Styczeń 2018
N P W Ś C P S
« paź    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

Scarlett mądrala

Koniec bloga.

Bloger we współczesnym świecie nie ma łatwo. Ludzie wolą dobre książki, specjalistyczne czasopisma, albo sami coś piszą. Coraz częściej, zamiast przesiadywać przed komputerem, preferują aktywne spędzanie czasu: bezwłosy mężczyzno w garniturze i kaszkiecie, śmigający dzisiaj na hulajnodze: You Made My Tuesday <3

Ponadto, trudno się wybić, trudno przyciągnąć czytelnika, trudno go utrzymać. Kiedy piszesz długie teksty, ludziom możesz się znudzić, bo przecież uwaga i koncentracja mają swoje granice. Jeśli piszesz krótko, ktoś może zarzucić, że traktujesz temat po macoszemu.

Ostatnio przeczytałam artykuł, w którym pewien mężczyzna opisuje, co go przyciąga w blogach. Podobno opisywanie własnego życia, własnych emocji. Zero lukru, pseudointeligentnych porad itd. Brzmi banalnie.

Kiedy dawno temu natknęłam się na pierwsze blogi, a sama jeszcze nie pisałam, wydawało mi się to proste jak bułka z masłem. Po kilku latach stwierdziłam, że jak dla mnie, to zbyt trudna sztuka. :-D

Wrzucasz cytaty, piszesz swoje teksty. Ludzie myślą sobie: o, cytat, który już widziałam 700 razy w Internecie. Albo: o, za długi ten tekst, przynudza, chciało mu się tyle pisać…Czasem ktoś zhejtuje, czasem tylko sobie pomyśli, czasem wesprze, przytaknie.

Mogłabym każdemu z osobna polecić pisanie bloga. Każdy z nas ma coś do przekazania, do opowiedzenia. Historie, które gdzieś w nas siedzą, dobre pomysły, ułatwiające życie. Gdyby wielu z nas robiło coś nie tylko „do szuflady”, zrozumiałoby, że tylko konstruktywna krytyka ma sens. A bloger też człowiek i pisanie czasem nie przychodzi mu tak łatwo. Pomimo, że tak wygląda.

Ostatnio zastanawiałam się też, kiedy następuje koniec bloga. I czy po prostu odchodzi się bez słów, czy żegna się z czytelnikami…

Nie wyobrażam sobie, że ktoś po prostu przestaje pisać i ma w dupie czytelnika, który był z nim od lat. Czy to już brak szacunku czy tylko niedopatrzenie?

Koniec bloga…

Mój znajomy, mając 21 lat stwierdził, że blog to dobra zabawa tylko dla dzieci. Serio? Wolę blogi osób, które mają coś do przekazania. Mogą mieć lat 15. 40. 73. Nie sądzę by wiek miał znaczenie. Choć może być dobrą wymówką…

Znam ludzi, którzy skończyli pisać przez nawał obowiązków. Ale… Czy nie można pisać wpisów raz na miesiąc, dwa, trzy? Na wartościowe słowa warto czekać, a czytelnicy o kimś takim nie zapomną.

Jeden bloger zmarł, a w zaświatach niestety brak Wi-Fi. Tutaj już nie ma wytłumaczenia… Jego mama wtedy napisała, że on zmarł. Hm. A jeśli umrę za 40 lat? Będziecie ze mną przy moim ślubie, pierwszym dziecku, i przy tym czwartym też, i przy wnukach. Widzicie to? Widzicie babcię Scarlett? :-D

Blogerzy odchodzą, bo wena umiera, inspiracje się kończą, tracą serce do blogowania. Jeśli traci się serce do pisania, to już poważna sprawa. Ale i wena może wrócić i serce też.

Bloger odchodzi, bo ma nadzieję, że jest tak genialną marką, że czytelnicy sami się pojawią. Sama czasem tak patrzę… Na fp jestem regularnie, czytelnicy nie zawsze. Ale próbuję. Nie ten post, to inny trafi do czyjegoś serca. Dzięki temu zaczynam poznawać kto co lubi, jakich czytelników mam. Co ich ciekawi, intryguje. Czasem ktoś przestaje mnie czytać. Trudno. Grunt, że wie co go przyciąga. Po co ma się zmuszać.

Ale jak to mówią, wszystko się kiedyś kończy… Mój blog też kiedyś umrze. Spokojnie, narazie nie mam nawet takiego zamiaru. :-)

A według Was dlaczego blogerzy kończą pisać, czasami nawet się nie żegnając?

Wiem. Hasła na pewno zapomnieli! Optymizm pełną parą ;-) Jak to u mnie ;-)

Drodzy blogerzy, nie poddajemy się! To jest wojna! Na słowa ;-)

Złoto, które wpada do kałuży, nie traci na wartości.

Jesteśmy tak wiele warci, a nagminnie o tym zapominamy. Gdzieś umykają nam nasze sukcesy, zalety, walory… Dzieje się tak, szczególnie wtedy, gdy zdarzy się nam jakaś mniejsza lub większa porażka, bliska osoba się od nas odwróci, gdy zaczynamy porównywać się do kogoś innego. A przecież, co by się nie działo, to wcale nie obliguje nas ku temu byśmy myśleli o sobie jako o tworze gorszego sortu. 

Pomyśl, tak łatwo przychodzi Ci prawienie komuś komplementów. Tak łatwo dostrzegasz piękno w drugiej osobie. Prosto jest zazdrościć komuś perfekcyjnej (Twoim zdaniem) figury, oczu, włosów. A tak trudno Ci pokochać samego siebie, a przede wszystkim: siebie zaakceptować. Ciągle jest coś nie tak… Krótkie nogi, duży nos, małe piersi, piwny brzuszek. Własne niedoskonałości potrafisz wymienić jednym tchem. A może warto byś zapytał samego siebie: która cześć Twojego ciała jest Twoją ulubioną? czego w swoim wyglądzie sam mógłbyś sobie zazdrościć? co jest Twoim atutem?

Wiem, życie nie ułatwia nam tego, byśmy czuli się atrakcyjni. Ideały piękna tworzone są przez perfekcyjne photoshopowe proporcje. Kobiety dzięki hormonom, zależnie od fazy cyklu, czują się jak wielkie słonie. Mężczyźni czasem chwytają się na myślach, że przecież ich mało atrakcyjni kumple już są żonaci, a oni nie mają nawet styczności z kobietami. A panie wciąż nie potrafią zrozumieć dlaczego zwracają na nie uwagę tylko mężczyźni nie w ich typie. I w pewnym momencie zaczynamy się zastanawiać: czy coś jest ze mną nie tak? dlaczego to właśnie ja mam te idiotyczne kurze łapki? Bóg nie mógł mi dać większego tyłka?

A może po prostu należy uczynić atutem, to co już posiadasz?

I przede wszystkim…

Nie słuchaj negatywnych opinii na temat swojego wyglądu. Bo właśnie one prowadzą do rzeszy kompleksów. A może ktoś Cię obraża, bo Ci zwyczajnie zazdrości?

Mów sobie często za co kochasz samego siebie. I właśnie te części ciała eksponuj i podkreślaj. I praw komplementy innym. Może właśnie w tej sekundzie ktoś tego potrzebuje.

Pamiętaj, że Twoje niedoskonałości są Twoim atutem. To właśnie one czynią Cię kimś wyjątkowym, a nie kolejną pustą Barbie i równie pustym Kenem.

Weź sobie do serca, że na dłuższą metę i tak najważniejszy jest charakter i Twoja pasja do życia. Jeśli nie nadrobisz czegoś wyglądem, to charakterem. Odwrotnie podobno też działa.

Pod żadnym pozorem nie porównuj się z innymi.

Ciesz się, że to tylko dwie fałdki, a nie, chociażby, złośliwy nowotwór.

I raduj się życiem. Ono jest tylko jedno i nie warto go poświęcać na zamartwianie się swoimi kompleksami. Znając życie, ludzie wokół i tak ich w Tobie nie dostrzegają.

Skoro już się powymądrzałam… Teraz trochę o mnie. Dziękuję za masę komentarzy do ostatnich wpisów, za życzenia wszelkie. Odpiszę na nie niebawem. Osoby, które wchodzą często na mojego fanpage’a są na bieżąco. Jednak nie każdy ma Facebook, więc powróciłam również tutaj. Choć, przeszło mi przez myśl już nie raz, by porzucić blogowanie. Jednak nie wyobrażam sobie, żebyśmy urwali kontakt, tym bardziej, że jesteście fantastyczni.

W skrócie, u mnie wszystko dobrze. Jestem szczęśliwa, jak to ja. Choć czasem mam ochotę rzucić czymś o ścianę, jak każdy. Od poniedziałku znów wracam na rehabilitację. Jestem już po 80 zabiegach i nie wiem jak przeżyję 30 kolejnych. Ale mam cel, w końcu muszę odgonić widmo artroskopii.

Trzymajcie kciuki. I opowiadajcie co tam u Was, bo ciekawość mnie zżera. Mam nadzieję, że o mnie nie zapomnieliście.

Całuję, Wasza Scarlett.

W tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz…

W swoim życiu przeprowadzamy tysiące rozmów. Rozmowy kwalifikacyjne, rozmowy o życiu, pogodzie, o uczuciach. Psychologowie mają swoje specjalistyczne rozmowy, prawnicy swoje, a przyjaciele swoje pogaduchy. Dzięki temu, że człowiek jest istotą społeczną, to obecność drugiej osoby, a także sama rozmowa RACZEJ nie powszednieją. Raczej. A kiedy mamy już dość słuchania rozmów polityków, krzyków sąsiadów zza ściany, tandetnych rozmów w gronie koleżeńskim… możemy uciec gdziekolwiek… W góry, do klasztoru, w ustronne miejsca pełne spokoju, ciszy, milczenia. By choć na chwilę oderwać się od krzyczących wokół słów. I to jest ważne i potrzebne. Śmietnik w mózgu też czasem trzeba opróżniać. Jednak to właśnie rozmowa jest najważniejszą ze składowych naszych relacji interpersonalnych. Ktoś mógłby to zanegować i powiedzieć, że przecież czyny są ważniejsze. Tak, ale nie od razu przecież ktoś się całował, tulił, seksił, pił, tylko zaczęło się przynajmniej od kilku słów. Czasem błahych, ale zawsze. I nie mam wątpliwości, że każda z rozmów coś nam daje. Daje odnowienie kontaktu, podtrzymanie go, wyjaśnia różne kwestie, informuje o czymś, przestrzega, ponagla. Ostatnio miałam okazję odbyć jedną z dziwniejszych rozmów w tym roku. Wyglądało to mniej więcej tak.

On: Piątka!
Ja: Piątka!
On: Chcesz ze mną chodzić?
Ja: Nie, dzięki.
On: A masz chłopaka?
Ja: Mam.

Ot, zwykła rozmowa na ulicy :D Na pewno nie raz taką odbywaliście, a jeśli nie, to wszystko przed Wami :) Niewątpliwie rozmową była, bo nie była monologiem ;) Może nie do końca była szczerza, bo z tym chłopakiem przestrzeliłam. Ale z jednej strony podniosłam sobie ego, że nawet kulawa mam jeszcze ten czar ;) Z drugiej, raczej chyba za szybko się ucieszyłam, bo po przeanalizowaniu jego słów to miał być dla mnie przywilej by móc z nim chodzić ;) Więc miło, że się zapytał akurat mnie :D Nie śmiem wnioskować co jemu dała ta rozmowa, ale przynajmniej z kimś sobie pogaworzył na ulicy :)

W ogóle… Fajnie, że są ludzie tacy odważni, tacy z polotem. Mi tego już brakuje. A mam kilka niezałatwionych spraw, które powinno się zakończyć lub rozpocząć w taki czy inny sposób. Napisać/powiedzieć: wiesz, o coś Cię poprosiłam, Ty mi to obiecałeś i dlaczego tego nie zrobiłeś?! Albo: ja Cię przeprosiłam… i czemu Ty masz mnie gdzieś? Ostatnio chociażby dostałam przedziwnego maila. To tak jakbyście odeszli z pracy, bo coś Wam tam nie pasowało, szefowie niekoniecznie mili, a oni nagle piszą, że może byśmy się spotkali, bo trzeba ratować firmę :D Mhm, ta jasne, już lecę, a wasz interes i tak wam upadnie… ;) Przecież oni mnie nawet nie lubili. Z resztą z wzajemnością. A teraz liczą się z moim zdaniem? Czy chcą mnie upokorzyć? Albo powyśmiewać się jaką to Scarlett jest ofiarą, bo znowu z kontuzją. Przy czym jedna wredna kobieta od razu kontuzję głowy by mi zarzuciła, bo przecież w jej oczach byłam, jestem i będę nikim. W takich wypadkach wiem co to znaczy się szanować. Choć znając życie jeśli mnie nie będzie to i tak będę z góry na dół objechana :D Ach… Ale przynajmniej mogłam się pośmiać. I za to dziękuję autorowi tego zacnego maila. I gdybym miała dawny polot to… Mówiłabym znów o tym co czuję, co mnie boli i po jakiego grzyba ktoś milczy, albo mówi zbyt dużo. Tylko ilekroć o tym myślę, to zastanawiam się ilu ludzi interesuje co tak naprawdę czujemy… Z resztą to chyba przemyślenia na inną okazję.

Dobrze. Wracając do tematu. Według mnie podstawą rozmowy jest, aby dwie strony chciały w niej uczestniczyć. Nikogo nie zmusisz do rozmowy, tak samo jak nie zmusisz do miłości. Jednak przy odrobinie dobrej woli i dobrych chęci rozmowa może dojść do skutku. Powyższa rozmowa z panem amantem doszła do skutku, jednak z racji tego, że ja na amory nie mam chęci, to szybko ukróciłam pogawędkę, bo wiedziałam, że jeśli powiem, że mam faceta to będę miała spokój. I tu pojawia się druga składowa. Rozmowa musi być szczera. Dobra, ja skłamałam, mam tego świadomość. Jednak nie była to rozmowa znacząca w moim życiu. Podryw jak każdy inny. Jednak trzeba pamiętać, że bez szczerości rozmowy są jałowe i nic nie wnoszą do relacji. Znaczy wnoszą… Kłamstwo, fałsz, niedopowiedzenia. Kiedy kogoś kocham, mówię mu to szczerze. Gdy przepraszam, także jestem szczera. A kiedy proszę, to na serio jestem w potrzebie. Nie przepraszam, bo chcę z tego mieć jakieś korzyści, a tak naprawdę wcale nie zamierzam się poprawić. Nie proszę ot tak tylko by sprawdzić czy ktoś spełni moje życzenie. Kiedy komuś mówię, że świetnie wygląda, to tak myślę naprawdę, a nie, bo chcę się przypodobać i bezczelnie kłamię.

Pomijam wszelkie inne składowe, które też są bardzo ważne, ale przecież nie przyszłam tutaj by robić Wam wykład. Nie chcę bagatelizować różnych składników komunikacji interpersonalnej, nie chcę też się rozwodzić jak istotną rolę odgrywa nasza komunikacja werbalna, niewerbalna, aktywne słuchanie, umiejętności empatii, reagowania, dostosowanie poziomu językowego do współrozmówcy, kultura języka, jasne komunikaty, wzajemna akceptacja, szacunek… I tak mogłabym do jutra.

Tak często uciekamy przed szczerymi rozmowami. I to boli. Często wolimy na siebie nakrzyczeć i rozejść się każde do swoich aktywności. Albo strzelić popularnego focha i kultywować ciche dni, które przeciągają się w tygodnie, a nawet miesiące. To trudna sytuacja dla obu stron. Rozmowa, szczególnie ta szczera pozwala nam w różnym stopniu poznać opinię i emocje drugiej strony. A bez rozmowy? Pozostają domysły i cierpienie. Bo dlaczego on milczy? Obraził się na amen? Na pewno poszedł do tej zdziry! Ona mnie już nie kocha. Milczy, czyli to koniec…

0_0_0_1174232386

wyciagnela_do_mnie_reke_nie_2014-03-18_10-17-15

Szczególnie ważna jest rozmowa właśnie w momencie konfliktu, kiedy się pokłóciliśmy, poróżniliśmy. Rozumiem, chwila oddechu i za pół godzinki wracamy do rozmowy, ale na boga (nieważne którego)… Nie przeciągajmy tego marazmu, bo im więcej milczenia, tym więcej cierpienia. Właśnie w konflikcie najczęściej występuje niechęć do rozmowy, do współpracy. Ktoś mi kiedyś powiedział, że to już sprawa tej drugiej strony, że nie chce rozmawiać. Tylko, że nie da się ukryć, że najbardziej cierpi ta osoba, która wyciąga rękę… Wyciąga rękę, a przed nią pustka. Przecież niejednokrotnie tak się zdarza. Kiedy psycholog wyciąga rękę do dziecka, a ono mu nie chce jej podać, to się nie zraża, bo przecież różnie bywa, a nie każdy ma od razu zaufanie do obcej osoby na poziomie 500 plus. Jednak kiedy dorosła osoba wyciąga rękę do drugiej osoby, która jest dla niej ważna i tam jest pustka, to już można zacząć się zastanawiać. Wtedy każdy reaguje inaczej. Nie podał mi ręki, bo jestem dla niego nikim. Nie podał mi ręki, bo nie chce mnie dotknąć, bo gdy mnie dotknie przypomni sobie nasze dawne życie. Można gdybać, można po prostu zapytać. Tylko właśnie… Najtrudniej się otworzyć przed człowiekiem, który już bawi się w murarza i stawia pomiędzy nami mur…

wszystko-daloby-sie-rozwiaz

Jeśli ktoś jest dla nas ważny, jeśli kogoś darzymy szacunkiem to jak można milczeć?! To tak jakby był nam obojętny… Tylko, że najczęściej milczymy, bo nie jest nam obojętny. Czasem wszystko w nas krzyczy by powiedzieć mu, że dostaliśmy awans, by powiedzieć jej, że klasowa fajtłapa się żeni… Na pewno by się uśmiała, na pewno by się cieszył razem ze mną… I pozostaje tęsknota. I marzenia, że fajnie byłoby się odezwać. Ale po co znów wyjść na tego słabszego. W ogóle to jest okropne jak odwaga i chęć naprawienia relacji bywa odbierana przez dzisiejsze społeczeństwo za oznakę słabości… Smutne.

Drodzy, nie spuentuję tej mojej wypowiedzi. Każdy ma wolną wolę, robi co uważa, ale warto się zastanowić w jakich sytuacjach interpersonalnych milczycie, dlaczego właśnie wtedy, jakie odczuwacie wtedy emocje, czy wolicie milczenie czy gorzkie słowa…

Ach i przy okazji polecam też mówienie do siebie. Może niekoniecznie w miejscach publicznych, bo mogą wpaść ziomki z kaftanami, ale w domowym zaciszu czemu by nie. Nie dość, że uporządkujecie sobie różne sprawy, to jeszcze możecie nabyć różnych dobrych nawyków, które mogą Wam się kiedyś przydać w rozmowie. Rozmowa ze sobą to czasem jak rozmowa z najlepszym ekspertem. W końcu sami znacie siebie najlepiej. Ponadto rozmowy z kimś możemy sobie wizualizować, jednak trzeba być na tyle elastycznym, by wiedzieć, że wszystko może się potoczyć zupełnie inaczej ;)

PS. Przestrzegam przed osobami, które cały czas gadają :D Spotkałam na swojej drodze takie dwie. Pan i pani. Pan! Tak! Faceci też bywają gadułami :P Były to takie osobniki, że potrafiły gadać o sobie z godzinę, a dopiero potem pytały łaskawie co u Ciebie. I nie, nie szło im przerwać :D Chyba, że coś by się stłukło, albo coś… Okropna męczarnia… O, kolejna refleksja. Lepiej przebywać w otoczeniu milczków czy gadatliwych…? Tak, wiem, złoty środek ;)

I dziękuję Wam za wszelkie komentarze, sposoby na wenę, słowa otuchy. Co ja bym bez Was zrobiła :) Postaram się jutro na te komentarze poodpisywać. I poobserwuję co tam na Waszych blogach słychać. Całuję mocno, Wasza, rozmowna dziś, Scarlett ;)

I na koniec jeszcze kilka myśli na temat rozmów, na śmiesznie, na poważnie, różnie, czyli jak to u mnie na blogu z reguły bywa :)

7b998606f13e508f73e69ea36b585b96 baby cats2 o_uczuciach_trzeba_rozmawiac_bo_2015-10-13_10-13-03

Zrobię wszystko by się odkochać…

Podziwiam Was. Zawsze gdy czytacie tytuł mojego wpisu, albo jego początek spodziewacie się tego, albo tamtego, a potem i tak wychodzi z tego (chociażby) czosnek ;) Dzisiaj chyba na temat czosnku nie zejdę. I raczej dygresji też nie zamierzam wprowadzać. Ale tytuł jest przewrotny. A już mówię dlaczego. Każdego dnia słyszymy masę tekstów, które skutecznie nas odpychają, zniechęcają, śmieszą, irytują, na które jedynym komentarzem pozostaje tylko ironiczne: tak, jasne. Poniżej przedstawię Wam zdania, które jako pierwsze przyszły mi do głowy, a które słyszałam właśnie w ostatnich dniach. 

1. Mężczyzna do kobiety lub odwrotnie. W każdym razie, mówi te słowa osoba, która zdradziła. Kochanie, to był tylko seks. Szał. To był tylko seks. No ba, tylko. Tak jakby w związku ważna była tylko sfera emocjonalna, a seks był taki… niezobowiązujący. Hm, zwykły sport. I czasem z tego zwykłego sportu powstają tylko dzieci. Tylko seks. Gdybym usłyszała taki tekst, chyba bym uderzyła kogoś w twarz. Skoro to był tylko seks, to nie dało się go uprawiać tylko z własnym mężem czy żoną?! Trzeba było się szlajać byle gdzie…?! Parodia!!! To zakochiwać się w kimś innym niż mąż nie można, ale seks bez miłości jest wskazany?!

2. Ach, ta dzisiejsza młodzież. Rozumiem. Insza młodzież zmagała się z wojnami, PRLem. Dzisiejsza tylko z PiSem i świńską grypą (akurat na czasie). Ale nic poza tym nas nie różni. Są wariaci i ludzie aż nadto spokojni. Są imigranci, trudna sytuacja ekonomiczna, są złodzieje, kapusie, są ludzie empatyczni, filantropijni. A że alkohol? Internet? Uzależnienia? Maczety i kije? Prostytutki? Może bez Intenetu, to ówcześnie też już wszystko powyższe było obecne. Brak poszanowania dla starszych? A skoro niektórzy starsi sami nie mają poszanowania do młodszych? Brak poszanowania do duchowieństwa? A skoro duchowieństwo samo ten szacunek i zaufanie nadszarpuje?! Medal ma dwie strony.

3. Przyjaźń pomiędzy kobietą a mężczyzną nie jest możliwa. Jest. Miałam wielu przyjaciół mężczyzn. Nie mam ich już aż tak wielu, ale i tak mam. Tamtych nie mam, bo nasze drogi się rozeszły i o dziwo, nie chodziło o to, że jedna ze stron zakochała się w drugiej. W swoim życiu potrzebuję czasem takiego męskiego głosu rozsądku. Dlatego też dziękuję, że tak fantastycznych chłopaków mam wokół siebie. I że jeszcze przy mnie nie zgłupieli :D Niektórzy kiedy widzą kobietę i mężczyznę, to od razu myślą, że tylko seks im w głowie. A kobieta z mężczyzną może robić naprawdę wiele innych rzeczy. Chichrać się, oglądać filmy, pić kawę, herbatę, alkohol. Z podtekstami, może i tak, czasem, ale oboje wiecie, że nigdy ze sobą nie będziecie. Bo nie. Przecież z własną przyjaciółką też mogłabym stworzyć lesbijski związek, a jakoś tego nie robię. Z resztą. Nawet małżeństwa oparte są na przyjaźni. Pardon: powinny być. Czyli taka przyjaźń istnieje i kropka.

4. Odkocham się. Zrobię co w mojej mocy, by tego dokonać. Sama powiedziałam to sobie rok temu, sama powiedziałam to sobie wczoraj. Dzisiaj zmądrzałam :D Wiedzcie, że równie szybko nabywam wszelaką wiedzę, jak i ją tracę ;) A uwierzcie, że chciałam Was pytać o rady jak się odkochać :D Jeśli chodzi o zauroczenie, zakochanie, platoniczną miłość, to jeszcze jakoś daje się radę… Chociażby rady typu: czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, nawet czasami zdają egzamin. Ale jeśli pokochało się kogoś za jego charakter, za wszystkie wady, zalety, za jego spokój, ale i wszystkie niepokoje, za głupie tłumaczenia, robienie z siebie błazna, telefony po 23, za milczenie, za inteligencję, ale też chwile, kiedy nie wiedział co powiedzieć, za każdą wspólną kawę, ale też tę osobną. A potem coś nagle nie pyknie… Albo nie pykło. Albo mogło pyknąć, a Ty wszystko spieprzyłaś/łeś… Ale nadal kochasz. I może on gdzieś tam daleko też kocha. Ale żadne tego nie powie, bo wokół panuje ciężka, nieuleczalna choroba… DUMA. No to klops. Wszystko trwa trzy razy dłużej, każdy smutek odczuwa się trzy razy mocniej, każda łza jest trzy razy bardziej słona, a na widok kogoś podobnego trzykrotnie staje ci serce… I mówienie sobie, że się odkocham jest daremne… Bo nic nie może zabić miłości, jeśli sama się nie zechce odsunąć w cień. Chyba, że się mylę… Im dłużej pisałam ten wywód, tym się bardziej rozpływałam :D Także mi mówienie o końcu miłości szkodzi, niestety nie w tę stronę, w którą powinno.

5. 500 zł na dziecko ma poprawić sytuację demograficzną Polski. Ha, ha, ha. To fajnie. W Polsce liczy się ilość, nie jakość. A dzieci robi się nie z miłości, tylko dla pieniędzy. Brak mi słów. Ja dzieci dla pięciuset złotych nie zamierzam robić. Potem dziecko się pyta: mamo, tato, a jak to się stało, że się pojawiłem?! Tata: A bo widzisz… była kiedyś taka dobroduszna partia Prezesa i Sojuszników i oni rozdawali za dzieci pieniądze… A że my z tatą byliśmy w potrzebie… No to tak powstała Wasza piątka… Dajcie żyć…

6. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Ach, gadanie. Jeśli rzeka była naprawdę interesująca, a wyszedłeś na brzeg tylko na chwilę się osuszyć, napić czegoś orzeźwiającego, a potem wracasz… Powroty w życiu też są piękną sprawą. Czasem gdy do czegoś wracamy, to oznaka tego, że nam na tym czymś zależy. Wracamy na dany kierunek studiów, bo był dla nas ważny. Otwieramy dane drzwi, bo za nimi jest coś, co jest dla nas istotnego. Pomimo, że jeszcze niedawno nie chcieliśmy łapać nawet za klamkę. Odzywamy się do dawnego przyjaciela, bo jakoś tak nam smutno bez niego. Czasem warto wrócić. Serio.

7. Ludzie się nie zmieniają. Zmieniają się. Ludzi zmienić nie można – to akurat fakt. Bo sami muszą chcieć zmiany. A chyba o to w zmianie chodzi, by była szczerza, niewymuszona, z własnej woli. Ludzie też zmieniają się na gorsze (czasami). I o tym również warto pamiętać. Żeby potem nie było zaskoczenia ;)  

PS. A może Wy znacie jakieś teksty, które doprowadzają Was do szaleństwa, albo z którymi się nie zgadzacie, choć są powszechne?

Liczę na Was i pozdrawiam, Wasza Scarlett :)

Quo vadis?!

Kilka dni temu śmieszył mnie szczyt, na którym debatowano nad zatrzymaniem zmian klimatycznych, bądź ich spowolnieniem. Wiecie, tak aby zapobiec topnieniu lodowców, by obniżyć temperaturę… Powodzenia…

I dzisiaj podobna tematyka znów do mnie powróciła. Mianowicie, obejrzałam film „Lucy”. Musiałam, bo cały czas pamiętałam jego świetny plakat i te boskie, niebieskie oczy mojej imienniczki (Scarlett Johansson). Film, sam w sobie, ma swego rodzaju rozmach i jest inny niż produkcje, które do tej pory oglądałam. Nie wiem czy „inny” oznacza tutaj lepszy, gorszy, dziwniejszy. Po prostu INNY. 

Najpierw miałam odruch, by od razu go wyłączyć, bo rychło w czas zorientowałam się, że przecież imię Lucy kojarzy mi się z antropologią, a egzamin z tego przedmiotu tak kochałam, że aż zdawałam go kilka razy :D Jednak się przemogłam i nie żałuję. Film dał mi dużo do myślenia. 

Bo do czego my w ogóle dążymy? Oprócz samozagłady… ;) Mam czasem wrażenie, że im ludzie są mądrzejsi, tym bardziej szkodzą sobie i środowisku. Ewolucja sprawia, iż coraz bardziej się odczłowieczamy. Co by się nawet zgadzało, bo przecież australopitki nie jeździły autami i chyba nie narzekano wtedy na smog… Nie wysadzano też samolotów, nie pakowano ludzi do obozów koncentracyjnych… Zwyczajnie, tłuczono się maczugami, przeklinało się dinozaury (zamiast komary). Ale chciałoby się rzec, coś za coś… Ach i wybaczcie moją ignorancję, bo nie wiem czy dinozaury i australopitki to ta sama era :D Ale nie chce mi się w to głębiej wnikać, bo mam złe wspomnienia z tamtego okresu ;) (czyt. antropologia!)

Oczywiście dziękuję Bogu za to, że cywilizacja, która się rozwija przynosi nam też wiele dobrego. Są lekarstwa (co z tego, że terminy u specjalistów za kilka lat), są niezbędne urządzenia, które bywają zbawienne w medycynie i nie-medycynie. Ale w tym wszystkim jest też tyle zła… I nieważne czy smog, czy topniejące lodowce, ale nieustanna chęć posiadania więcej i więcej i więcej. A jak człowiek ma więcej, to chce jeszcze więcej. I jeszcze… To przeraża. 

Może gdybym używała więcej procent swojego mózgu, ten wpis byłby lepszy :D Ale może to i dobrze, że część moich komórek leży odłogiem lub sobie zwyczajnie obumiera… 

Ciao!

Zostawiam Was z refleksjami lub bez nich.

Pozdrawiam, Wasza Scarlett :)

Zniesmaczenie. Level hard.

Wstałam rano. Wcześnie rano, bo o 4:00. Wstałam na pewnych nogach!!! Po raz pierwszy od prawie miesiąca widzę jakiś postęp. To oczywiście skończyło się łzami. Łzami szczęścia. Zrobiłam kawę. Siadłam przed laptopem. Grzegorz wreszcie sprawił, że mogę być tutaj z Wami. I o ile kiedyś twierdziłam, że Grześki są fajne, zmieniam zdanie. Te kilka dobrych dni bez możliwości blogowania mnie zirytowało. Rozumiem, że sama czasem podejmuję decyzję, że odpoczywam od bloga, ale żeby ktoś odgórnie za mnie decydował? Szczyt!

Właśnie szczyt… Ciągle słyszę, że na międzynarodowej scenie politycznej są jakieś szczyty. Jeden szczyt, drugi, trzeci. Politycy wiecznie szczytują… I niech to robią, byle efektywnie, a nie tylko po to, by pojeść, popić i…poru… no wiadomo ;)

W zasadzie, ten dzisiejszy wpis będzie w dużej mierze związany ze szczytowaniem. Bo o dzieciach będzie mowa.

Wczoraj przypadkowo włączyłam jakiś program w bliżej nieokreślonej stacji telewizyjnej. Ktoś może pomyśleć: wielka fanka, a tu się zarzeka, że przypadkowo. Z resztą, nawet jeśli nie przypadkowo, to przecież jak powiedział niegdyś mój ukochany wykładowca: macie taki zawód, że możecie oglądać wszystko i wszystkim się interesować, bo najważniejsze byście znali różne perspektywy patrzenia na świat. Wszystko jest po coś. Zabrzmiało jakbym była filozofem :D

(Akurat, co do filozofów. Chwila prywaty. Drogi mój… O mały włos wczoraj o Tobie zapomniałam. Zrobiło mi się w nocy strasznie przykro, że cały dzień przebimbałam bez myśli o Tobie. Wiem, że mi wybaczysz. Wiem, że byś się śmiał z tego jak idiotycznie chodzę. Wiem, że jesteś i że będziesz mnie już chronił, bym nie narobiła więcej głupot. Dbaj o moje spokojne sny. Obiecuję, już nie zapomnę! PS. Prezydent ślizgał się na Murze Chińskim. Szkoda, że Ciebie tam nie było, bo byś się pośmiał. No okej, pośmiałam się za Ciebie ;))

Co do mojego wpisu. O dzieci chodzi. W zasadzie o małżeństwa i ich dzieci. Dookreślając. O małżeństwa dzietne z problemami (skoro są bezdzietne, to i chyba dzietne… raczej nie dziecinne). Takie gdzie to on lub ona zdradziło i co teraz…? Albo jest im tak jakoś nie po drodze, ale w końcu w kojcu hasa ich 3 letni synek. I co wtedy? Czy lepiej się rozstać i być wreszcie szczęśliwym? Czy zostać w chorym związku, z górnolotnym stwierdzeniem: będę z Tobą dla dobra Marysi? Och, cóż za poświęcenie, chciałoby się powiedzieć.

Według mnie to jest trochę taki mit, że dziecko bez jednego rodzica jest niepełne. Że gdy dziewczynka dorośnie to szuka ukojenia u dużo starszych facetów, a wszystko przez to, że brakowało jej ojca. Czy ja jestem niepełna?! Czy niepełnowartościowa? Czy zakochuję się to w tym, to w tamtym, bo widzę w nich mojego przyszłego tatuśka, który utuli i zaśpiewa zamiast kołysanki jakiś durny przebój? Czy coś jest ze mną nie tak?! Nie sądzę… Znaczy, każdy jest zaburzony, tylko nie wszyscy są zdiagnozowani, ale bez przesadyzmu (jak to kiedyś zwykłam mawiać).

Wokół mam większość koleżanek i kolegów, którzy wychowywali się bez ojców. Czy to był kiedykolwiek jakiś problem? Nie wyobrażam sobie, gdyby moja mama przez jakiegoś palanta miała płakać po nocach. To bolałoby mnie o wiele bardziej niż brak pana domu. Albo gdyby siedział zanurzony w telewizyjnych otchłaniach i jednocześnie alkoholowych oparach. Byłby nieobecny. Cóż z tego czy emocjonalnie, czy cieleśnie…

I dochodzimy do sedna sprawy, czyli tego programu. Powiedziano tam, że lepiej jest dla dobra dziecka, gdy rodzice ze sobą zostają, mimo piętrzących się między nimi problemów. Aż mi włosy na rękach stanęły. Tam była naprawdę kropka. Nic więcej. I nie chodzi tutaj o kropkę, czyli łemkowski alkohol, w którym to już jestem obeznana. Ale o KROPKĘ, po której nic nie następuje. No chyba, że niedomówienia.

I o ile naprawdę jestem w stanie dużo zrozumieć… I rozumiem, że można pójść na mediację, do psychoterapeuty, na jakąkolwiek terapię, taką czy siaką. Można skorzystać z chwilowej separacji. Można się po ludzku dogadać i pokochać od nowa. I ja naprawdę nie przekreślam męża, który mnie zdradzi (może nie powinnam tego pisać, bo licho nie śpi). I nie przekreślam siebie, jeśli zdradziłabym, bo wierzę, że mój mąż mnie kocha nad życie. I o ile wierzę w te wszystkie powyższe rozwiązania. Nawet w rozmowę z jakimś kierownikiem duchowym, medytacje, rekolekcje. Ja wiem, że wiele dróg jest skutecznych. Bo jest. Wiem, że on np. poszedłby na terapię uzależnień, gdyby mnie kochał i gdyby te uzależnienie miał. I wiem, że ludzie są sobie w stanie wiele wybaczyć. Wiem. Bo jeśli kogoś kochasz, to nie dość, że przyznasz się do błędu, to druga strona jeszcze Ci ten błąd zapomni. To jakoś nie rozumiem faktu, że jestem z partnerem, który ewidentnie nagina przepisy prawne i moralne. Kradnie, włamuje się (przy czym ja nie jestem nawet jego wspólniczką), gwałci dzieci i kobiety, ba nawet facetów. A mnie bije i poniża. Powiedzmy, że naszemu dziecku nic nie robi, bo je na swój sposób kocha. I co? I ja mam z nim być, bo on kocha moje dziecko…? Nie rozumiem! I chcę wierzyć, że wczorajsze słowa to był skrót myślowy! Bo musiał być! I że po nich COŚ następowałoby, gdyby szanowny jegomość się chwilę zastanowił i użył mózgu. Chociaż… Czy on w ogóle swojego mózgu używa…?!

A może to ja jestem jakaś zaściankowa? Nie wiem co to prawdziwa miłość? Nie wiem co to znaczy odpowiedzialność nad potomstwem? Zawsze myślałam, że jest to zapewnienie mu wychowania, bezpieczeństwa, szczęścia, miłości, itepe. Maslow nie po to trudził się nad piramidą potrzeb, by teraz wszystko poszło na marne, bo przecież dziecku jest lepiej z obojgiem rodziców (jacykolwiek by oni nie byli). A czy to nie jest tak, że nie liczy się ilość, a jakość?!

Tak. Liczy się jakość. Dla mnie, zdecydowanie.

Pozdrawiam Was ciepło.

Wasza Scarlett.

Człowiek, przedziwna istota, której pasją jest tworzenie problemów…

Tworzenie problemów urasta w naszym społeczeństwie do rangi pasji. Dodałabym do tego jeszcze brak umiejętności uczenia się na własnych błędach i mielibyśmy idealne koło, tyle że błędne. Są tutaj jednak pewne pozytywy zauważalne nagim okiem (nagim, bo nie lubię słówka gołym). Tworzymy problemy, czyli myślimy, o wiele za dużo i za często. Skoro myślimy, to żyjemy. Także genialnie. Skoro tworzymy, to znaczy, że jesteśmy kreatywni. Znów plus. Tylko czy, aby nie jest trudniej potem zburzyć ten swój problem, który już raz postawiło się na solidnych fundamentach? I czy Kartezjusz, mówiąc cogito, ergo sum, miał też na myśli zamartwianie się?

Moim zdaniem wiele problemów jest stworzonych przez samo homo sapiens. Nie wspominając nawet o czymś takim jak efekt cieplarniany, smog i pochodne. Ale np. choroby, drobne defekty urody, konflikty z innymi, samotność.

A życie jest dosyć proste. Jeśli lekarz mówi ci, co masz robić by wyzdrowieć, to stosuj się do jego zaleceń. To nie szaman, który wróży z fusów, tylko człowiek, który ileś lat się uczył, ileś lat praktykował. Musi się trochę znać na tym, co robi.

Jeśli narzekasz, że masz cienkie włosy, słabe rzęsy, wysuszoną cerę… Czy nie prościej się coś z tym zrobić, a nie wiecznie powtarzać sobie jestem taka beznadziejna

Pokłóciłaś się z nim. I zawisło między Wami milczenie. Zapytaj czemu milczy, czy może zachowałaś się jakoś niestosownie. Jeśli ma serce i mu na Was zależy, odpowie. Jeśli nadal będziesz słyszeć tylko szum własnego laptopa, możesz to wykrzyczeć w poduszkę. Pozwalam. Raczej nie jemu prosto w twarz, bo dobrze zachować trochę godności.

Samotność. Na samotność najlepsze jest wyjście do ludzi. Może być dziwnie i niezręcznie, ale a nuż będzie zabawnie ;)

Mogę tak w nieskończoność. Ale jeśli raz pojawi się dany problem i nic z nim nie zrobimy, to zacznie gnić w naszym życiu, a tego byśmy nie chcieli. Bo wiecie, skoro gnije, to śmierdzi. Skoro śmierdzi, to nie sposób o nim zapomnieć. I znów niesamowite błędne koło.

Mój apel na dziś? Nie zamartwiajmy się, nie w Dzień Pluszowego Misia. Po co smucić nasze zabawki z dzieciństwa ;) Działajmy. Bo co nam innego pozostało? Skoro potrafiliśmy stworzyć problemy, to pora zacząć tworzyć piękniejsze jutro, już od dziś. Stać nas na to. Przecież pięknie wybudowaliśmy nasz wysoki i smukły problem w stylu rokoko. A może w stylu romańskim…? Co kto woli ;)

PS. Zmierzajcie choćby tip-topami do Waszych celów i rozwiązania tego, co Was nurtuje po nocach. Warto. A jeśli uważacie, że z Waszym problemem nikt sobie nie poradzi, to piszcie do mnie. W końcu jestem etatową optymistką ;)

Pozdrawiam, Wasza przemądrzała Scarlett :)

Scarlett szuka męża? Czyli chwila refleksji nad tym i owym. I nad tamtym też.

Będzie długo. O wszystkim, lecz nie o niczym, jak to zwykłam mówić. A będzie długo i dygresyjnie, ponieważ najprawdopodobniej wrócę tutaj po Dniu Zadusznym, a i wtedy nie wiem jak będzie wyglądała moja przygoda z laptopem, bo już jedną stopą będę wyjeżdżała (wiadomo, wyjazd z całą feerią sprzętu elektronicznego, nie byłby tym samym, co długie rozmowy face-to-face i wycieczki z papierową mapą). Z czego się ogromnie cieszę i trzymajcie kciuki, by było pięknie, a nawet piękniej :)

A tytuł przewrotny. Bo o miłości też zamierzam powiedzieć. Napisać w zasadzie. Podobno po kobiecie od razu można poznać, że jest zakochana. Nawet, kiedy ona sama tego nie przyzna. Dlatego mówię wszem i wobec. Tak, kocham. Jesień :P I tego się trzymajmy ;)

Jeśli już zraziłam Was samym wstępem, to nie czytajcie dalej. Nikogo nie zmuszam. A jeśli mimo wszystko chcecie się zagłębić w moje dywagacje, to idźcie po kubek herbaty, względnie kakao, rozsiądźcie się wygodnie w fotelu i czytajcie. Może przy okazji naskrobiecie jakiś komentarz? Czy też wyklikacie. Byłoby mi miło :) Jednak zanim przejdę do zawiłego meritum, dla tych leniwych i rozczarowanych moim blogiem wrzucam zdjęcia miasta, które odwiedziłam wiosną, a teraz będę miała okazję zobaczyć jesienią. Żebyście też coś mieli z moich wypocin, skoro dalszy tekst Was nie interesuje. Trochę jak z dziećmi… Najlepiej dać obrazki, żeby się zaciekawiły ;) Dobra, fotki jak to fotki, każdy kto był w Krakowie ma podobne. Jednak mi się moje podobają. Subiektywnie. I tyle ;) A najbardziej głowa konia! :D Bo łeb, to zbyt drastyczne określenie. Łeb to raczej tego faceta, który mi się wpakował w fotkę nr 2. Ale przynajmniej chociaż w taki sposób te zdjęcia wyróżniają się z setek im podobnych.

łóoół jest i onPooglądane? No to… Cóż… Zacznę od tego, że… Jestem otwarta, tolerancyjna… Dodałabym, że miła i sympatyczna, ale bynajmniej nie jest to reklama mojej osoby przymierzającej się do roli potencjalnej przyszłej żony. Zwyczajnie, doceniam miłość w każdej postaci, o ile nie zakrawa o czyny łudząco przypominające poszczególne artykuły kodeksu karnego. Jestem zwolenniczką miłości, szczęśliwych związków, par całujących się na ulicy (choć w tym przypadku muszę zastrzec, że istne połykanie drugiej osoby jakoś nie bardzo przypada mi do gustu). Sama znam wiele pięknych par, małżeństw. Takich, które żyją najnormalniejszą codziennością lub wręcz przeciwnie: szaleją, aż miło popatrzeć. Które się kłócą, równie pięknie godzą. Lub milczą. Realizują, stoją w miejscu. Które kochają pomimo ewidentnych wad drugiej osoby. Znam kochanków, których miłość jest zakazana. Znam zakochanych homoseksualistów. Znam tych, których miłość rani, którzy żyją w związkach przynoszących tylko cierpienie, ból i łzy. Znam kochających nieszczęśliwie. I tych, nieznających innej rzeczywistości poza bezgranicznym szczęściem. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, jak to ja.

Moim zdaniem każdy zasługuje na miłość, bliskość, na pełne czułości słowa, uczynki, spojrzenia, dotyk. I co z tego, że rudy, otyła i kulejące. Forma „ono” dla niezdecydowanych i tych, którzy swojej tożsamości jeszcze nie odnaleźli. Ale nigdy nie zrozumiem osób, które szukają miłości w programach telewizyjnych. OK, szukają „miłości”. Wplątując w tę całą groteskę pół rodziny i solidną garść znajomych. Nazwijmy program po imieniu: on szuka popularności, ona szuka okazji do promocji siebie i swojej marki (i matki przy okazji), i: kto będzie parł na szkło wraz z moim synkiem?! Już widzę, że o ile w organizacji wycieczek jestem mistrzem, to mistrzynią PR-u i menadżeringu nigdy nie będę ;) Jednak aż strach pomyśleć jacy ci ludzie muszą być naprawdę, że nikt ich nie chce… I są tak zdesperowani by iść z tym do telewizji?! A z pozoru niby tacy sympatyczni i zarazem wyszczekani… Trochę przypomina mi to program, w którym mąż narzekał na żonę, że ta, mówiąc kolokwialnie, zapuściła się po urodzeniu dziecka. Przepraszam bardzo, mąż też kiepsko wyglądał, więc nie wiem w czym problem… A poza tym, nie dało się tego załatwić, jakoś tak, pozawizyjnie? Czyli jednym słowem: groteska. I to publiczna. Ale za pieniądze, więc jak kto woli… Nie wiem czy chciałabym być tym mężem, który chwali się zapuszczoną żoną, a potem wytykają go na ulicy palcami… I ją przy okazji też. Nonsens.

Przecież potencjalnego małżonka można spotkać choćby za rogiem. Praca, studia, szkoła. Spotkania ze znajomymi i znajomymi znajomych. Rozwijanie pasji, kursy, szkolenia. Wszędzie można znaleźć męża, żonę, partnera i konkubinę. Tylko czy miłość polega na tym by jej szukać…? Mam powiedzieć sobie: słuchaj Scarlett, masz 30 lat, daj sobie jeszcze pięć na znalezienie drugiej połówki. I w tym przypadku, nie chodzi o żadne 0,5 z procentami. Jeśli to nie poskutkuje to ratuje Cię bank spermy i hejaaa…?! A czy to nie jest tak, że najpiękniejszych chwil w życiu nie zaplanujesz? Znalazła się pani mądralińska. OK, nie mam męża i mogę przyznać, że jestem wybredna. U mnie to w zasadzie rodzinne. Kobiety nie miały mężów, bo przebierały, przebierały i potem skończyły jak skończyły ;) Ale szczęśliwe przez całe życie były. I są. Może nie tyle jestem wybredna… Co zawsze zakochuję się w tych, w których nie powinnam. A bo zbyt wredny, a bo zbyt dużo starszy, a bo ja po przejściach, on z przeszłością. A bo taka ciapa. W sumie to jednak wybredna. Ale też nie wyobrażam sobie wychodzić za kogoś, kogo chociażby tylko ja wybrałam, a on ze mną jest, bo tak mu wygodnie. Albo wyjść za kogoś nudnego, tylko dlatego, że ma dużo pieniędzy. Wyjść za kogoś, z kim wiecznie bym darła koty. A ja lubię koty. Wyjść za kogoś, kto mnie nie szanuje. Związać się z kimś, kto ucieknie, gdy pojawią się pierwsze kłopoty. A to o czym pisałam wcześniej, że starszy, że ciapa… Takie niuanse w przypadku wielkiej miłości, która spadłaby na mnie jak grom z jasnego nieba, nie są istotne. Więc nie bierzcie tego dosłownie. Jednak póki co, bycie singielką mi nie przeszkadza, ani mnie nie przytłacza i lubię mówić, pisać i myśleć o miłości. Może gdy będę rzeczywiście miała te 30 lat poczuję jakąś presję społeczną. Ale kto by się nią przejmował? Na pewno nie ja.

Nie byłoby pisania o miłości, gdyby nie spojrzenie, które wczoraj zawitało przed mymi oczyma. Aż się zdziwiłam, że tak pamiętam twarze, których od dobrych kilku tygodni nie widziałam. Może to przez fakt, że moja pamięć wybiórcza rejestruje, iż o dziwo wszyscy ostatnio mają tak samo na imię, wykonują ten sam zawód i są z tego samego miasta. Więc potem pojawia się ni stąd ni zowąd pan XYZ. I te liczby. Ciągle te same liczby. Powinnam zagrać w totolotka. Zapewne też tak czasem macie, że wiecznie coś się w Waszym życiu powtarza. Bo jak wszyscy nagle są architektami, to wszyscy. Albo przynajmniej zdecydowana większość. Jednak, co do tego spojrzenia… Uwielbiam widzieć miłość, tam gdzie inni jej nie dostrzegają. Dobra, zauroczenie. Miłością raczej bym tego nie nazywała.

Ona, długowłosa, długonoga, długorzęsa blondynka o niebieskich oczach tu i dużych oczach tam. On przystojny, acz nie w nachalny sposób. Dobra, to zabrzmiało, jakby był brzydki po stokroć :D Nieoczywiście przystojny. Ale mógł się podobać. I może się podobać i się podoba zapewne. I on dokładnie o tym wie, że ma w sobie to coś i to sprytnie wykorzystuje. Wredota mała jedna. Gdyby to czytał, to wiedziałby, że to o nim ;) Przecież on myśli tylko o sobie (już widzę jak przewraca oczami… takteżciękocham). Jednak wracając do historii. W małym pomieszczeniu wyczuwało się napięcie. To jak on z nią rozmawiał, jak ją komplementował. A przede wszystkim sposób w jaki na nią patrzył. Z jednej strony czuło się te iskierki w powietrzu, ale z drugiej on wyraźnie przy niej się relaksował. I nie wiem czy korzystniejsze w mowie niewerbalnej jest wyciągnięcie nóg do przodu i skrzyżowanie kostek z jednoczesnym wycofaniem reszty sylwetki… Czy nachylenie się do rozmówcy, ale zabranie nóg pod krzesło… W każdym razie, zinterpretowałam całą sytuację po swojemu i pamiętam tę scenę do dziś. Ja tam z nimi byłam, miód i wino piłam, chciałoby się powiedzieć. Kiedy spotkałam ich niedawno, znów w tym samym miejscu i w podobnych okolicznościach, już nic nie widziałam. Ani w jego oczach ani w zachowaniu. Traktował ją jak każdą inną. Może to wtedy, było tylko złudzeniem. Ale dobrze było poczuć choć przez chwilę, że on też ma serce. A ja… Zazdrościłam im, że między nimi jest wyczuwalna chemia. Taka, której między nami nigdy już miało nie być… A może była. Jakbym patrzyła na sygnały mowy niewerbalnej, to bym mogła się wiele dowiedzieć. Chyba pora się nauczyć, choć zbytnio w to nie wierzę. Bo jak brać na serio, że jeśli mężczyzna wkłada kciuki do kieszeni spodni, a dłonie ma skierowane do wewnątrz, to znaczy, że eksponuje swoje krocze…? Ja Was proszę…

Jednak to nie zmienia faktu, że odcienie miłości są różne i nie można jej szukać tylko i wyłącznie w bajkach. To samo jeśli chodzi o zauroczenie i zakochanie. Bywa różnie. Różniście. I różniasto. Bo jak pokazało życie, miłość jest nie tylko wtedy kiedy marzysz o jego dotyku i wszystko co się dzieje między Wami jest takie nieskrępowane. I tak dobrze czuć jego skórę na swojej… Ale też wtedy kiedy wiecie, że jeden dotyk, tylko jeden, a już możecie być wciągnięci w machinę, z której nie będzie wyjścia. Miłość jest wtedy kiedy dokładnie wiesz za co kogoś kochasz, ale też wtedy kiedy nie wiesz za co, a mimo wszystko nie wyobrażasz sobie bez niego życia. Miłość, kiedy masz ochotę albo go zarżnąć, albo zerżnąć. I wiecznie balansujecie pomiędzy tymi dwoma biegunami szaleńczego kontinuum.

Miłość. O miłości (choć nieoczywiście) jest też film, który miałam okazję wczoraj obejrzeć. I bardzo Wam go polecam. „Bunny”. Jednak przewrotnie zacznę od poezji. A nie mówiłam, że dzisiaj będzie miszmasz. Lubię to ;)

nie bój się chodzenia po morzu
nieudanego życia
wszystkiego najlepszego
dokładnej sumy niedokładnych danych
miłości nie dla ciebie
czekania na nikogo

przytul w ten czas nieludzki
swe ucho do poduszki
bo to co nas spotyka
przychodzi spoza nas

Wiersz ks. Jana Twardowskiego. Ostatnio dużo poezji dookoła i gdzieś we mnie. Choć sama nie chcę pisać wierszy, bo kilka lat temu naskrobałam parę takowych, a teraz jak je czytam uważam je za marną marność. Nie zamierzam konkurować sama ze sobą, bo mogę dojść do jeszcze mniej ciekawych spostrzeżeń i popaść w malignę. Podziwiam za to poezję znanych, mniej znanych, Waszą poezję. I uważam, że pisanie wierszy to mistrzostwo samo w sobie. Prozą łatwiej jest wyrazić, to co się czuje. Wiersz wymaga niedomówień, idealnego doboru słów, choć czasem zupełnie odległych skojarzeń. Wymaga nonszalancji, choć przy tym porusza tematy dotykające samego koniuszka serca. Taki według mnie jest dobry wiersz, wiersz o który ja sama wolę się nie pokusić.

Dlatego też piszę dziś prozą. Więc wracam do filmu. Polskie filmy zawsze mnie odpychały. Może dlatego, że wszystkie te, które oglądałam (albo większość) były wulgarne i niechlujnie wyreżyserowane. W przypadku tego jest zgoła inaczej. Chociaż od początku irytował mnie okropnie. Okropnie! Chyba przez to, że oglądałam go przy pomocy słuchawek. Tak mi dobrze, bo wtedy czuję się jak zahibernowana w swoim własnym malutkim świecie, w przestrzeni dostępnej tylko mi. Jednak w tym wypadku, miejscami miałam wrażenie, że coś jest ze mną nie tak. Ta muzyka, odgłosy, szepty. Dziwne to takie było. Psychodeliczne. Film z gatunku tych, które spokojnie mogłabym zobaczyć na moich ex studiach. Tyle niedomówień. Komedia i dramat. Film z tych, które nie wszystkim przypadłyby do gustu. Pokazuje jaką ironią jest ludzkie życie. Jak to niektóre miasta mogą być za małe dla dwójki ludzi i jak przeznaczenie oraz własne sumienie zawsze mogą Cię odnaleźć. Obejrzałam go, ponieważ nigdy nie słyszałam na jego temat żadnych recenzji, a poza tym, przyznam się bez bicia, zwyczajnie, od kilku lat, niezmiennie, uwielbiam aktora grającego jedną z głównych ról. Choć ciągle mało mi go na szklanym ekranie.

Dlatego też wspomniałam o wierszu, bo na końcu właśnie on jest śpiewany. Dopiero szukając tych słów w Internecie, zobaczyłam, że to tak naprawdę poezja, a nie piosenka. Piękny. I tak aktualnie do mnie pasujący. Z tymi wszystkimi rozterkami, niesnaskami, choć względnie pozytywnym przekazem.

Będę miała teraz kupę czasu na przemyślenia, te i inne. Z rodziną, potem z przyjaciółką, ukochanym przyszywanym mężem. Razem, indywidualnie. W moim mieście i w tym, w którym narodziła się Scarlett. Bez kochanka, bo to już nie ten czas, nie te miejsce. Nie my. I bezgraniczne szczęście. Tak będzie. Wiem.

PS. W szkole i na studiach zwykliśmy mówić przed Wszystkimi Świętymi: Wesołych Świąt! Choć brzmi to idiotycznie, ale, jakby nie patrzeć, 1 listopada to imieniny nas wszystkich. Także przeżyjcie te imieniny w dobrym stylu. A Dzień Zaduszny, cóż, pomyślcie o tych, których już nie ma. Jeśli macie jakieś problemy, zastanówcie się jakby Wasi bliscy zmarli na nie spojrzeli. Zamyślcie się nad życiem. To jest właśnie ten czas. Ten czas, kiedy jeszcze żyjąc, możemy być tym kim chcemy, możemy wszystko naprawić. By nie żałować ani chwili.

Pozdrawiam! Wasza, już tęskniąca za Wami, Scarlett ;*

I znów się powymądrzam… ;)

Skoro wczoraj był Dzień Edukacji Narodowej, to spróbuję dopasować się do tego klimatu. Nie żebym wcześniej o tym zapomniała… Nawet śmiałam się sama do siebie, że chociaż ja zapamiętałam niektórych nauczycieli bardzo dobrze, to obawiam się, że oni mnie nie ;) Ale taki już mój urok, bądź jego brak ;) I tak oto powstało moje autorskie dziesięć przykazań dobrego nauczyciela. I wykładowcy. Zapraszam do przeczytania i do refleksji.

Dekalog dobrego nauczyciela wg Scarlett:
 
1. Darz swoich uczniów szacunkiem. Fakt, że są młodsi od Ciebie wcale nie znaczy, że nie są pełnoprawnymi ludźmi.
2. Twój zawód to Twoja pasja, a nie przykry obowiązek. Sam go wybrałeś, więc nie karz niewinnych swoją (być może) błędną decyzją.
3. Bądź sobą i miej dystans do samego siebie. Jesteś autorytetem, ale to nie musi oznaczać, że udajesz kogoś, kim nie jesteś.
4. Wymagaj od siebie, a następnie od innych.
5. Bądź ciekawy świata i tę ciekawość rozbudzaj w swoich uczniach.
6. Umiejętnie wyznaczaj granice. Jest czas pracy i zabawy. Odnosi się to zarówno do sali lekcyjnej, jak i do potrzeby rozgraniczenia życia zawodowego od prywatnego.
7. Bądź cierpliwy. I pamiętaj, że też byłeś uczniem czy studentem.
8. Bądź sprawiedliwy, choć wyrozumiały w odpowiednich sytuacjach. Jakie to momenty, podpowie Ci serce.
9. Reaguj na potrzeby swoich słuchaczy. Nie uciekaj od spontaniczności i akomodacji do sytuacji. Chwila odpoczynku czy też poruszenie istotnego w danym dniu tematu jeszcze nikomu nie zaszkodziły.
10. Bądź człowiekiem i zobacz człowieka w człowieku. Po prostu.
 
PS. Mam nadzieję, że takowych nauczycieli mieliście lub jeszcze w swoim życiu na takich natraficie :) A może dodalibyście jakiś punkt od siebie? Kto powiedział, że to musi być dekalog… ;)
 
Pozdrawiam Was jesiennie, choć kolorowo, Wasza Scarlett!

Dobrze, że Cię mam!

Dzisiaj byłam uczestniczką pewnego dialogu. Wyglądało to mniej więcej tak:

Ja: kocham Cię.
Mama: kocham Cię. O, jeszcze sobie dzisiaj tego w ten sposób nie powiedziałyśmy.

Dorosłe kobiety, ale dbamy o to, by okazywać uczucia. W końcu niełatwo mieszka się pod jednym dachem z drugą taką indywidualistką. Zawsze też staramy się rozmawiać, o tym co się danego dnia zdarzyło i dlaczego właśnie tak… Choć wiem, że mama zna mnie bardzo dobrze, widzę też coraz bardziej, jak my mało o sobie wiemy. A znamy się tyle lat… Ostatnio wiele osób zniknęło z mojego życia, bo skończyły się pewne etapy i chyba coraz bardziej dostrzegam tą wartość, jaką jest drugi człowiek. To trochę tak jak faktem, że zrozumiemy, iż coś było dla nas ważne, dopiero wtedy, gdy to stracimy. I stąd też moje dzisiejsze małe rozważania.

Jest takie sformułowanie, które można wielorako interpretować. Mówię o „dobrze, że jesteś”.
…dobrze, że jesteś, bo musimy poważnie porozmawiać…
…dobrze, że jesteś, kran się zepsuł…
…dobrze, że jesteś, dzieci nakarmione, a ja idę do koleżanki, poradzisz sobie…
…dobrze, że jesteś, nie mogę nigdzie znaleźć mojej teczki z dokumentami, pomożesz…?
…dobrze, że jesteś, spóźniłeś się chyba z 2 godziny…

Wszystko zależy od intonacji, od emocji z jakimi wypowiadamy te słowa. A ja polecam często mówić najbliższym, że dobrze, że są. Ale z uczuciem, możecie nawet dodać do tego przytulenie, buziak w policzek, czy co tam chcecie. Słowa te dają do zrozumienia, że ktoś jest dla nas ważny, że jego obecność, jego istnienie wiele dla nas znaczy. Że bez niego/niej to nie byłoby już to samo.

Wiem, to takie proste słowa, w dodatku tylko trzy. Ale pomyślcie jak często mówicie to tym, na których Wam zależy? Którzy są Waszymi bliskimi, przyjaciółmi? Jeśli często to gratuluję! Jeśli rzadziej to mam nadzieję, że Was zainspirowałam. Jeśli macie zamienniki to też dobrze. Jesteście oryginalni, tym lepiej.

Ktoś może mi powiedzieć: ale Scarlett, przecież więcej mówią moje czyny niż słowa. Zgodzę się z tym, ale też trzeba zważyć na to, że czasem nasze czyny są opacznie interpretowane, dobre uczynki, miłe drobiazgi stają się codziennością. „Super, naprawiłeś kran, przytuliłeś mnie, ale robiłeś to już wiele razy. Chyba taka jest Twoja powinność?” A słów nigdy za wiele. Wytłumaczą i przypieczętują to, co już okazywaliśmy na tysiące sposobów.

Wasza Scarlett!