Styczeń 2018
N P W Ś C P S
« paź    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

O relacjach damsko-męskich

Miłość? Kiedy jedno spada w dół, drugie ciągnie je ku górze.

Pozwoliłam sobie na cytat z piosenki. Z resztą, słów nauczyła mnie moja przyjaciółka. A gdy już zapamiętałam co i jak, chodziłyśmy po całym mieście i śpiewałyśmy ją wniebogłosy. Piękne wspomnienia :)

Jednak dziś nie o wspomnieniach. Jutro Walentynki. Odkryłam Amerykę ;) Wiecie, nawet mnie porwał ten szał ;) Jednak wiadomo, że przez jednych jest to święto kochane, przez innych nienawidzone. Gdy byłam małą dziewczynką, 14.02. zawsze kojarzył mi się z wierszykiem „na górze różne, na dole fiołki, a my się kochamy jak dwa aniołki”. Który potem ewoluował w „na górze róże, na dole bez, a my się kochamy jak kot i pies” ;)

Już uszami wyobraźni słyszę lecące jutro wszędzie piosenki o miłości. Z resztą, prawie każda o niej traktuje. A ja znów będę marzyła o tym, by moje życie miało soundtrack :D Ach. Dzisiaj w tle mojego życia powinni zagrać „Zagadkę” Grzesia Hyżego. Tak bardzo <3

Niektórzy jutro będą wymiotować tymi wszystkimi dekoracjami, wszędobylskimi serduszkami, będą narzekać, że jest to święto z zachodu i że w ogóle jest beznadziejne. Że przecież kocha się cały rok, a nie tylko od święta. Niektórzy będą walić drinki, inni w tynki, jeszcze inni z dynki. Niektórzy będą marzyć, by kolejny Dzień Zakochanych spędzić właśnie z tym wyczekanym. Ktoś będzie liczył ileż to zdobył walentynek i czy pobił rekord sprzed roku. Ktoś inny będzie czekał tylko na tę jedną jedyną oznakę sympatii. Wielu zakochanych spędzi ten dzień wspólnie, przy dobrym obiedzie, kolacji, przy świetnej muzyce, na spacerze, w kinie, przytuleni. Ktoś będzie tęsknił za tym, który jest daleko, ktoś będzie wzdychał do swojego ekranowego amanta. Ktoś zapewne będzie leczył przeziębienie czy inną chorobę. Ktoś pani ktosiowej zrobi wyrzuty: przecież mówiłaś, że nie obchodzisz walentynek!!! Ktoś inny będzie zapewniał: nie, nie przytyłaś kochanie, to mózg ci urósł. Ktoś może się pokłóci, ktoś inny pogodzi. Ktoś wreszcie zbierze się na odwagę i powie ukochanej, co do niej czuje. Ktoś będzie wspominał inne Walentynki, kiedy to był taki zakochany, tak szczęśliwy… Inny spędzi ten dzień z winem, przed telewizorem. Inni będą pocieszać, że to nie tylko w Walentynki jest się niekochanym, ale też przez cały rok.

Jakkolwiek spędzicie jutrzejszy dzień i jakikolwiek macie stosunek do Walentynek, chcę Wam życzyć tego, czego praktycznie każdy na świecie pragnie, a mianowicie: szczerej, wiernej, pięknej miłości. Nie życzę Wam braku problemów, bo w każdym uczuciu takowe są, ale istotą jest aby nauczyć się je pokonywać razem, ramię w ramię.

Zakochani, pielęgnujcie swoje uczucie i w tej kwestii nigdy nie spoczywajcie na laurach. Szanujcie swoją drugą połówkę, wspierajcie ją i kochajcie tak mocno, jak to tylko możliwe. I bądźcie dla siebie wyrozumiali, mimo wszystko!

Zakochani nieszczęśliwie… Czy też zakochani bez wzajemności. Wiecie, według mnie to troszkę niefortunne określenia. Każda miłość jest w jakimś stopniu szczęśliwa, nawet jeśli wzdychacie do kogoś, z kim być może nigdy nie będziecie. Każda miłostka przybliża nas do tego najpiękniejszego uczucia jakim jest prawdziwa, wzajemna miłość. A któż wie czy kochacie bez wzajemności? A nuż druga strona czuje to samo, tylko boi się, że zostanie odrzucona. Może to jest taki dobry dzień by powiedzieć komuś, że się o nim pamięta, tęskni za nim, myśli o nim…? Skoro cały rok jakoś nie było odwagi, to może wreszcie nadszedł ten upragniony moment?

I wreszcie, single, osóbki, które na razie nikogo nie szukają. Drodzy, miłość przyjdzie szybciej czy później, w niespodziewanym momencie. Teraz cieszcie się bliskością przyjaciół, momentami jakże szeroko pojętej wolności, bo przecież już za kilka miesięcy, dni wszystko może wyglądać zupełnie inaczej. Cieszcie się przede wszystkim miłością tych, którzy są Wam bliscy, których lubicie, podziwiacie. A jeśli ktoś Was kiedyś zranił, to tylko po to, byście odrodzili się silniejszymi, byście zrozumieli, że czeka na Was coś więcej niż łzy i niepokoje. Bądźcie otwarci na niespodzianki losu!

Drodzy wszyscy, żyjcie z całych sił, bo któż za Was przeżyje Wasze życie? :)

PS. Śmiałam się ostatnio chodząc po supermarkecie, że jakiś pan pewnej pani kupi zapewne na jutro środek na odchudzanie, a ona jemu na potencję ;) Jakaż ja jestem romantyczna! :P

Przytulam, Wasza Scarlett.

Czy to jawa? Czy to sen?

Spałam około trzech godzin, ale chyba się wyspałam. Nie wiem, jeszcze nie porozmawiałam ze sobą na ten temat. Zobaczymy wieczorem, czy nadal będę produktywna, czy już trochę mniej. A dzisiaj na słodkie lenistwo nawet nie mam czasu… Może to i dobrze.

Dziś historia jakich wiele, ale zawsze miło łudzić się, że akurat ta twoja jest wyjątkowa. Siedziała na korytarzu. Ewidentnie na coś czekała, bo była tak spięta, że bardziej już być nie można. Nagle dało się zauważyć w niej poruszenie. Przez jedne z drzwi wyszedł ON w towarzystwie tlenionej blondynki z bobem na głowie. Szli zagadani, rozmawiający o pracy. Dobrze, że tylko o pracy. Blondyna przypominała damską wersję jego. Szczupła, aż zbytnio. Wysoka. Ubrana w genialnie dopasowaną garsonkę. Ale według niej kanciasta. O, to dobre słowo. Oboje tacy profesjonalni, tacy świetnie znający się na swojej pracy. Idealni. A na nią nawet nie spojrzał. Ani się nie odwrócił. Jakby zapomniał. Jakby zapomniał, że ma go boleć, bo przecież tak brutalnie się rozstali. Ale ona nie dała za wygraną i przyszła tam po raz drugi. Jednak jak na złość sytuacja się powtórzyła. Znowu on, blondyna, zero spojrzeń. Czuła zazdrość. Od wielu miesięcy wreszcie ją poczuła. Całą sobą. I wtedy podjęła decyzję. Chce zapomnieć. W tym celu wybrała się z przyjaciółką na wycieczkę. Jadły kanapki, piły szampana. Przeprosiła ją za dawną siebie i powiedziała na głos, że chce zacząć nowe życie. Miała w zwyczaju, że jeśli coś wypowie to nabiera to uroczystego charakteru i jest dla niej ważne. To o czym milczała było tylko jej i nie miało prawa się ziścić. Była w tym wszystkim taka przekonująca. Ale w jej oczach widać było strach. Bo ciężko jest zapomnieć o czymś, czym się żyło przez ostatni czas. Trudno jest rzucić wszystko i tak po prostu odejść. Choć kto wie…

Gdy się obudziłam byłam zaskoczona, że żadnych kanapek nie ma, choć tak przekonująco pachniały. Ale głowa mnie boli, czyli kac po szampanie ewidentny. No i ten perfekcyjny motyw podróży. Tak, to był mój sen. Mój sen o jakimś nim, jakiejś niej i tlenionej nieznajomej. Ale jak to w moich snach bywa, tylko czasem są realne. Ten od razu spisuję na straty. Ostatnio śniło mi się, że umrę za dwa dni. Dwa dni minęły dokładnie trzy dni temu. Wiem, że nie ma żadnej tlenionej. Przecież tyle razy tak skutecznie mnie zapewniał. Tylko dziwi mnie skąd się pojawiła, skoro już od dawna nie czułam zazdrości. A on: zbyt idealny jak zawsze. I ta podróż. W życiu bym nie rozpoczynała tak bezwzględnie nowego życia, bo jestem zdania, że lepiej nie zamykać kiedyś otworzonych drzwi. Jeszcze nie wiadomo kiedy będą furtką do lepszych dni.

On. Dziś mija dokładnie 8 rocznica śmierci mojej babci. Zapewne by nie pochwalała onego jego. Te jej drastyczne poglądy, w zasadzie podobne do moich… Cieszę się, że to po niej odziedziczyłam. W życiu nie pozwoliłaby mi się brać za chociażby kogoś żonatego, albo z przeszłością, albo kto wie z czym jeszcze. To w sumie bardzo mądre z jej strony. Moja mama ma to samo, tylko w złagodzonej formie. Widzi mnie u boku kogoś na poziomie, nie rudego, nie łysego, nie wykonującego ryzykownego zawodu, nie kogoś popularnego, najlepiej żeby był obcokrajowcem, żebyśmy mieli domek, na ślubie by była obecna dorożka i obowiązkowo puszczanie gołębi, żeby był wierny, zabawny, inteligentny, nie miał krzywych nóg, i wydatnego jabłka Adama i żeby nie był niższy. I mamy zrobić przed ślubem wszelkie badania na wszelkie choroby. To chyba tyle. Część z tego zapamiętam, bo warto. Też miałam niegdyś swoje warunki. Zero dywanu na klacie, zero zarostu, oczy brązowe, brunet, jeśli starszy to góra o 5 lat. Potem szybko zrewidowałam swoje poglądy. A jeśli mowa o oczach, to jednak szare. I tak niezmiennie od bodajże sześciu lat. Tak było. Teraz już nieważnie jakie oczy, jaki dywan i o ile będzie wyższy. Osiągalny jest każdy pod warunkiem, że da się go gdzieś spotkać. No i że zaiskrzy. I tak jak kiedyś mówiłam, ważne bym miała z nim o czym rozmawiać przez kolejne 50 lat. Tyle. Reszta już jest nieważna.

A on? Coraz częściej po głowie chodzi mi nasz HR. I on. Kto by pomyślał, że ten HR będzie aż taki znaczący. I on.

PS. Nie myślcie sobie, że się zakochałam. Nawet jeśli. Rzeczywistość szybko zweryfikuje moje amory. Albo sfalsyfikuje. W końcu, jakby nie patrzeć, ja naprawdę zaczynam nowe życie. Może nie tak brutalnie jak w śnie, ale na pewno dzieje się to tu i teraz.

Pozdrawiam Was i życzę miłego środka tygodnia! :)

Wasza Scarlett!

Tylko i aż!

Jestem oczarowana poniższymi słowami i po raz pierwszy stwierdzam, że nie ma sensu dodawać do nich zbędnego komentarza. Niech same się obronią, niech przemówią, niech ocieplą tę chłodną noc.

Co to jest miłość
Nie wiem
Ale to miłe
Że chcę go mieć
Dla siebie
Na nie wiem
Ile

Gdzie mieszka miłość
Nie wiem
Może w uśmiechu
Czasem ją słychać
W śpiewie
A czasem
W echu

Co to jest miłość
Powiedz
Albo nic nie mów
Ja chcę cię mieć
Przy sobie
I nie wiem
Czemu

[słowa Jonasza Kofty]

Pozdrawiam Was gorąco. Tak gorąco, jak tylko termofor potrafi ogrzać od zewnątrz i ciepła herbata od środka ;)

Wasza Scarlett ;*

O sercach, które grają wspólną melodię…

Jestem fanką pytań coachingowych. Niełatwo się na nie odpowiada, bo z reguły trzeba przeanalizować wiele różnych spraw, celów, do których dążymy, naszych odczuć, emocji. Nie jest prosto, ale czymże byłoby moje życie bez nieustannego rozwoju?!

Ostatnio natknęłam się na banalne pytanie CZYM DLA CIEBIE JEST MIŁOŚĆ? Myślę: co to za problem?! Phi! Ja nie dam rady, no ja?! Jednak gdy zaczęłam się głębiej zastanawiać, pojawiały się schody. Wiadomo, miłość ma wiele odcieni. To miłość rodzicielska, partnerska, czasem niespełniona, nieodwzajemniona, miłość w rodzinach patologicznych. Gdybym miała na nią spojrzeć ogólnikowo, powiedziałabym, że dla mnie miłość to sens istnienia. Jakkolwiek górnolotnie by to nie zabrzmiało. W końcu zrodziliśmy się z miłości, więc dla niej też żyjemy. Czyż nie? :)

A bardziej szczegółowo? Miłość to przede wszystkim zaufanie, kiedy on nie wraca do domu o umówionej godzinie. To cierpliwość, kiedy ona nie wie jak mu powiedzieć, że ma problemy w pracy. To patrzenie na niego z czułością, gdy podczas spania kącikiem ust spływa mu ślinka wprost na poduszkę. To kochanie jej mimo tego, że nie umie zerwać z paleniem. Umiejętność słuchania i pomagania sobie wzajemnie. Akceptacja tego, że nie jesteśmy w stanie go zmienić i on nadal będzie rozrzucał te przeklęte skarpetki po całym domu. Ona wciąż będzie się mizdrzyć przed lustrem dwie godziny, a on będzie odchodził od zmysłów, że się spóźnią. Miłość to spojrzenie w ukochane oczy drugiej osoby, które zawsze koi. To słuchanie jego głosu, który jest cierpliwy, który dotyka nawet najczulsze miejsca w mózgu i powoduje, że przechodzi migrena. Dla mnie miłość to ciepło, radość bycia przy kimś, zupełnie jak w przypadku ucieszenia się na widok koksownika na mrozie. I wiadomo… przychodzą trudne chwile, miliony kłótni, problemy dnia codziennego, ale z miłości walczymy by je pokonać. Miłość to dawanie siebie i przyjmowanie tego, co chce nam ofiarować druga strona. To pocałunki, nawet na wietrze i w okresach przeziębień. To trwanie przy sobie do końca naszych dni i nie wyobrażanie sobie, że można by umrzeć przed swoim mężem, swoją żoną. I może miłość nie zawsze jest idealna ale zawsze jest najpiękniejszym z uczuć.

Tak często mylimy zakochanie z zauroczeniem, miłość z zakochaniem. Nie wiemy czy w życiu można kochać tylko raz, czy też kilka razy. Mimo to wiem, że odpowiedzi na te pytanie będą proste dokładnie wtedy kiedy samoistnie zrozumiemy, że kochamy.

PS. A Wy, macie definicje miłości?

Wasza, romantycznie nastrojona, Scarlett ;)

Fenomen miłości aż po grób…

Nie jestem specjalistką w dziedzinie miłości, ale postaram się powymądrzać na swój indywidualny sposób. Jeśli chodzi o stronę praktyczną, może i jestem jeszcze larwą, bo aktualnie nie mam męża, ale jeśli chodzi o teorię, wyrósł ze mnie niezły motyl. Mi to szczerze powiedziawszy nie przeszkadza, bo najpierw z reguły dobrze znać teorię, by przejść do praktyki ;) A poza tym: a) nie czuję się specjalnie samotna, b) nie w moim stylu jest szukanie wielkiej miłości na siłę, c) jestem tak po prostu szczęśliwa. Więc skoro ja i mój przyszły mąż stale się rozmijamy, to najwidoczniej tak musi być.

Jednak muszę się pochwalić, że mojemu najbliższemu otoczeniu w kwestii miłości bardzo dobrze się powodzi, a ja dzięki niemu mogę czerpać doświadczenie i jakby nie patrzeć: wzór. W moim kręgu znajomych jest wiele par, narzeczonych oraz małżeństw. I to właśnie o małżeństwach z dłuższym stażem chciałabym dziś podywagować.

Dłuższy staż wiąże się oczywiście z tym, że dane osoby mimo burz życiowych i tak ze sobą są, bez względu na wszystko. I w moim otoczeniu jest jeden taki wzór. Ale zanim Wam o tych osobach opowiem, chcę zacząć do tego, co mnie zastanawia w małżeństwach. A zastanawia mnie wiele, bo najwidoczniej poznałam zbyt dużą liczbę badań na ten temat ;) Także najważniejsze moje pytania to:

- czy małżonkowie powinni być do siebie podobni z wyglądu, by ich małżeństwo było udane?

- jak to jest, że ludzie się spotykają i nagle wiedzą, że spędzą ze sobą resztę życia?

- czy ważny jest status społeczny, poglądy religijne i polityczne, zainteresowania poszczególnych małżonków?

- co z szeroką miednicą u kobiet i niebywałą urodą, a co z bogactwem i sformułowaniem, że „wygrają tylko najsilniejsi” u mężczyzn?

- czy jej mąż musi przypominać jej ojca?

Jeśli chodzi o powyższe pytania, nie wzięłam ich z okolic Plutona, tylko z badań psychologicznych i im podobnych. Wraz z ewolucją i coraz to nowymi pomysłami na eksperymenty, różny był pogląd na to, jak to się dzieje, że ludzie dobierają się w pary. I osobiście znam małżonków, którzy wyglądają jak siostra z bratem (tak są podobni do siebie z wyglądu) i są bardzo szczęśliwi. Jednak to są tylko jednostki. Znam osoby, które wyznają buddyzm i są szczęśliwymi małżonkami. Znam małżeństwa wykładowców o podobnych zainteresowaniach naukowych i też są to szczęśliwe pary. Znam również wszelkie mechanizmy zakochiwania się, kwestie intymności, namiętności, zaangażowania, przywiązania, etapy miłości, itd. Orientuję się w tym wszystkim nawet od strony bardziej, nazwijmy to, biochemicznej.

Jednak jak to jest w praktyce…? To musi być bardzo złożony proces. I moim zdaniem, wszystko zależy od tego jakie są intencje narzeczonych w momencie, gdy zamierzają się pobrać. Jakie wspólnie wypracują rozwiązania różnych rozbieżności, które ich dotknęły. Jak będą sobie radzić z różnicami między nimi, a jaki wyciągną potencjał z podobieństw. Czyli, tak jak już kiedyś wspominałam, małżeństwo to praca, praca, praca. I niekoniecznie trzeba być podobnym w kwestii wyglądu, bo nie każdemu blondynowi spodoba się blondynka. Swoją drogą, przecież często mówimy o tym, że przeciwieństwa się przyciągają (choć w tej kwestii, jestem zdania, że dobrze jeśli chociaż jedno podobieństwo nas ze sobą trzyma;)). Cóż, że on jest wychowany w wierze prawosławnej, ona jest katoliczką. To też da się pogodzić. Cóż, że on nie przypomina jej ojca, a wręcz jest jego totalnym przeciwieństwem (i chwała Bogu). Mogłabym dawać takich przykładów tysiące. I co najważniejsze, również są one z życia wzięte.

Ale przejdźmy do konkretów. Małżeństwo, o którym chciałam Wam opowiedzieć to niesamowity przykład na to, że z tymi miłościami bywa różnie. Oni są po prostu fantastyczni! I są dla mnie najpiękniejszym wzorem małżonków. Są małżeństwem od ponad trzydziestu lat. Mają trójkę dorosłych dzieci: dwie córki i syna. Ponadto dorobili się wnuków. Dzięki nim Wasza Scarlett ma okazję zdobyć Azję, ale o tym innym razem :) Cenię ich nie za to, że z każdej ich podróży dostaję coś pięknego; nie za to, że dzięki nim spełnię swoje jedno z największych marzeń; ale za to jakimi są ludźmi. Są otwarci, ciepli, zawsze pomocni. Tacy ludzie, z którymi można kraść konie i choćby ich przypalali, to cię nie wydadzą. Jednak ich życie nie zawsze było kolorowe. Pomijając liczne choroby, które ich dotykały. Niegdyś Pan Mąż lubił alkohol, a jeszcze bardziej ubóstwiał prostytutki. Jego życie to była niekończąca się libacja. Pani Żona z trudem to wytrzymywała, ale mimo wszystko trwała przy nim… tak zwyczajnie, z miłości. I wierzyła, że jej mąż się kiedyś opamięta. Bywały oczywiście gorsze dni, kiedy rozwód wisiał nad nimi jak chmura gradowa. Ale przetrwali te trudne momenty. Pan Mąż zrozumiał, że prawdziwą miłością darzy tylko Panią Żonę. I tak oto są razem po dziś dzień, a jemu już nie w głowie kobiety i wódka. A wręcz przeciwnie! Stał się fanem zdrowego stylu życia, włączając w to dietę i sport. Wiecznie zasypuje mnie jakimiś nowinkami na temat zbawiennych właściwości granatu, ostropestu czy młodego jęczmienia. Zaś swojej kobiecie nieba by przychylił.

Z wyglądu są totalnym przeciwieństwem. On duży misiek, ona drobniutka blondynka. Tym bardziej z charakteru: on wygadany jak mało kto, ona cicha jak myszka. Są niewierzący, ale praktykujący (cóż za dziwny twór, no nie?). W zasadzie bardziej on. Pan Mąż wprost kocha łazić po kościołach. Nie tylko katolickich. Zwiedza je, ale też czasem się zamyśli. Chodzi nawet na niektóre msze. Ona raczej nie, ale nie ma nic przeciwko temu, że on mimo wszystko fascynuje się liturgią. Nie mają już małych dzieci, także można powiedzieć, że niby nic ich przy sobie nie trzyma. Ale myślę, że trzyma ich doskonale historia, którą przeżyli. I jest to silniejsze, niż niejedne zobowiązania… Mają wspólną pasję, której ona nauczyła się od niego, a mianowicie kochają podróżować. Już w tym roku zwiedzili pół Polski i drugie pół Europy. Kiedy tylko zbliża się jakiś dzień wolnego, albo weekend, od razu biorą kamerę, aparat i ruszają w nieznane. Pracują na co dzień razem, więc rzekomo mogliby się już sobą znudzić, ale gdzie tam! Są jak para najlepszych przyjaciół. I każde z nich mogłoby mieć kogoś innego, albo mogłoby żyć na własny rachunek, bo nie są niezamożni, ale mimo to są razem. To jest piękne! I może jemu spodobała się kiedyś inna kobieta, ona była zafascynowana innym mężczyzną, ale wiedzą, że prawdziwe szczęście mogą znaleźć tylko w swoich ramionach. Chyba nigdy nie przestanę się nimi zachwycać :)

P.S. A ja? Zakochać to się ja potrafię, chyba tak jak nikt inny. Jednak jeszcze żadna z miłości nie zaprowadziła mnie do ołtarza… a trochę już ich było. To musi być niesamowite uczucie, tak trwać przy jednej osobie NA ZAWSZE. Tego życzę wszystkim tym, którzy jeszcze tej jedynej osoby nie znaleźli. A tym, którzy znaleźli i są szczęśliwi: gratuluję i pielęgnujcie te Wasze połówki ananasów! ;*

Ślubuję Ci… opiekę nad Tobą, kiedy Twój Anioł Stróż postanowi wziąć sobie wolne…

Popełniłam kolejny post. Wena siedzi nieopodal, a ja mam ostatnio trochę wolnego czasu. Dlatego też zamiast spędzać go bezowocnie postanowiłam dokarmić swoje blogowe dziecko. Niech ma! Kiedyś jeszcze będzie głodowało ;)

Do rzeczy. Moją inspiracją stały się słowa: …Muszę przyznać, że nie miałaś szczęścia. Raz wyszłaś za mąż na złość, a raz dla pieniędzy. Czy myślałaś kiedyś o wyjściu za mąż dla przyjemności?…

 Hm. Czy w ogóle istnieje coś takiego jak małżeństwo dla przyjemności? Przez wiele zatwardziałych singielek wydawałoby się to niewykonalne. Przecież traci się niezależność, wolność, tożsamość i Bóg wie co jeszcze. A zyskuje? Niewydarzonego fajtłapę, który przez resztę życia będzie łysiał w sposób plackowaty, hodował włosy w nosie, rozrzucał skarpetki dookoła jak rolnik ziarno, będzie wymagał seksu (o zgrozo!), a w dodatku jego ukochanym sportem będzie leżing i telewizoring. Wiem, to dość drastyczna wizja, ale musiałam pokazać totalną skrajność, by przejść do przyjemniejszych konkretów ;) I uwaga! Mężczyźni też mogą wzbraniać się przed ślubem, bo przecież po co im radar, który obserwuje każdy ich ruch i ta menopauza… ;)

 Zanim jednak dojdzie do małżeństwa, tego które rzekomo może być przyjemnością, trzeba przejść ogromną drogę. Bo jak przyjdzie co do czego, to w życiu naprawdę wszędzie nagle jest za daleko ;) Już na początku mamy pod górę:

On mi się podoba, ale czy ja jemu? Jak pokonamy te dzielącą nas odległość? O matko, on jest 12 lat ode mnie starszy. Jestem biedny jak mysz kościelna, a ona taka bogata i nieosiągalna. Cholera – to wdowa. Wczoraj nie napisał, dzisiaj też nie… Ciągle się kłócimy o głupoty. Moi rodzice go nie akceptują, bo ma tatuaż na pół ramienia. Ja mam pracować na tego nieroba?! Itede itepe… Myślę, że to Wy najlepiej znacie takie historie z życia wzięte.

Jak już uda się jakoś zwalczyć te przeciwności… Bo przecież możemy delikatnie się dowiedzieć czy ta druga osoba coś do nas czuje. To, że on jest z gór, a ja z nad morza, uwierzcie też jest do pokonania (zawsze można spotkać się w pół drogi, bo miłość jest sztuką poświęceń). On jest starszy, ale czy to takie ważne, skoro jest tak samo szalony jak ja?! Jestem biedny, ale ona mnie takim akceptuje, bo gdyby było inaczej nie byłaby ze mną. Ona jest wdową, ale skoro mnie kocha to znaczy, że otworzyła się na nowy etap w życiu. On nie pisze, ona nie dzwoni – czekaniem zbytnio niczego nie zdziałamy, może po prostu lepiej zapytać czemu się nie odzywa? Ciągle się kłócimy, ale postaramy się więcej rozmawiać w sposób racjonalny i wspólnie rozwiązywać konflikty. Gdy moi rodzice poznają jego charakter, to na pewno nie będą już na niego krzywo patrzeć z perspektywy tego feniksa na ramieniu ;) Ja mam na niego pracować?! A może pomogę mu znaleźć pracę. Jest inteligentny, ma wykształcenie, przecież w byle kim bym się nie zakochała. Ot, brzmi banalnie, ale czasem wystarczą dobre chęci i proste rozwiązania.

Kiedy już minie stres przedślubny (i ślubny) nadchodzi SZARA rzeczywistość. I czy ja wiem czy taka szara…? Trzeba dbać o to, by była kolorowa. Bo samo to, że zdecydowaliśmy się na życie z kimś, ofiarnie oddaliśmy mu swój palec serdeczny i przy okazji też rękę, to nie znaczy, że tutaj kończy się nasza praca. Teraz dopiero zaczyna się harówka o nazwie DBANIE O ZWIĄZEK, a co za tym idzie DBANIE O DRUGIEGO CZŁOWIEKA. Oczywiście z wzajemnością!

Małżonkowie muszą pamiętać, że tym co ich łączy jest miłość. Nieważne czy ślub był buddyjski, katolicki czy cywilny. Miłość to miłość. Takiej miłości nie złamią błahostki, kłótnie o nieposprzątany przedpokój. Takiej miłości nie podtrzyma też samo ukierunkowanie na dobro dzieci. Nie jest to miłość na pokaz (bo ja mam męża haha i jest super a wokół pełno równolatek, które są starymi pannami buahaha). Nie jest to miłość którą utrzymuje wspólny kredyt na wypasioną willę z basenem. Prawdziwa miłość to zwykła (i nadzwyczajna) ludzka chęć, by tej drugiej osobie wiodło się jak najlepiej. To pragnienie bycia powodem uśmiechu dla mojego współmałżonka. To taka ulotna chwila, kiedy zdarzyło się w Twoim życiu coś miłego i jedyne czego pragniesz, to wtulić się w męża i podzielić się z nim swoją radością. (Panowie wtulają się w żonę, chyba, że mowa o związkach homoseksualnych – może kiedyś takowy temat też tutaj poruszę).

Brzmi jak utopia? Może i tak, ale zrozumiecie o czym mówię gdy traficie na WŁAŚCIWĄ OSOBĘ. I takiej miłości Wam życzę. Wbrew pozorom nie jest to miłość nudna – o nie, nie! Przeciwnie! Przecież wiemy z kim się wiążemy, chyba, że ten ktoś dobrze się maskuje przed ślubem (to też mogłoby być kolejne rozważanie). A nawet jeśli czasem miałoby być nudno to przecież w towarzystwie ukochanego przyjemnie jest się nudzić :)

PS. Wiem też, że jest milion problemów dookoła, milion spraw, niezapłacone rachunki, bezrobocie, niepewność jutra, ale myślę, że nawet takie kwestie miłość jest w stanie przezwyciężyć.

Się powymądrzałam ;)

 Wasza Scarlett :)