Styczeń 2018
N P W Ś C P S
« paź    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

Scarlett o sobie samej

Świętujemy sobie z Pierwszą Damą ;)

A cóż świętujemy? Poprawiny Tłustego Czwartku? Korzystamy z uroków końcówki karnawału? Obchodzimy Dzień Nutelli? Albo urodziny Christiano Ronaldo? W zasadzie każdy z tych powodów byłby dobry ;)  

Jednak my mamy imieniny.

Jak już kiedyś wspominałam, ze mną jest trochę tak, że mnie się kocha, albo nienawidzi. Nic pomiędzy. Tak też jest z moim prawdziwym imieniem. Przez całe dzieciństwo szczerze go nienawidziłam. Dorosłam i powiem Wam, że je pokochałam. Chyba żadne inne imię tak perfekcyjnie nie oddałoby mojego charakteru. Oczywiście oprócz Scarlett ;)

Jak połowa z Was wie, a druga się domyśla, naprawdę mam na imię Agata. Twardo brzmiące imię dla twardej babki. Podobno pierwotnie miałam być Andżeliką, ale coś się mojej mamie odwidziało ;) I bardzo dobrze!

Gdy byłam małą dziewczynką chciałam, by ludzie zwracali się do mnie pełnym imieniem, choć najczęściej rodzina i tak nazywała mnie Kaśką :D Zaś w szkole wszyscy nauczyciele rozpływali się i Agatkowali mi na prawo i lewo. Gdy następnie na studiach pragnęłam, żeby mi Agatkowano, to tam byłam tylko panią Agatą. Albo może i , bo większość studentów i tak była bezimienna. A teraz, coraz częściej jestem znów Agatką :D Chociaż zazwyczaj jestem też Scarlett i ta okoliczność chyba raduje mnie najbardziej.

Kocham swoje imieniny, tak samo jak urodziny, a może nawet i bardziej. Wiecie, o urodzinach nie każdy wie. Imieniny bardziej się przewijają gdzieś w radiu, gazetach, czasem w telewizji. Tak też niektórzy będą się nade mną dziś rozpływali i wspominali mnie z uśmiechem na ustach, innym będę odbijać się czkawką :D I bardzo dobrze!!!

Przez ostatnie lata, co roku, jedna i ta sama osoba pytała mnie czy obchodzę imieniny. Dziś nie zapyta. I dobrze. Nie liczę też na życzenia, choć po czwartej rano już takowe otrzymałam. I to od rodzicielki, której moje imię już dawno powinno wyjść bokiem ;) Tym bardziej, że tyle raz je krzyczała w moją stronę :D

Zdaję sobie sprawę, że są też tacy, którzy nie obchodzą imienin. Kurczę, według mnie każda okazja do świętowania jest dobra. Tym bardziej okazja wspominania swojego patrona. W końcu te imię coś znaczy. No właśnie. Co roku, w imieniny czytam co tam ciekawego piszą o Agatce. I co roku się dziwię jak wiele w tym wszystkim prawdy. Oto co znalazłam dzisiaj.

Pomijając, że Agata znaczy dobra;) Czy przekłada się to na życie…? Polemizowałabym :D

Jest to imię idealne dla osób samodzielnych, stanowczych, przywykłych do decydowania o sobie i innych. Ba! Nie na darmo sto lat temu zostałam starościną, a teraz moja mama uważa, że powinnam zabawić się w politykę :D Kto wie, może kiedyś ja będę prezydentową ;)

Agaty są wymagające i nie znoszą sprzeciwu. Zwykle wiedzą czego chcą. W rodzinie zazwyczaj stają się jej głową. Nawet ojciec i matka muszą się im podporządkować. Oj tam, oj tam. Mogli dać mi inaczej na imię, to nie mieliby problemu. A na poważnie. Nie znoszę sprzeciwu. Coś w tym jest. Ale jak się mnie dobrze pozna to naprawdę jestem potulna jak baranek. Dodali też coś w stylu, że nie rozpieszczam ani siebie ani innych. Nie widzieli mnie jeszcze z dzieckiem! Żądam i stawiam warunki? Ktoś by mógł się na ten temat wypowiedzieć. Potwierdzałby tę tezę chyba z 5 godzin ze swoimi kamratami. Tak jakbym tylko ja taka była… Kpina!

Agaty lubią kiedy w ich życiu wiele się dzieje. Nie przepadają za monotonnym życiem. O tak. Ostatnio powiedziałam, że nigdy już nie pojadę, ani nawet nie pójdę na żaden koncert i usłyszałam: to już od razu idź do zakonu, bo po co Ci takie życie :D

Od razu nie zgadzam się, że jestem zwolenniczką górskich wycieczek :D No chyba, że chodzi o góry i doliny życia ;) Także w tym przypadku się pomylili, albo nie dookreślili.

Agaty są zdyscyplinowane, można polegać na ich słowie. Dobrze się sprawdzają w ramach instytucji i organizacji. Byłabym nieskromna gdybym się zgodziła ;)

Optymistycznie patrzą na świat. Do tego nigdy nie tracą fantazji. Są bardzo uzdolnione artystycznie, ze szczególnymi skłonnościami do rozwijania talentu literackiego. Taaaaak mi mówcie :D Teraz już wiem czemu mi ostatnio nie uwierzono. Zapytano mnie: co Ty taka smutna? Ja: ja tak mam naturalnie. I tutaj nastąpił wybuch śmiechu. Nie mój. A co do talentu. Sami widzicie jak jest ;)

Moją roślina jest jemioła. Szkoda tylko, że to pasożyt :D Ale przynajmniej miłość pod nim kwitnie.

Agaty stwarzają pozory groźnych i wybuchowych, ale ta ich porywczość szybko mija i ustępuje miejsce wrażliwości na krzywdę ludzką. Szkoda tylko, że niektórzy na tych pozorach się zatrzymują, nie próbując odkryć jakie to te Agatki naprawdę są…

Są chętne do pomocy i pociechy. Zawsze! Prawie.

Gdy opuszczają je emocję stają się małymi, słabymi kobietkami pragnącymi kochać i być kochanymi. To jest chyba jedno z lepszych zdań, które mnie opisuje. Zawsze mówiłam, że ja na kogoś nawrzeszczę, nakrzyczę, przeklnę, a tak naprawdę to znaczy, że ten ktoś jest dla mnie cholernie ważny. Tylko on już nie widzi we mnie tej Agatki, która każdym oddechem prosi o jego uwagę, tylko zafiksował się na tej wstrętnej Agacie, która rani…

Lubią mieć stałego partnera, któremu ciosają kołki na głowie, ale też potrafią to stokrotnie wynagrodzić. Gdzieś dodali, że mam wielką wyobraźnię w dziedzinie seksu, także no… ;)

Zadowolenie przynosi im każde zajęcie, w którym mogą osiągnąć sukces. Potrzebują jednak swobody działania i możliwości improwizacji. Swoboda! To jest to. Dlatego pisząc prace z polskiego nigdy nie potrafiłam wbić się w klucz :D

Zawody idealne dla mnie to te związane z komunikacją i wymianą informacji. Ha! Trafili!

Moja patronka oddała się Bogu. Odrzuciła kilkukrotnie zaloty wielkiego namiestnika. Nawet chcieli ją złamać oddając do domu publicznego. Kiedy zaś poddawano ją torturom można było odczuć podziemne wstrząsy. No ba, kto się mści na Agatach niech wie, że nasza moc jest większa i zło w nas wymierzone może się obrócić przeciwko atakującemu. Swoją drogą te odrzucanie zalotów to też w moim stylu :D

Najbardziej rozbawiły mnie miejsca istotne dla Agat :D Drogi, centra handlowe, wyższe uczelnie, otwarte przestrzenie, zagranica, instytucje związane z prawem. Trochę się minęli. Drogi i centra od razu mi się skojarzyły z prostytutkami i galeriankami :D Wyższa uczelnia… Może kiedyś zostanę wykładowcą, także bym tego miejsca akurat nie skreślała. Otwartych przestrzeni się boję. Zagranicy już dawno nie widziałam. A instytucja związana z prawem. Przypomniała mi się ostatnia wizyta w sądzie. I jeden z prawników do mnie: my się skądś znamy, prawda? Wokół masa ludzi, wszyscy ucichli, spojrzeli na nas. Ale tak, znaliśmy się, więc się kulturalnie przyznałam, pośmialiśmy się, pogadaliśmy. Miło, że ludzie mnie pamiętają. Choć może niekoniecznie chciałabym, żeby to byli prawnicy :D Chociaż… Lepiej prawnicy niż policjanci :D

Agaty są mądre i potrafią trafnie osądzić sytuację. Nie ma to jak się samemu dowartościować :D

Schyłek życia Agaty spędzą w doborowym gronie. Liczne znajomości i zaangażowanie się w sprawy otoczenia pozwolą cieszyć się im pełnią istnienia. Te znajomości to najpierw muszę odbudować, albo zbudować od nowa, ale przynajmniej jest nadzieja ;)

Dojrzałość przyniesie zgodę wewnętrzną i zrozumienie wielu wydarzeń z przeszłości. Przyda się.

Agaty są dowcipne, towarzyskie, posiadają wysmakowane poczucie humoru. Zawsze mi powtarzali, że mam specyficzne poczucie humoru :D

Te imię ułatwia odnieść sukces. Chyba tylko tam, gdzie mnie nie znają ;)

Agaty cechuje inteligencja emocjonalna, erudycja i posiadanie ujmującego daru wymowy. Ach, nieraz to słyszałam.

Agaty emanują spokojem i pewnością siebie. Tylko emanują :D

Jeszcze znalazłam króciutki opis, że Agaty to choleryczki, nieliczące się ze słowami, ale o wielkim sercu. Cała ja.

Drzemie w nich miłość bliźniego, która nieraz przybiera przesadną formę, ale daje im prawdziwe bogactwo psychiczne.

Chcą posiąść ciało i duszę, nieraz majątek. Bez przesady :D Majątku nie potrzebuję.

To namiętne kobiety, które pragną brać i odrzucać, posiadać i oddawać się w posiadanie – nawet szatanowi. To akurat cała prawda. Sama bym lepiej tego nie ujęła. 

Prawdziwe pokerzystki. Oho.

Prowadzą nieuporządkowane życie skierowane ku spełnieniu najbardziej zwariowanych zachcianek. Pffff, jakby zgadli :D

Chciałoby się ją zganić, a kończy się tylko na śmiechu. Zawsze jest tak u mnie w domu. Kiedy się pokłócimy, to zaraz zaczynamy się śmiać i gadamy o głupotach. Teraz wiem, że to dzięki imieniu ;)

Kto mnie zna, widzi tu masę prawdy. Kto nie zna, ten już wie na co się szykować. Swoją drogą, polecam Wam lekturę różnych imienników. Można dowiedzieć się naprawdę całej masy rzeczy o sobie samym. I zobaczycie, że imię to nie tylko kilka zlepionych ze sobą liter, ale często też idealny odpowiednik naszej osobowości i temperamentu :) A skoro ja jestem podobno taką kosą, to stąd taki a nie inny obrazek ;)

PS. Muszę się pochwalić. Bo imieninowe niespodzianki zaczęły się w zasadzie już wczoraj wieczorem. Usłyszałam: ja w Ciebie wierzyłem. To był miód na moje serce. A nie mówiłam, że mam wspaniałych przyjaciół :) Ach i wierzy nadal! Pierwsze stwierdzenie akurat odnosiło się do dawnych czasów ;)

Pozdrawiam! Wasza Scarlett :)

Zaskakuję nawet samą siebie…

Remont: kontynuacja. I wolę nie myśleć, ile ta farsa jeszcze potrwa.

Wczoraj wszyscy zaklinaliśmy, by sąsiadom nadal śmierdziało, łapałam się za głowę słysząc przez dziury głosy z dołu i z góry. Jak w Big Brotherze… Przy odrobinie szczęścia, w którejś dziurze można zobaczyć znajomą twarz. I o ile wczoraj się śmiałam, że gdyby za kilka lat miał tu miejsce pożar, to aktualny remont byłby daremny, tak dzisiejszej nocy uratowałam tyłek sobie i wszystkim mieszkańcom.

Ta noc była dla mnie wyjątkowo ciężka. Wszędzie pył i te zionące dziury, a do tego prywatne życie sąsiadów wystawione na moje biedne uszy… Żeby uniknąć większego zakurzenia, do spania przygotowałam tylko połowę łóżka, bo po co brudzić całe. Z resztą i tak chciałam spać u mamy, ale końcem końców pomyślałam, że jednak wolę się nie zamieniać. I wyobraźcie sobie, ile małych decyzji, przypadków, zbiegów wydarzeń, losu i przeznaczenia ma nad nami kontrolę…

Jest noc. Przewracam się z boku na bok, niewygodnie mi, ciasno, kostka boli, kolano nie mniej… Ale i tak zasypiam z uśmiechem na ustach, bo przecież wcześniejsze komentarze Małej Mi mnie totalnie rozbroiły. Po wielu bojach z kołdrą i poduszkami wreszcie zasnęłam na dobre. 

Środek nocy. Nagle słyszę masę lejącej się wody. Już nie wiedziałam czy jestem w łóżku czy nad wodospadem. Może to Niagara? Zaczęła się dedukcja. Wprawdzie rozmawiałam wczoraj o wizie, ale nie przypominam sobie bym leciała samolotem :D Hm… Ale w Polsce zapowiadali wiatr i deszcz, więc myślę: oho, nieźle daje. Jednak jestem wyczulona na wodę kapiącą, lejącą się, wszelaką i ta sytuacja zaczęła mnie po kilku sekundach irytować. Nagle myślę: nie no, deszcz nie waliłby tak o podłogę. I jak nie wstałam, jak nie ruszyłam obudzić mamy, jak ona nie zadzwoniła do sąsiadów, że to od nich się leje! I niech ktoś mi powie, że moje nogi nie są na wagę złota ;)

Gdyby nie ja, piętro by zamokło, znając życie nasze podłogi też i sufit sąsiadów. Już pieprznął przy okazji prąd na korytarzu, a strach pomyśleć, co działoby się dalej. Grunt, że wody było tylko po kostki. A przecież tam są wszelkie liczniki… I się śmieję, że jestem bohaterką, choć tak źle życzyłam temu domowi ;) A tak naprawdę dziękuję Temu Tam na Górze, że miałam na tyle lekki sen, by w porę się obudzić. Przynajmniej nie mamy jeszcze większego bajzlu. A przy okazji zrobiłam coś dobrego dla lokalnej społeczności. Jestem z siebie dumna. 

Dobra, moje życie, moim życiem… A jaki z tego morał dla wszystkich? Widzę kilka.

Nie wymieniaj rur zimą :P

Warto otaczać się dobrymi duszami, czyt. mua.

A trochę bardziej na poważnie…

Nie znasz dnia, ani godziny. I nie tylko jeśli chodzi o śmierć, ale o wszystko, co nas w życiu spotyka.

Czasem na coś lub na kogoś narzekasz, życzysz jak najgorzej, a potem okazuje się, stanowi to dla Ciebie największą wartość.

Praktycznie całe życie polega na wyczuciu idealnego momentu. Nie mówię jednak o obudzeniu się przed budzikiem. 

Nie ma to jak remontowe przemyślenia. Pozdrawia wasza samozwańcza bohaterka, Scarlett.

Krótka notka pełna rozgoryczenia.

Żałuję, że nie jestem studentką. Żałuję, że jestem bezrobotna. A chyba najbardziej żałuję, że mam tę głupią kontuzję. Najchętniej wyszłabym z domu, po prostu się gdzieś poszwendać, ale tak bezcelowo zupełnie mi się odechciewa. Tym bardziej, że na jutro zaplanowałam sobie dłuższy spacer, a kolejny tydzień to już w ogóle same wojaże… No nic. Jestem skazana na tę sytuację.

A wszystko przez to, co się tutaj dzieje. Mieszkam w domku czterorodzinnym. Jedni z sąsiadów stwierdzili, że im coś śmierdzi. Wymienili już chyba wszystko, co się da. Dziś postanowili wymieniać pion. Kanalizacja już dawno zmieniona, klimatyzacja też. Teraz uważają, że wszystko tkwi w kolejnych rurach. A to przez nich prawie umarłam, kiedy coś źle podłączyli i razem z wodą w kranie leciał prąd… I o ile do dzisiaj śmiałam, że zostanę słoikiem, tak chyba najwyższa pora na wyprowadzkę do Stolicy. Nooooo po prostu szok. Nie mam nic więcej do dodania. Acha. Tylko jedno. Może pora zacząć się myć, to nie będzie tak śmierdzieć. Drugie, problemów szukajcie najpierw w sobie, a potem na zewnątrz!

Optymizm? A oczywiście, że obecny! Wszyscy pozostali sąsiedzi się zebrali i wzajemnie postanawiamy czarować, by tym głupim ludziom dalej śmierdziało :D

Tak też leżę, czytam, a cały świat mam gdzieś. Swoją drogą, polecam książkę „Go ask Alice”. Moja akurat jest po angielsku, ale polska wersja również istnieje. Książka traktuje o dziewczynie, pochodzącej z tzw. dobrego domu, która zaczyna brać narkotyki. A co się dzieje dalej… Zainteresowani niech przekonają się sami.

Pamiętnikarz postawił mnie przed wyzwaniem. Aż doznałam szoku z rana, widząc jego wpis :D Uwaga cytuję…

Trochę naciągając pomysł z Scarlett, https://www.youtube.com/watch?v=4rglfO9oTMI to link do piosenki, która ostatnio ciągle siedzi mi w głowie. Scarlett, kochana wymyśliłem sobie zabawę.
Nominuję Cię do wstawienia swojej piosenki pod kolejnym wpisem i nominowania kolejnego bloga, daj argument za co lubisz ten blog i za co artystę, którego piosenkę udostępniłaś! Pozdrawiam ciepło!
Trochę głupia zabawa, ale coś mnie tak naszło :D
Otóż lubię twój blog za wspaniały kunszt pisarski, którym się posługujesz na blogu, a co do artysty… Leszek jest hejtowany, cóż. Mimo to uważam go za poetę. Jest nim.

Od rana chodzi mi po głowie Sex on fire. Ulubiona na pewno na dziś. Energiczna. Zawsze wprawiała mnie w dobry nastrój przed egzaminami, a że teraz sesja lub tuż przed, to może komuś się przyda. A może Pamiętnikarzowi do przygotowań przedmaturalnych ;) Jednak udostępnię inną piosenkę. Artystów, którzy od 2014 roku skradli moje serce. I nic na to nie poradzę. Mogłabym o nich mówić godzinami, wspominać każdy koncert, każde miasto w którym się z nimi bawiłam (a trochę tego było). Pokazać wszystkie płyty, autografy. Ale oni nie potrzebują aż tylu słów. Każda piosenka ma piękną melodię, dobór tekstu jest fenomenalny, że aż ciarki przechodzą. Każdy koncert to majstersztyk. Zupełnie inny, z innymi emocjami, wydarzenie, które się pamięta miesiącami, latami. I nie mówię tego na wyrost. Oto piosenka: 

A jeśli chodzi o ulubiony blog. Zagwozdka. Uwielbiam czytać blogi. Staram się odwiedzać Was tak często, jak się tylko da. Ale jakoś zżyłam się z Safą.
http://rozwinac-skrzydla.blog.onet.pl/ 
Też kocha medycynę, potwierdza, że terapia wiele daje, świetnie opisuje swoje doświadczenia, a to daje przykład wszystkim, tak wszystkim. I tym, którzy byli na terapii, tym którzy w niej trwają, postanawiają się na nią wybrać. Albo tym, którzy są terapeutami lub chcą nimi być. Tak, im też. Safa ma podobne poczucie humoru. I też kibicuje naszym kochanym „szczypiorkom”, jak ich ostatnio uroczo nazywam. 
Safo nominuję Ciebie :)  Niech zamysł Pamiętnikarza idzie w świat :)

Pozdrawiam Was ciepło, przy wtórze młotka :D

Jakim cudem przebywam ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę… i jeszcze nie zwariowałam?!

goal-729567_1280A może już dawno zwariowałam, tylko nikt nie potrafi mnie zdiagnozować?! Wiecie, sama się zastanawiam skąd we mnie takie ogromne pokłady optymizmu. Dlatego też chcę Wam pokazać, że moje życie nie jest i nigdy nie było wymalowane barwami tęczy. Chcę Wam dać do zrozumienia, że każdy w sobie może wykształcić pozytywne nastawienie do świata. Już nie mówię o takiej skrajnej postaci jaka występuje u mnie :D Ale po prostu o umiejętności cieszenia się z życia. Hm, jednak jest to chyba tekst tylko dla ludzi o mocniejszych nerwach, bo ja pisząc go, sama mam ochotę sobie przylutować. Jak można się nad sobą użalać na tak dużej kartce?! O paręnaście zdań za dużo w moim mniemaniu. Pisanie tego wszystkiego przez optymistę jest drogą przez mękę. Serio. Ale nie przedłużam, bo dalej będzie Wam ze mną dużo gorzej ;)

Na początku proponuję kilka słów o tym, jak to mi niefajnie w życiu było, ewentualnie jak niefajnie jest. Nie zagłębiając się w szczegóły, bo nie ma sensu obarczanie Was moimi historiami i histeriami.

To co już wiecie, to na przykład to, że nie potrafię sobie nigdy poradzić ze śmiercią bliższych i dalszych. To akurat moja ogromna męka, ale radzę sobie coraz lepiej. Tak mi się przynajmniej wydaje. Choć w praktyce już nie chcę tej mojej nowo nabytej zdolności sprawdzać. Jeszcze niech raz ktoś pokaże mi zdjęcie córki i powie radosnym tonem: moja żona i dwie córki zostały zamordowane, to chyba sama się zabiję… Bez przesady, ale faktem jest, że w takich sytuacjach wolałabym zniknąć. Chciałoby się rzec: o jak dobrze, że nie jestem psychologiem. Chcieć to móc, podobno ;) Że mam pecha do kontuzji też wiecie. Uciążliwość. Ale tym razem zabiję dziadówę. Acha, zapomniałam, że miałam zionąć pesymizmem. Dobra… do tego dochodzi hipotonia, nie trawię laktozy, neuralgia międzyżebrowa, niegdyś podejrzenie boreliozy, problemy z układem oddechowym, jakieś problemy z sercem, cerą, wagą, chyba z czym się da. Jeśli ktoś myśli, że jestem szalenie bogata i stąd ten optymizm, to też muszę to wykluczyć, bo żyję na w miarę stabilnym poziomie. Kiedyś może i były momenty, że trudno było wyżyć do pierwszego, ale w tej kwestii akurat się polepszyło. Nawet długi były i chyba sto lat temu jakiś komornik. Ale kto by to pamiętał. E, miało być pesymistycznie :D No to, jestem bezrobotna, a moje wykształcenie i tak nie gwarantuje mi dobrze płatnej pracy. Z resztą nie chcę pracować w zawodzie. Może nie tyle nie chcę, co się nie nadaję. Musiałabym pracować z ludźmi, a oni albo mnie olewają, albo odzywają się tylko wtedy kiedy czegoś potrzebują, albo skrupulatnie milczą, albo mnie obrażają, albo nie kochają mnie. Och jak to żałośnie wszystko brzmi, ale jest całą prawdą. Może z tym niekochaniem przesadziłam. Ale kto mnie ma kochać, ten nie kocha ;) Chyba :D Także kontakty interpersonalne też są na, ekhym, wysokim poziomie. Hm a może mam zamożną rodzinę i w ogóle dobry dom w każdym tego słowa znaczeniu?! Albo przodkowie są tacy ą i ę? No nie sądzę… Jeśli patrzeć na poczynania wcześniejszych pokoleń, to będę starą panną z dzieckiem. I albo będę miała przypadkowego kochanka, albo mnie zgwałcą. Umrę zapewne na chorobę płuc, na raka czegokolwiek, a gdzieś po drodze czeka mnie jeszcze schizofrenia i alkoholizm. A może wyższe wartości? Wiara? Jeśli nie istnieje twór o nazwie wierzący-niepraktykujący, to chyba oficjalnie mogę nazwać się ateistką. A w sobotę czeka mnie wizyta duszpasterska. Ślicznie :D Będzie zabawnie. Pomijając fakt, że po śmierci mojego przyjaciela tak się rozminęłam z wiarą i z księżmi, że jeśli się wzajemnie nie zatłuczemy to będzie dobrze. Z resztą wierząca chyba byłam mniej więcej tak od bierzmowania. Nie no jestem. Ale tylko w sercu. Także zionę pesymizmem w tym względzie. A może ludzie mnie lubią? Podziwiam tych, którzy mnie lubią :D Ale w swoim życiu nasłuchałam się wielu niemiłych słów. Więc chyba nie każdy za mną przepada. Przede wszystkim takie kwiatki były dziełem moich znajomych i nauczycieli. Że na niczym się nie znam, a już na pewno nie na życiu, że źle skończę. Że jestem nikim. Zawoalowane: że jestem głupia. No tak, na mądrej głowie włosy nie rosną, a u mnie ostatnio rosną na potęgę ;) A może mam boską przeszłość. Hm, jeśli dobrze sobie przypominam, wagarowałam, szukała mnie nawet policja, raz chciałam popełnić samobójstwo, a może dwa. Jakiś tam przypadek samookaleczenia był. I wzięcia większej ilości tabletek nasennych. Do tego bunt młodzieńczy, nawet z chowaniem alkoholu w kościele :D Nie pytajcie… A może mam fantastycznego faceta? Mężczyźni jakoś ode mnie uciekają. Wredna suka ze mnie, to po co mieliby zostawać. I chyba już jestem starą panną :D Śmiesznie jest. Więc skąd ten mój optymizm? Może mam dobrego dilera? Za dużo piję? Może już powinnam iść do psychologa, bo mam takie problemy i nadal się cieszę jak głupia… To chyba trzeba mieć coś z głową? Do psychologa akurat mam strasznie blisko, więc na pewno skorzystam ;)

Przeczytałam to wszystko i uwierzcie, albo nie, ale chce mi się śmiać. Ach dodam, że przyszłość też się różowo nie zapowiada, bo wiecie te bezrobocie, te moje nogi nieszczęsne się wyleczyć nie chcą. Więc na koncert już chyba nigdy nie pojadę, w ogóle nigdy nigdzie nie wyjadę i z nikim się nie spotkam, bo przecież strach wychodzić z domu, bo znów się mogę uszkodzić. Lęk przed przestrzenią? Przed pająkami? Lęk wysokości? Też się przewijają. I mogłabym tak wymieniać…

Gdzieś mniej więcej 10 lat temu usłyszałam, że nie znam życia i co ja mogę o nim wiedzieć. Miałam wtedy pomiędzy 15-16 lat. Oczywiście skwitowałam to jakimiś przekleństwami, bo przechodziłam okres buntu. A mieszkanie w wielopokoleniowym domu niczego nie ułatwiało. Uważałam, że jestem taka mądra. Potem przyszła śmierć mojej babci, wagarowanie, było raz lepiej, raz gorzej, miłości, niemiłości, jak u każdego. Choroby, kolejne odejścia (te metafizyczne, fizyczne, mentalne). I mogę przyznać z zupełnym przekonaniem, że jako nastolatka się myliłam. Nie znałam życia. Nadal nie znam, ale przez ten czas nauczyłam się bardzo wiele. I może to właśnie z tych wszystkich wydarzeń wyniosłam ten cały swój niepoprawny optymizm. I jakkolwiek frazesowo by to nie zabrzmiało, tak właśnie jest. Mądrości, które spisałam poniżej może są oklepane, może niezbyt fachowe. Jednak jeśli trochę się przeżyło, to dociera się do momentu, że nawet jeśli coś jest oklepane to może być prawdą. Mając 15 lat na pewno większość tego tekstu bym wyśmiała i powiedziała magiczne: to mnie nie dotyczy. Teraz wiem, że nie jestem nieśmiertelna, że ludzie wokół mnie też o dziwo odchodzą i nie będą żyć wiecznie, że kiedyś zostanę sama i nie pomogą mi żadne pieniądze. Wiem, że na samej karierze życie się nie kończy, że potrafię kochać i to mocno, może za mocno. I wiem, że potrafię wyjść z nawet największych tarapatów. Dlatego przedstawiam Wam to, czego nauczyło mnie prawie 26 lat życia na tym łez padole.

1. Najważniejsze jest zdrowie. Co do tego nie ma wątpliwości. Rozumieją to osoby, które te zdrowie kiedykolwiek straciły na dłuższy czas. Osobiście jestem zdania, że jeśli ma się zdrowie, ma się wszystko. Można korzystać z życia, poznawać nowych ludzi, pielęgnować przyjaźnie, spełniać się zawodowo i nie tylko. I to nieprawda, że najważniejsza jest miłość. Choć sama czasem bardziej zawodzę nad tym, że za kimś tęsknię niż nad tym, że coś mnie strasznie boli, dlatego mój organizm skutecznie mi przypomina, że nadal boli i że mam nie zawodzić nad tym, że jestem taka niekochana ;)

2. Marzenia się spełniają. I je się spełnia. Czasem same się realizują i aż bywam zaskoczona, że to czy owo się udało. Jednak nie ma nic piękniejszego niż dążenie do realizacji swoich pragnień. Chociażby aktualnie zafiksowałam się na tym, by 6 marca pojechać na koncert do Krakowa. I zrobię wszystko, by uczynić te marzenie realnym. Ktoś zapyta: a co jeśli się nie uda? Trudno. Rok ma jeszcze wiele lepszych i odpowiedniejszych dni :)

3. Nic w życiu nie jest przesądzone. Czasami myślę: oho, to klops, to mi się nie uda. Albo: oho, on się już nie odezwie i nigdy nie spojrzymy na siebie tak jak wtedy. Albo: oho, skoro moja mama nie ma faceta, ja też nie będę miała. Pff… Nie ufajcie tym swoim wewnętrznym i zewnętrznym potworom, które odbierają wszelkie nadzieje.

4. Nie możemy zakładać, co ludzie o nas myślą. A ja uwielbiam to robić. Zakładam odgórnie, że ktoś mnie nie lubi, bo… Albo, że jest taki i siaki wobec mnie, dlatego bo… Potem się okazuje, że sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Bo skąd mam wiedzieć czemu ktoś np. nie odpisał na mojego maila? Mam zgadywać? Zadręczać się? A nie prościej, prosto z mostu zapytać?

5. Trzeba korzystać z życia. Cieszyć się każdą chwilą. Bo żadna z nich się nie powtórzy. I nie ma, że boli, że za oknem zimno, że nuda. O nie. Trzeba się jakoś zorganizować. Zrobić coś, co się kocha. Żyć.

6. Żałujemy tylko tego, czego nie zrobiliśmy. Pamiętam ile głupot popełniłam w życiu. I cholernie miło je wspominam. Nawet jeśli wtedy wyglądało to trochę niezbyt ciekawie.

7. Trzeba być dobrej myśli, bo po co być złej. To chyba robię codziennie i doskonale to widzicie. Nie ma co się nakręcać, że coś nie pójdzie po naszej myśli, coś się nie uda… Bo co to daje? Złe nastawienie. A jeśli będziemy nakręceni zbyt pozytywnie, a potem przyjdzie rozczarowanie i szlag wszystko trafi? Hm, wydaje mi się, że wtedy do celu po prostu trzeba iść inną drogą. To, że coś raz, czy drugi nie wyszło, nie znaczy, że nie wyjdzie nigdy.

8. Warto być dobrym dla siebie samego. W każdym względzie. Dbać o ciało, psychikę, pozwalać sobie na różne emocje, wymagać od siebie, ale nie być zbyt surowym sędzią. Jeśli będziemy dla siebie dobrzy to zaprocentuje :)

9. Dobrze mieć pasję. Bez pasji życie jest jakieś takie… Błe. A pasja sprawia, że mamy odskocznię od codzienności. Robimy co kochamy, co daje nam szczęście, ubogaca nas.

10. Porażki też są po coś. Chociażby po to, by się na nich uczyć ;)

11. Jeśli czegoś nie wolno, a bardzo się chce, to można. Można, bo kto nam zabroni. Nie mówię tutaj o łamaniu prawa. Ale na przykład, kiedy jest się na diecie i już trzy miesiące nie jadło się niczego słodkiego, a tu nagle przychodzi okazja, bo idziemy na ciacho z przyjaciółką, to czemu nie :)

12. Miłość to nie tylko kochanie zalet. Z ładnej miski się nie najesz. Kiedyś wyśmiewałam moją mamę i babcię za poglądy w tym względzie. Ale rzeczywiście… Pusta, ładna miska na nic się zdaje. Chyba tylko do dekoracji. A miłość to kochanie całego człowieka, nawet jeśli nie jest najprzystojniejszy, a potrafi Cię co dzień zaskakiwać i nigdy Cię nie nudzi, to jest to :)

13. Niczego nie musisz. W życiu tak już jest. Nie musimy niczego. Chociażby nie musimy na siłę być szczęśliwi. Dlatego nie myślcie, że każę Wam te moje rady wdrażać w życie ;)

14. Nie można dawać sobą pomiatać. Ja to robiłam zdecydowanie za długo. Aż zrozumiałam, że w moim życiu najważniejsza jestem ja sama, a nie spełnianie zachcianek innych. Jestem człowiekiem, pełnoprawnym, jak każdy, i mnie się nie poniża.

15. Życie to też chwile szaleństwa. Nuda w życiu nie jest wskazana. Czasem dobrze zrobić coś szalonego, co można wspominać latami.

16. Warto mieć wokół siebie zaufanych ludzi. Ale nie takich, którzy najpierw kogoś obgadują, a potem są tego kogoś najlepszym kumplem. Z zaufaniem akurat mam problemy, bo często ufam nie temu komu trzeba. Albo w ogóle nie ufam. Ale to da się wypracować.

17. Nie warto się przejmować. Łatwo mówić. Ale po co się przejmować czymś co miało miejsce, a na co nie mieliśmy wpływu, albo tym, co dopiero ma mieć miejsce? I rozpamiętywać to dniami i nocami…? Tutaj akurat mistrzem nie jestem. Ale cały czas się uczę :)

18. Mniej myśleć, więcej działać. Sama widzę, że tutaj się opuściłam. Ale gdzieś w postanowieniach to zapisałam, także muszę działać. Przykładowo, czasami sobie myślę: matko, a co ona sobie pomyśli, gdy powiem jej, że to czy tamto?! Scarlett, weź po prostu mów i nie marudź :D

19. Człowieka można zniszczyć ale nie pokonać. O to to to! Ilu już chciało mnie zniszczyć. Ilu już praktycznie to zrobiło. A ja odrodziłam się. Jeszcze silniejsza.

20. Na wszystko potrzeba czasu. Kiedy byłam w żałobie, z resztą jak wiecie po moim wpisie (jednym z uczuciami na wierzchu), wielu ludzi mówiło, że chyba powinnam skończyć się zadręczać, bo tydzień cierpienia to lekka przesada. Psychologia na ten temat też twierdziła, że no tyle i tyle czasu potrzeba maksymalnie. Ja potrzebowałam ponad roku, by przestać ronić łzy za każdym razem, kiedy widziałam jego fotki, słyszałam imię. Dzisiaj mogę powiedzieć: jest dobrze. Nie idealnie, ale dobrze. I tak jest z każdą sytuacją. Na wszystko tego czasu nam potrzeba. A jest on bardzo indywidualną sprawą i nie mogą go wyliczyć żadne podręczniki.

Z tymi moimi pesymistyczno-optymistycznymi myślami Was zostawiam :) Nie planuję puenty, bo uważam ją tym razem za zbędną.

Wasza Scarlett!

Zapraszam do Krainy Scarlett :)

Jak widzicie, postawiłam na zmiany. Dzięki Wam. Wielu blogerów pracuje nad swoim małym poletkiem pracy. Postanowiłam więc uczyć się od najlepszych. I jest tutaj…Trochę bardziej vintage. Bardziej przejrzyście. Kobieco? Z resztą… wiecznie coś mi na tym blogu nie pasuje ;) I podziwiam Was, kiedy piszecie mi, że przeczytaliście coś jednym tchem, czy uważacie, że świetnie piszę. Ja tego nie widzę, z każdego wpisu jestem niezadowolona. Do każdego tekstu mogłam się jeszcze lepiej przygotować i lepiej wszystko poukładać, ponazywać, pozastanawiać się nad stylistyką. Ale mimo to, jesteście tutaj i najwidoczniej nie zrażam Was swoimi błędami i niedopowiedzeniami. Pracuję nad tym, ale nadal daleko mi do satysfakcji. Jednak taka już jestem… Ambitna? Rozkapryszona? Niezdecydowana? Niedokładna?

Dlatego też wygląd mojego bloga zmieni się jeszcze nie raz. Wiedzą to ci, którzy są tutaj od początku. Wiecznie coś jest inaczej. Ale taki mój urok. Obiecuję, że mężów nie będę zmieniała tak często jak wystroju bloga ;)

Wystąpiła również zmiana nazwy. Szczerze? „Świat według Scarlett” za bardzo kojarzył mi się z nazwami serialów z rodziną Bundych i Kiepskich na czele. Niedawno powstał pomysł na „Świat oczami Scarlett”, jednak nie patrzę na świat tylko poprzez zmysł wzroku. Częściej sercem, emocjami, całą sobą. A aktualny tytuł jest w stu procentach mój i od razu wiadomo, co można zastać za murami mojej Krainy. Idealnie oddaje fakt, że fundamentem zamysłu tego bloga jest optymizm. Nie obyło się jednak bez mojego imienia. Ze Scarlett mi do twarzy. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. A jeśli chodzi o treść i koncepcję… Nadal będę szła swoim torem. Opisując sprawy, które w jakiś sposób mnie dotykają. Które dzieją się w tym wielkim, ale też w moim małym świecie. Będą różne emocje. Nie zawsze będzie kolorowo i cukierkowo. Bo ja też mam problemy! Tylko w każdym momencie staram się dojrzeć w danej sytuacji coś, co może mnie trzymać przy optymistycznym spojrzeniu na świat i samą siebie.

Gdybym miała się zareklamować osobom, które pierwszy raz natrafiły na Krainę Scarlett, nie wiem jak mogłabym opisać to, co tutaj można znaleźć. Wszystko. Opisuję to, co mnie inspiruje, wkurza, cieszy, to co kocham. Nie ma tematów tabu. Bywają za to skrajne emocje i skrajne opinie. Jest humor, optymizm i afirmacja szczęścia. Refleksje na każdy możliwy temat. Dużo miłości :D Wszystko w rytm uderzeń mojego serca. Czasem przemycam trochę mojej ukochanej psychologii. Chyba raczej w spojrzeniu na świat, niż w teorii, choć i to się zdarza. Scarlett to każda i każdy z nas. Istota o przeróżnych humorach. Raz silna, innym razem słaba. Ciepła, zimna. Z resztą, o wiele więcej jest napisane w innej zakładce. Chętni od razu zorientują się gdzie ;)

W mojej krainie spotyka się teoria z empirią. Nie potrzebujecie dowodu, paszportu, a tym bardziej wizy. Jedyne, co mogę Wam zapewnić, to to, że każdy gość jest mile widziany. Każdego wysłucham, każdemu zapewniam też różnorodność. Nie chcę się ograniczać w jakiejś tematyce. I możecie do mnie wpadać tak często, jak tylko chcecie. Tu nie ma strajków, podatków, manifestacji, embarga, partii. Jest za to ogromna chęć do życia. I chęć do ciągłego parcia do przodu. Zapraszam często, i Panie i Panów :)

Pozdrawiam Was, Wasza Scarlett.

Gorszy dzień?

A może lepszy… bo wreszcie zaczynam mówić o ważnych rzeczach, które we mnie siedzą tak strasznie głęboko, że nikt nie jest w stanie ich dojrzeć. Pamiętacie tych dwóch od maili? Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy może ja naprawdę jestem zbyt chamska, czy może rzeczywiście narobiłam wokół siebie tyle złego, że nie da mi się w żaden sposób wybaczyć. Wtedy też przypomniałam sobie wiele osób, którym wyrządziłam krzywdę. Tak, bo ja też czasem ranię… I oni są ze mną po dziś dzień. I to strasznie dziwne, że niektórzy odchodzą ode mnie w najmniej spodziewanym momencie… Bez słowa. Bo po co mówić, no nie? A inni trwają przy mnie, nawet jeśli bym była tą najgorszą z najgorszych.

A psikus jest taki, że od dzieciństwa byłam szalenie lubiana. Mała Scarlett, która nikomu nie wadzi, słucha się wszystkich dookoła i spełnia zachcianki. Po latach pomiatania stałam się na swój sposób buntowniczką i genialnie mi z tym było. Nie bałam się wyrażać własnego zdania. Byłam sobą. O tak, byłam sobą. Jaki luksus. I tą sobą w pewnym momencie znowu przestałam być. Nie wiem kiedy to się zaczęło. Albo nie chcę wiedzieć. Bo po latach uległości, na moment stałam się silna, by potem znowu stać się nikim. Tak, czułam się nikim. I niedawno wreszcie postanowiłam się odbudować, na różnych polach. Jak możecie się domyślić, ludzie którzy mnie lubili, na kolejnych etapach, w zależności kim byłam, ulatniali się. W różnym stylu. Niektórzy twierdzili, że nadal mnie lubią, no ale teraz nam nie po drodze. Inni odchodzili bez słowa. Inni z plotką na pół miasta, że jestem wariatką. Byli mili, cudowni, ciepli, weszliby mi do tyłka, do momentu gdy zachowywałam się zgodnie z ich oczekiwaniami. Jeśli lekko odstąpiłam od normy, sayo nara.

Ostatnio było tak z moją kuzynką. Zaprosiłam ją na pogaduchy, w końcu mi się nie uśmiecha gdzieś iść jak robot, a zwyczajnie się za nią stęskniłam. Ona stwierdziła, że bliżej jej byłoby spotkać się w rynku, niż do mnie jechać. Uwaga, była autem, a mi kazała jechać do siebie autobusem. Bo jej tak wygodnie. Jeszcze się obruszyła, bo przecież jak ja mogłam nie spełnić jej życzenia. Rozumiem, że moja choroba nie sprawia, że po kilkuset krokach umrę. Jednak to jest ból. Ból, który często nie pozwala mi przejść ani kroku, nie pozwala mi spać, nie pozwala mi myśleć. A ja nie jestem ze stali. Niestety. Jak możecie się domyślać, kuzyneczka odeszła z mojego życia… Tak było wiele razy z innymi tzw. cudownymi ludźmi. Gdy wybrałam inny kierunek studiów niż przyjaciółka, inne liceum, inne koleżanki. Gdy tylko przez moment się z kimś nie zgodziłam. Ba, nawet wtedy gdy nie poszłam za kimś do tej samej pracy.

Od teraz to ja będę szczęśliwa i nie zamierzam spełniać cudzych życzeń. To ja chcę wreszcie przejść tę długą rehabilitację, zrobić to i owo ze sobą, dostać genialną pracę i znowu tańczyć. Ja. I wreszcie wiem, co jest dla mnie dobre. Bo patrzę na swoje serce, swoje cele. A nie na marzenia innych o tym, jaka to ja powinnam być. I kiedyś przejdę obok takiego jednego z taką drugą i zobaczą, że jestem wartościowa. Bo widocznie przestałam dla nich taka być, gdy przestałam spełniać ich życzenia. I nie interesuje mnie to. Nie interesują mnie już plotki na mój temat, to że komuś nie podoba się moje wykształcenie, bądź jego niedobór w pewnym zakresie. I co z tego? Jestem fantastyczną, młodą osóbką. Coraz częściej znowu uśmiechniętą. I całe życie przede mną. I tego sobie zazdroszczę. I oni też mi tego będą zazdrościć, o ile mnie poznają kiedyś na swojej drodze. Ja, co do niektórych nie zamierzam się przyznawać, tak jak oni nie przyznają się do mnie. Tak, chcę by mi zazdrościli, bo jestem próżna. A gdy będę szczęśliwa, wszyscy to zobaczą. Bo któż piękniej błyszczy niż człowiek emanujący szczęściem? Nie myślcie, że prę do przodu dla innych. Robię to dla siebie. A miłym skutkiem ubocznym będzie to, że będę tak nieosiągalna, tak pewna siebie, że już nikt nieproszony nie zastuka do drzwi mego serca i umysłu. Bo nie zamierzam wpuszczać tam byle kogo.

Już sobie zazdroszczę, że wreszcie zaczęłam dostrzegać komu mogę ufać, a komu nie. Że doszłam do tego, iż wszystko wokół odbierałam niegdyś jako ogromny problem. Bo, o matko jestem głupia, bo to i tamto, bo ludzie się odwracają. Ci co mają zostać zostają. I wiem na kogo mogę liczyć. I kiedy ostatnio usłyszałam: wiesz kiedy wyglądałaś najlepiej i kiedy najlepiej radziłaś sobie z życiem? Kiedy tańczyłaś. Wtedy coś we mnie pękło. To było z 5 lat temu. Ja wtedy nawet nie chorowałam. Nic, tylko byłam szczęśliwa. I tym szczęściem żyłam. I wiem, że problem istnieje dopiero wtedy, kiedy odbieram go jako problem. Teraz już nie będzie problemów, tylko wyzwania. Czuję się jakbym zrobiła sobie, dawno odkładaną, psychoterapię…

Ach i jeszcze jedno. Na drugi raz, proszę, jeśli wiesz, że w przyszłości odejdziesz z mego życia, weź nie wchodź do niego z brudnymi buciorami. Nie wchodź nawet na bosaka. Odwróć się i żyj swoim życiem. Z resztą oskarżasz mnie, że mam burdel dookoła siebie. Spójrz na swoje życie i swoje problemy.

Można mi teraz zarzucać, że się zbuntowałam, że pokazałam cojones zupełnie niepotrzebnie, że ja wcale nie jestem lepsza, że wszystko teraz zacznę robić na pokaz. Nie. Właśnie teraz jestem sobą. I wszystko, co robię robię dla siebie. A oni niech się patrzą.

I tak, wiem, nie jestem idealna, też popełniam błędy… I może ludzie odchodzą, bo nie mogą ze mną wytrzymać. To po co do tego mojego życia wchodzą?! O takie luźne pytanie… Bo stwarzam pozory?! Jakie?! Nie wiem i nigdy tego nie pojmę. Ale po co się tym przejmować. Grunt, to żyć swoim życiem. A jeśli ktoś chciał mieć laleczkę Scarlett do zabawy, to niestety musi ją sobie sam uszyć. Ja takowym eksponatem nie zamierzam być.

O czym marzy dziewczyna, kiedy zdrowieć zaczyna…?

To będzie najkrótszy wpis w historii w moich wpisów. Taki, żeby tylko zaznaczyć, że żyję i mam się świetnie. Po pierwsze, nie ma co się użalać nad sobą. Po drugie, powodów do euforii też raczej nie ma ;) Po trzecie, wymądrzać się nie mam ochoty.

Ale optymizm wraca. Nie interesuje mnie już długość rehabilitacji, albo fakt, że skręcony staw skokowy jednej nogi i skręcone kolano drugiej bolą jak cholera. I co z tego…? Ja już myślę gdzie pojadę jak tylko stanę pewnie na dwóch nogach. Już gdzieś tam z tyłu głowy świta myśl o koncertach, muzyce, relaksie w ukochanym otoczeniu. Już widzę jak idę na drinka z koleżanką, jak się śmieję od ucha do ucha. Przecież każdy problem kiedyś się rozwiązuje i odchodzi w zapomnienie. I tak będzie też tym razem :)

Jednak cały czas pamiętam o mądrości zawartej w tym cytacie: „Zanim zaczniesz bujać w obłokach, naucz się twardo stąpać po ziemi”. [za Chiny nie mogłam znaleźć czyje to słowa :( może Wy wiecie?] Także póki co, uczę się twardo stąpać po ziemi. Dosłownie i w przenośni.

Pozdrawiam Was gorąco!

Wasza, niezmiennie optymistycznie nastawiona do życia, Scarlett ;*

„Ja, anielica”

Tytuł przewrotny, bo to kolejny tom po „Ja, diablica”, który połykam z prędkością światła. A jeśli chodzi o mnie i o to czy jestem aniołem…? Bynajmniej. Nawet ktoś niedawno, na chwilę poznany i na chwilę spotkany, powiedział, że coś we mnie jest z aniołka, ale widać też, że pod tymi białymi piórkami tlą się iskierki diabełka. Święta na pewno nie jestem i na ten stołek nie pretenduję. Z resztą wczorajszy dzień był tego doskonałym przykładem. Choć jestem zaskoczona, że ten POPiS (że tak sobie wyborowo zażartuję) był na tyle taktowny, że nie mam się czego wstydzić. I w zasadzie, w tym krótkim wstępie zawarłam wszystko, o czym chcę dzisiaj powiedzieć. Krótko i na temat.

Nie wiem czy oglądaliście film animowany pod tytułem „W głowie się nie mieści”. Coś fenomenalnego i to w przystępnej formie, zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. A porusza bardzo ważną tematykę. Ja oglądałam go już dawno temu, ale jest on dobrym potwierdzeniem tego, że wszystkie emocje są potrzebne. Nawet te, które z pozoru wyglądają na niepożądane. Chociażby złość czy smutek. Wydaje się, że potrafią tylko człowieka pogrążyć, a nie prowadzą do żadnego rozwoju. A przecież bez sportowej złości nie byłoby genialnych wyników na zawodach, bez smutku często nie byłoby przepięknych utworów, które właśnie w takich nostalgicznych chwilach podobno najlepiej się pisze… Bez smutku i złości nie wiedziałabym, co jest dla mnie ważne, bo nie zawsze tylko szczęście mi o tym przypomina, ale właśnie te skrajne emocje. Nie gnieździłyby się gdzieś we mnie, gdybym w głębi serca nie czuła, że dana sprawa czy dany człowiek wiele znaczy w moim życiu. Przypomniałam sobie o tym właśnie wczoraj, kiedy to zaczęłam analizować wszystko, co się wydarzyło. Ten poniedziałek nie należał do najłatwiejszych. Ot, pechowy poniedziałek 26. Jakby nie patrzeć dwie trzynastki…

Wyglądał on mniej więcej tak. Od rana znajomi siejący panikę, że trzeba zwiewać z tego kraju, bo przecież PiS obejmuje władzę. I tu muszę się pochwalić za mój zmysł wyborczy: nie dość, że przewidziałam wynik, to jeszcze w moim mieście wygrały dokładnie te osoby, na które głosowałam. A na temat rządzącej partii nie mam co się wypowiadać, bo przecież jeszcze rządzić (ani zrzędzić) nie zaczęła. Jeśli ma być tak samo jak do tej pory, to niech będzie. Już czasem wolę stagnację niż ryzyko. Najwyżej rodacy pokażą swoje rozczarowanie przy kolejnej okazji. Jeśli zaś ma być lepiej, to też niech będzie. Sama czekam na te wszystkie obiecane zmiany. Potem koncert zaczął mój cudowny dwuosobowy dream team, który na dobrych kilka chwil mnie załamał. Następnie dwie kłótnie, a raczej coś bardziej merytorycznego… może po prostu wymiany zdań. Tym razem z kobietami. Ale pod koniec dnia, wszystko jakoś zelżało… pomijając informację, że przed moim wyjazdem jeszcze szykuje się remont, pomijając fakt, że moja kostka wczoraj zastrajkowała, i pomijając, że Grześ jest nieokreślony w sprawie wyboru mieszkania i czuję się w zasadzie jak bezdomna. Voilà.

Od dawna tak usilnie nie czekałam na „jutro”. Na jutro, które nie jest takie wyczekane, zaplanowane… Tylko po prostu na to, by dany dzień się skończył i by nastała magiczna kraina zwana Jutrem.

Delikatnie, acz dosadnie zrozumiałam też, że sama coś radzę, a się do tego nie stosuję. Chociaż we wczorajszym przypływie impulsywności chyba wzięłam pod uwagę trochę szczegółów. Chyba. Może nie wszystkie… Przecież tak często mówię o tym, by spróbować na daną sprawę spojrzeć z innej perspektywy. Może ja naprawdę tak zaszłam tym dwóm osobom za skórę, że jeden nie czuje się w obowiązku dotrzymać danej mi obietnicy, a drugi nie jest w stanie mi wybaczyć. Jednak choćbym nie wiem jak usiłowała wczuć się w tę sytuację, to ciężko mi zrozumieć te zachowania. Pytam siebie, co ja takiego zrobiłam… Może kiedyś znajdę odpowiedź.

Wczorajszy dzień był również obfity w przeróżnego rodzaju słowa, które dodatkowo mnie dobijały. Zasłyszane na ulicy, w telewizji, wśród bliskich. „Czas przemija, a słowa pozostają”, „To nie wstyd przeprosić”, „Jak coś się spieprzy, to potem ciężko to odbudować”, „Masz prawo do takich emocji, bo jest to dla Ciebie ważna sprawa”. Jak na ironię…

A dziś. Dziś jest to „jutro” którego tak pragnęłam. Kolejne 24 godziny tylko dla mnie, które tylko ja mogę dobrze zagospodarować. Kolejny kredyt zaufania z Góry. Nie pozostaje mi nic innego, jak przeżyć ten dzień o wiele lepiej niż wczorajszy.

A czegóż mam życzyć Wam… Życzę Wam tego, czego sobie w tej chwili życzycie. I mam nadzieję, że nie są to życzenia w stylu: „Mogłabyś już sobie darować to pisanie bloga” :D

Całuję! Wasza Scarlett :)

Miszmasz… w głowie mam. (radzę ten tytuł zaśpiewać na nutę: „Scarlett”…)

Dziwnie jest. Jakby Wam to wytłumaczyć… Wyobraźcie sobie, że jest miejsce, do którego przysięgliście sobie, że nie wrócicie, choć jest ono dla Was niewątpliwie ogromną szansą na przyszłość. Szansą na rozwój, karierę, spełnienie. Szansą… na wszystko. Choć są tam ludzie, którzy nieźle zaszli Wam za skórę. I z tych emocji, właśnie te ostatnie, negatywne, przeważają. Bo jeśli gdzieś się zatrzymujemy na dłużej, to chyba chcemy żyć w zdrowej i dobrej atmosferze…? Nie bawią mnie koneksje, warunki, znajomości. Chciałam iść własną drogą, choćby pod prąd. A tutaj znowu wracam do tego samego punktu, do punktu, który niegdyś był tak miły mojemu sercu. Zapewne schowam dumę do kieszeni i jeszcze będziecie czytać moje wpisy o tym, jak cudownie było wrócić na kolokwialne stare śmieci. Póki co, muszę to sobie wszystko poukładać w głowie. Choć już widzę plusy całej sytuacji. Choćby fakt, że to nie ja się narzucam, tylko oni mnie ściągają. Ma się to coś :D A powiedzieć Wam coś w sekrecie…? W głębi, gdzieś tak pomiędzy płucem a sercem, czuję, że wreszcie coś drgnęło. Wreszcie coś nabrało obrotu, choć tego nie planowałam, o to nie zabiegałam. Kiedyś o tym miejscu zawsze mówiłam, że to moje miejsce na ziemi. Takie miejsce, o którym wiem, że jestem w nim na swoim… miejscu. Może nadeszła właściwa pora, czas, układ planet i nie będzie tak źle, jak to sobie wmawiam… ;) Przecież 99% sytuacji, których się obawiamy i tak nigdy nie ma miejsca :)

Drugą część mojego serca zajmuje zdanie, które wczoraj przeczytałam. I mimo, że jestem niby ekspertem od zachowań jednostki, zachowań międzyludzkich i kto wie jakich jeszcze, to chyba w tym względzie byłam kompletną ignorantką. Te zdanie wiele mi wyjaśniło. A przedstawia ono prostą prawdę, o której chyba zapomniałam w biegu tej całej mojej Scarlettkowej rzeczywistości. Brzmi ono: NIE TĘSKNI SIĘ ZA KIMŚ, KTO NIC DLA NAS NIE ZNACZY. Wiem, no głupia jestem, że sama na to nie wpadłam :P To by się tyczyło nawet miejsc, za którymi tęsknię, a wmawiam sobie, że po co mi one były. I może kiedyś zapomnę jak ktoś wyglądał, jak wyglądały pewne pomieszczenia, ale nigdy nie zapomnę jak się przy nim czułam, jak czułam się dokładnie tam… w tamtej sekundzie mojego życia. Ale jak to mówię… W swoim życiu kieruję się zasadą, że staram się nie zamykać żadnych drzwi, bo każde z tych otwartych, mogą kiedyś być dla mnie wybawieniem. Wiedziałam, że przyjdzie taki czas, kiedy los pokaże mi, że mam świetne karty w swoich rękach. I wiem, wygram tę partię. A skoro za wieloma sprawami, ludźmi, rzeczami tęsknię, to chyba nie pozostaje nic innego, jak zwyczajnie wszystko poukładać tak, by jeszcze kiedyś się zobaczyć, być tu czy tam. Chyba na tym polega ulżenie tęsknocie ;)

Życie jest dziwne. Zaskakujące. Ale miłe. Cudowne. Najlepsze. Gdyby nie ono, nigdy bym nie mogła odczuwać tylu emocji naraz.

Dobrego piąteczku kochani! Ja lecę na pierwszą dzisiaj kawę. O dziwo, pierwszą, ale nadrobię w toku dnia ;)

Wasza Scarlett.

Nie muszę musieć. Mogę móc. Chcę chcieć. Wciąż i wciąż. I figa.

Dziwna sobota. Jakaś taka… bezproblemowa. Brzmi to tak, jakby wszystkie poprzednie były beznadziejne… ;) Aż tak źle nie było, ale dziś jest tak jakoś… cicho i spokojnie. Nie wiem, naprawdę wyczuwalna różnica. Wszystko, co wydawało się nie do przejścia, okazało się łatwe jak… pokrojenie sera żółtego w kostkę ;) I te poczucie, że wszystko idzie i będzie szło w odpowiednim kierunku. A ludzie wokół jacyś tacy mili, uśmiechnięci. Może to przez słoneczko, które dziś wyjątkowo nas rozpieszcza. Choć w powietrzu czuć już dalece posuniętą jesień. Na szczęście jesień w ludziach jeszcze się na dobre nie rozpanoszyła. Zero chandry, zero depresji sezonowej. Aż chce się żyć.
 
I w tej oto euforii znalazłam fantastyczny wiersz, który idealnie opisuje to jaka jestem i jakie bywają kobiety. Zauważcie, nie generalizuję ;) Proponuję Wam na tę sobotę Portret kobiecy Wisławy Szymborskiej. Coś pięknego! Pokazuje, że kobiety są zmienne, ale w tym szaleństwie tkwi jakaś metoda. Czasem nie wiemy czego chcemy. Ale jesteśmy siłą. Siłą samą w sobie. Pomimo, że zdarza się, iż okazujemy słabość. Bywamy delikatne, choć gdy trzeba jesteśmy pełne pieprzu i woli walki. Zależne i jednocześnie niezależne. Ach, kobiety. Jak można nas nie kochać? ;) A teraz pora na wiersz:
 
Musi być do wyboru.
Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło.
To łatwe, niemożliwe; trudne, warte próby.
Oczy ma, jeśli trzeba, raz modre, raz szare,
czarne, wesołe, bez powodu pełne łez.
Śpi z nim jak pierwsza z brzegu, jedyna na świecie.
Urodzi mu czworo dzieci, żadnych dzieci, jedno.
Naiwna, ale najlepiej doradzi.
Słaba, ale udźwignie.
Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała.
Czyta Jaspersa i pisma kobiece.
Nie wie po co ta śrubka i zbuduje most.
Młoda, jak zwykle młoda, ciągle jeszcze młoda.
Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem,
własne pieniądze na podróż daleką i długą,
tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej.
Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona.
Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi.
Albo go kocha, albo się uparła.
Na dobre, na niedobre i na litość boską.
 
A na koniec coś, czego jeszcze u mnie nie było. Mój blog zamienia się na chwilę w przestrzeń kulinarną ;) Ale od początku. Kiedyś lubiłam oklepane potrawy. Na moim stole pojawiało się wciąż i wciąż to samo. A teraz, dojrzałam i wybrzydzam aż miło ;) Ostatnio moim numerem jeden jest figa. Nie ta suszona, tej nienawidzę. Świeża figa. W każdej wersji. W sałatkach owocowych, sałatkach wytrawnych lub ot tak, jako przekąska. Wreszcie w naszym mieszkaniu to ja mogę się wykazać jako miniScarlettchef ;) Także jeśli chodzi o świeże figi to polecam! W Internecie jest wiele dobrych przepisów, które skradły moje serce. Szukajcie, zaglądajcie i szalejcie w kuchni. Jak nie teraz, to kiedy…? ;)
 
Co do jesieni. Na jesień polecam wszelakie zioła, przyprawy korzenne. Osobiście zostałam fanką kardamonu i gałki muszkatołowej. A dla fanów ohydnych, choć cudownych smaków: herbatki ziołowe i zielona kawa. Uwielbiam takie smaczki, choć dla innych podobne napoje mogą wydawać śmierdzące :D No dobra, zrobiłam negatywny PR ;) Jeśli sami nie spróbujecie, to się nie dowiecie. A dla fanów nietypowych deserów: lody z zielonej herbaty. Moje niedawne odkrycie :) Sam smak!
 
A moje plany na dziś? Trochę wina i dużo muzyki. Nigdy odwrotnie ;) Całuję Was i celebrujcie ten weekend w najlepszym stylu! :)