studiach. Tyle niedomówień. Komedia i dramat. Film z tych, które nie wszystkim przypadłyby do gustu. Pokazuje jaką ironią jest ludzkie życie. Jak to niektóre miasta mogą być za małe dla dwójki ludzi i jak przeznaczenie oraz własne sumienie zawsze mogą Cię odnaleźć. Obejrzałam go, ponieważ nigdy nie słyszałam na jego temat żadnych recenzji, a poza tym, przyznam się bez bicia, zwyczajnie, od kilku lat, niezmiennie, uwielbiam aktora grającego jedną z głównych ról. Choć ciągle mało mi go na szklanym ekranie.

Dlatego też wspomniałam o wierszu, bo na końcu właśnie on jest śpiewany. Dopiero szukając tych słów w Internecie, zobaczyłam, że to tak naprawdę poezja, a nie piosenka. Piękny. I tak aktualnie do mnie pasujący. Z tymi wszystkimi rozterkami, niesnaskami, choć względnie pozytywnym przekazem.

Będę miała teraz kupę czasu na przemyślenia, te i inne. Z rodziną, potem z przyjaciółką, ukochanym przyszywanym mężem. Razem, indywidualnie. W moim mieście i w tym, w którym narodziła się Scarlett. Bez kochanka, bo to już nie ten czas, nie te miejsce. Nie my. I bezgraniczne szczęście. Tak będzie. Wiem.

PS. W szkole i na studiach zwykliśmy mówić przed Wszystkimi Świętymi: Wesołych Świąt! Choć brzmi to idiotycznie, ale, jakby nie patrzeć, 1 listopada to imieniny nas wszystkich. Także przeżyjcie te imieniny w dobrym stylu. A Dzień Zaduszny, cóż, pomyślcie o tych, których już nie ma. Jeśli macie jakieś problemy, zastanówcie się jakby Wasi bliscy zmarli na nie spojrzeli. Zamyślcie się nad życiem. To jest właśnie ten czas. Ten czas, kiedy jeszcze żyjąc, możemy być tym kim chcemy, możemy wszystko naprawić. By nie żałować ani chwili.

Pozdrawiam! Wasza, już tęskniąca za Wami, Scarlett ;*

Dobrze, że Cię mam!

Dzisiaj byłam uczestniczką pewnego dialogu. Wyglądało to mniej więcej tak:

Ja: kocham Cię.
Mama: kocham Cię. O, jeszcze sobie dzisiaj tego w ten sposób nie powiedziałyśmy.

Dorosłe kobiety, ale dbamy o to, by okazywać uczucia. W końcu niełatwo mieszka się pod jednym dachem z drugą taką indywidualistką. Zawsze też staramy się rozmawiać, o tym co się danego dnia zdarzyło i dlaczego właśnie tak… Choć wiem, że mama zna mnie bardzo dobrze, widzę też coraz bardziej, jak my mało o sobie wiemy. A znamy się tyle lat… Ostatnio wiele osób zniknęło z mojego życia, bo skończyły się pewne etapy i chyba coraz bardziej dostrzegam tą wartość, jaką jest drugi człowiek. To trochę tak jak faktem, że zrozumiemy, iż coś było dla nas ważne, dopiero wtedy, gdy to stracimy. I stąd też moje dzisiejsze małe rozważania.

Jest takie sformułowanie, które można wielorako interpretować. Mówię o „dobrze, że jesteś”.
…dobrze, że jesteś, bo musimy poważnie porozmawiać…
…dobrze, że jesteś, kran się zepsuł…
…dobrze, że jesteś, dzieci nakarmione, a ja idę do koleżanki, poradzisz sobie…
…dobrze, że jesteś, nie mogę nigdzie znaleźć mojej teczki z dokumentami, pomożesz…?
…dobrze, że jesteś, spóźniłeś się chyba z 2 godziny…

Wszystko zależy od intonacji, od emocji z jakimi wypowiadamy te słowa. A ja polecam często mówić najbliższym, że dobrze, że są. Ale z uczuciem, możecie nawet dodać do tego przytulenie, buziak w policzek, czy co tam chcecie. Słowa te dają do zrozumienia, że ktoś jest dla nas ważny, że jego obecność, jego istnienie wiele dla nas znaczy. Że bez niego/niej to nie byłoby już to samo.

Wiem, to takie proste słowa, w dodatku tylko trzy. Ale pomyślcie jak często mówicie to tym, na których Wam zależy? Którzy są Waszymi bliskimi, przyjaciółmi? Jeśli często to gratuluję! Jeśli rzadziej to mam nadzieję, że Was zainspirowałam. Jeśli macie zamienniki to też dobrze. Jesteście oryginalni, tym lepiej.

Ktoś może mi powiedzieć: ale Scarlett, przecież więcej mówią moje czyny niż słowa. Zgodzę się z tym, ale też trzeba zważyć na to, że czasem nasze czyny są opacznie interpretowane, dobre uczynki, miłe drobiazgi stają się codziennością. „Super, naprawiłeś kran, przytuliłeś mnie, ale robiłeś to już wiele razy. Chyba taka jest Twoja powinność?” A słów nigdy za wiele. Wytłumaczą i przypieczętują to, co już okazywaliśmy na tysiące sposobów.

Wasza Scarlett!

Czy to jawa? Czy to sen?

Spałam około trzech godzin, ale chyba się wyspałam. Nie wiem, jeszcze nie porozmawiałam ze sobą na ten temat. Zobaczymy wieczorem, czy nadal będę produktywna, czy już trochę mniej. A dzisiaj na słodkie lenistwo nawet nie mam czasu… Może to i dobrze.

Dziś historia jakich wiele, ale zawsze miło łudzić się, że akurat ta twoja jest wyjątkowa. Siedziała na korytarzu. Ewidentnie na coś czekała, bo była tak spięta, że bardziej już być nie można. Nagle dało się zauważyć w niej poruszenie. Przez jedne z drzwi wyszedł ON w towarzystwie tlenionej blondynki z bobem na głowie. Szli zagadani, rozmawiający o pracy. Dobrze, że tylko o pracy. Blondyna przypominała damską wersję jego. Szczupła, aż zbytnio. Wysoka. Ubrana w genialnie dopasowaną garsonkę. Ale według niej kanciasta. O, to dobre słowo. Oboje tacy profesjonalni, tacy świetnie znający się na swojej pracy. Idealni. A na nią nawet nie spojrzał. Ani się nie odwrócił. Jakby zapomniał. Jakby zapomniał, że ma go boleć, bo przecież tak brutalnie się rozstali. Ale ona nie dała za wygraną i przyszła tam po raz drugi. Jednak jak na złość sytuacja się powtórzyła. Znowu on, blondyna, zero spojrzeń. Czuła zazdrość. Od wielu miesięcy wreszcie ją poczuła. Całą sobą. I wtedy podjęła decyzję. Chce zapomnieć. W tym celu wybrała się z przyjaciółką na wycieczkę. Jadły kanapki, piły szampana. Przeprosiła ją za dawną siebie i powiedziała na głos, że chce zacząć nowe życie. Miała w zwyczaju, że jeśli coś wypowie to nabiera to uroczystego charakteru i jest dla niej ważne. To o czym milczała było tylko jej i nie miało prawa się ziścić. Była w tym wszystkim taka przekonująca. Ale w jej oczach widać było strach. Bo ciężko jest zapomnieć o czymś, czym się żyło przez ostatni czas. Trudno jest rzucić wszystko i tak po prostu odejść. Choć kto wie…

Gdy się obudziłam byłam zaskoczona, że żadnych kanapek nie ma, choć tak przekonująco pachniały. Ale głowa mnie boli, czyli kac po szampanie ewidentny. No i ten perfekcyjny motyw podróży. Tak, to był mój sen. Mój sen o jakimś nim, jakiejś niej i tlenionej nieznajomej. Ale jak to w moich snach bywa, tylko czasem są realne. Ten od razu spisuję na straty. Ostatnio śniło mi się, że umrę za dwa dni. Dwa dni minęły dokładnie trzy dni temu. Wiem, że nie ma żadnej tlenionej. Przecież tyle razy tak skutecznie mnie zapewniał. Tylko dziwi mnie skąd się pojawiła, skoro już od dawna nie czułam zazdrości. A on: zbyt idealny jak zawsze. I ta podróż. W życiu bym nie rozpoczynała tak bezwzględnie nowego życia, bo jestem zdania, że lepiej nie zamykać kiedyś otworzonych drzwi. Jeszcze nie wiadomo kiedy będą furtką do lepszych dni.

On. Dziś mija dokładnie 8 rocznica śmierci mojej babci. Zapewne by nie pochwalała onego jego. Te jej drastyczne poglądy, w zasadzie podobne do moich… Cieszę się, że to po niej odziedziczyłam. W życiu nie pozwoliłaby mi się brać za chociażby kogoś żonatego, albo z przeszłością, albo kto wie z czym jeszcze. To w sumie bardzo mądre z jej strony. Moja mama ma to samo, tylko w złagodzonej formie. Widzi mnie u boku kogoś na poziomie, nie rudego, nie łysego, nie wykonującego ryzykownego zawodu, nie kogoś popularnego, najlepiej żeby był obcokrajowcem, żebyśmy mieli domek, na ślubie by była obecna dorożka i obowiązkowo puszczanie gołębi, żeby był wierny, zabawny, inteligentny, nie miał krzywych nóg, i wydatnego jabłka Adama i żeby nie był niższy. I mamy zrobić przed ślubem wszelkie badania na wszelkie choroby. To chyba tyle. Część z tego zapamiętam, bo warto. Też miałam niegdyś swoje warunki. Zero dywanu na klacie, zero zarostu, oczy brązowe, brunet, jeśli starszy to góra o 5 lat. Potem szybko zrewidowałam swoje poglądy. A jeśli mowa o oczach, to jednak szare. I tak niezmiennie od bodajże sześciu lat. Tak było. Teraz już nieważnie jakie oczy, jaki dywan i o ile będzie wyższy. Osiągalny jest każdy pod warunkiem, że da się go gdzieś spotkać. No i że zaiskrzy. I tak jak kiedyś mówiłam, ważne bym miała z nim o czym rozmawiać przez kolejne 50 lat. Tyle. Reszta już jest nieważna.

A on? Coraz częściej po głowie chodzi mi nasz HR. I on. Kto by pomyślał, że ten HR będzie aż taki znaczący. I on.

PS. Nie myślcie sobie, że się zakochałam. Nawet jeśli. Rzeczywistość szybko zweryfikuje moje amory. Albo sfalsyfikuje. W końcu, jakby nie patrzeć, ja naprawdę zaczynam nowe życie. Może nie tak brutalnie jak w śnie, ale na pewno dzieje się to tu i teraz.

Pozdrawiam Was i życzę miłego środka tygodnia! :)

Wasza Scarlett!

Tylko i aż!

Jestem oczarowana poniższymi słowami i po raz pierwszy stwierdzam, że nie ma sensu dodawać do nich zbędnego komentarza. Niech same się obronią, niech przemówią, niech ocieplą tę chłodną noc.

Co to jest miłość
Nie wiem
Ale to miłe
Że chcę go mieć
Dla siebie
Na nie wiem
Ile

Gdzie mieszka miłość
Nie wiem
Może w uśmiechu
Czasem ją słychać
W śpiewie
A czasem
W echu

Co to jest miłość
Powiedz
Albo nic nie mów
Ja chcę cię mieć
Przy sobie
I nie wiem
Czemu

[słowa Jonasza Kofty]

Pozdrawiam Was gorąco. Tak gorąco, jak tylko termofor potrafi ogrzać od zewnątrz i ciepła herbata od środka ;)

Wasza Scarlett ;*