Styczeń 2018
N P W Ś C P S
« paź    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

Melancholijnie

Późne dojrzewanie Scarlett…

Mniemam, że wielu z nas ma tendencję do rozpamiętywania. Na siłę chcemy zatrzymać chwile, które już dawno same się ulotniły. Boimy się zapomnieć, skończyć coś, bo zburzy to nasz prowizoryczny ład. A czy właśnie w takich momentach nie lepiej pozwolić odejść temu, co nas hamuje?

Bo może się zdarzyć tak, że jesteśmy w nowym związku, mamy nową pracę, nowe ukochane miejsca, nowe pasje, a nadal tęsknimy za przeszłością i pragniemy, by kiedyś zapukała do naszych drzwi… Czy to ma sens?

Chciałam opowiedzieć Wam łzawą historyjkę. Począwszy od śmierci mojego przyjaciela. Poprzez człowieka, który potem jako jedyny potrafił mnie rozbroić. I że tylko on przyprawiał mnie o szybsze bicie serca. O tym, jak wiele błędów popełniłam. Ileż to razy kogoś opieprzyłam, choć wcale tak nie myślałam. Chciałam wreszcie opowiedzieć tę historię od początku aż do końca. Bo jeszcze nigdy tego nie zrobiłam…

I kiedy siadłam po turecku, spojrzałam na datę… Okazało się, że przegapiłam miesięcznicę śmierci mojego przyjaciela, co wcześniej mi się nie zdarzało. Tak samo jak z kontuzją… Kto by pomyślał dwa, trzy miesiące temu, że będzie coraz lepiej, a po turecku będę siadać automatycznie. Nawet czasem przyłapuję się na tym, że zapominam jak to było na tym krakowskim SORze. Więc może jest nadzieja, że zapomnę o osobach, które dotąd mieszkały w moim sercu, o mojej przeszłości? Skoro wyciągnęłam wnioski, czegoś się nauczyłam… Może czas wyrzucić dzikich lokatorów i ich bibeloty?

Dawno tak nie myślałam. Ale może pora ruszyć do przodu. Zostawić za sobą wszystko. Zapomnieć. Tak jak te zdarzenia i ci ludzie zapomnieli już o mnie. Tak. Pora nie żyć przeszłością.

Nie zrozumcie mnie źle. Nigdy nie zapomnę o tych ciężkich chwilach, o przyjacielu, tych którzy odeszli. Ale w innych życiowych sytuacjach… Po prostu nie chcę już na siłę utrzymywać nadziei, która i tak ledwo dyszy ostatkiem sił.

Nie chcę już tęsknić, czy przepraszać poraz setny za to, co zrobiłam. Nie chcę patrzeć na telefon, który już nie dzwoni. Nie może być tak, że moje serce cierpi, a przeszłość się zastanawia: „jak ona wogóle miała na imię?!”

Podobno nowy rozdział nie może mieć początku, jeśli poprzedni nie zostanie zamknięty. Do tej pory myślałam, że żeby zamknąć tamte drzwi, muszę coś zrobić. Nie wiem, spróbować jeszcze raz, spojrzeć w czyjeś oczy, znów obić się o mur obojętności, okazać skruchę. Te drzwi zawsze były uchylone. Ale nie ma sensu tego ciągnąć. Przeżyłam tę przeszłość już raz. Po co każdego dnia do niej wracać?

Kochana Przeszłości. Byłaś piękna, miejscami dramatyczna. Ale nie wstydzę się Ciebie, tak jak nie zamierza wstydzić się siebie samej. Było, minęło. Gdybym nagle zaczęła wracać do ludzi, miejsc, które zostawiłem bez słowa, rozdrapałabym nie tylko swoje rany. Czasem jednak dla niektórych trzeba umrzeć, by samemu móc żyć dalej. Kochana moja, zawsze miałaś szare oczy. Choć w różnych odcieniach. Zawsze byłaś cierpliwa. Może aż nazbyt. Dawałaś mi poczucie stałości, a jednocześnie ciągłej niepewności. Ale nasze drogi muszą się rozejść. Dla dobra wszystkich.

Może na tym polega dorosłość. Żeby zaakceptować, że wszystko się kiedyś kończy?

Wreszcie, nie chcę z tym wszystkim walczyć. Nie chcę okłamywać samej siebie, że ktoś gdzieś czeka choć na jedno moje słowo, że tęskni. Chcę wewnętrznego spokoju, który będzie tulił mnie do snu, zamiast marzeń, które nigdy nie doczekają się spełnienia. Tym razem to ja chcę ruszyć do przodu, zostawiając cały świat w tyle.

Może macie podobne doświadczenia? Może też nie potrafiliście postawić w jakimś miejscu swojego życia kropki i nadużywaliście przecinków? A może, wręcz przeciwnie, mieliście ogromną łatwość w otwieraniu nowych rozdziałów? Chętnie Was wysłucham.

Wasza Scarlett…

… która dojrzała, albo wręcz przeciwnie ;-)

Przecież wiecie, że Was uwielbiam!

Moi kochani!

Za kilka tygodni, a dokładnie w Wielki Czwartek, przypadają moje dwudzieste szóste urodziny. Do tego czasu postanowiłam poukładać swoje życie. Dlatego też jeszcze przez kilka dni będzie mnie tutaj mało. Mam zamiar powyjaśniać kilka kwestii z rodziną, przyjaciółmi, rozpocząć kolejną część rehabilitacji, wreszcie przemyśleć w jakim kierunku chcę iść i dlaczego w akurat takim, a nie innym ;)

Strasznie dużo się u mnie dzieje. Ale chcę pozamykać to, co mam do pozamykania, pootwierać, to co należy otworzyć. I rozpocząć dojrzałe życie z czystą kartką. Jeszcze do niedawna pragnęłam szaleństwa w życiu, a jednocześnie jakoś cały czas dążyłam ku stałości. Teraz wiem, że są sprawy, które muszę załatwić, bo nie dadzą mi spokoju. Nawet jeśli myślałam, że są moją stałością i tak już po prostu musi być. Jednak wiem, że jeśli pozostawię wszystko losowi, to wiecznie będę się fiksować na jednym i tym samym, a co za tym idzie moje wpisy staną się monotonne, a moje życie uciążliwe.

Dzisiaj na moim fanpage’u wrzuciłam takie oto słowa:

Zawsze znajdzie się ktoś, kto ma więcej pieniędzy, więcej szczęścia, większy dom, więcej miłości, więcej zdrowia i dużo więcej dzieci.

Zawsze też będą istniały osoby, które mają dużo gorzej. Bo nie mają domu, nie mają bliskich, nie mają poszanowania w społeczeństwie.

Warto się porównywać? Warto się poddawać, kiedy widzimy sukcesy innych i milion naszych porażek? Warto spoczywać na laurach i twierdzić, że sam dach nad głową wystarczy? Warto bezrefleksyjnie przeżywać dzień za dniem, odliczając chwile do urlopu, emerytury, do śmierci?

Po co się ograniczać? Przecież możemy wszystko. Wszystko. Tylko nie po wszystko mamy odwagę sięgnąć. Bo głupio prosić, głupio kochać, głupio przebaczać, głupio się spełniać… I wiecie co…? Głupio jest tylko czekać na lepsze jutro, nie robiąc nic w tym kierunku, by różniło się ono czymkolwiek od dnia dzisiejszego.

Takie to przemyślenia naszły Scarlett po wizycie u ortopedy ;)

PS. I wiecie co? Teraz jestem jeszcze bardziej pewna, że każda chwila w naszym życiu, każda porażka, każdy upadek, każdy człowiek na naszej drodze jest PO COŚ. Często nie rozumiemy tego od razu, myśląc, że los z nas kpi, nas pogrąża… A tak naprawdę każda minuta naszego życia nas wzbogaca.

Mam nadzieję, że wiecie to od dawna, a ja Wam tylko o tym przypomniałam. A jeśli się jeszcze o tym nie przekonaliście, to wszystko przed Wami :)

Dni są dla mnie trudne, bo podobno kolejna seria rehabilitacji będzie tak bolesna, że mój ukochany doktor uważa, że go przeklnę. To będą ciężkie dni dla mojego serca, dla duszy. Ale wiem, że pewne sprawy są nieuniknione i cały czas powtarzam sobie SCARLETT, WALCZ, PRZECIEŻ TY MOŻESZ WSZYSTKO. I tak też jest :)

Uwielbiam Was! Za wszystko. I cieszę się ogromnie, że mogę Was poznawać, z Wami rozmawiać, pisać, śmiać się, zastanawiać. A może i nawet niedługo z niektórymi się spotkam :) Tyle pięknych dni przede mną, że kilka wzgórz i dolin nie może tego wszystkiego popsuć :)

Pozdrawiam Was ciepło i nie zapominajcie o mnie! :*

Deszcz nastraja…

sad-505857_1280

Pada deszcz. I jest szaro za oknem. Chociaż wczoraj było jeszcze biało. Zupełnie jakby anioły bawiły się cukrem pudrem ;) Szkoda, że dzisiaj przestały…

DSC_0381~2 DSC_0356~2

Upiekłyśmy kaczuchę, a teraz wegetujemy w domu i słuchamy muzyki. I powiem Wam, że dawno nie przesłuchałam tylu fantastycznych utworów. Oczywiście zamierzam się z Wami nimi podzielić. Taka jestem dobra :P

1. Kobieta, o elektryzującym głosie. Piękna muzyka. Słowa, pełne bólu, ale też nadziei. Pełne tęsknoty i miłości. Banalny teledysk, prosty, ale jakże adekwatny. Coraz częściej zakochuję się w piosenkach od pierwszego przesłuchania. Tak też stało się tym razem.



2. Ciągle o nich słyszę, a tak naprawdę rzadko miałam okazję posłuchać ich muzyki. Myślałam, że to jakiś strasznie ciężki rock. O jakże się myliłam. Ileż to ja straciłam!!! Ale nadrabiam zaległości. Są fantastyczni! I pod względem wokalnym i przede wszystkim instrumentalnym. Jest moc!



3. Nie przepadam za coverami, ale ten jest świetny. Taki słodki, uroczy, pełen ciepła. W sam raz na zimne dni.



4. I kolejny cover. Kuba. Ana. Uwielbiam. I już nie wiem kogo bardziej. Dwa głębokie, silne głosy, a jakże pięknie śpiewają o miłości. I te słowa, które mnie nigdy nie rozczarują.



5. Najnowsza propozycja Cleo. Niekoniecznie w moim klimacie, choć na jej koncercie też miałam okazję być i pamiętam, że świetnie się bawiłyśmy z przyjaciółką. W końcu Słowianki dały głos :D I szczerze, coraz bardziej się do tej piosenki przekonuję. Tekst życiowy, teledysk boski. Te góry. Krajobrazy. Ach.



6. Kolejna, młoda artystka. Też niekoniecznie moje klimaty. Choć na jej koncercie również miałam okazję być. Gdzie ja nie byłam?! :D Ale piosenka bardzo pozytywna. By cieszyć się tym, co jest tu i teraz, nie stać w miejscu, nie rozpamiętywać, żyć. W sam raz na mojego bloga :)



7. Mela. I żurawie, które sama uwielbiam robić, by przynosiły szczęście ;) Tutaj nic nie trzeba dodawać. Przepiękne słowa, melodia i ona…



8. To zawsze się sprawdza. Mężczyzna śpiewający o miłości. Tyle.



9. Wspomnienie zeszłego roku. Wspomnienie wiosny i wakacji. Przytula swoim ciepłem i radością. I miłością!



I ostatnie trzy piosenki. Kocham je za słowa. Pełne cierpienia, nostalgii, ale cóż poradzić, są przepiękne :) Według mnie, oczywiście :)







Jeśli chcecie, możecie polecać mi muzykę. Jej nigdy za wiele :)

Pozdrawiam Was niedzielnie. Wasza Scarlett!

Kto bogatemu zabroni…

Oczywiście bogatemu emocjonalnie :P Choć kto wie… może za lat kilka dorobię się ogromnej fortuny (nie wiem na czym), albo znajdę bogatego męża (nie wiem gdzie), względnie dostanę pokaźny spadek (choć nie wiem od kogo) i nie będą to długi, o nie (!). Wszystko jest możliwe.

Także… Kto bogatemu zabroni czasem być aż nadto refleksyjnym? Co do wczorajszego wpisu, ja tak naprawdę nie piszę wierszy od bardzo, bardzo dawna. I widzę jak (chociażby ten mój wczorajszy) różni się od tych sprzed sześciu lat. Tamte były… takie… optymistyczne :D Choć było we mnie dużo melancholii. Teraz są one bardziej rzewne, choć ja sama tryskam szczęściem na wszystkie strony świata. Ogólnie nie lubię swojej poezji, tak samo jak swoich wpisów, ale cały czas zwycięża we mnie moje motto: nie znam się, więc się wypowiem i góruje nad drugim: albo robię coś na sto procent, albo wcale. Z resztą poezja w moim wykonaniu to za duże słowo. Ale myśli zebrane w parapoezję czemu nie :D W końcu parapsychologia też istnieje ;)

Dzisiaj w ogóle uderzyłam w jakieś depresyjne stany, a to po słowach, które usłyszałam. Traktowały one o tym, że milczenie niweluje odczucie strachu i jednocześnie nie uruchamia w nas niepotrzebnej nadziei. Mniej więcej o to w tej myśli chodziło. Ale jak ja mogę milczeć, kiedy moje serce krzyczy?! I tak: mam nadzieję, bo czymże byłoby bez niej człowieczeństwo?! A może nieświadomie milczę, a serce się szamocze tylko poprzez wiersze? A może już za wiele powiedziałam i teraz to się na mnie mści? A może ja tę parapoezję biorę z trzewi, a moje wnętrzności myślą inną kategorią :D Ach, kto by się nad tym zastanawiał ;)

Polecam Wam moje dzisiejsze, poniższe dzieło (aż przytłacza mnie to wielkie słowo) ;) Nie jest ładne, idealne, optymistyczne, ale jest szczere i może kogoś do czegoś zainspiruje. A nawet jeśli nie, to przynajmniej ja się emocjonalnie wybebeszyłam :D Matko, jak tu dzisiaj jelitowo… Zepsułam atmosferę ;)

Pozdrawiam, Wasza, jakaś-taka, Scarlett :)

depresja

A dziś będę kipieć miłością…

Polecam Wam poezję. Niegdyś moja dusza śpiewała, dziś mówi (niekoniecznie swoimi słowami). Miłego czytania :)

 

AVE
  
Kiedy cię spotkam co ci powiem
że byłaś światłem moim Bogiem
że szmat już drogi przemierzyłem
i byłaś wszędzie tam gdzie byłem
odległą gwiazdą w sztolni nocy
zachodem słońca snem proroczym
przestrzenią serca której strzegłem
jak oka w głowie dla tej jednej
mądrej i pięknej ludzkim prawem
ave
 
Kiedy cię spotkam czy ukryję
wszystkie kobiety których byłem
pacjentem uczniem profesorem
żal nie na miejscu i nie w porę
jak mogło być a jak nie było
że wszystko na nic tylko miłość
na wieki wieków i że żaden
człowiek nie był mi tak potrzebny
ave
 
Kiedy cię spotkam jak mam spojrzeć
żebyś nie mogła w oczach dojrzeć
starego głodu którym hojnie
obdarowałem tyle spojrzeń
blasku księżyca który każe
od ścian odbijać się od marzeń
do zjawy twej wyciągać ręce
w śniegu pościeli pisać wiersze
szkłem ryte skrycie tatuaże
ave
 
[M. Czyżkiewicz]
 
Jeśli nie przyjdziesz 

świat będzie uboższy
o tę trochę miłości
o pocałunki które nie sfruną
w otwarte okno

świat będzie chłodniejszy
o tę czerwień
która nagłym przypływem
nie rozżarzy moich policzków

świat będzie cichszy
o ten gwałtowny stukot
serca poderwanego do lotu
o skrzyp drzwi
otwieranych na oścież

drgający żywy świat
zastygnie
w kształt doskonały nieomal
geometryczny 

[H. Poświatowska]
 

kochaj
mimo rozłąki i życia przepaści
kochaj
mimo dni krótszych i nocy bolesnych
kochaj
mimo niedomówień i rozterek
kochaj
czule i namiętnie
bo ja umiem tylko krzykiem
łzą
nienawiścią
kochaj
mnie za mnie

[Ot taka sobie, nieznana szerszej publiczności, Scarlett]

Historia, która (być może) nigdy nie miała miejsca.

love-177785_1280

A pamiętasz jak Ty byłaś zakochana? Słowa, które sprawiły, że miałam ochotę powiedzieć wszystko, co do kropeczki, ale nie mogłam. Jednak każdy z nas ma tajemnice i dopóki nie są one specjalnie raniące i specjalnie ważne, to lepiej je zatrzymać dla siebie. Matko, co ja mówię. To najważniejsza z moich tajemnic, ale jakoś nie umiem sobie wyobrazić, że mówię o niej bez zaczerwienionej twarzy. Za tydzień jest rocznica. Taka mała. Choć nie wiem czy to stało się akurat wtedy. Śmiesznie, bo kolejna sytuacja przypomina mi tamten dzień. Nie pamiętam zbytnio jaka była pogoda, ale pamiętam, że w domu nie mówiłam o niczym innym. A za kilka tygodni wszystko tak perfekcyjnie się spieprzyło. Wiem, że za tydzień będzie ciężko. Zupełnie jakbym cofnęła się w czasie. Nie pokojarzyłam na początku. Ten sam dzień, nagła zmiana godziny. Tak jak wtedy. Musiałam nawet spojrzeć na stare połączenia, bo nie wierzyłam.

Mężu. Nie czytaj. Zajmuj się Leosiem :P

ONA.

Postanowiliśmy napisać kilka słów o sobie nawzajem. W rezultacie, siedzimy w fotelach naprzeciwko siebie. Dzieli nas mały stoliczek. Mam ochotę krzyknąć, że laptop na kolanach źle mu zrobi na potencję, ale od razu się zdenerwuje, więc po co mam psuć dobry nastrój. Tak, to mnie w nim irytuje najbardziej. Zbyt szybko się denerwuje. Oczywiście cały kipi, złość wychodzi uszami, a potem ucieka i tyle go widziałam. Jak ogłuszony pies. Zamiast na mnie nakrzyczeć, rzucić czymś we mnie, poprzeklinać. Nie. Duma go zżera, urażone to to i bez kawy nie podchodź. Bo czym jak czym, ale akurat dobrą kawą da się go udobruchać. Ale miałam pisać o pozytywach. A znowu się nakręcam. Może opiszę co widzę. Widzę moje słońce. Ubrane najzwyczajniej w świecie. Zwykłe dresowe spodnie, zwykła koszulka spod której wystają delikatne włoski na torsie. Wywalił te swoje nogi do przodu, bo przecież tak mu najwygodniej i uśmiecha się do komputera nie wiadomo z jakiego powodu. Lubię go takiego zamyślonego, zapracowanego, bo rzadko mu się to zdarza :D Oberwę po tym tekście. Serio. Jak nie przeżyję to przynajmniej będzie dowód. Co jeszcze w nim lubię? Jego zakochane oczy. Młodnieje przy mnie. O teraz się patrzy. Tak, zakochane oczy. Kiedy jest na mnie zły, albo sprawiam mu przykrość, to na mnie nie patrzy. Może dlatego tak kocham kiedy rozczulająco na mnie spogląda. Tak jakby przytulał mnie spojrzeniem. Lubię też to jak na mnie reaguje. Zawsze się odpręża kiedy jestem blisko. Cały mikroklimat wokół się wtedy uspokaja. Kocham go za to, że jest taki duży, taki mądry, taki stateczny, a mimo wszystko taki ciepły i do rany przyłóż. Kocham go, choć nigdy bym nie powiedziała, że to właśnie do niego szybciej zabije moje serce. O matko, tak, kocham go. Całą sobą. I w sumie, wiecie co, trudno to wszystko opisać słowami. Po prostu, chciałabym zająć miejsce tego jego laptopa. Idę.

ON.

Ona. Jest najlepszym co mi się w życiu przydarzyło. Nie wierzę, że po tylu latach bezsensownego czekania na niewiadomo co, weszła do mojego życia i wywróciła je do góry nogami. Zupełnie jakbym był naocznym świadkiem huraganu czy innego tsunami. Zawsze roześmiana, ciągle szczęśliwa, zabiłbym tego, który zmazałby jej uśmiech z twarzy. Właśnie ten uśmiech to jej wizytówka. Kiedy się nie uśmiecha czuję jakby słońce zgasło. I nigdy nie wiem co na to poradzić. Jak to facet wymyślam durne żarty, wygłupiam się. Wszyscy by się śmiali. Ale ona nie. Bo ona nie jest taka jak wszyscy. Przecież tylko ona potrafiła trafić w moje serce. Teraz się śmieje, zapewne napisze o mnie coś głupiego, ale niech pisze. Nie potrafię się na nią gniewać dłużej niż kilka sekund. Bardziej boję się, że kiedyś zrobię coś głupiego i zostanę sam. Bez niej już nic nie miałoby sensu. Idzie do mnie. Koniec tej zabawy w słowa. Kocham ją. Po prostu.

Historia jest. Żebyście tak nie zasnęli z niczym ;) A ja lecę oglądać zmagania naszych szczypiornistów.

Tak o.

Mój pierwszy wpis w nowym roku. I gdyby ktoś zapytał: co u Ciebie, Scarlett?, to trudno byłoby mi odpowiedzieć jednoznacznie. Nie chcę rzucać frazesami, że u mnie dobrze, tak sobie, jakoś leci. Szczerze? 2016 zaczął się tak… muzycznie i znów z myślą o Krakowie. Kiedy oglądam koncerty w telewizji, słucham muzyki w tle meczów siatkarskich, słucham radia, to całą sobą dziękuję tym wszystkim, którzy niegdyś mnie na te niezliczone, przeróżne wydarzenia wyciągali, względnie wypychali z domu ;) Teraz mam co wspominać i mam świadomość o co prosić los.

Tak też, gdybym miała wyrazić aktualny stan ducha piosenką, to z jednej strony byłyby to utwory dosyć energiczne, bo od początku tego roku mam zapał, by uczynić dalszą jego część fenomenalną. Stąd w sercu i głowie grają mi:







Jednak uczucia, które mam gdzieś na dnie duszy, póki co, oprócz Adele i jej Hello, potrafią wyrazić tylko polskie piosenki. Nie wiem czemu. Kiedy jestem radosna myślę po angielsku, kiedy zaś jest mi smutno myślę tylko po polsku :D

I tak też na dnie serca śpiewa mi…











I tylko tyle. I aż.

Pomyślicie, oho, nawet Scarlett dopadła melancholia. Nie mylicie się. Co wcale nie oznacza, że optymizm odpłynął. Został. Tylko czasem przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. Choć, może to i dobrze. W takich chwilach dwa razy mocniej odczuwam, że pod tą (z pozoru) twardą skorupą, gdzieś w głębi tej silnej babki jaką jestem, są też uczucia i gorące serce. W końcu ta przeszłość była po coś. A może jeszcze nie wszystko stracone i czeka mnie jakiś piękny, drugi początek… ;)

PS. Mam nadzieję, że pierwsze dni nowego roku były dla Was łaskawe :)

Ściskam, Wasza Scarlett!

Taksówkarz? Barman? Fryzjer?

Podobno ci powyżsi, to najlepsi terapeuci ;) Oprócz samych terapeutów, oczywiście. I najbliższych nam osób, które jednak zawsze będę stawiała na pierwszym miejscu. Ileż to razy właśnie najbliższa rodzina czy przyjaciele wyprowadzali mnie z dołków i wprawiali w dobry humor… Nie sposób zliczyć.

Jednak czasem każdy z nas jest w nastroju nieprzysiadalnym. Cóż to za nastrój? Łatwo się domyślić. Kto się nie domyślił, niech się nie załamuje, tylko poszuka tego świetnego tekstu w Wujku Google. Poszukajcie, pogrzebcie mu w Internetowych flakach, poczytajcie.

Chyba każdy tak czasem ma. Że jest gorzej, niż gorzej. Ja też. Nawet gdy jestem w takim nastroju, to robię dobrą minę do złej gry, bo po co jeszcze bardziej się pogrążać i dołować wszystkich wokół… Chociaż… czasem smutek czy złość jest u mnie tak wyryty na twarzy, że lepiej nie podchodź ;)

Wczoraj był taki dzień, kiedy jeszcze miałam siłę robić dobrą minę. I mogłam dzięki temu pośmiać się z taksówkarzem, który stanął na mojej drodze. Zaczynam wierzyć, że spotkanie tego jegomościa było dla mnie przeznaczeniem. Rozbroił mnie samym stwierdzeniem, że nie uwierzył w mój wiek, bo według niego wyglądałam tak młodzieżowo. Gdy temat zszedł na mój stan cywilny, jakoś po drodze doszły śmichy chichy o tym, że potrafię ugotować tylko zupę w proszku (co oczywiście nie jest prawdą). Mądry pan powiedział, że mam czas na poważne związki, że nie ma sensu bym brała na męża kogoś pierwszego z brzegu. Jakież to pocieszające. Życzył mi też bym znalazła sobie Masterchefa i miała obiady z głowy ;) Co więcej, myślał, że mieszkam w przychodni :D Mój dom był nazywany willa, ale żeby przychodnią?! Na końcu dodał: ale miło nam się rozmawiało, dziecinko, i od razu jest tak jakoś radośniej.

Zdałam sobie sprawę, że czasem warto nie być mrukiem. Nawet wtedy kiedy życie dotkliwie kopie nas po tyłku. Choć wiem, że nie jest to łatwe. Oj nie jest.

Pozdrawiam, Wasza Scarlett.

PS. Podzieliłam się z Wami tymi wspomnieniami, bo wielu z nas potrafi rozpromienić czyjś dzień. Warto z tej umiejętności korzystać. U mnie i u tego pana zadziałało to w dwie strony, tak, hm, terapeutycznie. Piękne. W malignie niesympatycznych rzeczy, które się zdarzyły, jedno spotkanie i od razu zrobiło się cieplej na sercu.

A na koniec? Na koniec, słowa mojego ukochanego Edwarda Stachury: Przyłapałem się w tej samej chwili na tym, że nie zawsze, nie zawsze oczywiście, ale czasami, jeśli akurat śmieję się, to dlatego, żeby po prostu nie zapłakać.

Przyjedź i pomilcz razem ze mną…

Czerwiec. Rok Pański 2015. Upalny, duszny dzień. Poranek pełen nerwów. Nauka na egzamin. Obawa, że z wieczornych planów nic nie wyjdzie. Poczucie, że wszystko pójdzie nie tak, jak pójść miało. Egzamin, końcem końców, zdany beznadziejnie. Prywatny egzamin, z dorosłości i komunikacji interpersonalnej, oblany. Gonitwa by zdążyć się ogarnąć przed wieczorem. Spóźniony pociąg. Podczas podróży cały czas coś piszczało. Ciemny las. Pioruny. Deszcz. Otarcia na stopach. Koncert z parasolkami. Wszystko nie tak.

Kiedy dziś wspominam tamten dzień… Był idealny. Pizza na pysznym cieście, dużo śmiechu, piękne rośliny tu i ówdzie. Moi cudowni chłopcy, którzy śmiali się i byli tacy szczęśliwi. Czułam, że mogę wszystko. Że możemy wszystko. Gdy teraz patrzę na tamte zdjęcia, i na te późniejsze, na video z nimi, na niego… coś jest nie tak. Nie ma blasku w oczach. Nie ma. Albo chcę by go nie było. Mimo wszystko, wiele bym dała, by cofnąć się w czasie i być znowu tam… Tam, gdzie w moim słowniku nie było stwierdzenia: to jest niemożliwe. Chcę znów móc wszystko.

Jest taka piosenka. Moniki Lewczuk. Która przypomniała mi właśnie o tamtym dniu i ówczesnym poczuciu sprawczości.

Rzucić los w nieznane
Tańczyć nieprzerwanie
Cieszyć się każdą z chwil
Odnaleźć gdzieś najdalej
Noce nie przespane
Od nowa spełniać wszystkie sny

Te słowa najlepiej opisują to, co w tej chwili czuję. Nie myślcie, że czegoś mi brakuje, że się zamartwiam… Nie. Jest dobrze. Wiele osób trzyma za mnie kciuki i jak tylko wyzdrowieję, to będę biegać od jednej kawy do drugiej, a nawet pomiędzy jedną wiśniówką, a drugą whisky. Zauważam też coraz więcej lajków na fb, coraz więcej Was tutaj. I to dobrze, bo wreszcie mogę być dumna z mojego raczkującego dziecka, jakim jest ten blog. Ale dzisiaj pojawiła się jakaś nutka sentymentu. Naprawdę tęsknię za tym co było. A to było życie w biegu. Chaos kontrolowany. A najgorsze w tym wszystkim nie jest wcale to, że jestem uziemiona. O nie. Najgorsze jest to, że tam gdzie inni stawiają kropkę, tam ja zawsze muszę postawić wielokropek. A jak postawić wielokropek po ciszy? Po milczeniu? Czyżbym kolejny raz przegrała?

Swoją drogą, zauważyłam, że pisanie o milczeniu to ostatnio popularny temat wśród tutejszych blogerów. I dobrze mi mówić komuś: spokojnie, on/ona się odezwie. Jak mogę tak twierdzić, skoro jestem w identycznej sytuacji i doskonale wiem, że po tym milczeniu nie nastąpi nawet najlichsza rozmowa… Choć łudzę się w cichości mego serca już chyba z drugi miesiąc… Co nie zmienia faktu, że te milczenie coraz bardziej dla mnie oznacza obojętność. Ktoś milczy, bo ma mnie, kolokwialnie mówiąc, gdzieś. Nawet śnieg za oknem wydaje się cieplejszy niż sytuacja, która ma miejsce między nami.

Oszukiwałam się, że problemy zdrowotne są o wiele gorsze niż problemy w relacjach interpersonalnych. Ale po nocach wcale nie płaczę dlatego, że wszystko okropnie mnie boli. W nocy płaczę, bo są osoby, którym już nigdy nie będę mogła powiedzieć, że jest dobrze, albo źle. Nie pochwalę się tym i tamtym. Szczęściem będzie jeśli w ogóle spojrzą mi w oczy, kiedy spotkają mnie na ulicy. Nie będzie życzeń, podziękowań, przeprosin. Niczego.

Milczenie. Pokazało mi, że nic nie znaczę. Mniej niż nic. Kocham ciszę, ale akurat nie w takich sytuacjach. Nie milczenie. Stan, po którym już nic nie następuje, po którym nic nie ma prawa się zdarzyć, zaistnieć…

Brak mi naszych nocnych rozmów, spowiadania się z tego co akurat robimy i wiecznego tłumaczenia się. Bo przecież oboje baliśmy się, że druga strona źle zinterpretuje nasze słowa. Aż się dziwię, że nie pomyśleliśmy o własnym słowniku polsko-polskim. Takim tylko dla nas. Brak mi tej pewności, że mogę wszystko naprawić. A w Lublińcu jeszcze ją miałam, bo przecież wtedy mogłam wszystko.

Myślisz, że jestem twarda, a ja tak naprawdę marzę tylko o tym, byśmy milczeli siedząc obok siebie. Bo po co milczeć w samotności?

Otulam Was pozdrowieniami jak najcieplejszym z szalików!

Wasza, sentymentalna, Scarlett ;*

Zaćmienie Krwawego Księżyca…

Ten rok jest dla mnie rokiem kolekcjonowania wspomnień. Zważywszy na to, że taka noc jak dzisiejsza ma się trafić dopiero w 2033 roku, więc postanowiłam (wyjątkowo) wstać o 4 rano. Muszę przyznać, że ostatnio śpię dłużej, choć zdecydowanie gorzej, bo ani zasnąć nie potrafię, ani obudzić się wypoczętą również… Cóż, jak ułożę wszystko to, co wymaga ułożenia, może i zasnę spokojnym snem… Przynajmniej taką mam nadzieję.

Tak też, wstałam, spojrzałam przez jedno okno, przez drugie… i myślę sobie: gdzie ten księżyc?! Potem nastąpiła chwila zawahania i kolejna myśl: no nie, nie przegapię takiej szansy! Założyłam buty, kurtkę, komin, soczewki i poszłam na spacer. Dopiero na schodach zorientowałam się, że nawet się nie uczesałam i nie ubrałam jak należy (ale przynajmniej moje spodnie od pidżamy wyglądają jak spodnie dresowe, więc gdy ktoś mnie zobaczył, to szoku nie doznał). Orzeźwiające powietrze od razu przypomniało mi, że warto było wyjść z domu. Ujrzałam go już przed domem: piękny, czerwony, magiczny. A wokół pełno jego towarzyszek: gwiazd. Można było zakochać się w tym widoku. W pewnej chwili pomyślałam, że tylko ja nie mam co robić o tej porze, ale po drodze spotkałam dwóch takich samych zapaleńców. Ich obecność dodała mi otuchy. Przynajmniej nie byłam sama. A ostatnio jest wiele rzeczy, spraw, uczuć, z którymi muszę zmagać się zupełnie sama. I nie, nie chodzi o to, że jestem samotna. Mam wspaniałe otoczenie. Ale czasem człowiekowi przychodzą do głowy takie głupie myśli, że aż nie ma sensu się nimi dzielić z innymi. Choć czuję, że ci którzy mnie dobrze znają (lub za dobrze)… wiedzą. I wiedzieli, na długo przed tym, zanim ja się zorientowałam co się wokół mnie dzieje (i przede wszystkim: co się we mnie zadziało). Czytając to po raz drugi, na Waszym miejscu pomyślałabym o myślach samobójczych. I uspokajam: akurat nie w tę stronę bym szła z insynuacjami.

Jeszcze wczoraj śmiałam się, że za 18 lat będę miała dzieci, wymarzoną pracę, więc zapewne nie będzie mi się chciało oglądać Krwawego Księżyca. Nie wiem jak będzie, ale wiem jedno, spacer się udał. Najpierw mnie ucieszył, potem zdołował, by na końcu dodać ochoty do działania. I po raz pierwszy, nie wiem co mnie czeka, nie mam planu na życie, nie wiem co będzie dalej. Ale musi być dobrze i musi być optymistycznie. Innej wersji nawet nie zakładam.

Wasza, stęskniona za Wami, Scarlett ;*