Styczeń 2018
N P W Ś C P S
« paź    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

kobieta

Złoto, które wpada do kałuży, nie traci na wartości.

Jesteśmy tak wiele warci, a nagminnie o tym zapominamy. Gdzieś umykają nam nasze sukcesy, zalety, walory… Dzieje się tak, szczególnie wtedy, gdy zdarzy się nam jakaś mniejsza lub większa porażka, bliska osoba się od nas odwróci, gdy zaczynamy porównywać się do kogoś innego. A przecież, co by się nie działo, to wcale nie obliguje nas ku temu byśmy myśleli o sobie jako o tworze gorszego sortu. 

Pomyśl, tak łatwo przychodzi Ci prawienie komuś komplementów. Tak łatwo dostrzegasz piękno w drugiej osobie. Prosto jest zazdrościć komuś perfekcyjnej (Twoim zdaniem) figury, oczu, włosów. A tak trudno Ci pokochać samego siebie, a przede wszystkim: siebie zaakceptować. Ciągle jest coś nie tak… Krótkie nogi, duży nos, małe piersi, piwny brzuszek. Własne niedoskonałości potrafisz wymienić jednym tchem. A może warto byś zapytał samego siebie: która cześć Twojego ciała jest Twoją ulubioną? czego w swoim wyglądzie sam mógłbyś sobie zazdrościć? co jest Twoim atutem?

Wiem, życie nie ułatwia nam tego, byśmy czuli się atrakcyjni. Ideały piękna tworzone są przez perfekcyjne photoshopowe proporcje. Kobiety dzięki hormonom, zależnie od fazy cyklu, czują się jak wielkie słonie. Mężczyźni czasem chwytają się na myślach, że przecież ich mało atrakcyjni kumple już są żonaci, a oni nie mają nawet styczności z kobietami. A panie wciąż nie potrafią zrozumieć dlaczego zwracają na nie uwagę tylko mężczyźni nie w ich typie. I w pewnym momencie zaczynamy się zastanawiać: czy coś jest ze mną nie tak? dlaczego to właśnie ja mam te idiotyczne kurze łapki? Bóg nie mógł mi dać większego tyłka?

A może po prostu należy uczynić atutem, to co już posiadasz?

I przede wszystkim…

Nie słuchaj negatywnych opinii na temat swojego wyglądu. Bo właśnie one prowadzą do rzeszy kompleksów. A może ktoś Cię obraża, bo Ci zwyczajnie zazdrości?

Mów sobie często za co kochasz samego siebie. I właśnie te części ciała eksponuj i podkreślaj. I praw komplementy innym. Może właśnie w tej sekundzie ktoś tego potrzebuje.

Pamiętaj, że Twoje niedoskonałości są Twoim atutem. To właśnie one czynią Cię kimś wyjątkowym, a nie kolejną pustą Barbie i równie pustym Kenem.

Weź sobie do serca, że na dłuższą metę i tak najważniejszy jest charakter i Twoja pasja do życia. Jeśli nie nadrobisz czegoś wyglądem, to charakterem. Odwrotnie podobno też działa.

Pod żadnym pozorem nie porównuj się z innymi.

Ciesz się, że to tylko dwie fałdki, a nie, chociażby, złośliwy nowotwór.

I raduj się życiem. Ono jest tylko jedno i nie warto go poświęcać na zamartwianie się swoimi kompleksami. Znając życie, ludzie wokół i tak ich w Tobie nie dostrzegają.

Skoro już się powymądrzałam… Teraz trochę o mnie. Dziękuję za masę komentarzy do ostatnich wpisów, za życzenia wszelkie. Odpiszę na nie niebawem. Osoby, które wchodzą często na mojego fanpage’a są na bieżąco. Jednak nie każdy ma Facebook, więc powróciłam również tutaj. Choć, przeszło mi przez myśl już nie raz, by porzucić blogowanie. Jednak nie wyobrażam sobie, żebyśmy urwali kontakt, tym bardziej, że jesteście fantastyczni.

W skrócie, u mnie wszystko dobrze. Jestem szczęśliwa, jak to ja. Choć czasem mam ochotę rzucić czymś o ścianę, jak każdy. Od poniedziałku znów wracam na rehabilitację. Jestem już po 80 zabiegach i nie wiem jak przeżyję 30 kolejnych. Ale mam cel, w końcu muszę odgonić widmo artroskopii.

Trzymajcie kciuki. I opowiadajcie co tam u Was, bo ciekawość mnie zżera. Mam nadzieję, że o mnie nie zapomnieliście.

Całuję, Wasza Scarlett.

Facet to facet…?

waiting-410328_1280

Jeśli ktoś z Was śledzi mój facebookowy profil, to doskonale wie, że w weekend postanowiłam docenić panów. Ostatnio często wrzucałam chwalebne grafiki na cześć kobiet, a przecież moją Krainę odwiedzają także mężczyźni. Mężczyźni, którzy też potrzebują uwagi. Serio. Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. [Panowie, radzę doczytać do końca.]

Facet, to taki twór, który potrafi tylko jedno. Nie no… trzy rzeczy. Jeść, zalegać na kanapie i kochać się z byle kim. Raczej pieprzyć, bo kochać to chyba za duże słowo. Dodatkowo, facet nie jest specjalnie inteligentną istotą. Jakżeby inaczej, skoro myśli penisem, a nie jak kobiety – mózgiem. Jak ten dobry Bóg to rozdzielał?! Ach i mężczyzna nie ma uczuć. Facet jest tylko od… hm… chyba od niczego. Skoro ani to się nie ruszy by wbić gwóźdź, ani to ambitne, ani nawet miłe w dotyku. Działa instynktownie, zupełnie jak zwierzęta. Leci tylko za pańcią i non-stop chce wszędzie zostawiać swoje geny. A potem żre. Żre i żre, aż pęknie. Ofiara. No ofiara!

Panowie moi ukochani. Nie wiem kto jest autorem przeróżnych myśli na obrazkach i nieobrazkach w Internecie. Ale to chyba babki przed okresem, lub takie, które przez całe swoje życie spotykały niewłaściwych facetów. Dlatego też trudno znaleźć ciekawy cytat, który oddałby chociażby w dziesięciu procentach to, że Wy, panowie, jesteście, jakby nie patrzeć, nam kobietom potrzebni do życia. I to nie tylko, odnośnie sfery seksualnej czy młotkowo-gwoździowej. Ale cóż jest piękniejszego od miłości? Od męskiego wsparcia? Od tego, jak nas rozczulacie, rozśmieszacie, rozpieszczacie? Poza tym, nie oszukujmy się, my kobiety musimy mieć na kogo narzekać ;) A w Internecie widzę, że Wy lecicie tylko na duże cycki jak u Pameli, nie robicie nic a nic i zagryzacie to niczym, a jeśli już zdarzy Wam się myśleć, to oczywiście tylko o seksie. Hm, a może ja zwyczajnie mam szczęście i trafiam na same całkiem niezłe okazy?! I tym bardziej się cieszę, że znam panów, którzy jak dla mnie zasługują na miano bohaterów. Kobietki, żebyście nie pomyślały, że coś mi dzisiaj na mózg siadło, albo, że dobry seks w nocy sprawił, że się zafiksowałam ;) Może i siadło, może i seks, ale Wy Panie też jesteście bohaterkami. Bo każdy z nas nim jest. ŻYĆ to naprawdę ogromna sztuka i wyczyn. Dla każdego.

Jednak kontynuując… Chciałabym dodać, że panowie są idealnym dowodem na to, że pod twardą skorupką, można znaleźć coś miększego. I nie chodzi o to, że niewiele potrzeba by twardy penis stał się miękki i odwrotnie. Bo panowie mają uczucia! I niekoniecznie są to uczucia rozpłodowe. Tylko czasem chowają emocje pod maską i trzeba ogromnej determinacji, by do niektórych z nich dotrzeć. Co za tym idzie, mężczyzn jest często łatwiej zranić, niż kobiety. I wcale nie dlatego, że są słabi. Tylko dlatego, że zbyt długo musieli udawać silnych. Nasze społeczeństwo nie potrafi znieść męskich łez, uważając je za objaw największej dziejowej słabości. A męskie łzy to właśnie obraz tego, jak bardzo mężczyźnie zależy, jak bardzo bolesna jest dla niego dana sytuacja, jak cierpi. I wcale nie dlatego, że jest ciapą. Bo nie jest.

Panowie, mam ogromny szacunek do tego, że staracie się być tacy męscy, silni, potraficie być dla nas ostoją. To właśnie przy Was kobiety najpiękniej rozkwitają i aż strach pomyśleć, co by było gdyby Was nie było. I przyzna to każda pani, która nie wstydzi się zgodzić z faktem, że z mężczyznami nam do twarzy. A Wam z nami, drodzy mężczyźni :)

Zaś wszystkim tym, którzy mają dzisiaj studniówkę, a wiem, że takowi są, życzę żebyście przetańczyli całą noc, nie upili się zbytnio (bo po co się zbłaźnić przy nauczycielach), abyście mieli co wspominać za kilka lat (zupełnie tak jak ja). I bez obaw. Studniówka nie jest potworem. Potworem nie jest też matura. Ba, nawet nie studia. Potworem nie jest nawet życie. Potwory tworzymy sami. Grunt by nauczyć się je okiełznać :) Mądralińska się znalazła ;)

Pozdrawiam Was weekendowo,

Wasza Scarlett.

Ergo… i sum i cogito.

Tak. Jestem. I myślę. I myślę. I jestem.

Podobno 13 stycznia jest bardzo ważnym dniem. I wcale nie chodzi o to, że mój fanpage na facebooku zdobył 101 polubień. Chociaż akurat wszystko fajnie się złożyło, bo mamy dzisiaj… ŚWIATOWY DZIEŃ KOSZULI. Droga Koszulo, chciałoby się rzec… służ ludzkości, nie obawiaj się żelazka i niech kołnierzyk zawsze Ci dumnie sterczy ;)

Prawda stara jak świat jest taka, że nie ma bardziej seksownego widoku niż facet w koszuli. Choć polemizowałabym, bo ukochany bez koszuli to też całkiem ciekawa opcja :P

Co więcej, kobieta w koszuli też może być dla mężczyzny atrakcyjna. Wyjaśniałoby to romanse szefów z sekretarkami?! Ale co ja tam będę dywagować o pracy… Poranek, kobieta krząta się po pokoju… w koszuli. JEGO koszuli. I tylko w koszuli ;) (nie wiem czy ktoś zauważy niuans, że kobieta krząta się po POKOJU, a nie po kuchni ;)). Myślę, że to całkiem przyjemny widok dla rozbudzonego męskiego oka ;)

Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie koszula to nie tylko elegancja, szyk, profesjonalizm. Ale też właśnie nuta pikanterii. Może nie TEŻ, ale ZWŁASZCZA. Szczególnie jeśli chodzi o koszule wytaliowane, idealnie dopasowane do sylwetki, a w zakładce „Zmysłowo” przecież już dawno doszłam do wniosku, że nie ma nic bardziej pięknego niż nonszalancko rozchylony kołnierzyk.

Ja się rozmarzyłam. Jeśli ktoś podziela moje zdanie to też się rozmarzy. I w tym oto rozmarzeniu Was zostawię ;)

Pozdrawiam, Wasza, zakochana w koszulach, Scarlett.

Zapraszam do Krainy Scarlett :)

Jak widzicie, postawiłam na zmiany. Dzięki Wam. Wielu blogerów pracuje nad swoim małym poletkiem pracy. Postanowiłam więc uczyć się od najlepszych. I jest tutaj…Trochę bardziej vintage. Bardziej przejrzyście. Kobieco? Z resztą… wiecznie coś mi na tym blogu nie pasuje ;) I podziwiam Was, kiedy piszecie mi, że przeczytaliście coś jednym tchem, czy uważacie, że świetnie piszę. Ja tego nie widzę, z każdego wpisu jestem niezadowolona. Do każdego tekstu mogłam się jeszcze lepiej przygotować i lepiej wszystko poukładać, ponazywać, pozastanawiać się nad stylistyką. Ale mimo to, jesteście tutaj i najwidoczniej nie zrażam Was swoimi błędami i niedopowiedzeniami. Pracuję nad tym, ale nadal daleko mi do satysfakcji. Jednak taka już jestem… Ambitna? Rozkapryszona? Niezdecydowana? Niedokładna?

Dlatego też wygląd mojego bloga zmieni się jeszcze nie raz. Wiedzą to ci, którzy są tutaj od początku. Wiecznie coś jest inaczej. Ale taki mój urok. Obiecuję, że mężów nie będę zmieniała tak często jak wystroju bloga ;)

Wystąpiła również zmiana nazwy. Szczerze? „Świat według Scarlett” za bardzo kojarzył mi się z nazwami serialów z rodziną Bundych i Kiepskich na czele. Niedawno powstał pomysł na „Świat oczami Scarlett”, jednak nie patrzę na świat tylko poprzez zmysł wzroku. Częściej sercem, emocjami, całą sobą. A aktualny tytuł jest w stu procentach mój i od razu wiadomo, co można zastać za murami mojej Krainy. Idealnie oddaje fakt, że fundamentem zamysłu tego bloga jest optymizm. Nie obyło się jednak bez mojego imienia. Ze Scarlett mi do twarzy. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. A jeśli chodzi o treść i koncepcję… Nadal będę szła swoim torem. Opisując sprawy, które w jakiś sposób mnie dotykają. Które dzieją się w tym wielkim, ale też w moim małym świecie. Będą różne emocje. Nie zawsze będzie kolorowo i cukierkowo. Bo ja też mam problemy! Tylko w każdym momencie staram się dojrzeć w danej sytuacji coś, co może mnie trzymać przy optymistycznym spojrzeniu na świat i samą siebie.

Gdybym miała się zareklamować osobom, które pierwszy raz natrafiły na Krainę Scarlett, nie wiem jak mogłabym opisać to, co tutaj można znaleźć. Wszystko. Opisuję to, co mnie inspiruje, wkurza, cieszy, to co kocham. Nie ma tematów tabu. Bywają za to skrajne emocje i skrajne opinie. Jest humor, optymizm i afirmacja szczęścia. Refleksje na każdy możliwy temat. Dużo miłości :D Wszystko w rytm uderzeń mojego serca. Czasem przemycam trochę mojej ukochanej psychologii. Chyba raczej w spojrzeniu na świat, niż w teorii, choć i to się zdarza. Scarlett to każda i każdy z nas. Istota o przeróżnych humorach. Raz silna, innym razem słaba. Ciepła, zimna. Z resztą, o wiele więcej jest napisane w innej zakładce. Chętni od razu zorientują się gdzie ;)

W mojej krainie spotyka się teoria z empirią. Nie potrzebujecie dowodu, paszportu, a tym bardziej wizy. Jedyne, co mogę Wam zapewnić, to to, że każdy gość jest mile widziany. Każdego wysłucham, każdemu zapewniam też różnorodność. Nie chcę się ograniczać w jakiejś tematyce. I możecie do mnie wpadać tak często, jak tylko chcecie. Tu nie ma strajków, podatków, manifestacji, embarga, partii. Jest za to ogromna chęć do życia. I chęć do ciągłego parcia do przodu. Zapraszam często, i Panie i Panów :)

Pozdrawiam Was, Wasza Scarlett.

Narzekająca optymistka i jej ody do ludzkości

Wstałam. Obolała. Niewyspana. Gdzieś kwiczy jakiś kot. Jaki kot?! Ach, to moja mała sąsiadka się obudziła… Za oknem mokro i zimno. Jeszcze telefon mi się rozładował. Cukier chciałam włożyć do lodówki. Mam dostać dzisiaj okres. I data na kalendarzu krzyczy TRZYNASTY! I co z tego, że nie piątek… I tak źle się kojarzy. Co ja miałam powiedzieć wczoraj… Dwunasty kojarzy mi się jeszcze gorzej…

Coś mi się wydaje, że dzisiaj jest idealny dzień dla tych, którzy uważają, że są optymistami. Czyli że niby dla mnie… Spojrzałam na to wszystko wokół bardziej pozytywnie. I wiecie… Dobrze, że taki dzień, kiedy spadają na Ciebie wszystkie nieszczęścia świata zdarza się tylko raz na jakiś czas. To mnie podniosło na duchu. Nie chcę być nudna w tym swoim optymizmie. Nie chcę być też jakimś nierealnym tworem, bo wszyscy zaczną czekać, kiedy wreszcie się złamię i powiem, że życie jest do bani. Dlatego zacznę narzekać. Właśnie dzisiaj.

I wiecie co mi się nie podoba? Na przykład ludzie, którzy nigdy nie kibicowali Polakom, wystrzegali się wszelkich meczów, aż tu nagle są ogromnymi fanami piłki… Ciekawe co robili w chwili, gdy naszym nie wiodło się najlepiej. I mam prawo w tej kwestii narzekać, bo jestem typową kobietą, która wie czym jest chociażby spalony. Ja oglądałam te porażki jeszcze kilka lat temu. Ryczałam, ale wierzyłam, że kiedyś się odkujemy. I proszę… Nigdy nie zapomnę Euro 2012. Szczęsny dostał czerwoną kartkę. Wchodzi za niego Tytoń. Obroniony karny. Matko, takich emocji się nie zapomina. Oczywiście potem było tylko gorzej, ale się zrehabilitowaliśmy. A gdzie byli ci wielcy fani? Bóg jeden wie…

Dobijają mnie też osoby wiecznie narzekające na pogodę. Coś w stylu: wstałam rano i patrzę za okno, a tu śnieg. O matko, taką pogodynką to i ja być potrafię. Pełno tego w Internecie… Tylko po co się dobijać…? To żadna anomalia pogodowa, bo klimat się przecież cały czas zmienia. Wstaną tacy jedni z drugimi za 20 lat i się zdziwią, bo w ogóle zimy nie będzie. A ja tęsknię na swój sposób za trzaskającym śniegiem i za mrozem. Ma swój urok taka biała kraina…

Co mnie jeszcze denerwuje…? Ostatnio ludzie, którzy odzywają się tylko wtedy, kiedy czegoś chcą, a tak po prostu nie zapytają, co tam u mnie. I vice versa. Nie będę dla innych słodka, skoro oni są gorzcy.

Wkurza też mnie fakt, że niektórzy potrafią tylko narzekać. Ja narzekam, bo… tak :D Tak to jest gdy trafi się wolny dzień. Nie mam zaległości w Imperium Miłości, we Wspaniałym Stuleciu, w Pamiętnikach Wampirów. Więc nie ma co odciągnąć mojej uwagi. Choć przyznam, że książka Ja, diablica coraz bardziej mi się podoba. Tematyka w sam raz na jesień. Zabawna i taka nierealna. A Piekło takie piękne. I Kleo. Nie ta przez C od Donatana, do której mnie kiedyś porównywano, tylko Kleopatra ;) Więc chyba wracam do książki… Ale zanim…
 
Muszę Wam przyznać, że ostatnio jestem zafascynowana tymi dwoma powyższymi serialami rodem z Turcji. Obydwu nie oglądałam od początku, bo sobie pomyślałam o jednym: o matko, jaka maskarada, a o drugim: o matko, jakie to nudne. Te seriale mają to do siebie, że jest dużo przestojów, akcja nie jest jakaś specjalnie wartka. Duże znaczenie mają pojedyncze gesty, spojrzenia, mimika. I coś mnie w tym urzekło. Intrygi są perfekcyjne. Kobiety piękne. Mężczyźni… no, powiedzmy, że przystojni na swój sposób. I miłość. Tak złożona jak nigdzie. Fakt, że Sułtan tak kocha Sułtankę, choć jej brakuje wiele do idealnego charakteru… Zaś w Imperium ciągle coś przeszkadza miłości głównych bohaterów. A ja skupiam się na rudej długowłosej, która zakochała się w mężczyźnie od pierwszego wejrzenia. Potem cały czas o nim marzyła. I mdlała za każdym razem gdy był blisko :D Aż ich drogi znów się skrzyżowały, tylko, że teraz ona jest już mężatką, on ma żonę. Ale sposób w jaki ona wodzi za nim wzrokiem… Jak on mówi jej, że ją kocha, ale ta miłość jest niemożliwa… Na tle wszystkich innych seriali, te dwa (plus moje niezmiennie ukochane Pamiętniki Wampirów) wyróżniają się i to dosyć mocno. Na ten czas. Bo oglądałam już wiele seriali, które też mnie urzekły. Ale póki co, te w zupełności mi wystarczą.
 
Co do seriali… Zadano mi kiedyś pytanie co ja widzę w serialach, filmach i książkach o wampirach, aniołach, wilkołakach, diabłach… Może oswajam bestie? A tak naprawdę pokazują one, że ważna jest przyjaźń, miłość, że wszystko jest możliwe. I ważne jest to, po jakiej stronie się stoi. Istotne jest dobro, którego moim zdaniem, cały czas brakuje…
 
Sama chyba jestem czarownicą, więc nie ma co się dziwić moim zamiłowaniom. Mam dobrze rozwiniętą intuicję, tylko nie zawsze się w nią wsłuchuję. Miewam prorocze sny. Nigdy nie zapomnę jak jechałam autobusem. Zasnęłam. I przyśnił mi się wypadek. Obudziłam się, a chwilę potem wypadek miał autobus, który jechał przed nami. Zdarza się, że wiem kogo spotkam danego dnia, wiem kto jak się będzie do mnie odnosił. Moja mama w tym wszystkim jest jeszcze gorszą czarownicą, bo nie ma moich zdolności, ale za to, umie siłą woli powodować wypadki. Po prostu, ktoś zalezie jej za skórę, ona rzuci w myślach na niego stek wyzwisk (pardon, ona nie klnie…), w każdym razie rzuci jakieś klątewki w związku z tym, żeby temu chamowi się coś stało. No i na drugi dzień, ten ktoś przychodzi do pracy np. z ręką w gipsie. Udała mi się taka sztuczka tylko raz. I więcej nie próbuję. A mama chyba dalej knuje od czasu do czasu.
 
No ale żebyście myśleli nadal o mnie dobrze, bo nie dość, ze ponarzekałam, to wyjawiłam swój sekret, że jestem czarownicą, to jeszcze chcę dodać Wam wierszyki dwa. Poprosiłam moją kuzynkę by podała mi dwa zestawy słów. Byle jakich, dosłownie: od czapy. I tak powstała oda na część kobiety i druga, na cześć mężczyzny. Zapraszam!
 

O kobiety tego świata
Pragnie Was każdy mężczyzna
I ten podobny do Dawida i ten do Goliata
I karabinier który też Wam wdzięk przyzna
Walka o Was trwa nieprzerwanie
Każdy facet chce mieć Was w swoim klubie
Czy to Zosię, Ulę, Anię
Czy też Scarlett, ot się chlubię
Wasze usta są jak truskawki czerwone
Oczka niczym dwa w pełni księżyce
Każdy mężczyzna wziąłby taką za żonę
Zaśpiewał piosenkę i namieszał w metryce
Do tego piękne zdjęcie z rączki
Daleka podróż z któregoś lotniska
Podniebne loty latawcem, rozległe łączki
I nowe klosze w lampach i siedziska
Więc kobiety wiedzcie, że jesteście cudowne
Kochają Was wszyscy dokoła
A przed Wami życie dorodne
A przed Wami życiowa szkoła

 
O mężczyzno władco tego świata
Twoje życie niczym bajka szczęśliwa
Rzesze kobiet wokół Twego gniazda lata
Choć żadna z nich niezbyt spolegliwa
Masz więc władzę, pieniądze, siłę
Wokół ptaszynki się przymilające
Wolność, niezależność – to miłe
I łeb jak sklep oraz znasz słowa wymijające
Lecz tak naprawdę to, co masz w sercu jest sekretem
I nie jest to żadne zaburzenie
Przy sobie chcesz mieć tylko jedną kobietę
Choćby milion innych przyprawiało Cię o drżenie
Czasem trudno z Tobą żyć, jak z pacjentem chorującym na migdały
Coś przeszkadza, coś nie pasuje, coś wadzi
Jednak kochamy Cię za to, że w uczuciach jesteś stały
Żadnej zemsty nie ma nawet sensu prowadzić
Więc mężczyzno, pamiętaj jesteś królem
Jesteś władcą i panem na tym świecie
Lecz wiedz jakim to było okraszone bólem
I że wszystko zawdzięczasz kobiecie
 
 

I to by było na dzisiaj tyle. Dobrego dnia robaczki moje!

Wasza Scarlett!

Dobrze, że Cię mam!

Dzisiaj byłam uczestniczką pewnego dialogu. Wyglądało to mniej więcej tak:

Ja: kocham Cię.
Mama: kocham Cię. O, jeszcze sobie dzisiaj tego w ten sposób nie powiedziałyśmy.

Dorosłe kobiety, ale dbamy o to, by okazywać uczucia. W końcu niełatwo mieszka się pod jednym dachem z drugą taką indywidualistką. Zawsze też staramy się rozmawiać, o tym co się danego dnia zdarzyło i dlaczego właśnie tak… Choć wiem, że mama zna mnie bardzo dobrze, widzę też coraz bardziej, jak my mało o sobie wiemy. A znamy się tyle lat… Ostatnio wiele osób zniknęło z mojego życia, bo skończyły się pewne etapy i chyba coraz bardziej dostrzegam tą wartość, jaką jest drugi człowiek. To trochę tak jak faktem, że zrozumiemy, iż coś było dla nas ważne, dopiero wtedy, gdy to stracimy. I stąd też moje dzisiejsze małe rozważania.

Jest takie sformułowanie, które można wielorako interpretować. Mówię o „dobrze, że jesteś”.
…dobrze, że jesteś, bo musimy poważnie porozmawiać…
…dobrze, że jesteś, kran się zepsuł…
…dobrze, że jesteś, dzieci nakarmione, a ja idę do koleżanki, poradzisz sobie…
…dobrze, że jesteś, nie mogę nigdzie znaleźć mojej teczki z dokumentami, pomożesz…?
…dobrze, że jesteś, spóźniłeś się chyba z 2 godziny…

Wszystko zależy od intonacji, od emocji z jakimi wypowiadamy te słowa. A ja polecam często mówić najbliższym, że dobrze, że są. Ale z uczuciem, możecie nawet dodać do tego przytulenie, buziak w policzek, czy co tam chcecie. Słowa te dają do zrozumienia, że ktoś jest dla nas ważny, że jego obecność, jego istnienie wiele dla nas znaczy. Że bez niego/niej to nie byłoby już to samo.

Wiem, to takie proste słowa, w dodatku tylko trzy. Ale pomyślcie jak często mówicie to tym, na których Wam zależy? Którzy są Waszymi bliskimi, przyjaciółmi? Jeśli często to gratuluję! Jeśli rzadziej to mam nadzieję, że Was zainspirowałam. Jeśli macie zamienniki to też dobrze. Jesteście oryginalni, tym lepiej.

Ktoś może mi powiedzieć: ale Scarlett, przecież więcej mówią moje czyny niż słowa. Zgodzę się z tym, ale też trzeba zważyć na to, że czasem nasze czyny są opacznie interpretowane, dobre uczynki, miłe drobiazgi stają się codziennością. „Super, naprawiłeś kran, przytuliłeś mnie, ale robiłeś to już wiele razy. Chyba taka jest Twoja powinność?” A słów nigdy za wiele. Wytłumaczą i przypieczętują to, co już okazywaliśmy na tysiące sposobów.

Wasza Scarlett!

Mój świat. Tylko dla Was.

Czuję się wyjątkowo. A wszystko dzięki statystykom. Co ja mówię, dzięki Wam! Jak wiecie, jestem tutaj rzadko, acz staram się jak mogę. Jednak jestem mile zaskoczona, że od początku istnienia bloga, weszło na niego 921 internautów, a dodatkowo duża część z Was regularnie tutaj wraca. To naprawdę cieszy i dodaje skrzydeł. Może 25 polubień na profilu facebookowym nie rzuca na kolana, ale najważniejsze jest to, że jesteście. I że jeszcze się Wam nie opatrzyłam ;)

Dziś, będąc jeszcze w łóżku, postanowiłam szkicować. Ze mną jest trochę tak, że nie umiem ani szkicować, ani śpiewać, ale lubię to i robię kiedy tylko mogę. Znajomi uważają, że ładnie śpiewam i tak też rysuję. Ale chyba za bardzo mnie lubią, żeby powiedzieć coś innego ;) Wczoraj jeszcze zyskałam miano najlepszego komentatora sportowego. I dowiedziałam się, że jestem wariatką, ale za to się mnie kocha. No i macie. Grunt, że robię, co lubię, no nie? A jeśli przy okazji jeszcze mi to wychodzi… Och, rozbuchane ego Scarlett zaraz eksploduje ;)

Co do mojej pracy, umieszczę ją poniżej, bo chcę Wam poprzez ten rysunek przybliżyć to, co jest dla mnie najważniejsze. Wszystko zaczęło się w zeszłą sobotę. Szukałam w domu azylu, a za nic nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Wiele spraw zalegało mi w sercu i nie wiedziałam w jaki sposób im zaradzić. Usiadłam wtedy na oparciu kanapy, żeby spojrzeć na wszystko z góry… i to dosłownie. Spojrzałam na moją szafę. Moja szafa to taki dziwny twór. Kiedyś mi się znudziła i chyba na drugim lub trzecim roku studiów (a może później?!) zaczęłam pisać na niej różne rzeczy. Najpierw drobnym druczkiem poprawki, do których się uczyłam. Potem zaczęły powstawać sentencje. I różne ważne dla mnie symbole. I nie wiem czemu, ale patrząc na tę szafę, w tę sobotę, chodził mi po głowie łapacz snów. Ale oddaliłam tę myśl, zrobiłam, co miałam zrobić i niecierpliwie czekałam na niedzielę. W niedzielę wyjechałyśmy z przyjaciółką na krótką wyprawę, a na koncercie padły znamienite słowa: łapacz snów! Już wiedziałam, że tak tego nie zostawię. Nawet zaświtał mi w głowie plan, by robić łapacze i w ten sposób sobie dorabiać :D Ale zaczęłam od rysunku. Nie jest idealny, nie jest jakiś zachwycający, ale pierwszy. Bez poprawek, bez ulepszeń, bez niczego. Może będzie ich więcej… Skąd mogę wiedzieć. Ale przez ostatnie dni chodzą mi po głowie maski. Może niedługo którąś naszkicuję. Jedno mogę zapewnić: będziecie na bieżąco.

Oto moje dzieło.

mój łapacz snów 

A teraz krótki opis.

Łapacz snów. Jak każdy się domyśla to magiczny amulet, który wywodzi się z kultury Indian. To oni postanowili stworzyć coś, co będzie przepuszczać dobre i piękne marzenia senne, a zatrzymywać i niszczyć koszmary, które chciały zmącić spokojny sen. Urządzenie, które chyba każdemu by się przydało. Moje sny czasami mnie przerastają. Nie wiem jak Wasze. Ale mój łapacz to raczej łapacz zdarzeń, łapacz szczęścia, życia…? Jak zwał, tak zwał. Po prostu: łapacz Scarlett. Ma zatrzymywać złe wydarzenia, pokusy, złe myśli. A przepuszczać do naszego życia, tylko to, co pozwala nam się rozwijać, co daje nam siłę, szczęście, co daje sens naszemu istnieniu.

Łapacz Scarlett zawiera piórka, jak większość łapaczy. Pióra, które mają dla mnie wyjątkowe znaczenie. Kilka lat temu, kiedy chodziłam sobie ulicą, parkiem, gdziekolwiek, miałam szczęście znajdować piękne pióra, piórka, pióreczka. Nie takie zwykłe, gołębie. Tylko nietypowe. Tłumaczyłam to sobie tym, że mój Anioł Stróż zostawia w ten sposób swoje ślady. Skoro on stoi na straży tego by mi się nic się stało, to musi mieć swoją symbolikę w łapaczu. Czyż nie?

Kolejnym elementem jest małe serduszko. Według mnie tylko w sercu jest prawda. Oczy wiele mówią, wiele mówią czyny, słowa również, jeśli są szczere. Ale to, co w sercu jest tylko nasze. To to, co naprawdę myślimy. Tam są wszelkie nasze uczucia, wszystko to, czym nie zawsze dzielimy się z całym światem. W sercu jest miłość, najpiękniejsza z emocji.

Następnie yin i yang. Idealnie dopasowane, choć zupełnie przeciwne. Choćby smutek i radość. Zawsze podobało mi się porównanie ich do światła w ciemności, albo do tego, że można skruszyć nawet najtwardszy kamień. To daje nadzieję. Na to, że mamy szansę w naszym życiu, że nic nie jest przesądzone, że wszystko dzieje się po coś. Przynajmniej ja tak to interpretuję. Ale do łapacza Scarlett pasuje w stu procentach.

Klucz wiolinowy. Coś bez czego obyć się nie mogę. Muzyka! To ona nadaje sens mojemu życiu. Muzyka, która gra w moim sercu. Jest wtedy, gdy jest dobrze i gdy jest źle. Zawsze chciałam by moje życie miało soundtrack. Byłoby zabawnie. Klucz ma też drugie, jeszcze piękniejsze znaczenie: on zaczyna kolejny ciąg nut. Początek. I takich początków nam trzeba.

Nieskończoność. Skoro już coś zaczynamy, to dobrze by się nigdy nie kończyło. By nie kończyły się różne relacje dla nas ważne, by nie kończyły się chwile radości, by nie kończyła się miłość, zdrowie, szczęście. By trwały jak najdłużej.

Insygnia Śmierci: Czarna Różdżka, Peleryna Niewidka i Kamień Wskrzeszenia. Dzięki nim, ich posiadacz mógł być Panem Śmierci. Któż by nie chciał. Są w moim łapaczu, bo to w końcu myślodsiewnia Scarlett i taka jest nazwa mojego bloga. Więc jakby nie patrzeć nawiązanie do HP musiało znaleźć swoje odzwierciedlenie. Te Insygnia mogłyby namieszać mi w głowie, dlatego po chwili zastanowienia chyba najbardziej chciałabym mieć pelerynę niewidkę. Już widzę setki możliwości. Ach… Marzenie.

Phi, czyli złota liczba. Bardzo ważny dla mnie symbol. Z tego względu, że pokazuje on, że cały wszechświat musiał być stworzony jakąś nadludzką ręką. Wszystko ma idealne proporcje: budowle, natura, człowiek… Coś niesamowitego. Boski pierwiastek.

I puzzelek. Też dla mnie wyjątkowy. Oznacza to, że jestem potencjalnym dawcą szpiku i być może kiedyś będzie mi dane ofiarować ten dar z samej siebie. Oznacza to, że gdzieś tam są moje włosy, w peruce jakiejś pani, która otrzymała szansę na nowe, lepsze życie, okraszone pewnością siebie i dużą dozą kobiecością. Puzzel to też znak, że gdzieś jest moja druga połowa, że gdzieś jest moja idealnie do mnie dopasowana ścieżka, którą będę kroczyła przez resztę życia.

Oto mój łapacz. I ważna symbolika w moim życiu. Specjalnie dla Was. W podziękowaniu za to, że jesteście!

PS. Łapcie piękne chwile w życiu i nie wypuszczajcie ich z rąk!

Całuję, Wasza Scarlett.

S(k)utki współczesnego społeczeństwa!

Postanowiłam sobie dzisiaj nie zważać na język, więc będzie wulgarnie, nie po polsku i kontrowersyjnie. A co! Wolno mi!

Czasy, w których przyszło nam aktualnie żyć, są bardzo dziwne. Naprawdę. Niby wszędobylski brak cenzury pozwala każdemu na bylejakość wypowiedzi, nie zważając na panujące obyczaje. Często nawet przeklinanie w telewizji nie jest cenzurowane, bo to przecież słowa jak każde inne. Tak więc, każdy może mówić, to co chce, jak chce i jest ekspertem od wszystkiego – począwszy od sportu, kończąc na gotowaniu. Jednak jak się okazuje, co wolno przysłowiowemu wojewodzie, to nie Tobie… wyzwolona kobieto. Od wieków walczymy o emancypację, ruchy feministek mnożą się i pączkują, wierzymy, że doczekamy czasów, kiedy wreszcie będziemy zarabiać tyle, co mężczyźni. Płonne nadzieje, w momencie, kiedy nie możemy pokazywać chociażby własnych sutków…

Wczoraj widziałam starszego pana, który jechał na rowerze, bez koszulki, z nagim torsem, z siwymi kędziorkami na zapadniętej klacie. Ciekawe co by było, gdyby na takim samym rowerku jechała kobieta topless. Zapewne zgorszenie i naruszenie moralności. Tylko dlaczego?! Przecież niektórzy mężczyźni mają większe cycki niż niejedna kobieta… I to jest okej. Oni mogą pokazywać się w zbyt ciasnych slipkach, mieszając swoje klejnoty w miejscach publicznych. I to jest okej. Pewnego razu szłam Bulwarami Wiślanymi w bluzce z głębokim dekoltem, to jeden facet stwierdził, że go aż poraziło. Może i był to komplement, ale mi nie przypadł on do gustu, tym bardziej, że moje piersi nikogo swym blaskiem oślepiać nie zamierzały. Nie daj Boże, jeśli my, kobiety, na ulicy chciałybyśmy lekko odchylić palcem stringi, które piją nas w tyłek… Toż to przecież ohydne. Tęgi facet się nie przejmuje i wywala swój brzuchol gdzie popadnie. I to jest okej. Tęższa kobieta zaś zakrywa się jak może… Gdzie tutaj równouprawnienie? Czy my musimy być zawsze piękne, a mężczyźni mogą się zapuszczać? Przepraszam, ale tak odbieram to, co się wokół mnie dzieje. Nie oceniając nikogo z Was. Więc mam nadzieję, że nie dotknę męskiej części, która tutaj i tak rzadko zagląda. Nie twierdzę wcale, że te chore zasady wymyślili mężczyźni. Nie wiem kto to wymyślił, ale gdybym go/ją spotkała, to byśmy sobie pogadali… A coś mi się wydaje, że to sprawka kultury. Piękne modelki bez skazy dzięki Photoshopowi, mężczyźni drwaloseksualni czy drwalopodobni… Dobra, odbiegam od tematu, a tu przecież o piersi chodzi. I niestety, nie o te wyzwolone i wyluzowane, z kurczaka (jakoś piersi z kurczaka pokazują publicznie! z kury też! nawet wymiona krowie…). Ale zauważacie, w komediach romantycznych, kiedy jest już po wszystkim, para leży obok siebie, zmęczona od udawanego orgazmu… i mężczyzna świeci nagą klatą, a kobieta jest przykryta narzutą lub kołderką… Może rzeczywiście to aktualna kultura, która, notabene, narzuca takie a nie inne schematy zachowań. Potem, drodzy moi, nie dziwmy się, że większość ludzi woli się kochać przy zgaszonym świetle, skoro wszystko jest takie okropne i niewarte oglądania, a nawet siejące zgorszenie!

Inny przykład. Moja znajoma ma salon tatuażu i piercingu. Wyobraźcie sobie, że wrzuciła na Fb fotki pary, która przekuła sobie sutki. Facebook sutki mężczyzny zaakceptował, jednak kobiecych już nie… i usunął zdjęcie… Co jest takiego w sutkach męskich czego nie ma w kobiecych lub odwrotnie?! Tylko to, że kobiety to Matki Polki i mają mleko w gruczołach?! Toż to chyba piękne?! Wykarmiłyśmy niejednego przywódcę państw, z właścicielem Facebooka na czele… Czyż nie?

Co do mleka, nawet karmienie piersią w miejscach publicznych budzi odrazę i biedne mamy muszą iść z dzieckiem do toalety. Jakoś nie wyobrażam sobie jedzenia w kiblu… Nie wiem jak Wy…? Rozumiem, jedzenie trafia przez jamę ustną, wędruje przez cały przełyk, żołądek, jelita, aż wybywa z naszego organizmu poprzez odbyt… Więc jakaś ciągłość pomiędzy jedzeniem a toaletą jest. Ale ja nic w tym smacznego nie widzę. I dziecko, gdyby mogło mówić, też zapewne by się sprzeciwiło…

I jeszcze jedna strona medalu. Ten nasz medal chyba jest w trójwymiarze, bo tyle wątków dzisiaj poruszyłam ;) Umieszczanie zdjęć dzieci w Internecie. Nagich zdjęc. To się mnoży na potęgę. Nagie dzieci są wszędzie. I potem mamy się dziwić, że rośnie zainteresowanie pornografią dziecięcą. Oczywiście mamy są oburzone, bo tak ogromne mają parcie na pochwalenie się swoimi golutkimi pociechami. Drogie mamy, to może same wystawicie tyłeczek i pokażecie go światu? Przecież tyłek to tyłek. Co z tego czyj… Sama mam w albumie nagie zdjęcia z okresu kiedy byłam niemowlakiem i podczas ostatniej dyskusji z moją mamą, nawet ona stwierdziła, że gdyby wtedy istniał Facebook, to nigdy by ich nie wrzuciła. Nie ze względu na to, że mam brzydką pupę, bo jest prześliczna, ale na to, że tak nie wypada. Właśnie, nie wypada! A uwierzcie, nawet psychologowie wrzucają fotki nagich dzieci. Wiem, bo to są również i moi znajomi. Mądry sąd w Portugalii, który wreszcie zajął się tą sprawą i skierował ją na światło dzienne! Choć wątpię, że ilość takich zdjęć się zmniejszy, a pan Trynkiewicz i spółka nadal będą mogli bezkarnie ściągać sobie pornografię dziecięcą. No dobra, ale i tak nagie dzieci są, póki co, okej. Nie w moim mniemaniu, ale chociażby w zamyśle portali społecznościowych. A kobiece sutki nadal są zbanowane. W czym nie pomagają choćby akcje o pięknym tytule „Uwolnić sutek”.

Kiedyś było inaczej. Teledysk (duże słowo: teledysk… no ale, jak na tamte czasy…) do piosenki „Chałupy, welcome to”… Tam cycki świecą w większości kadrów za panem Wodeckim. I nie tylko cycki, bo gołe tyłki też. I jakoś nie było problemu… Ba! Adam i Ewa też nie zgorszyli Boga swoją nagością. Przecież goluteńkich ich Pan Bóg stworzył. Dopiero oni, ubierając się, sami sobie narobili problemów.

Także moim zdaniem powinno się wyciągnąć s(k)utki z tego wszystkiego, co się teraz dzieje, a szczególnie z cenzury. Choć wiem, że jestem nikim, by mieć takową władzę. Moja teoria jest taka, że kobiety to dostojne damy, matki, kobiety które powinny cieszyć się szacunkiem, a nie świecić piersiami, dlatego też są na cenzurowanym ;) A mężczyźni… Niech mają. Więc Panowie, pierś do przodu! … bo skoro Paniom nie można…

PS. Jest to wpis trochę inny niż wszystkie. Ale cieszę się, że taki powstał. Bo ja, jak to ja, mam wiele odcieni i akurat taki, dzisiaj, ujrzał światło dzienne. Może Wy inaczej patrzycie na to, co się teraz dzieje? Czekam na Wasze spostrzeżenia!

Wasza, zbulwersowana, z uwięzionymi piersiami, Scarlett.

PS’. Co do uwięzionych piersi… Zauważyliście jak niewiele jest kobiet chodzących na co dzień bez biustonosza?!

PS”. A co do piersi w ogóle, myślę, że to też dobry moment by namówić Was do ich badania. Panowie, pomóżcie Paniom, Wam jeszcze łatwiej jest wyczuć wszelkie zmiany u swoich kobiet!

I tak, post kontrowersyjny, przemienił się w prozdrowotny ;)

Pozdrawiam!

Szaleńcze gradobicie czy też orzeźwiający letni deszcz…?

Moje życie… Życie moje… Cały czas Wam je zachwalam. Przecież wokół masa wspaniałych ludzi, podróże, wypady, spotkania, fascynacja wszystkim tym co było, tym co będzie, cudowny dom, nieustanny rozwój. Wiadomo jednak, że moje życie, jak każde inne, nie jest usłane różami. A jak już jest, to w szczególności tymi z ogromnymi kolcami. Jednak póki co, mam kaprys by patrzeć tylko na to, co jest dobre lub co wymaga minimalnej naprawy. Ale z perspektywy kontuzji, widzę jak wiele się ostatnio zmieniło. Jak zmieniają się moje priorytety, upodobania. To już nie tylko bycie tą niezależną Scarlett, która zawsze musi kontrolować świat wokół, która chce mieć władzę nad wszystkim i nad wszystkimi. Teraz wyszła ze mnie Scarlett, która pragnie spokoju, jakiejś minimalnej stabilizacji. Muszę przyznać, że czuję się ostatnio jak w bańce mydlanej. Wszystko jest takie aż nazbyt poukładane i oblane słuszną warstwą lukru. Jakby pędzący świat był maratończykiem, biegnącym gdzieś obok mnie. Wiem jednak, że to się niedługo skończy. I boję się zderzenia z rzeczywistością, ale z drugiej strony wiem też, że moja siła nadal we mnie tkwi i nigdzie nie uleciała. Że oprócz niej, bogatsza będę teraz także o te bardziej ludzkie uczucia, które gdzieś się po drodze zagubiły. Może pobiegły za maratończykiem…?

Patrząc na tytuł tego wpisu i przyrównując moje dotychczasowe życie do pogody, raczej skłaniałabym się ku temu, że było ono jak gradobicie. Nigdy nie było nudno, zawsze panował delikatny dreszczyk emocji (czasem delikatny to mało powiedziane). Dużo spotkań, coraz większa liczba znajomych i przyjaciół. Przy okazji, coraz dłuższa czarna lista moich wrogów. Zarywanie nocy, wczesne pobudki. Zafascynowanie treningami. Jeden koncert, drugi, trzeci, jedna wiśniówka, druga, trzecia. Tu się z kimś okropnie pokłóciłam, tam się godnie pogodziłam. I byłam… co ja mówię: jestem ogromną zwolenniczką tego szaleństwa. Wiecznie coś się działo! Nie pomyślcie, że chodzi tu o jakieś zapędy sado-maso, alkoholizm, narkomanię, dopalacze. Tego nie było. Było za to szaleństwo w dobrym stylu. Choć z moją ironią i wredotą, to wielu mogłoby stwierdzić, że nie był to najlepszy styl.

Za to od ponad miesiąca panuje w moim życiu stagnacja. Po takim kołowrotku na wysokich obrotach, gdzie ciągle trzeba było coś udowadniać (czy sobie, czy też komuś). Gdy trzeba było walczyć jak lwica — przede wszystkim o siebie i o to, by nie podążać ślepo za tłumem. By nie poddać się wyścigowi szczurów, który zdominował współczesne społeczeństwo. Żeby móc wyrażać własne poglądy bez narażania na niepochlebne opinie. By być asertywnym… Nagle znak STOP. I kontuzja, która zmieniła moje życie o 180 stopni lub, jak mówią niektórzy, o 360. Kilka dni po wypadku każdy dzień wyglądał podobnie. Wstawanie o 10:00 w myśl złotej zasady, że kto rano wstaje ten jest niewyspany. Obowiązkowo kawa rozpuszczalna. Unikanie laptopa, bo za bardzo żałowałabym, że wszyscy mają piękne wakacje za granicą, tylko nie ja. Rehabilitacja, która mnie dobijała, bo nie widziałam żadnej poprawy, a wręcz było coraz gorzej. Telewizja, masa durnych filmów. I nie, żeby mi to nie odpowiadało. Wręcz przeciwnie. Dopiero teraz te wszelkie dotychczasowe działania wydają mi się bezsensowne. Tak, jak bezsensowne wydaje mi się to, że świadomie rezygnowałam z przyjemności. 

Od kilku dni widzę jednak coraz większą poprawę. Wstaję o czwartej rano, zaraz po tym jak usłyszę „pa, kocham Cię, śpij dalej”. Coś pomruczę, zaśmieję się i otwieram oczy, bo już wiem, że nie zasnę. I zaczyna się poranna krzątanina. Tu trzeba umyć jakieś naczynia z wczoraj, tu coś schować, przestawić. Znów nie interesują mnie słodycze. Piję kawę z fusami. Tryb dnia się zmienił. Włączając w to preferencje odnośnie tego, co wybieram w telewizji i upodobania kulinarne, które mną zawładnęły. Aktualnie zafascynowana jestem „Wspaniałym stuleciem”, które przenosi mnie w inne czasy i cudownie odrywa od codzienności. Rehabilitacja sprawia mi przyjemność, czasem zrobię nawet niekulejący krok. Zdarza mi się tańczyć przy radiu, może kulawo, nie po mojemu. Ale czuję w kościach, że wracam na dawne tory, jak wykolejony na moment tramwaj. Będąc w domu od czasu do czasu robię pełny make-up, by poczuć się tak jak dawniej, jak zdrowa osoba. W końcu nie na darmo słynę z kurtyny rzęs i ust jak po wyjątkowo udanym botoksie ;) Odkryłam, że nadal kocham książki. Pomimo, że do niedawna brakowało mi na nie czasu. Te relaksujące stosuję zamiennie z wszelkimi psychologicznymi. Dystans od wszystkiego okazał się zbawienny, bo wracam do korzeni. Tak jak wspomniałam, preferencje odnośnie jedzenia też się zmieniają. Slow food, magia owoców, mało tłuszczu, nic nie śmierdzi chemią. Drzemki w środku dnia już są kontrolowane, a nie tylko po to, by lenić się i zapomnieć o bólu. I bardzo tęsknię za wysiłkiem fizycznym! Do tego stopnia, że powoli już do niego wracam. Choć ostatnio siedzący tryb życia i tak sprawił, że schudłam, a za to wszystko poszło w cycki (nie wiem jakim cudem!). Ale jednak pot, łzy i endorfiny, to zupełnie co innego.

Zauważam, że każda choroba czegoś mnie uczy. Tak jakbym dopiero miała dojrzeć. Dziwne uczucie. Tym razem nauczyłam się przede wszystkim, że jeśli chcę wyzdrowieć to musi boleć. W ogóle mam wrażenie, że czasem w życiu dopiero kiedy zaczyna boleć (i nie mówię tu o ciele), to wtedy rozumiemy jak wiele coś dla nas znaczyło. Ostatnio bardzo intensywnie o tym myślę. Z racji, że nadal nie przeprosiłam tego kogoś, komu przeprosiny się należą. Choć powinnam, a dotarło to do mnie najbardziej świadomie w momencie sączenia wina w rodzinnym gronie. Dlatego, że wszyscy mniej więcej znają sytuację, powiedziałam otwarcie i, co więcej, przyznałam się przed sobą, że to JA wtedy popełniłam błąd, że JA nie miałam racji i to JA zachowałam się pretensjonalnie i nieprofesjonalnie. Jakby to wino było niczym veritaserum. I tak od kilku dni boli mnie ta cała sytuacja aż po końcówki moich włosów. Przeanalizowałam nawet moją czarną listę do końca. I tylko raz popełniłam błąd. Ten jeden raz. Wiem co wypada, co trzeba. I wiem, że prędzej czy później przyznam się do mojego błędu przed tą jedyną, najwłaściwszą osobą. Mam nadzieję, że niedługo.

Kontuzja nauczyła mnie też tego, że ludzie dookoła bardzo się o mnie troszczą. I że zwyczajnie powinnam być czasem bardziej ufna. Zawsze to ja mam parcie na to, by kogoś wspierać. To ja wiecznie doradzam, wskazuję drogę. A tu taka miła odmiana. Miałam ostatnio nawet okazję usłyszeć, że dobrze, że żyję. Wszyscy tylko dbają o to, żeby nie nadepnąć mi na stopę (dosłownie i w przenośni), dogadzają mi na każdym kroku. I wiem, że oni zawsze tacy byli, tylko ja tego nie dostrzegałam. Nawet w domu zawsze mam przygotowane dwie sypialnie bym mogła się umieścić gdzie mi będzie w danej chwili wygodnie. I tak dzisiaj od rana dogrzewało mnie wschodzące słońce. <3 Pomimo, że śpię zazwyczaj po jego zachodzącej stronie.

Choroba uczy mnie też cierpliwości. W myśl kolejnej z zasad, że nie od razu Kraków zbudowano. Ja też zrozumiałam, że nie od razu będę biegać jak szalona, ale coraz większy komfort chodzenia i to, że to nogi niosą mnie, a nie ja na siłę je ciągnę, jest bardzo pokrzepiający.

Ostatnio zaczęłam też cieszyć się szczęściem moich najbliższych. Nowe związki, śluby, obrony, praca, wakacje. Pomimo, że u mnie nieruchawo, to i tak jestem szczęśliwa. O matko, tak, jestem szczęśliwa. Pierwszy raz, tu i teraz, a nie wspominając, jaka to byłam szczęśliwa, czy marząc o tym jak to będzie niedługo. Też zauważyłam, że cieszą mnie proste rzeczy. Ostatnio planowaliśmy wakacje. Były różne propozycje. Może wspólny wypad na trasie Kraków-morze-Warszawa. Może coś samolotowego. A ja powiedziałam „wiesz, wystarczy mi nawet nasze ZOO, grunt by pobyć razem”. Mam dziwne wrażenie, że zaczynam rozumieć więcej niż mi się wydaje.

I jeszcze jedno… Nie wiem czy tak macie. Czasem gdy poważniej choruję mam dziwne myśli. Chociażby teraz, że może już nigdy nie stanę normalnie na nogi. Kiedyś okropnie chorowały moje drogi oddechowe i bałam się, że to się nigdy nie skończy i że w końcu nastąpi te ostatnie złapanie powietrza. Nie no, to nie hipochondria, po prostu taka dziwna obawa, że przecież tylu dobrych ludzi choruje i nawet głupia kontuzja może prowadzić do czegoś poważnego. Tyle młodych osób z mojego otoczenia już odeszło, a przecież byli i lepsi ode mnie i żyli pełnią życia. Czasem wstaję w nocy z taką rezygnacją, że nadal jestem obolała. Przez chwilę myślę, że to tylko zły sen. Jednak ból jest aż zbyt prawdziwy. A ja zdałam sobie sprawę, że kocham życie. Nie chodzi mi o to, o czym już mówiłam, że kocham swoje życie. Ale nawet teraz kiedy jestem mało mobilna, to kocham po prostu żyć. Być tutaj, na świecie, widzieć innych ludzi, móc się do nich uśmiechnąć. Ostatnio chociażby po raz pierwszy w życiu coś wygrałam. Głupi, mały konkurs, ale zawsze! I potem zaczęłam myśleć… Czy naprawdę pierwszy raz coś wygrałam? Moje życie to nieustanne walki i wygrane. Materialne i nie. Myślę, że wygrałam już w momencie gdy przyszłam na ten świat. Wygrałam życie. Choć może moje dzieciństwo było nieidealne, bo różne koleje losu musiałam przeżywać i z nimi się zmagać, to jednak mam najwspanialszy dom, na jaki mogłam zasłużyć. I wiecie co, kocham budzić się o tej czwartej rano, kiedy całe miasto jeszcze śpi. Cisza na ulicach, chłód wpadający przez okno, zieleń, która koi oczy. Jacyś pojedynczy ludzie biegnący ulicą. A ja zawsze wtedy myślę jak dobrze jest być częścią tego wszystkiego.

Wiem, że niedługo wrócę do szaleństw, może znowu powiem niejedno głupie zdanie, którego pożałuję. Może podejmę złe decyzje. Ale też będę robić wszystko, by czasem się zdystansować, by poczuć małą stagnację, która orzeźwi mnie jak letni deszcz i nie doznam obawy przed gradobiciem.

Wasza Scarlett, która wierzy, że jej gorsze dni zmierzają ku końcowi, choć musi przyznać, że otworzyły jej oczy.

O sercach, które grają wspólną melodię…

Jestem fanką pytań coachingowych. Niełatwo się na nie odpowiada, bo z reguły trzeba przeanalizować wiele różnych spraw, celów, do których dążymy, naszych odczuć, emocji. Nie jest prosto, ale czymże byłoby moje życie bez nieustannego rozwoju?!

Ostatnio natknęłam się na banalne pytanie CZYM DLA CIEBIE JEST MIŁOŚĆ? Myślę: co to za problem?! Phi! Ja nie dam rady, no ja?! Jednak gdy zaczęłam się głębiej zastanawiać, pojawiały się schody. Wiadomo, miłość ma wiele odcieni. To miłość rodzicielska, partnerska, czasem niespełniona, nieodwzajemniona, miłość w rodzinach patologicznych. Gdybym miała na nią spojrzeć ogólnikowo, powiedziałabym, że dla mnie miłość to sens istnienia. Jakkolwiek górnolotnie by to nie zabrzmiało. W końcu zrodziliśmy się z miłości, więc dla niej też żyjemy. Czyż nie? :)

A bardziej szczegółowo? Miłość to przede wszystkim zaufanie, kiedy on nie wraca do domu o umówionej godzinie. To cierpliwość, kiedy ona nie wie jak mu powiedzieć, że ma problemy w pracy. To patrzenie na niego z czułością, gdy podczas spania kącikiem ust spływa mu ślinka wprost na poduszkę. To kochanie jej mimo tego, że nie umie zerwać z paleniem. Umiejętność słuchania i pomagania sobie wzajemnie. Akceptacja tego, że nie jesteśmy w stanie go zmienić i on nadal będzie rozrzucał te przeklęte skarpetki po całym domu. Ona wciąż będzie się mizdrzyć przed lustrem dwie godziny, a on będzie odchodził od zmysłów, że się spóźnią. Miłość to spojrzenie w ukochane oczy drugiej osoby, które zawsze koi. To słuchanie jego głosu, który jest cierpliwy, który dotyka nawet najczulsze miejsca w mózgu i powoduje, że przechodzi migrena. Dla mnie miłość to ciepło, radość bycia przy kimś, zupełnie jak w przypadku ucieszenia się na widok koksownika na mrozie. I wiadomo… przychodzą trudne chwile, miliony kłótni, problemy dnia codziennego, ale z miłości walczymy by je pokonać. Miłość to dawanie siebie i przyjmowanie tego, co chce nam ofiarować druga strona. To pocałunki, nawet na wietrze i w okresach przeziębień. To trwanie przy sobie do końca naszych dni i nie wyobrażanie sobie, że można by umrzeć przed swoim mężem, swoją żoną. I może miłość nie zawsze jest idealna ale zawsze jest najpiękniejszym z uczuć.

Tak często mylimy zakochanie z zauroczeniem, miłość z zakochaniem. Nie wiemy czy w życiu można kochać tylko raz, czy też kilka razy. Mimo to wiem, że odpowiedzi na te pytanie będą proste dokładnie wtedy kiedy samoistnie zrozumiemy, że kochamy.

PS. A Wy, macie definicje miłości?

Wasza, romantycznie nastrojona, Scarlett ;)