Styczeń 2018
N P W Ś C P S
« paź    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

człowiek

Quo vadis?!

Kilka dni temu śmieszył mnie szczyt, na którym debatowano nad zatrzymaniem zmian klimatycznych, bądź ich spowolnieniem. Wiecie, tak aby zapobiec topnieniu lodowców, by obniżyć temperaturę… Powodzenia…

I dzisiaj podobna tematyka znów do mnie powróciła. Mianowicie, obejrzałam film „Lucy”. Musiałam, bo cały czas pamiętałam jego świetny plakat i te boskie, niebieskie oczy mojej imienniczki (Scarlett Johansson). Film, sam w sobie, ma swego rodzaju rozmach i jest inny niż produkcje, które do tej pory oglądałam. Nie wiem czy „inny” oznacza tutaj lepszy, gorszy, dziwniejszy. Po prostu INNY. 

Najpierw miałam odruch, by od razu go wyłączyć, bo rychło w czas zorientowałam się, że przecież imię Lucy kojarzy mi się z antropologią, a egzamin z tego przedmiotu tak kochałam, że aż zdawałam go kilka razy :D Jednak się przemogłam i nie żałuję. Film dał mi dużo do myślenia. 

Bo do czego my w ogóle dążymy? Oprócz samozagłady… ;) Mam czasem wrażenie, że im ludzie są mądrzejsi, tym bardziej szkodzą sobie i środowisku. Ewolucja sprawia, iż coraz bardziej się odczłowieczamy. Co by się nawet zgadzało, bo przecież australopitki nie jeździły autami i chyba nie narzekano wtedy na smog… Nie wysadzano też samolotów, nie pakowano ludzi do obozów koncentracyjnych… Zwyczajnie, tłuczono się maczugami, przeklinało się dinozaury (zamiast komary). Ale chciałoby się rzec, coś za coś… Ach i wybaczcie moją ignorancję, bo nie wiem czy dinozaury i australopitki to ta sama era :D Ale nie chce mi się w to głębiej wnikać, bo mam złe wspomnienia z tamtego okresu ;) (czyt. antropologia!)

Oczywiście dziękuję Bogu za to, że cywilizacja, która się rozwija przynosi nam też wiele dobrego. Są lekarstwa (co z tego, że terminy u specjalistów za kilka lat), są niezbędne urządzenia, które bywają zbawienne w medycynie i nie-medycynie. Ale w tym wszystkim jest też tyle zła… I nieważne czy smog, czy topniejące lodowce, ale nieustanna chęć posiadania więcej i więcej i więcej. A jak człowiek ma więcej, to chce jeszcze więcej. I jeszcze… To przeraża. 

Może gdybym używała więcej procent swojego mózgu, ten wpis byłby lepszy :D Ale może to i dobrze, że część moich komórek leży odłogiem lub sobie zwyczajnie obumiera… 

Ciao!

Zostawiam Was z refleksjami lub bez nich.

Pozdrawiam, Wasza Scarlett :)

Jak to, słuchając komplementów doszłam do wniosku, że nic tak dobrze nie robi jak wyjście do ludzi!

Wczoraj. Cóż to była za środa. Zaczęło się od porannego wychwalania mojego optymizmu. Samoocena skoczyła. Potem pojawiłam się na wolontariacie, gdzie nie było mnie już od ho ho. Na wejściu usłyszałam, że wyglądam wspaniale, potem skomplementowano moje włosy, w których ja nic specjalnego nie widzę. Po prostu latałam nad ziemią z zachwytu, bo chyba, jak każdy i każda, kocham komplementy. I teraz, siedząc na łóżku, czuję się nadal tak dowartościowana jak wczoraj, że aż jestem w szoku. Czasem kilka miłych słów może zdziałać cuda. Ale największą nagrodą były dla mnie tulące się do mnie dzieciaki. Tego uczucia nie przebije milion słów… Dlatego warto było ruszyć swoje cztery litery i wrócić do jednego z ulubionych miejsc :) Nawet o bólu kostki zapomniałam! Takie cuda!

Wracając do domu zastanawiałam się jakim trafem znalazłam się w tym miejscu, skoro ja do dzieci nigdy nie przejawiałam większej sympatii. Nie rozumiałam ich, a one jakoś za mną nie przepadały. Przynajmniej takie mam wspomnienia związane z kontaktami z dziećmi. Wszystko chyba zmieniło się na praktykach, a potem wolontariacie. I tak już zostało. Kocham dzieci, pomimo że uwielbiają zachodzić za skórę. Sama chcę mieć czwórkę, także no trochę się pozmieniało ;) Duże oczyska, słodki bezzębny uśmiech, łapki jak serdelki – no jak można nie być w nich zakochanym!

Wolontariat zmienia w ogóle moje patrzenie na wszystko dookoła. Nie tylko czuję się lepiej… Nie, nie chodzi, że czuję się lepsza. Lepsza może nigdy nie będę, bo na co dzień nie bywam dobrym człowiekiem. Jestem wredna, opryskliwa, czasem kogoś niezasłużenie opieprzę… Niestety, ale taka już jestem. A to wszystko otoczone ogromnym egoizmem. A tam mogę się oderwać od mojej rzeczywistości, skupić na tu i teraz, na innych, a nie wiecznie na sobie.

Zauważam też, że niewielkim nakładem sił można naprawdę pomóc tym najbardziej potrzebującym. Przy okazji można pomóc również sobie. Całe życie powtarzano mi, że trzeba być dobrym człowiekiem, bo dobro wróci. I te pozytywne emocje, które z siebie dajemy – również. I to prawda. Wraca. Nazwać mnie mianem dobra można tylko raz na jakiś czas, ale profity zauważam. Szczególnie te, które zachodzą we mnie samej. Jestem ogromną fanką pomagania. Raczej nie polega to w moim przypadku na wysyłaniu SMSów na określone cele, chociaż to też dobry sposób. Ale wspomagam finansowo pobliskie hospicja, dużym szacunkiem darzę też Fundację DKMS, w której jestem Potencjalnym Dawcą Szpiku i akcję Rak&Roll, dla której oddałam włosy na perukę. A te formy wolontariatu, które wymagają obcowania z drugim człowiekiem, wyjścia do ludzi, którzy Cię potrzebują. To dopiero coś pięknego. Tego nie da się opisać, dopóki samemu się nie spróbuje.

Czasem mam taki odruch serca by pomóc komuś bezinteresownie. Ale bywam też żyletą. Cała Scarlett. Więc jak widzicie, mam wiele odcieni. Ale to chyba dobrze… Przynajmniej nie jest nudno ;)

PS. Nie piszę tego wszystkiego by się przechwalać, po prostu a nuż ktoś się skusi na jakąś formę pomocy. Polecam! Ja już jestem tak tym wszystkim, co się dzieje dookoła mnie dowartościowana, że chyba starczy mi tego uczucia na kilka najbliższych lat ;)

A przy okazji zobaczyliście, że nie jestem skończoną zołzą ;)

Wasza, czasem filantropijna, Scarlett.

O tęsknocie słów kilka

Nie dość, że długo mnie nie było, to jeszcze dzisiejszy wpis z pozoru ma negatywną wymowę ;) Ale tylko z pozoru. Tak naprawdę tęsknota jest sensem mojego istnienia. Latarnią, która oświeca mi drogę na ścieżkach życia. Górnolotne, ale prawdziwe. Zaczęłam nadużywać słowa „górnolotność”. Ale tak już tak mam, że jak się czegoś uczepię, to nie sposób mnie od tego odzwyczaić. Jako dziecko co chwilę mówiłam: co nie? co nie? co nie? :D Na starość przyszła pora na bardziej GÓRNOLOTNE sformułowania ;)

A co do tęsknoty… Tęsknota jest czymś nieproszonym bo… Kiedy tęsknimy za czymś, co było, nie możemy skupić się na teraźniejszości. Kiedy tęsknimy za kimś, kto najchętniej wyrzuciłby nas ze swojego życia, zamykamy się na innych i spalamy. Kiedy tęsknimy za czymś, co mogło się wydarzyć, a się nie wydarzyło, wpędzamy się w błędne koło co by było gdyby. Kiedy tęsknimy za sławą, chwałą, chlubą, która mogła się zdarzyć i innym się przytrafiła a nam nie, to obniża się nam poczucie własnej wartości i zwyczajnie czujemy się gorsi.

Tęsknić można dosłownie za wszystkim i wszystkimi. Za Bogiem, od którego na własne życzenie się oddaliliśmy, za wartościami takimi jak miłość, zdrowie, szczęście, które są na szczycie naszej hierarchii, a jakoś nas omijają. Za psem, który teraz hasa w Krainie Wiecznego Obgryzania Kości i Miziania Za Uszkiem. Tęsknimy za ludźmi, którzy odeszli. Mentalnie, fizycznie. Czasem aż wstyd się przyznać, że za kimś tęsknimy, bo nie wypada, bo po co, bo przecież on nie czuje tego co ja. Tęsknimy za wymarzonym spokojem, za wolnością. Za miejscami, które niegdyś odwiedzaliśmy z wypiekami na twarzy.

Samo stwierdzenie tęsknię za Tobą brzmi trochę nostalgicznie. Bo składa się na to chociażby fakt, że ktoś o nas nieustannie pamięta, myśli, że komuś nas brakuje i czasem nic nie możemy na to poradzić. Że jest mu smutno, bo nas nie ma obok. Dla mnie brzmi rozczulająco, gdy ktoś powie: czekałem aż się odezwiesz, albo stęskniłam się za Tobą. To brzmi tak niesamowicie, że nie sposób obok tych słów przejść obojętnie. Albo gdy komuś na Twój widok poprawia się humor, a Ty wiesz, że to dzięki Tobie i że teraz jesteście oboje we właściwym miejscu, bo obok siebie. Ale dobra, miało być najpierw negatywnie… ;) Sami widzicie, że dla mnie szklanka jest zawsze w 3/4 pełna, a czasem aż się przelewa ;) Negatywnie, hm… Tęsknota odbiera blask oczom. Szczególnie ta tęsknota, która nie może być zaspokojona. Co innego, jeśli tęsknię za Tobą, ale wiem, że za tydzień, dwa, trzy znów będziesz obok. Wtedy tęsknota to oczekiwanie. To trwanie w napięciu, ale dosyć przyjemnym, bo przecież te miesiące rozłąki zostaną wreszcie wynagrodzone. Co innego, jeśli on wie, że jej już nie spotka. Być może nigdy. A być może miną się kiedyś jak dwie obce osoby. Wiąże się to ze smutkiem, apatią, zamyśleniem… Bo nie mamy blisko tego, co mieliśmy tak długo. Pomijając tęsknotę, gdy ktoś trwa obok nas fizycznie, a mentalnie jest tak daleko. Bo kłótnia, bo wymiana zdań, bo jednostronna miłość. Nie lubię patrzeć w oczy tęskniące w ten sposób… Chciałabym ukoić ból takich osób, ale czasem potrzeba na to lat w udręce…

Nie chcąc Was dołować, pora na milszy aspekt. Gdy dziś rano zatęskniłam, poczułam w sercu, że tęsknota jest mimo wszystko dobra. Jest dobra, bo dzięki niej uświadamiam sobie, kto jest dla mnie ważny. Kto wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Tęsknię za wieloma osobami, miejscami, za zapachami. Czasem tęsknota gdzieś siedzi przyczajona w kącie. Czasem ogarnia mnie całą. Nie wiem czy ci, za którymi tęsknię , tęsknią również za mną. To jest najmniej ważne. Ale ktoś chyba tęskni, bo wiecznie wypadają mi rzęsy ;) Jestem uzależniona od ludzi, a raczej od tego jak dany człowiek na mnie oddziałuje. Dlatego chyba też przede wszystkim tęsknię za ludźmi i za tym jak się przy nich czuję. Mam w sercu tych, którzy przytulają spojrzeniem, których uśmiech mnie rozbraja. Tęsknota jest dobra, bo wskazuje mi kierunek bym nie zabłądziła i trafiła tam gdzie powinnam. Miejsca, za którymi tęsknię mają swój zapach. Dla mnie każde miejsce pachnie inaczej, wyjątkowo. Czasem wiem, że może tęsknię niepotrzebnie, że przecież ta sprawa lub ta osoba nie są tego warte. Ale taka tęsknota też czegoś uczy. A życie to w końcu nieustanna nauka.

PS. A jak Wy się zapatrujecie na tęsknotę? Ja dzisiaj tęsknię i nie wstydzę się do tego przyznać. Czekam i tęsknię. I w końcu cieszę się, że mam na co czekać, bo lubię czekać tak jak nikt :)

Wasza Scarlett, uśmiechająca się do biletów z dedykacją dla mojej żony i jej przyjaciółki :) Teraz wiem, że wszystko będzie dobrze :)

Kiepski dzień? No problem! And keep smiling!

Tak się złożyło, że dzisiejszy temat pasuje w sam raz do znienawidzonego przez wielu poniedziałku. Jednak takie niezbyt sympatyczne chwile mogą nas dotknąć w każdy dzień tygodnia. I niestety nie nauczyły się jeszcze, by uprzedzać, że wproszą się z wizytą. Dlatego wpadają z szybkością F1 i F16 razem wziętych, a z siłą większą nawet niż niejedna broń masowego rażenia. I może to być…

wtorek,

niedziela,

dzień, w którym mamy ochotę zabić nudę,

12-godzinny dzień pracy,

bad hair day,

dzień pełen przykrych wspomnień, chwile, gdy ktoś nas zrani, gdy tracimy sens życia, gdy mamy ochotę na wolne od wszystkiego, gdy wpada teściowa, gdy w kąciku oka buja się mała łezka, gdy najchętniej schowalibyśmy głowę do piachu jak kolega struś… Więc gorszy dzień, to nie tylko TE kobiece dni, ani dni PO, kiedy jedyne, co płynie nam w żyłach, to resztki wina z wczoraj. Takich dni jest miliony razy więcej. Ale komu ja to mówię. Wy znacie je doskonale. Niestety…

Dlatego też w gorszy dzień potrzeba jakiegoś magicznego specyfiku, który odmieni nasze myślenie, albo skieruje je na inne tory i sprawi, że wszystko będzie zdawało się ciut lepsze i lżejsze niż wcześniej. I nie mówię tutaj o alkoholu czy innych mocarzach…

Mam za to kilka propozycji akceptowalnych społecznie, które metodą prób i błędów sprawdziły się u mnie już nie raz. Może pomogą również i Wam. Choć od razu mówię, że liczę też na Wasze sposoby, by nasz cudowny i genialny spis jeszcze bardziej powiększyć.

Zaznaczam, te niżej wymienione aktywności mogą wywołać w nas różne poziomy szczęścia/zadowolenia/ulgi. Wszystko zależy od naszego zaangażowania, motywacji, temperamentu, siły gorszego dnia i wielu innych czynników. Może tylko ukoją choć na chwilę nasze myśli lub skołatane nerwy, ale to zawsze coś. Nie każę Wam przestać myśleć o Waszych problemach, bo wiem, że to wymaga pracy, czasu, a czasami po prostu nie da się tego zrobić. Ale wyciszyć się, zrelaksować, albo wręcz przeciwnie: pobudzić. Czemu by nie…? Brzmi dobrze? To zaczynamy!

1. Pozytywne przeformułowanie trudnej sytuacji.

Gadam jak psycholog ;) Ale myślę, że każdy wie o co chodzi. Jeśli znaleźliśmy się w dość ciężkiej dla nas sytuacji, to warto spojrzeć na nią z bardziej pozytywnego punktu widzenia. Może być trudno, może dane przeformułowanie Was nie do końca usatysfakcjonuje. Ale są plusy, bo spojrzycie na wszystko z innej strony i może to Was przekona. Co więcej, warto zapytać też najbliższych lub znajomych, jakie wartości zauważyliby w danej sytuacji. Jak oni by się w tym wszystkim odnaleźli. I co polecają. Nie bójmy się pytać innych o zdanie! Inne punkty widzenia wiele wnoszą w nasz sposób postrzegania problemu.

2. Uśmiech, uśmiech i… uśmiech.

Nasz i osób wokół. Mądrzy powiadają, że gdy zaczniemy wykonywać mięśniami szczęki ruchy podobne do tych, które przypominają uśmiech, to od razu poczujemy się lepiej. Wiem, że są sytuacje gdy ciężko się uśmiechnąć. Sama niejednej takiej doświadczyłam. Ale można chociaż spróbować, choć na chwileczkę. To nic nie kosztuje. Uśmiechać się do samego siebie, ale również do ludzi na ulicy. Możemy palnąć do kogoś coś głupiego by sam się roześmiał, a my będziemy mieć satysfakcję z czyjegoś zadowolenia. Przy okazji zupełnie nieświadomie możemy zwalczyć czyjś bad day!

3. Ukierunkowanie na siebie vs ukierunkowanie na innych.

Ukierunkowanie na siebie? Wielu z nas na co dzień jest zapracowanych, przemęczonych. Kursujemy pomiędzy różnymi miastami, ulicami, nie potrafiąc wykrzesać ani chwili wolnego. Więc może dobrze znaleźć choć ciut czasu i spożytkować go na słodkie nicnierobienie. To zapewni nam wyciszenie i nabranie sił. Jednak jeśli wolicie wypoczywać intensywnie to możecie oddać się takim przyjemnościom jak film, książka, słuchanie muzyki, karaoke, ruch pod wszelką postacią (od jogi po intensywne zajęcia zumby). Tym bardziej, że na każdego działa co innego. Tu ważne jest też pobycie z samym sobą. Wsłuchanie się w siebie, w przyrodę, w otoczenie. Obserwowanie innych. Może to być niezły relaks, jak i dobra nauka. Polecam też kupienie sobie drobnego prezentu, krótki wyjazd, koncert. Jak wolicie. Zapomniałabym o jedzeniu :D Też się liczy. Zjedzenie kostki czekolady (żeby potem nie mieć dodatkowo wyrzutów sumienia), wypicie dobrej kawy (dwóch, ewentualnie trzech :P przepraszam! jestem uzależniona! ALE słyszałam, że kto pije od 2-3 filiżanek kawy dziennie, to zmniejsza się u niego prawdopodobieństwo depresji, także nie ma co się śmiać). Można też zrobić pierogi, nauczyć się zwijania sushi. I przy okazji kogoś nakarmić tymi specjałami. I tu przechodzimy w płynny sposób do ukierunkowania na kogoś innego ;)

Ukierunkowanie na innych? To oprócz ugotowania dla kogoś barszczu (nie SOSNOWSKIEGO!), chociażby kupienie bliskiemu czegoś drobnego, albo wręcz wykonanie drobnej pamiątki (tak bez okazji!). Spotkanie z przyjaciółmi, z rodziną, a może z kimś niedawno poznanym. Odnowienie kontaktu. Opieka nad zwierzęciem (nie musi być własne, bo można spróbować swoich sił w schronisku). Kupienie sobie roślinki. Miałam kiedyś taką sytuację. Znajomi zostawili u mnie drzewko bonsai z zastrzeżeniem, że ono już się nienajlepiej ma, ale mam się tym nie przejmować. Taaa, brzmi pięknie. Ale bardzo mnie relaksowała opieka nad nim i mimo kilku tygodni ich nieobecności bonsai nie umarło! Ulga! Kolejnym sposobem jest cieszenie się szczęściem innych. Czasem gdy u nas burza, u innych tęcza. Może warto z tego czerpać inspirację? I wolontariat. Pomóc dzieciakom w nauce, pobawienie się z nimi. Uśmiech pojawia się mimowolnie!

Większość z tych aktywności wymaga bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem. Wiem, czasem niełatwo jest się spotkać z kimś znajomym lub obcym, kiedy sami rozpadamy się na milion kawałków. Bo nie chcemy by ktoś inny nabijał się z naszego cierpienia, albo wręcz cierpiał razem z nami. Sama miałam opory. Przykład. Pewnej pięknej, słonecznej niedzieli odszedł mi ktoś bliski. Przez kilka tygodni miałam problem by wychodzić z domu, by się śmiać, by żyć. Wyrwała mnie z tego moja przyjaciółka. Najpierw wzięła mnie na drinka, choć nawet już w SMSie zaznaczyła, że tylko po to by za Niego wypić. I tak wyglądało te spotkanie. Gadałyśmy tylko o Nim. Ale bardzo mi to pomogło. Po kilku dniach namówiła mnie na koncert. Był to koncert, którego do dzisiaj nie mogę zapomnieć. Myślałam tylko o Nim. Tym bardziej, że w pamiętną niedzielę, słuchając dokładnie tego samego zespołu, dowiedziałam się, o tym co się stało. Było mi głupio, wspomnienia wracały, niezbyt dobrze się bawiłam. Ale to był przełom. Jakże potrzebny. I teraz wiem, że wyjście do ludzi to coś, co mi pomogło nie jeden raz. Choć początkowe opory wydają się nie do pokonania. Ale warto.

4. Odkrycie, pielęgnowanie pasji.

Jeśli ktoś już takową ma, to dobrze! Trzeba do niej wrócić, pielęgnować ją, dbać o nią! Jeśli uważamy, że jesteśmy beztalenciami, to nie ma innej opcji, po prostu trzeba się w siebie wsłuchać (ale nie w wewnętrzny głos, który mówi, że talentu w nas mniej niż zero!). Pasji jest tyle, ile ludzi na ziemi. Szkicowanie, fotografowanie, pisanie bloga, bawienie się we fryzjera, cokolwiek. Coś, co pozwoli nam na upust emocji, ale w kontrolowany sposób. W dodatku jest to coś, co jest całkowicie nasze i sprawia nam przyjemność. Pomaga w rozluźnieniu, wyrażeniu siebie. Na pasji można również zarabiać, jakby ktoś miał praktyczniejsze podejście do życia ;) Wierzę, że każdy znajdzie coś, co go oczaruje :)

5. Krótka drzemka.

Nie mówię o przespaniu życia! Wystarczy kilkanaście minut, godzinka w ciągu dnia. Na skołatane nerwy dobra jest taka chwila wytchnienia. Nie tylko pomaga w regeneracji organizmu, ale również chwilowo odciąży naszą psychikę od tego, co się wydarzyło. Jeśli nie drzemka, to może krótkie poleżenie w łóżku…? Albo chwilowe przymknięcie powiek podczas jazdy pociągiem? (Uważajcie na bagaż!) Serdecznie polecam też trening autogenny Schultza. Coś niesamowitego.

6. Małe szaleństwo.

Pozwólmy sobie na coś, czego do tej pory nie robiliśmy albo baliśmy się zrobić. Nowa fryzura? Czerwona sukienka z którą nigdy się specjalnie nie utożsamiałyśmy? Pójcie do domu inną drogą? Brak wiecznego planowania, a otwarcie na to, co przygotował los? Lot balonem? Rejs statkiem? Podróż pociągiem byle jakim odjeżdżającym z peronu 9 i 3/4? Paznokcie w kolorze lazurowym? Zjedzenie ryby zamiast mięsa (dla niektórych nawet to może być szaleństwem!). Takie małe odstępstwa od tzw. normy, nudy i stagnacji pozwalają się zdystansować. Zmieniają kierunek naszych myśli. Po prostu są potrzebne.

7. Słoik szczęścia.

To małe ustrojstwo każe myśleć! Przekonuję się o tym za każdym razem, kiedy nie wiem co z danego dnia mogłabym uznać za szczęśliwe lub takie, które wywołało mój uśmiech. Założyłam go w styczniu tego roku. I codziennie wrzucam po karteczce. Z dobrymi myślami, chwilami, spotkaniami, wspomnieniami. I wiecie? Nie wiem czy to ten rok jest taki niesamowity, czy ja specjalnie robię wszystko by zbierać do słoika dużo dobrych wspomnień, ale jest nieziemsko. Może to też kwesta tego, że teraz nawet na najmniejsze szczęścia muszę uważnie patrzeć, choć kiedyś były one dla mnie codziennością.

Słyszałam też o innej wersji, a mianowicie wrzucamy do słoika to, za co moglibyśmy podziękować: jak kto woli, albo sobie, albo Bogu, losowi, albo aniołom, względnie temu dniowi, który miał miejsce. Też inicjatywa warta dostrzeżenia. Dzięki temu każdy dzień ma namacalny sens.

8. Skierowanie myśli na to, co było i co dopiero będzie.

Wiem, ważna jest chwila obecna, bo to właśnie DZIŚ jest tym dniem, na który mamy wpływ. Ale inni zaś uważają, że najlepsze dni dopiero przed nami. Zgadzam się z obydwiema wersjami. Bądź co bądź, są do pogodzenia. Skupiam się na tym, co jest teraz, choć kiedy przychodzą gorsze dni miło jest pomyśleć co by było gdyby, wizualizować swoje aspiracje, plany. Myślę kim będę za rok, dwa, dziesięć. Nie po to by się dobić, ale po to by na chwilę zapomnieć o tym jak źle jest aktualnie. Zbawienne są też marzenia, które pojawiają się pod naszymi powiekami tuż przed snem. Staram się od dziecka by to, co myślę przed snem było pozytywne. Kiedyś to byłam ja w roli księżniczki, która wreszcie odnajduje swego księcia. Teraz to jestem ja w roli spełnionej, szczęśliwej osoby, zarówno na polu zawodowym, jak i prywatnym. W myślach odgrywam liczne pozytywne sceny, układam dialogi. Nie pozwalam sobie na pójście spać w gniewie lub w smutku.

Skoro przyszłość, to też przeszłość. Warto wspominać, to co było dobre. Albo to, co było trudne, ale jednak jak pięknie z tego wybrnęliśmy. Przypomnijmy sobie, że sięgnęliśmy dna, ale zawsze (jakkolwiek, nawet koślawo) się od niego odbijaliśmy. Że przecież nasze życie nie jest takie złe.

I to chyba tyle. Coś Wam się jeszcze nasuwa? Może macie inne genialne sposoby?

Na mnie nie zawsze wszystko działa. Do każdej sytuacji podchodzę indywidualnie. Ale to dobrze. Trochę wysiłku poznawczego i dopasowywania się do emocji i zdarzeń nie zaszkodzi ;)

Wasza Scarlett.