Styczeń 2018
N P W Ś C P S
« paź    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

mężczyzna

Złoto, które wpada do kałuży, nie traci na wartości.

Jesteśmy tak wiele warci, a nagminnie o tym zapominamy. Gdzieś umykają nam nasze sukcesy, zalety, walory… Dzieje się tak, szczególnie wtedy, gdy zdarzy się nam jakaś mniejsza lub większa porażka, bliska osoba się od nas odwróci, gdy zaczynamy porównywać się do kogoś innego. A przecież, co by się nie działo, to wcale nie obliguje nas ku temu byśmy myśleli o sobie jako o tworze gorszego sortu. 

Pomyśl, tak łatwo przychodzi Ci prawienie komuś komplementów. Tak łatwo dostrzegasz piękno w drugiej osobie. Prosto jest zazdrościć komuś perfekcyjnej (Twoim zdaniem) figury, oczu, włosów. A tak trudno Ci pokochać samego siebie, a przede wszystkim: siebie zaakceptować. Ciągle jest coś nie tak… Krótkie nogi, duży nos, małe piersi, piwny brzuszek. Własne niedoskonałości potrafisz wymienić jednym tchem. A może warto byś zapytał samego siebie: która cześć Twojego ciała jest Twoją ulubioną? czego w swoim wyglądzie sam mógłbyś sobie zazdrościć? co jest Twoim atutem?

Wiem, życie nie ułatwia nam tego, byśmy czuli się atrakcyjni. Ideały piękna tworzone są przez perfekcyjne photoshopowe proporcje. Kobiety dzięki hormonom, zależnie od fazy cyklu, czują się jak wielkie słonie. Mężczyźni czasem chwytają się na myślach, że przecież ich mało atrakcyjni kumple już są żonaci, a oni nie mają nawet styczności z kobietami. A panie wciąż nie potrafią zrozumieć dlaczego zwracają na nie uwagę tylko mężczyźni nie w ich typie. I w pewnym momencie zaczynamy się zastanawiać: czy coś jest ze mną nie tak? dlaczego to właśnie ja mam te idiotyczne kurze łapki? Bóg nie mógł mi dać większego tyłka?

A może po prostu należy uczynić atutem, to co już posiadasz?

I przede wszystkim…

Nie słuchaj negatywnych opinii na temat swojego wyglądu. Bo właśnie one prowadzą do rzeszy kompleksów. A może ktoś Cię obraża, bo Ci zwyczajnie zazdrości?

Mów sobie często za co kochasz samego siebie. I właśnie te części ciała eksponuj i podkreślaj. I praw komplementy innym. Może właśnie w tej sekundzie ktoś tego potrzebuje.

Pamiętaj, że Twoje niedoskonałości są Twoim atutem. To właśnie one czynią Cię kimś wyjątkowym, a nie kolejną pustą Barbie i równie pustym Kenem.

Weź sobie do serca, że na dłuższą metę i tak najważniejszy jest charakter i Twoja pasja do życia. Jeśli nie nadrobisz czegoś wyglądem, to charakterem. Odwrotnie podobno też działa.

Pod żadnym pozorem nie porównuj się z innymi.

Ciesz się, że to tylko dwie fałdki, a nie, chociażby, złośliwy nowotwór.

I raduj się życiem. Ono jest tylko jedno i nie warto go poświęcać na zamartwianie się swoimi kompleksami. Znając życie, ludzie wokół i tak ich w Tobie nie dostrzegają.

Skoro już się powymądrzałam… Teraz trochę o mnie. Dziękuję za masę komentarzy do ostatnich wpisów, za życzenia wszelkie. Odpiszę na nie niebawem. Osoby, które wchodzą często na mojego fanpage’a są na bieżąco. Jednak nie każdy ma Facebook, więc powróciłam również tutaj. Choć, przeszło mi przez myśl już nie raz, by porzucić blogowanie. Jednak nie wyobrażam sobie, żebyśmy urwali kontakt, tym bardziej, że jesteście fantastyczni.

W skrócie, u mnie wszystko dobrze. Jestem szczęśliwa, jak to ja. Choć czasem mam ochotę rzucić czymś o ścianę, jak każdy. Od poniedziałku znów wracam na rehabilitację. Jestem już po 80 zabiegach i nie wiem jak przeżyję 30 kolejnych. Ale mam cel, w końcu muszę odgonić widmo artroskopii.

Trzymajcie kciuki. I opowiadajcie co tam u Was, bo ciekawość mnie zżera. Mam nadzieję, że o mnie nie zapomnieliście.

Całuję, Wasza Scarlett.

Facet to facet…?

waiting-410328_1280

Jeśli ktoś z Was śledzi mój facebookowy profil, to doskonale wie, że w weekend postanowiłam docenić panów. Ostatnio często wrzucałam chwalebne grafiki na cześć kobiet, a przecież moją Krainę odwiedzają także mężczyźni. Mężczyźni, którzy też potrzebują uwagi. Serio. Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. [Panowie, radzę doczytać do końca.]

Facet, to taki twór, który potrafi tylko jedno. Nie no… trzy rzeczy. Jeść, zalegać na kanapie i kochać się z byle kim. Raczej pieprzyć, bo kochać to chyba za duże słowo. Dodatkowo, facet nie jest specjalnie inteligentną istotą. Jakżeby inaczej, skoro myśli penisem, a nie jak kobiety – mózgiem. Jak ten dobry Bóg to rozdzielał?! Ach i mężczyzna nie ma uczuć. Facet jest tylko od… hm… chyba od niczego. Skoro ani to się nie ruszy by wbić gwóźdź, ani to ambitne, ani nawet miłe w dotyku. Działa instynktownie, zupełnie jak zwierzęta. Leci tylko za pańcią i non-stop chce wszędzie zostawiać swoje geny. A potem żre. Żre i żre, aż pęknie. Ofiara. No ofiara!

Panowie moi ukochani. Nie wiem kto jest autorem przeróżnych myśli na obrazkach i nieobrazkach w Internecie. Ale to chyba babki przed okresem, lub takie, które przez całe swoje życie spotykały niewłaściwych facetów. Dlatego też trudno znaleźć ciekawy cytat, który oddałby chociażby w dziesięciu procentach to, że Wy, panowie, jesteście, jakby nie patrzeć, nam kobietom potrzebni do życia. I to nie tylko, odnośnie sfery seksualnej czy młotkowo-gwoździowej. Ale cóż jest piękniejszego od miłości? Od męskiego wsparcia? Od tego, jak nas rozczulacie, rozśmieszacie, rozpieszczacie? Poza tym, nie oszukujmy się, my kobiety musimy mieć na kogo narzekać ;) A w Internecie widzę, że Wy lecicie tylko na duże cycki jak u Pameli, nie robicie nic a nic i zagryzacie to niczym, a jeśli już zdarzy Wam się myśleć, to oczywiście tylko o seksie. Hm, a może ja zwyczajnie mam szczęście i trafiam na same całkiem niezłe okazy?! I tym bardziej się cieszę, że znam panów, którzy jak dla mnie zasługują na miano bohaterów. Kobietki, żebyście nie pomyślały, że coś mi dzisiaj na mózg siadło, albo, że dobry seks w nocy sprawił, że się zafiksowałam ;) Może i siadło, może i seks, ale Wy Panie też jesteście bohaterkami. Bo każdy z nas nim jest. ŻYĆ to naprawdę ogromna sztuka i wyczyn. Dla każdego.

Jednak kontynuując… Chciałabym dodać, że panowie są idealnym dowodem na to, że pod twardą skorupką, można znaleźć coś miększego. I nie chodzi o to, że niewiele potrzeba by twardy penis stał się miękki i odwrotnie. Bo panowie mają uczucia! I niekoniecznie są to uczucia rozpłodowe. Tylko czasem chowają emocje pod maską i trzeba ogromnej determinacji, by do niektórych z nich dotrzeć. Co za tym idzie, mężczyzn jest często łatwiej zranić, niż kobiety. I wcale nie dlatego, że są słabi. Tylko dlatego, że zbyt długo musieli udawać silnych. Nasze społeczeństwo nie potrafi znieść męskich łez, uważając je za objaw największej dziejowej słabości. A męskie łzy to właśnie obraz tego, jak bardzo mężczyźnie zależy, jak bardzo bolesna jest dla niego dana sytuacja, jak cierpi. I wcale nie dlatego, że jest ciapą. Bo nie jest.

Panowie, mam ogromny szacunek do tego, że staracie się być tacy męscy, silni, potraficie być dla nas ostoją. To właśnie przy Was kobiety najpiękniej rozkwitają i aż strach pomyśleć, co by było gdyby Was nie było. I przyzna to każda pani, która nie wstydzi się zgodzić z faktem, że z mężczyznami nam do twarzy. A Wam z nami, drodzy mężczyźni :)

Zaś wszystkim tym, którzy mają dzisiaj studniówkę, a wiem, że takowi są, życzę żebyście przetańczyli całą noc, nie upili się zbytnio (bo po co się zbłaźnić przy nauczycielach), abyście mieli co wspominać za kilka lat (zupełnie tak jak ja). I bez obaw. Studniówka nie jest potworem. Potworem nie jest też matura. Ba, nawet nie studia. Potworem nie jest nawet życie. Potwory tworzymy sami. Grunt by nauczyć się je okiełznać :) Mądralińska się znalazła ;)

Pozdrawiam Was weekendowo,

Wasza Scarlett.

Ergo… i sum i cogito.

Tak. Jestem. I myślę. I myślę. I jestem.

Podobno 13 stycznia jest bardzo ważnym dniem. I wcale nie chodzi o to, że mój fanpage na facebooku zdobył 101 polubień. Chociaż akurat wszystko fajnie się złożyło, bo mamy dzisiaj… ŚWIATOWY DZIEŃ KOSZULI. Droga Koszulo, chciałoby się rzec… służ ludzkości, nie obawiaj się żelazka i niech kołnierzyk zawsze Ci dumnie sterczy ;)

Prawda stara jak świat jest taka, że nie ma bardziej seksownego widoku niż facet w koszuli. Choć polemizowałabym, bo ukochany bez koszuli to też całkiem ciekawa opcja :P

Co więcej, kobieta w koszuli też może być dla mężczyzny atrakcyjna. Wyjaśniałoby to romanse szefów z sekretarkami?! Ale co ja tam będę dywagować o pracy… Poranek, kobieta krząta się po pokoju… w koszuli. JEGO koszuli. I tylko w koszuli ;) (nie wiem czy ktoś zauważy niuans, że kobieta krząta się po POKOJU, a nie po kuchni ;)). Myślę, że to całkiem przyjemny widok dla rozbudzonego męskiego oka ;)

Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie koszula to nie tylko elegancja, szyk, profesjonalizm. Ale też właśnie nuta pikanterii. Może nie TEŻ, ale ZWŁASZCZA. Szczególnie jeśli chodzi o koszule wytaliowane, idealnie dopasowane do sylwetki, a w zakładce „Zmysłowo” przecież już dawno doszłam do wniosku, że nie ma nic bardziej pięknego niż nonszalancko rozchylony kołnierzyk.

Ja się rozmarzyłam. Jeśli ktoś podziela moje zdanie to też się rozmarzy. I w tym oto rozmarzeniu Was zostawię ;)

Pozdrawiam, Wasza, zakochana w koszulach, Scarlett.

Scarlett i jej przypadki. Za jakie grzechy…

Pisząc ten tekst stwierdziłam, że zrobię sobie przerwę i obejrzę film pt. „Za jakie grzechy, dobry Boże”. Nie żałuję. Fenomenalny! Zaśmiewałam się do łez. A stereotypy w nim zawarte, są epicko pokazane. No i zawsze jest nadzieja, że można się dogadać, choćby z pozoru wyglądało to na mission impossible ;)

Ostatnio długo zastanawiałam się nad tym czy wyrzucić z siebie wszystko, co mam do powiedzenia, na temat tych moich nieszczęsnych niby przyjaciół i niby ukochanej kuzynki. Ale dobrze było się Wam wygadać. I jeszcze cudownie wsparliście mnie, za co jestem Wam ogromnie wdzięczna i teraz wiem, że warto było puścić ich wszystkich wolno. Nad dzisiejszym postem też się zastanawiałam, bo są to luźne wspomnienia. Kiedyś mnie straszyły, teraz mnie bawią. I jeśli miałabym się zastanawiać nad celami tego postu… To zapewne na pierwszym miejscu celem byłaby rekreacja. A nuż się pośmiejecie jakie to ta Scarlett miała historie w życiu. Też trochę ku przestrodze, bo strasznie trzeba uważać na ludzi. I też ku nadziei, że pomimo takich dziwnych historii, na świecie są też wspaniali faceci. Tak, kochane babki, to prawda. Wersja dla facetów: tak, to Wy jesteście wspaniali. 

To zaczynamy. Mężczyzn tych nie mogę nazywać po imieniu, bo licho nie śpi. Określeniami zwierząt czy też cyferek nie chciałam ich nazywać. Żal kogokolwiek i cokolwiek obrażać. Miałam nawet pomysł, by lecieć po przyrządach medycznych, ale za bardzo kocham medycynę. Po DSM czy ICD mogliby się zorientować ;) Wybrałam przypadki. Zawsze wolałam matematykę, a nie j. polski. Więc przypadki jak najbardziej. 

Ale halo, halo, Wy nawet nie wiecie o czym ja, tak na dobrą sprawę, chcę pisać. A chcę pisać o mężczyznach, którzy pojawili się w moim życiu przez pomyłkę. Są to tylko te dziwniejsze przypadki. Nie ma sensu pisać o wszystkich. Dzięki temu trochę mnie poznacie.

Do przypadków dodam jeszcze nazwy Czasownik i Przymiotnik, bo nawet w tym wypadku same przypadki się nie przydały ;)

Lecimy po kolei.

Mianownik.

Dla mnie mianownik to coś podstawowego. Jego przezwisko też oznaczało coś podstawowego. Może stad te skojarzenie. Nie byłam z nim, ale szczerze mnie irytował. Nie możesz jeść tostów, ciastków, pić mleka, robić tego, tamtego. Dupa rośnie. I w ogóle wszystko rośnie. Wiecznie się wymądrzał, ale nie dla mojego dobra, tylko by mnie zirytować. To były czasy gimnazjum, więc myślałam, że końskie zaloty już dawno za nami. Jakież było moje zdziwienie kiedy jego babcia powiedziała mojej mamie, że on nic innego nie robi, tylko w domu wychwala Scarlett. A mnie opierdalał aż miło. Jeśli tak wygląda miłość, to ja pasuję… No dobra, też czasami się na kogoś złoszczę, a tak naprawdę kocham go całym sercem. Ale są granice. Pewnego dnia miarka się przebrała, skasowałam go nawet na fb. Bo teraz, zamiast kulturalnie zepchnąć kogoś ze schodów, to usuwa się ludzi z portali. Ale z drugiej strony, po co mają zalegać na wypielęgnowanym profilu? Dla lajków?! Czy dla poczucia jaka to ja jestem lubiana i znana?! Wtedy on się zreflektował, zaczął mnie przepraszać. Przeprosiny przyjęłam, ale wszystko się skończyło. Teraz, gdy widzimy się na ulicy udajemy, że się nie znamy. Za to jego siostrzenica za bardzo mnie polubiła. Co mnie widzi, to się uśmiecha, zagaduje i robi śmieszne miny. No i masz…

Przestroga? I dla kobiet i dla mężczyzn. Jeśli kogoś kochamy, to dajmy mu to czasem do zrozumienia również dobrym słowem, a nie tylko wrzutami. I kasujmy z facebooka osoby, które są nam niepotrzebne. Bo po co trzymać drewno w lesie. 

Dopełniacz.

Dobrze się złożyło, bo to podobna historia do poprzedniej. Dopełniacz, mężczyzna, który dopełnia sobą kobiety w okolicy. Mówiąc konkretnie: zapładnia. Nie pamiętam bym miała z nim jakąkolwiek styczność. Ale nie o TAKĄ styczność mi chodzi. Ja z nim chyba nawet słowa nie zamieniłam. Może raz? Albo dwa? Sto lat temu? I o ile ja się nim nie interesowałam, to on mną a i owszem. I znów dowiedziałam się o tym w idiotyczny sposób, bo jego mama powiedziała o tym mojej mamie. Teraz na tę matkę patrzeć nie mogę. Na niego też nie. Podobno ostatnio spłodził kolejne dziecko. A ja tylko truchleję na samą myśl, jak te kobiety mogą być takie nierozsądne. I omijam jego samego i jego dom z daleka. A co. Może on rozsiewa plemniki w jakiś inny sposób? Bo nie wierzę jak te 4 czy 5 kobiet mogło się nabrać na takiego… takiego… byka rozpłodowego. Pomijając młode dziewczęta, starsze kobiety też wchodziły z nim w romanse. A on nawet urodą nie grzeszy. Ani pozycją społeczną. Ani charakterem. Takie rzeczy.

Przestroga? Unikajcie takich typów. Kto to wie, czy on w ogóle alimenty płaci czy cóś. Zostaniecie z dzieckiem i klops. I słuchajcie opinii innych na temat facetów. W każdej opinii jest nuta prawdy. Mężczyźni: słuchajcie też opinii na temat kobiet, bo jeśli z 10 osób mówi to samo, to odrobina prawdy w tym musi być.

Celownik.

Gdy w nocy sobie o nim przypomniałam, to aż mi się śmiać zachciało. Miałam wtedy może 17 lat, albo już 18. Wracałyśmy z przyjaciółką z urodzin, czy z jakiejś imprezy. I mamy taki zwyczaj, że zanim się rozstaniemy, to siadamy sobie na przystanku, który jest nieopodal mojego domu. A gdy już się nagadamy, to wtedy się rozstajemy rozchichotane. Nie inaczej było w tym przypadku. I nagle dosiadło się do nas takich dwóch. Mówili ile mają lat, ale kto by to pamiętał. Ja się bałam, że albo nas okradną, albo pobiją, albo zgwałcą. Po głowie mojej przyjaciółki chodziły te same myśli. Byli pijani, usiedli tak blisko, że bliżej się nie dało. Jeden miział moją przyjaciółkę po plecach i opowiadał bajeczki. Mój towarzysz był tak pijany, że ledwo siedział i pamiętam tylko jego nos, bo o mało a by nim we mnie wcelował. I stąd celownik. Myślałyśmy, że szybko się znudzą. Tak się jednak nie stało. Ale w końcu się wyrwałyśmy, obeszłyśmy osiedle jeszcze raz, żeby nie wiedzieli gdzie mieszkamy i poszłyśmy do domów. Ale stracha miałyśmy, bo wiadomo gdzie to się mogło zaczaić…

Przestroga? Jeśli intuicja od razu podpowiada Wam, by zwiewać to zwiewajcie. Nie ma w życiu czasu, by tracić go na takich palantów, którzy nic sobą nie reprezentują… no chyba, że procenty.

Biernik.

Ach, to w miarę świeża historia. Biernik… bo książę biernie czekał na księżniczkę. Chociaż nie biernie… Przecież wokół omamiał inne. Biernik był moim przyjacielem. Nawet nie wiem jak się zaprzyjaźniliśmy. Miły, sympatyczny, dobrze ubrany. I spełniał wszystkie zachcianki… wszystkich dookoła. Był nawet taki okres w naszej krótkiej historii, że mi płacił. Nieważne za co. I nie jest to to o czym myślicie. Ani to drugie też nie. Wszystko chyba by trwało, gdybym… albo wreszcie zgodziła się na seks, albo nie wykryła, że w czasie kiedy ze mną nie rozmawia, interesuje się wszystkimi kobietami dookoła. Co mu zgrabnie wygarnęłam. Nie miał nic na swoją obronę. I przyjaźń jak szybko się zaczęła, tak się skończyła. Z niego to taka męczydupa była. Ostatnio podchwyciłam ten tekst i nawet bardziej mi pasuje niż melepeta. Melepeta to takie słodkie coś jak dla mnie, a męczydupa wręcz przeciwnie. Nie dość, że był nudny, to wiecznie gadał tylko o jednym, a jak chciało się go zapytać o zdanie, to niewiele miał do powiedzenia. Taki zły nie był, bo jak coś chciałaś/chciałeś to leciał na złamanie karku i w mojej obecnej sytuacji szofera z chęcią bym przygarnęła. Ale za te wszystkie uciążliwości… Wolę już sama sobie radzić.

Przestroga? Czasem ktoś się chce z nami zaprzyjaźnić, bo tak naprawdę szuka czegoś innego. Miłości? Naiwności? Wyręczenia w czymś? A samo to, że ktoś jest miły… Czy to wystarcza? W momencie gdy aż zawiewa fałszem?

Narzędnik.

Podobna męczydupa. Narządnik powinien się nazywać. I nie chodzi tu o to, że namawiał mnie do sprzedaży nerek. Było wszystko pięknie ładnie… przez pół roku. Jedliśmy sobie z dziubków, i to dosłownie. Potem dowiedziałam się, że on ma przedziwne skłonności. Że kochał się z kimś w krzakach, z kimś innym w przebieralni, w toalecie miejskiej… Opowiadał mi to z takim zapałem, że aż trudno było uwierzyć. Potem mnie do tego gorąco namawiał wysyłając mi fotki swojego penisa. No nie bójmy się użyć tego słowa. I o ile na początku mnie to bawiło, to potem zostaliśmy tylko przyjaciółmi. Przyjaźń mi pasowała. Lubiliśmy gadać godzinami, potrafił mi pomóc itd. Gdy był w związku, to jeszcze jakoś nam się przyjaźń układała. Jednak gdy związek się kończył, on zawsze wracał do mnie i znowu wysyłał swoje narządy. Nie wiem, jakbym ja penisów się w życiu nie naoglądała i musiał mnie czymś zachęcić. Szkoda, że tak mało miał do zaoferowania… Sytuacja powtarzała się przez kilka dobrych lat, bo ja naprawdę wierzyłam, że on się zmieni i to będzie kiedyś czysta przyjaźń. Ale na szczęście wszystko się skończyło. Bo wreszcie zmądrzałam.

Przestroga? Wiejcie… No chyba, że lubicie porno. Dużo i często.

Miejscownik.

Bo znajdzie Cię wszędzie i o każdej porze. Jego to nawet z imienia nie pamiętam :D Poznałam go idąc ulicą. Niegroźny, choć dziwnie świdrował rozmówcę oczami. Pytał o drogę gdzieśtam. Kulturalnie odpowiedziałam, że nie wiem. Przewodnikiem turystycznym nie jestem. Wywiązała się krótka rozmowa, po której on stwierdził, że dobrze nam się gada. Bo dobrze nam się gadało i nawet brzydki nie był. Wręcz wtedy w moim typie. Wymieniliśmy się telefonami. Po chwili zaczęły przychodzić do mnie SMSy. Że jestem atrakcyjna, bla bla bla i kiedy ta kawa. O ile to było w miarę normalne, potem zaczęły się pytania… czy noszę czasem mini, czy często chodzę w legginsach, czy ubieram majtki. Już zapaliła mi się czerwona lampka. Ale myślę przestanę odpowiadać, to się odczepi. I tak by było. Jednak pech chciał, że chyba po około dwóch tygodniach idę kulturalnie po schodach do mojego domu. Nagle ktoś staje autem, zagradza mi wejście do drzwi i pyta o kawę. Spojrzałam na niego, ciśnienie mi wzrosło ze strachu (ale to dobrze dla hipotonika). Powiedziałam prawdę, że te jego smsy nie przypadły mi do gustu i nici z kawy. Coś tam jeszcze pomarudził i odjechał. Uf. Jednak przez kolejny dzień miałam dziwną manię prześladowczą… Nie polecam.

Przestroga? Nie podawajcie numeru telefonu byle komu.

Wołacz.

O! Długo się zastanawiałam, czy wrzucić go do jednego worka z tymi dziwnymi mężczyznami. Bo nasza miłość trwała dosyć długo. I był dla mnie bardzo ważny. Ale toksyczny. Mimo wszystko. Chciałam go nazwać mammografem, gdy myślałam o medycznych terminach, bo nasza miłość zaczęła się od moich piersi. Zanim poznał mnie, poznał je. Nie pytajcie jak to się stało, no ale sobie pomacał. Co ja poradzę. Tłok był. Potem na niego spojrzałam. Taki przystojny. Uosobienie męskiej atrakcyjności. Bujne ciemne włosy, śniada cera, hollywoodzki uśmiech, szare oczka, pełne usta, duże dłonie. Konie kraść… Po jakimś czasie się poznaliśmy. Okazało się, że nie tylko pisze piękne wiersze, ale też jest wokalistą. Przegadywaliśmy całe noce. Tak uroczo dopieprzał się do moich opisów na GG. Sielanka trwała z rok. O rok za dużo :D Potem wszystko przestało mu się podobać. Moje studia, mój sposób na życie, moje poglądy… I kłótnia i koniec znajomości. I duma. Ale potem kulturalnie się przeprosiliśmy, powiedzieliśmy sobie kilka ciepłych słów. I nadal marzyłam o tym, że jak się rozwiedzie to będziemy kiedyś razem :D Nie, spokojnie, ja go poznałam zanim pobrał się z nią. Nie żebym rozwalała małżeństwa. To nie mój kochanek. Mój Kochanek, to tylko kochanek z nazwy, a nie ze stanu cywilnego. Ostatnio widziałam tego mojego Wołacza. Spojrzał mi głęboko w oczy, ja jemu. On coś krzyczał do kogoś, ja do kogoś. Bo my zawsze lubiliśmy wokół siebie robić dużo hałasu i zamieszania. I widziałam, że on się bardziej wkurzył na mój widok. A ja? Nie poczułam totalnie nic. No, może dumę, że wreszcie nic do niego nie czuję. I nawet jak się rozwiedzie, to wiem, że nic z tego nie będzie.

Przestroga? Bajka nie zawsze jest bajką, a może zamienić się w koszmar… Szkoda tracić czasu dla facetów, którzy zaniżają Twoje poczucie wartości. Od razu mogła mi się zaświecić czerwona lampka, bo te jego cięte riposty, ta ironia… ale kobieta zakochana ma klapki na oczach. Jednak mimo wszystko miło wspominam tamte chwile. Był długo moim ideałem. Po nim zakochiwałam się na krótko, na chwilę, niestabilnie. Ale pozostała mi miłość do wokalistów. I tych, którzy lubią gadać mądre rzeczy. I pisać do mnie po nocach. Ach. 

Czasownik.

O czasowniku mogłabym mówić długo. Bo poznałam go wtedy, kiedy czekałam na kogoś innego. Dla urozmaicenia napiszę Wam historyjkę. To była wiosna jak każda inna. W dzień słońce ocieplało nawet najzimniejszy metal, za to noce były do głębi chłodne i ponure. I właśnie w taki wieczór wyszłam na spacer. Zanim jednak wyszłam, ubrałam się pięknie, zrobiłam pełny make-up. A co! Choć wiedziałam, że wtedy nie mogłam już na wiele liczyć. Przecież się pokłóciliśmy i oboje wiedzieliśmy, że od tamtego momentu nic nie będzie takie same. Mama jeszcze na odchodnym rzuciła: znając życie, on będzie tam na Ciebie czekał. Nie wiadomo czemu to powiedziała. Może tak jak ja czuła, że to coś między nami, to zdecydowanie coś więcej, dużo więcej niż oczekiwaliśmy. A ja na odchodnym powiedziałam: wiem, dziś spotkam miłość swojego życia. I wyszłam. Słońce powolutku zachodziło, ale było jeszcze wystarczająco ciepło. Po drodze widziałam wielu podobnych do niego. Jakby na akord w tę okolicę zjechały się wszystkie jego sobowtóry. Co więcej, czułam go. Czułam go i czułam się dzięki temu bezpieczna. Po krótkim spacerze przysiadłam na ławce. Ściemniło się, zrobiło się chłodno, ale mi to nie przeszkadzało. Zatopiłam się w swoich myślach. Przed moimi oczami kilka razy przeparadował dziwny facet. Znałam go z widzenia i obawiałam się, że w końcu podejdzie i czegoś ode mnie będzie chciał. Czego mógł chcieć? Zapewne się umówić. No przecież. Bo to cudowna ironia. Wreszcie ten facet usiadł kilka ławek dalej. A ja mogłam myśleć o wszystkim, co się wydarzyło. Zastanawiałam się czy coś naprawić, czy zostawić wszystko swojemu biegowi. Uroniłam kilka łez, bo życie było takie niesprawiedliwe. Choć momentami uśmiechałam się do swoich myśli, bo przecież jeszcze z miesiąc temu uważałam, że pora skończyć tę chorą miłość, a raz po raz do niej wracałam. Gdy już pobiłam się z własnymi myślami, gdy odzyskałam względny spokój, i jakie to przyziemne: gdy zgłodniałam i zachciało mi się spać, wstałam. Nagle ktoś za mną krzyknął. Okazało się, że ten facet nadal tam siedział. Było ciemno, ponuro, tylko on i ja na odludziu. Zimno. A on się pyta, jak gdyby nigdy nic, czy umówię się z nim na kawę, a może teraz pójdę z nim na spacer…? Bo wie, że bywam tu często, już nie raz mnie widział. Nie wiedziałam, uciekać czy zaśmiać mu się prosto w twarz. Co mówiłam wychodząc z domu? Że spotkam miłość życia? O ironio. Nie chciałam być chamska i wredna, przecież zawsze taka byłam. Powiedziałam, że się zastanowię, ale nie podałam swojego numeru. Na drugi dzień znów go spotkałam. Dałam mu kosza. Nie wiem po co wcześniej dałam mu nadzieję. Chociaż wiem, myślałam że go już nie spotkam i nie będę musiała kolejny raz dawać komuś kosza. Jednak po tym wszystkim, wracając do domu, uciekając od kolejnego idioty, w myślach pogratulowałam mu jedynie odwagi. Bo ci faceci naprawdę byli odważni, że śmieli zagadać do totalnie obcej kobiety. Jeszcze z takim żałosnym tekstem. I podziękowałam Bogu, że ten, kogo wtedy tak kochałam, jest po prostu normalny. Taki najnormalniejszy. Dziękuję za to, że byłeś w moim życiu choć przez chwilę. Przez chwilę, bo to chyba nie był nawet cały rok. Jakkolwiek to wszystko, co między nami było, było nierealne, to przynajmniej czułam się bezpiecznie. Jak nigdzie. Dziś gdy Cię widzę, nadal czuje ciepło na sercu, choć nie jesteś już mój. Chciałabym kiedyś minąć go tak jak ostatnio swojego Wołacza… podnieść wysoko głowę, wypiąć pierś i stwierdzić, że to była miła przygoda, ale jak dobrze, że już nic do niego nie czuje. I ten uśmiech, bo już wiem, że ta historia jest definitywnie zamknięta. Jednak potrzebuję czasu. Bo jak już go spotkam, nie będzie odwrotu. Będę musiała podjąć decyzję. Albo ciągnąć to dalej, albo usunąć się w cień na zawsze. A boję się, że wniknę w mgłę jego oczu i już nigdy się stamtąd nie wydostanę. Najgorsze, że wiem, że on czeka i będzie czekał. I pójdę kiedyś, być może w to samo miejsce i on tam będzie. Wiem to. Ale jak skończy się ta historia? Pokaże czas, życie, los i miłość. Która póki co pięknie trwa. A Czasownik ponoć ma ostatnio jakieś problemy psychiczne. Mam tylko nadzieję, że nie przeze mnie.

Przestroga? Ciężko mi być obiektywną… W końcu on dał mi do zrozumienia, kto jest dla mnie ważny. Jednak, hm, nie dawajcie nadziei, jeśli wiecie, że i tak ją komuś odbierzecie. Może nieświadomie go skrzywdziłam? Może zraniłam jego uczucia? 

Przymiotnik.

Bez przymiotów. Spotkałam go na swojej drodze po obalonej cytrynówce. Mam ogromnie mocną głowę, więc stwierdziłam, że idę na spacer. I poszłam. Było duszno, ale bez przesady. Byłam na rauszu, więc było mi wszystko jedno. On. Łysiejący, grubo ode mnie starszy, facet bez perspektyw. I zagaduje, że mnie obserwuje od jakiegoś czasu. Że to i tamto, że musiał zagadać. Chapeau bas. I że mnie podprowadzi kawałek. Nie dałam numeru, nie pozwoliłam zobaczyć domu. Uczę się na błędach. Na pytanie co robi w tym mieście powiedział… że tylko mieszka. Jakie to żałosne. Był tak nudny, gadał tylko o pogodzie. Że mu gorąco i za gorąco. Widziałam go potem dosyć często, kończyło się na cześć. Dziwny. Niby zagadał, a potem w ogóle się nie starał…

Przestroga? Jeśli Wam na kimś zależy to walczcie! Bo cóż to za pierwszy krok bez dalszych starań?!

Teraz widzę ile razy to właśnie ja olewałam facetów. W drugą stronę rzadko się zdarzało. Mnie tylko olewają przyjaciele :D Nie ma co się śmiać, to nawet smutne. Ale prawdziwi przyjaciele by nie odchodzili. I to akurat pocieszające :)

Wiem też, że w powyższych sytuacjach nie zachowywałam się idealnie. Bo powinnam od razu wyznaczyć granice, od razu zwiewać, od razu stawiać sprawę jasno, bądź co tam jeszcze. Żeby to nie wyglądało tak, że oczerniam wszystkich wokół, a sama zgrywam świętą. Nie. Doskonale wiem, gdzie popełniłam błędy. I już je wypleniłam ze swojego schematycznego działania.

Jeśli chodzi o wnioski z tego wpisu… Macie je w dużej mierze w przestrogach. Ale chyba najważniejszy wniosek jest taki: doceniajcie swoje życie, swoje związki, to co macie. Moje historie teraz brzmią bardzo lekko i z humorem, bo wszystko działo się dość dawno temu. Ale w samym momencie tych zdarzeń… nie zawsze było pięknie i kolorowo.

Z podziękowaniem dla Panów, którzy otworzyli mi oczy na wiele spraw.

Scarlett. 

Od rana mam genialny humor!

Czy ja przypadkiem wczoraj wieczorem zawodziłam jak to tęsknię za dawnymi czasami…? Czy myślałam o facecie, który milczy? Było coś, no nie? :D I może nadal zastanawiałabym się dlaczego mam takiego pecha, gdyby nie chłopak, który dzisiaj do mnie z rana napisał. Myślę, że nie będzie zły, jeśli wkopiuję tutaj jego wiadomość. Uwaga. Zaczynam. Żeby nie było, w oryginale. Bo po angielsku to jakoś mniej tanio brzmi ;)

you are a beautiful girl
all men dream to have a wife like you
all men dream a great love with you
all men dream to have a beautiful babies with you
all men dream a lovely family with you
you are beautiful girl
you are very beautiful girl

Myślę, że tłumaczyć nie trzeba :D Jakie to proste, a jak sprawiło, że się śmieję. Zawsze wiedziałam, że wszyscy mężczyźni mnie pożądają. A co! :D

Życzę Wam pogodnego dnia! Zarówno odnośnie aury zewnętrznej, jak i w serduszku.

Pozdrawiam, Wasza roześmiana Scarlett ;*

Grześki to fajne chłopaki! Na swój sposób…

Czasem mam wrażenie, że nasze imiona, to nie tylko zwykły ciąg liter, ale wręcz z góry określają nasze cechy charakteru, czy też temperamentu…

Na przykład taki Grzegorz. Uwierzcie, wszystkie Grześki mojego życia były takie same. Pewne siebie, czasem aroganckie, w gorsze dni były zamknięte w sobie. Pozerzy. I w dodatku nieodpowiedzialni. Na swój sposób inteligentni, z poczuciem humoru. Dziwni byli :D Przypomniał mi się Grzesiek z podstawówki… To był agent… Grzegorz, były niedoszły mojej przyjaciółki z pozoru też był fajny. Więc się zgadza. Ostatni Grzegorz tylko potwierdził tę regułę…

Miałam już poukładany misternie plan, wszystkie ścieżki na mapie mojego życia skrupulatnie oznaczone. A ten, dwa tygodnie przed całą akcją mówi, że do Wawelu będzie jednak 12 minut. Mówi się trudno… Ma chociaż plusa za „Szanowna Pani Scarlett…” Bo nikt tak pięknie dawno do mnie nie mówił. I jeszcze użył mojego imienia, to już w ogóle. Chociaż ani ze mnie szanowna, ani pani, ani tym bardziej Scarlett :D Co nie zmienia faktu, że i tak mi podpadł. Ale powiem Wam też, że Grześki mają to do siebie, że nie sposób się na nich gniewać. Bo co za różnicę robi mi 12 minut. I dwa pokoje, a nie jeden z pięterkiem…? Grunt, że się stara. W końcu jego w tym interes. A ja mogę spać spokojnie, bo wreszcie wszystko jest załatwione. I Kraków coraz bliżej. I serce rośnie. Kto by pomyślał, że tak pokocham Kraków, którego tak niegdyś nienawidziłam… Może znajdę tam też miłość ;) Co ja mówię, to na pewno… ;) Na pewno, miłość do muzyki! ;)

A pytanie do Was… Też zauważacie, że osoby o tych samych imionach mają kilka cech wspólnych? Czy to tylko moje zboczenie?

PS. Pozdrawiam Was i wypatrujcie pięknej jesieni! Choćby w Krakowie. :)

Narzekająca optymistka i jej ody do ludzkości

Wstałam. Obolała. Niewyspana. Gdzieś kwiczy jakiś kot. Jaki kot?! Ach, to moja mała sąsiadka się obudziła… Za oknem mokro i zimno. Jeszcze telefon mi się rozładował. Cukier chciałam włożyć do lodówki. Mam dostać dzisiaj okres. I data na kalendarzu krzyczy TRZYNASTY! I co z tego, że nie piątek… I tak źle się kojarzy. Co ja miałam powiedzieć wczoraj… Dwunasty kojarzy mi się jeszcze gorzej…

Coś mi się wydaje, że dzisiaj jest idealny dzień dla tych, którzy uważają, że są optymistami. Czyli że niby dla mnie… Spojrzałam na to wszystko wokół bardziej pozytywnie. I wiecie… Dobrze, że taki dzień, kiedy spadają na Ciebie wszystkie nieszczęścia świata zdarza się tylko raz na jakiś czas. To mnie podniosło na duchu. Nie chcę być nudna w tym swoim optymizmie. Nie chcę być też jakimś nierealnym tworem, bo wszyscy zaczną czekać, kiedy wreszcie się złamię i powiem, że życie jest do bani. Dlatego zacznę narzekać. Właśnie dzisiaj.

I wiecie co mi się nie podoba? Na przykład ludzie, którzy nigdy nie kibicowali Polakom, wystrzegali się wszelkich meczów, aż tu nagle są ogromnymi fanami piłki… Ciekawe co robili w chwili, gdy naszym nie wiodło się najlepiej. I mam prawo w tej kwestii narzekać, bo jestem typową kobietą, która wie czym jest chociażby spalony. Ja oglądałam te porażki jeszcze kilka lat temu. Ryczałam, ale wierzyłam, że kiedyś się odkujemy. I proszę… Nigdy nie zapomnę Euro 2012. Szczęsny dostał czerwoną kartkę. Wchodzi za niego Tytoń. Obroniony karny. Matko, takich emocji się nie zapomina. Oczywiście potem było tylko gorzej, ale się zrehabilitowaliśmy. A gdzie byli ci wielcy fani? Bóg jeden wie…

Dobijają mnie też osoby wiecznie narzekające na pogodę. Coś w stylu: wstałam rano i patrzę za okno, a tu śnieg. O matko, taką pogodynką to i ja być potrafię. Pełno tego w Internecie… Tylko po co się dobijać…? To żadna anomalia pogodowa, bo klimat się przecież cały czas zmienia. Wstaną tacy jedni z drugimi za 20 lat i się zdziwią, bo w ogóle zimy nie będzie. A ja tęsknię na swój sposób za trzaskającym śniegiem i za mrozem. Ma swój urok taka biała kraina…

Co mnie jeszcze denerwuje…? Ostatnio ludzie, którzy odzywają się tylko wtedy, kiedy czegoś chcą, a tak po prostu nie zapytają, co tam u mnie. I vice versa. Nie będę dla innych słodka, skoro oni są gorzcy.

Wkurza też mnie fakt, że niektórzy potrafią tylko narzekać. Ja narzekam, bo… tak :D Tak to jest gdy trafi się wolny dzień. Nie mam zaległości w Imperium Miłości, we Wspaniałym Stuleciu, w Pamiętnikach Wampirów. Więc nie ma co odciągnąć mojej uwagi. Choć przyznam, że książka Ja, diablica coraz bardziej mi się podoba. Tematyka w sam raz na jesień. Zabawna i taka nierealna. A Piekło takie piękne. I Kleo. Nie ta przez C od Donatana, do której mnie kiedyś porównywano, tylko Kleopatra ;) Więc chyba wracam do książki… Ale zanim…
 
Muszę Wam przyznać, że ostatnio jestem zafascynowana tymi dwoma powyższymi serialami rodem z Turcji. Obydwu nie oglądałam od początku, bo sobie pomyślałam o jednym: o matko, jaka maskarada, a o drugim: o matko, jakie to nudne. Te seriale mają to do siebie, że jest dużo przestojów, akcja nie jest jakaś specjalnie wartka. Duże znaczenie mają pojedyncze gesty, spojrzenia, mimika. I coś mnie w tym urzekło. Intrygi są perfekcyjne. Kobiety piękne. Mężczyźni… no, powiedzmy, że przystojni na swój sposób. I miłość. Tak złożona jak nigdzie. Fakt, że Sułtan tak kocha Sułtankę, choć jej brakuje wiele do idealnego charakteru… Zaś w Imperium ciągle coś przeszkadza miłości głównych bohaterów. A ja skupiam się na rudej długowłosej, która zakochała się w mężczyźnie od pierwszego wejrzenia. Potem cały czas o nim marzyła. I mdlała za każdym razem gdy był blisko :D Aż ich drogi znów się skrzyżowały, tylko, że teraz ona jest już mężatką, on ma żonę. Ale sposób w jaki ona wodzi za nim wzrokiem… Jak on mówi jej, że ją kocha, ale ta miłość jest niemożliwa… Na tle wszystkich innych seriali, te dwa (plus moje niezmiennie ukochane Pamiętniki Wampirów) wyróżniają się i to dosyć mocno. Na ten czas. Bo oglądałam już wiele seriali, które też mnie urzekły. Ale póki co, te w zupełności mi wystarczą.
 
Co do seriali… Zadano mi kiedyś pytanie co ja widzę w serialach, filmach i książkach o wampirach, aniołach, wilkołakach, diabłach… Może oswajam bestie? A tak naprawdę pokazują one, że ważna jest przyjaźń, miłość, że wszystko jest możliwe. I ważne jest to, po jakiej stronie się stoi. Istotne jest dobro, którego moim zdaniem, cały czas brakuje…
 
Sama chyba jestem czarownicą, więc nie ma co się dziwić moim zamiłowaniom. Mam dobrze rozwiniętą intuicję, tylko nie zawsze się w nią wsłuchuję. Miewam prorocze sny. Nigdy nie zapomnę jak jechałam autobusem. Zasnęłam. I przyśnił mi się wypadek. Obudziłam się, a chwilę potem wypadek miał autobus, który jechał przed nami. Zdarza się, że wiem kogo spotkam danego dnia, wiem kto jak się będzie do mnie odnosił. Moja mama w tym wszystkim jest jeszcze gorszą czarownicą, bo nie ma moich zdolności, ale za to, umie siłą woli powodować wypadki. Po prostu, ktoś zalezie jej za skórę, ona rzuci w myślach na niego stek wyzwisk (pardon, ona nie klnie…), w każdym razie rzuci jakieś klątewki w związku z tym, żeby temu chamowi się coś stało. No i na drugi dzień, ten ktoś przychodzi do pracy np. z ręką w gipsie. Udała mi się taka sztuczka tylko raz. I więcej nie próbuję. A mama chyba dalej knuje od czasu do czasu.
 
No ale żebyście myśleli nadal o mnie dobrze, bo nie dość, ze ponarzekałam, to wyjawiłam swój sekret, że jestem czarownicą, to jeszcze chcę dodać Wam wierszyki dwa. Poprosiłam moją kuzynkę by podała mi dwa zestawy słów. Byle jakich, dosłownie: od czapy. I tak powstała oda na część kobiety i druga, na cześć mężczyzny. Zapraszam!
 

O kobiety tego świata
Pragnie Was każdy mężczyzna
I ten podobny do Dawida i ten do Goliata
I karabinier który też Wam wdzięk przyzna
Walka o Was trwa nieprzerwanie
Każdy facet chce mieć Was w swoim klubie
Czy to Zosię, Ulę, Anię
Czy też Scarlett, ot się chlubię
Wasze usta są jak truskawki czerwone
Oczka niczym dwa w pełni księżyce
Każdy mężczyzna wziąłby taką za żonę
Zaśpiewał piosenkę i namieszał w metryce
Do tego piękne zdjęcie z rączki
Daleka podróż z któregoś lotniska
Podniebne loty latawcem, rozległe łączki
I nowe klosze w lampach i siedziska
Więc kobiety wiedzcie, że jesteście cudowne
Kochają Was wszyscy dokoła
A przed Wami życie dorodne
A przed Wami życiowa szkoła

 
O mężczyzno władco tego świata
Twoje życie niczym bajka szczęśliwa
Rzesze kobiet wokół Twego gniazda lata
Choć żadna z nich niezbyt spolegliwa
Masz więc władzę, pieniądze, siłę
Wokół ptaszynki się przymilające
Wolność, niezależność – to miłe
I łeb jak sklep oraz znasz słowa wymijające
Lecz tak naprawdę to, co masz w sercu jest sekretem
I nie jest to żadne zaburzenie
Przy sobie chcesz mieć tylko jedną kobietę
Choćby milion innych przyprawiało Cię o drżenie
Czasem trudno z Tobą żyć, jak z pacjentem chorującym na migdały
Coś przeszkadza, coś nie pasuje, coś wadzi
Jednak kochamy Cię za to, że w uczuciach jesteś stały
Żadnej zemsty nie ma nawet sensu prowadzić
Więc mężczyzno, pamiętaj jesteś królem
Jesteś władcą i panem na tym świecie
Lecz wiedz jakim to było okraszone bólem
I że wszystko zawdzięczasz kobiecie
 
 

I to by było na dzisiaj tyle. Dobrego dnia robaczki moje!

Wasza Scarlett!

S(k)utki współczesnego społeczeństwa!

Postanowiłam sobie dzisiaj nie zważać na język, więc będzie wulgarnie, nie po polsku i kontrowersyjnie. A co! Wolno mi!

Czasy, w których przyszło nam aktualnie żyć, są bardzo dziwne. Naprawdę. Niby wszędobylski brak cenzury pozwala każdemu na bylejakość wypowiedzi, nie zważając na panujące obyczaje. Często nawet przeklinanie w telewizji nie jest cenzurowane, bo to przecież słowa jak każde inne. Tak więc, każdy może mówić, to co chce, jak chce i jest ekspertem od wszystkiego – począwszy od sportu, kończąc na gotowaniu. Jednak jak się okazuje, co wolno przysłowiowemu wojewodzie, to nie Tobie… wyzwolona kobieto. Od wieków walczymy o emancypację, ruchy feministek mnożą się i pączkują, wierzymy, że doczekamy czasów, kiedy wreszcie będziemy zarabiać tyle, co mężczyźni. Płonne nadzieje, w momencie, kiedy nie możemy pokazywać chociażby własnych sutków…

Wczoraj widziałam starszego pana, który jechał na rowerze, bez koszulki, z nagim torsem, z siwymi kędziorkami na zapadniętej klacie. Ciekawe co by było, gdyby na takim samym rowerku jechała kobieta topless. Zapewne zgorszenie i naruszenie moralności. Tylko dlaczego?! Przecież niektórzy mężczyźni mają większe cycki niż niejedna kobieta… I to jest okej. Oni mogą pokazywać się w zbyt ciasnych slipkach, mieszając swoje klejnoty w miejscach publicznych. I to jest okej. Pewnego razu szłam Bulwarami Wiślanymi w bluzce z głębokim dekoltem, to jeden facet stwierdził, że go aż poraziło. Może i był to komplement, ale mi nie przypadł on do gustu, tym bardziej, że moje piersi nikogo swym blaskiem oślepiać nie zamierzały. Nie daj Boże, jeśli my, kobiety, na ulicy chciałybyśmy lekko odchylić palcem stringi, które piją nas w tyłek… Toż to przecież ohydne. Tęgi facet się nie przejmuje i wywala swój brzuchol gdzie popadnie. I to jest okej. Tęższa kobieta zaś zakrywa się jak może… Gdzie tutaj równouprawnienie? Czy my musimy być zawsze piękne, a mężczyźni mogą się zapuszczać? Przepraszam, ale tak odbieram to, co się wokół mnie dzieje. Nie oceniając nikogo z Was. Więc mam nadzieję, że nie dotknę męskiej części, która tutaj i tak rzadko zagląda. Nie twierdzę wcale, że te chore zasady wymyślili mężczyźni. Nie wiem kto to wymyślił, ale gdybym go/ją spotkała, to byśmy sobie pogadali… A coś mi się wydaje, że to sprawka kultury. Piękne modelki bez skazy dzięki Photoshopowi, mężczyźni drwaloseksualni czy drwalopodobni… Dobra, odbiegam od tematu, a tu przecież o piersi chodzi. I niestety, nie o te wyzwolone i wyluzowane, z kurczaka (jakoś piersi z kurczaka pokazują publicznie! z kury też! nawet wymiona krowie…). Ale zauważacie, w komediach romantycznych, kiedy jest już po wszystkim, para leży obok siebie, zmęczona od udawanego orgazmu… i mężczyzna świeci nagą klatą, a kobieta jest przykryta narzutą lub kołderką… Może rzeczywiście to aktualna kultura, która, notabene, narzuca takie a nie inne schematy zachowań. Potem, drodzy moi, nie dziwmy się, że większość ludzi woli się kochać przy zgaszonym świetle, skoro wszystko jest takie okropne i niewarte oglądania, a nawet siejące zgorszenie!

Inny przykład. Moja znajoma ma salon tatuażu i piercingu. Wyobraźcie sobie, że wrzuciła na Fb fotki pary, która przekuła sobie sutki. Facebook sutki mężczyzny zaakceptował, jednak kobiecych już nie… i usunął zdjęcie… Co jest takiego w sutkach męskich czego nie ma w kobiecych lub odwrotnie?! Tylko to, że kobiety to Matki Polki i mają mleko w gruczołach?! Toż to chyba piękne?! Wykarmiłyśmy niejednego przywódcę państw, z właścicielem Facebooka na czele… Czyż nie?

Co do mleka, nawet karmienie piersią w miejscach publicznych budzi odrazę i biedne mamy muszą iść z dzieckiem do toalety. Jakoś nie wyobrażam sobie jedzenia w kiblu… Nie wiem jak Wy…? Rozumiem, jedzenie trafia przez jamę ustną, wędruje przez cały przełyk, żołądek, jelita, aż wybywa z naszego organizmu poprzez odbyt… Więc jakaś ciągłość pomiędzy jedzeniem a toaletą jest. Ale ja nic w tym smacznego nie widzę. I dziecko, gdyby mogło mówić, też zapewne by się sprzeciwiło…

I jeszcze jedna strona medalu. Ten nasz medal chyba jest w trójwymiarze, bo tyle wątków dzisiaj poruszyłam ;) Umieszczanie zdjęć dzieci w Internecie. Nagich zdjęc. To się mnoży na potęgę. Nagie dzieci są wszędzie. I potem mamy się dziwić, że rośnie zainteresowanie pornografią dziecięcą. Oczywiście mamy są oburzone, bo tak ogromne mają parcie na pochwalenie się swoimi golutkimi pociechami. Drogie mamy, to może same wystawicie tyłeczek i pokażecie go światu? Przecież tyłek to tyłek. Co z tego czyj… Sama mam w albumie nagie zdjęcia z okresu kiedy byłam niemowlakiem i podczas ostatniej dyskusji z moją mamą, nawet ona stwierdziła, że gdyby wtedy istniał Facebook, to nigdy by ich nie wrzuciła. Nie ze względu na to, że mam brzydką pupę, bo jest prześliczna, ale na to, że tak nie wypada. Właśnie, nie wypada! A uwierzcie, nawet psychologowie wrzucają fotki nagich dzieci. Wiem, bo to są również i moi znajomi. Mądry sąd w Portugalii, który wreszcie zajął się tą sprawą i skierował ją na światło dzienne! Choć wątpię, że ilość takich zdjęć się zmniejszy, a pan Trynkiewicz i spółka nadal będą mogli bezkarnie ściągać sobie pornografię dziecięcą. No dobra, ale i tak nagie dzieci są, póki co, okej. Nie w moim mniemaniu, ale chociażby w zamyśle portali społecznościowych. A kobiece sutki nadal są zbanowane. W czym nie pomagają choćby akcje o pięknym tytule „Uwolnić sutek”.

Kiedyś było inaczej. Teledysk (duże słowo: teledysk… no ale, jak na tamte czasy…) do piosenki „Chałupy, welcome to”… Tam cycki świecą w większości kadrów za panem Wodeckim. I nie tylko cycki, bo gołe tyłki też. I jakoś nie było problemu… Ba! Adam i Ewa też nie zgorszyli Boga swoją nagością. Przecież goluteńkich ich Pan Bóg stworzył. Dopiero oni, ubierając się, sami sobie narobili problemów.

Także moim zdaniem powinno się wyciągnąć s(k)utki z tego wszystkiego, co się teraz dzieje, a szczególnie z cenzury. Choć wiem, że jestem nikim, by mieć takową władzę. Moja teoria jest taka, że kobiety to dostojne damy, matki, kobiety które powinny cieszyć się szacunkiem, a nie świecić piersiami, dlatego też są na cenzurowanym ;) A mężczyźni… Niech mają. Więc Panowie, pierś do przodu! … bo skoro Paniom nie można…

PS. Jest to wpis trochę inny niż wszystkie. Ale cieszę się, że taki powstał. Bo ja, jak to ja, mam wiele odcieni i akurat taki, dzisiaj, ujrzał światło dzienne. Może Wy inaczej patrzycie na to, co się teraz dzieje? Czekam na Wasze spostrzeżenia!

Wasza, zbulwersowana, z uwięzionymi piersiami, Scarlett.

PS’. Co do uwięzionych piersi… Zauważyliście jak niewiele jest kobiet chodzących na co dzień bez biustonosza?!

PS”. A co do piersi w ogóle, myślę, że to też dobry moment by namówić Was do ich badania. Panowie, pomóżcie Paniom, Wam jeszcze łatwiej jest wyczuć wszelkie zmiany u swoich kobiet!

I tak, post kontrowersyjny, przemienił się w prozdrowotny ;)

Pozdrawiam!

O sercach, które grają wspólną melodię…

Jestem fanką pytań coachingowych. Niełatwo się na nie odpowiada, bo z reguły trzeba przeanalizować wiele różnych spraw, celów, do których dążymy, naszych odczuć, emocji. Nie jest prosto, ale czymże byłoby moje życie bez nieustannego rozwoju?!

Ostatnio natknęłam się na banalne pytanie CZYM DLA CIEBIE JEST MIŁOŚĆ? Myślę: co to za problem?! Phi! Ja nie dam rady, no ja?! Jednak gdy zaczęłam się głębiej zastanawiać, pojawiały się schody. Wiadomo, miłość ma wiele odcieni. To miłość rodzicielska, partnerska, czasem niespełniona, nieodwzajemniona, miłość w rodzinach patologicznych. Gdybym miała na nią spojrzeć ogólnikowo, powiedziałabym, że dla mnie miłość to sens istnienia. Jakkolwiek górnolotnie by to nie zabrzmiało. W końcu zrodziliśmy się z miłości, więc dla niej też żyjemy. Czyż nie? :)

A bardziej szczegółowo? Miłość to przede wszystkim zaufanie, kiedy on nie wraca do domu o umówionej godzinie. To cierpliwość, kiedy ona nie wie jak mu powiedzieć, że ma problemy w pracy. To patrzenie na niego z czułością, gdy podczas spania kącikiem ust spływa mu ślinka wprost na poduszkę. To kochanie jej mimo tego, że nie umie zerwać z paleniem. Umiejętność słuchania i pomagania sobie wzajemnie. Akceptacja tego, że nie jesteśmy w stanie go zmienić i on nadal będzie rozrzucał te przeklęte skarpetki po całym domu. Ona wciąż będzie się mizdrzyć przed lustrem dwie godziny, a on będzie odchodził od zmysłów, że się spóźnią. Miłość to spojrzenie w ukochane oczy drugiej osoby, które zawsze koi. To słuchanie jego głosu, który jest cierpliwy, który dotyka nawet najczulsze miejsca w mózgu i powoduje, że przechodzi migrena. Dla mnie miłość to ciepło, radość bycia przy kimś, zupełnie jak w przypadku ucieszenia się na widok koksownika na mrozie. I wiadomo… przychodzą trudne chwile, miliony kłótni, problemy dnia codziennego, ale z miłości walczymy by je pokonać. Miłość to dawanie siebie i przyjmowanie tego, co chce nam ofiarować druga strona. To pocałunki, nawet na wietrze i w okresach przeziębień. To trwanie przy sobie do końca naszych dni i nie wyobrażanie sobie, że można by umrzeć przed swoim mężem, swoją żoną. I może miłość nie zawsze jest idealna ale zawsze jest najpiękniejszym z uczuć.

Tak często mylimy zakochanie z zauroczeniem, miłość z zakochaniem. Nie wiemy czy w życiu można kochać tylko raz, czy też kilka razy. Mimo to wiem, że odpowiedzi na te pytanie będą proste dokładnie wtedy kiedy samoistnie zrozumiemy, że kochamy.

PS. A Wy, macie definicje miłości?

Wasza, romantycznie nastrojona, Scarlett ;)

Fenomen miłości aż po grób…

Nie jestem specjalistką w dziedzinie miłości, ale postaram się powymądrzać na swój indywidualny sposób. Jeśli chodzi o stronę praktyczną, może i jestem jeszcze larwą, bo aktualnie nie mam męża, ale jeśli chodzi o teorię, wyrósł ze mnie niezły motyl. Mi to szczerze powiedziawszy nie przeszkadza, bo najpierw z reguły dobrze znać teorię, by przejść do praktyki ;) A poza tym: a) nie czuję się specjalnie samotna, b) nie w moim stylu jest szukanie wielkiej miłości na siłę, c) jestem tak po prostu szczęśliwa. Więc skoro ja i mój przyszły mąż stale się rozmijamy, to najwidoczniej tak musi być.

Jednak muszę się pochwalić, że mojemu najbliższemu otoczeniu w kwestii miłości bardzo dobrze się powodzi, a ja dzięki niemu mogę czerpać doświadczenie i jakby nie patrzeć: wzór. W moim kręgu znajomych jest wiele par, narzeczonych oraz małżeństw. I to właśnie o małżeństwach z dłuższym stażem chciałabym dziś podywagować.

Dłuższy staż wiąże się oczywiście z tym, że dane osoby mimo burz życiowych i tak ze sobą są, bez względu na wszystko. I w moim otoczeniu jest jeden taki wzór. Ale zanim Wam o tych osobach opowiem, chcę zacząć do tego, co mnie zastanawia w małżeństwach. A zastanawia mnie wiele, bo najwidoczniej poznałam zbyt dużą liczbę badań na ten temat ;) Także najważniejsze moje pytania to:

- czy małżonkowie powinni być do siebie podobni z wyglądu, by ich małżeństwo było udane?

- jak to jest, że ludzie się spotykają i nagle wiedzą, że spędzą ze sobą resztę życia?

- czy ważny jest status społeczny, poglądy religijne i polityczne, zainteresowania poszczególnych małżonków?

- co z szeroką miednicą u kobiet i niebywałą urodą, a co z bogactwem i sformułowaniem, że „wygrają tylko najsilniejsi” u mężczyzn?

- czy jej mąż musi przypominać jej ojca?

Jeśli chodzi o powyższe pytania, nie wzięłam ich z okolic Plutona, tylko z badań psychologicznych i im podobnych. Wraz z ewolucją i coraz to nowymi pomysłami na eksperymenty, różny był pogląd na to, jak to się dzieje, że ludzie dobierają się w pary. I osobiście znam małżonków, którzy wyglądają jak siostra z bratem (tak są podobni do siebie z wyglądu) i są bardzo szczęśliwi. Jednak to są tylko jednostki. Znam osoby, które wyznają buddyzm i są szczęśliwymi małżonkami. Znam małżeństwa wykładowców o podobnych zainteresowaniach naukowych i też są to szczęśliwe pary. Znam również wszelkie mechanizmy zakochiwania się, kwestie intymności, namiętności, zaangażowania, przywiązania, etapy miłości, itd. Orientuję się w tym wszystkim nawet od strony bardziej, nazwijmy to, biochemicznej.

Jednak jak to jest w praktyce…? To musi być bardzo złożony proces. I moim zdaniem, wszystko zależy od tego jakie są intencje narzeczonych w momencie, gdy zamierzają się pobrać. Jakie wspólnie wypracują rozwiązania różnych rozbieżności, które ich dotknęły. Jak będą sobie radzić z różnicami między nimi, a jaki wyciągną potencjał z podobieństw. Czyli, tak jak już kiedyś wspominałam, małżeństwo to praca, praca, praca. I niekoniecznie trzeba być podobnym w kwestii wyglądu, bo nie każdemu blondynowi spodoba się blondynka. Swoją drogą, przecież często mówimy o tym, że przeciwieństwa się przyciągają (choć w tej kwestii, jestem zdania, że dobrze jeśli chociaż jedno podobieństwo nas ze sobą trzyma;)). Cóż, że on jest wychowany w wierze prawosławnej, ona jest katoliczką. To też da się pogodzić. Cóż, że on nie przypomina jej ojca, a wręcz jest jego totalnym przeciwieństwem (i chwała Bogu). Mogłabym dawać takich przykładów tysiące. I co najważniejsze, również są one z życia wzięte.

Ale przejdźmy do konkretów. Małżeństwo, o którym chciałam Wam opowiedzieć to niesamowity przykład na to, że z tymi miłościami bywa różnie. Oni są po prostu fantastyczni! I są dla mnie najpiękniejszym wzorem małżonków. Są małżeństwem od ponad trzydziestu lat. Mają trójkę dorosłych dzieci: dwie córki i syna. Ponadto dorobili się wnuków. Dzięki nim Wasza Scarlett ma okazję zdobyć Azję, ale o tym innym razem :) Cenię ich nie za to, że z każdej ich podróży dostaję coś pięknego; nie za to, że dzięki nim spełnię swoje jedno z największych marzeń; ale za to jakimi są ludźmi. Są otwarci, ciepli, zawsze pomocni. Tacy ludzie, z którymi można kraść konie i choćby ich przypalali, to cię nie wydadzą. Jednak ich życie nie zawsze było kolorowe. Pomijając liczne choroby, które ich dotykały. Niegdyś Pan Mąż lubił alkohol, a jeszcze bardziej ubóstwiał prostytutki. Jego życie to była niekończąca się libacja. Pani Żona z trudem to wytrzymywała, ale mimo wszystko trwała przy nim… tak zwyczajnie, z miłości. I wierzyła, że jej mąż się kiedyś opamięta. Bywały oczywiście gorsze dni, kiedy rozwód wisiał nad nimi jak chmura gradowa. Ale przetrwali te trudne momenty. Pan Mąż zrozumiał, że prawdziwą miłością darzy tylko Panią Żonę. I tak oto są razem po dziś dzień, a jemu już nie w głowie kobiety i wódka. A wręcz przeciwnie! Stał się fanem zdrowego stylu życia, włączając w to dietę i sport. Wiecznie zasypuje mnie jakimiś nowinkami na temat zbawiennych właściwości granatu, ostropestu czy młodego jęczmienia. Zaś swojej kobiecie nieba by przychylił.

Z wyglądu są totalnym przeciwieństwem. On duży misiek, ona drobniutka blondynka. Tym bardziej z charakteru: on wygadany jak mało kto, ona cicha jak myszka. Są niewierzący, ale praktykujący (cóż za dziwny twór, no nie?). W zasadzie bardziej on. Pan Mąż wprost kocha łazić po kościołach. Nie tylko katolickich. Zwiedza je, ale też czasem się zamyśli. Chodzi nawet na niektóre msze. Ona raczej nie, ale nie ma nic przeciwko temu, że on mimo wszystko fascynuje się liturgią. Nie mają już małych dzieci, także można powiedzieć, że niby nic ich przy sobie nie trzyma. Ale myślę, że trzyma ich doskonale historia, którą przeżyli. I jest to silniejsze, niż niejedne zobowiązania… Mają wspólną pasję, której ona nauczyła się od niego, a mianowicie kochają podróżować. Już w tym roku zwiedzili pół Polski i drugie pół Europy. Kiedy tylko zbliża się jakiś dzień wolnego, albo weekend, od razu biorą kamerę, aparat i ruszają w nieznane. Pracują na co dzień razem, więc rzekomo mogliby się już sobą znudzić, ale gdzie tam! Są jak para najlepszych przyjaciół. I każde z nich mogłoby mieć kogoś innego, albo mogłoby żyć na własny rachunek, bo nie są niezamożni, ale mimo to są razem. To jest piękne! I może jemu spodobała się kiedyś inna kobieta, ona była zafascynowana innym mężczyzną, ale wiedzą, że prawdziwe szczęście mogą znaleźć tylko w swoich ramionach. Chyba nigdy nie przestanę się nimi zachwycać :)

P.S. A ja? Zakochać to się ja potrafię, chyba tak jak nikt inny. Jednak jeszcze żadna z miłości nie zaprowadziła mnie do ołtarza… a trochę już ich było. To musi być niesamowite uczucie, tak trwać przy jednej osobie NA ZAWSZE. Tego życzę wszystkim tym, którzy jeszcze tej jedynej osoby nie znaleźli. A tym, którzy znaleźli i są szczęśliwi: gratuluję i pielęgnujcie te Wasze połówki ananasów! ;*