Styczeń 2018
N P W Ś C P S
« paź    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

Bez kategorii

LBA once again :)

Nominacja do LBA nr dwa. Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, to taka nieformalna nagroda od blogera dla blogera, a jednocześnie dobra zabawa i możliwość zapoznania nieznanych obszarów blogosfery.
 
Miło mi, bo to oznacza, że pomimo, iż raz po raz ręce mi opadają, osiadam na laurach i wogóle czasem nie potrafię sklecić kilku sensownych zdań, to i tak jestem zauważona. Brawo ja ;-) Dziękuję autorce Limonkowych Opowiadań za taką miłą niespodziankę <3 Zapraszam do jej świata, kochani: www.limonkoweopowiadania.pl 
 
Oto moje odpowiedzi na pytania. 
 
Moja przygoda z blogowaniem zaczęła się, bo… Zawsze mi wmawiano, że nie umiem pisać lekko i z sensem. Musiałam się przekonać. A na poważnie, namówiła mnie do tego koleżanka. I dobrze, że jej posłuchałam, bo teraz mam swoją Krainę, do której uciekam, kiedy tylko chcę. I nie muszę mieć ani biletu ani wizy ;-) 
 
Nazwa mojego bloga wzięła się z... Głowy. A że czaszkę mam pokaźną… Szczerze, początkowo nazwa była inna. Teraz jest taka jaka jest. Ale zapewne jak dojrzeję, to nieraz ją zmienię.
 
Moją inspiracją do blogowania jest… Szeroko pojęte życie i inni blogerzy.
 
Moja ulubiona blogowa tematyka to… Miłość! Psychologia! Medycyna! Taniec! Poezja! Wszystko! 
 
Piszę, bo… Czekam aż ktoś mi powie, że mam lekkie pióro. Dopóki nie zelżeje, to będę pisać. Na pochybel! A może pohybel? A dodatkowo, chcę pokazać tym, którzy uważali, że moja pisanina to żart, a to wcale żart nie jest. I co najważniejsze, kocham to robić. A zabicie we mnie miłości do pióra musiało się kiedyś zemścić na moich wrogach ;-) 
 
Mój nick wziął się z… „Przeminęło z wiatrem”. Ta kobieta to ja.
 
Jaka książka jest dla mnie najważniejsza i dlaczego… Niezmiennie Biblia. Bo daje odpowiedzi na moje pytania. Czasem ostre i brutalne, ale z reguły pełne nadziei.
 
Jakiego bajkowego bohatera nie zapomnę i dlaczego… Dziewczynki z zapałkami. Choć to raczej baśń. Jednak ilekroć ją czytam lub oglądam ekranizacje, niezmiennie mam nadzieję, że ta historia inaczej się skończy. Niegdyś mnie wzruszyła i tak już zostało. 
 
Moim nałogiem jest… Kawa. Ale myślę też, że drugi człowiek. Lubię obserwować ludzi, przebywać w ich towarzystwie. Głębia drugiego człowieka zawsze będzie mnie zadziwiać. 
 
Najbardziej denerwuje mnie… Brak szacunku do innych. Nie rozumiem jak można traktować kogoś źle, skoro jest takim samym człowiekiem jak my. A chyba odrobina atencji i  zrozumienia należy się każdemu.
 
Do działania napędza mnie... Scarlett. Sama sobie jestem sterem i okrętem i kapitanem tej łajby też. Bo ani wrogom nie muszę się pokazywać z najlepszej strony, ani starać się dla bliskich. A nic tak pięknie nie rozwija jak motywacja wewnętrzna. 
 
Moje pytania są następujące. A raczej tym razem zdania wymagające dokończenia. 
 
1. Moim ukojeniem jest…
2. Tęsknię za…
3. Nigdy…
4. Chętnie pojechałbym/łabym do…
5. Moim zdaniem miłość to…
6. Moją największą wartością w życiu jest…
7. Najbardziej w sobie lubię…
8. Z blogiem mi do twarzy bo…
9. Najpiękniejsza piosenka to…
10. Moją radą dla blogerów jest…
11. Blogowanie nauczyło mnie…
 
A zapraszam do zabawy… Siódemkę wspaniałych.
www.emocjamipisane.blog.pl
www.wojowniczka-dobra.blogspot.com
www.basniowo.blogspot.com
www.czyimisoczami.pl
www.wszystkooczymmarzakobiety.blogspot.com
www.aneetine.blogspot.com
www.realnie-lb.blog.pl
A wszystkich zachęcam do odwiedzenia tych blogów. Warto, warto, warto. Inspirują. Słowem, pomysłami, kreatywnością. Czego chcieć więcej :)

Złoto, które wpada do kałuży, nie traci na wartości.

Jesteśmy tak wiele warci, a nagminnie o tym zapominamy. Gdzieś umykają nam nasze sukcesy, zalety, walory… Dzieje się tak, szczególnie wtedy, gdy zdarzy się nam jakaś mniejsza lub większa porażka, bliska osoba się od nas odwróci, gdy zaczynamy porównywać się do kogoś innego. A przecież, co by się nie działo, to wcale nie obliguje nas ku temu byśmy myśleli o sobie jako o tworze gorszego sortu. 

Pomyśl, tak łatwo przychodzi Ci prawienie komuś komplementów. Tak łatwo dostrzegasz piękno w drugiej osobie. Prosto jest zazdrościć komuś perfekcyjnej (Twoim zdaniem) figury, oczu, włosów. A tak trudno Ci pokochać samego siebie, a przede wszystkim: siebie zaakceptować. Ciągle jest coś nie tak… Krótkie nogi, duży nos, małe piersi, piwny brzuszek. Własne niedoskonałości potrafisz wymienić jednym tchem. A może warto byś zapytał samego siebie: która cześć Twojego ciała jest Twoją ulubioną? czego w swoim wyglądzie sam mógłbyś sobie zazdrościć? co jest Twoim atutem?

Wiem, życie nie ułatwia nam tego, byśmy czuli się atrakcyjni. Ideały piękna tworzone są przez perfekcyjne photoshopowe proporcje. Kobiety dzięki hormonom, zależnie od fazy cyklu, czują się jak wielkie słonie. Mężczyźni czasem chwytają się na myślach, że przecież ich mało atrakcyjni kumple już są żonaci, a oni nie mają nawet styczności z kobietami. A panie wciąż nie potrafią zrozumieć dlaczego zwracają na nie uwagę tylko mężczyźni nie w ich typie. I w pewnym momencie zaczynamy się zastanawiać: czy coś jest ze mną nie tak? dlaczego to właśnie ja mam te idiotyczne kurze łapki? Bóg nie mógł mi dać większego tyłka?

A może po prostu należy uczynić atutem, to co już posiadasz?

I przede wszystkim…

Nie słuchaj negatywnych opinii na temat swojego wyglądu. Bo właśnie one prowadzą do rzeszy kompleksów. A może ktoś Cię obraża, bo Ci zwyczajnie zazdrości?

Mów sobie często za co kochasz samego siebie. I właśnie te części ciała eksponuj i podkreślaj. I praw komplementy innym. Może właśnie w tej sekundzie ktoś tego potrzebuje.

Pamiętaj, że Twoje niedoskonałości są Twoim atutem. To właśnie one czynią Cię kimś wyjątkowym, a nie kolejną pustą Barbie i równie pustym Kenem.

Weź sobie do serca, że na dłuższą metę i tak najważniejszy jest charakter i Twoja pasja do życia. Jeśli nie nadrobisz czegoś wyglądem, to charakterem. Odwrotnie podobno też działa.

Pod żadnym pozorem nie porównuj się z innymi.

Ciesz się, że to tylko dwie fałdki, a nie, chociażby, złośliwy nowotwór.

I raduj się życiem. Ono jest tylko jedno i nie warto go poświęcać na zamartwianie się swoimi kompleksami. Znając życie, ludzie wokół i tak ich w Tobie nie dostrzegają.

Skoro już się powymądrzałam… Teraz trochę o mnie. Dziękuję za masę komentarzy do ostatnich wpisów, za życzenia wszelkie. Odpiszę na nie niebawem. Osoby, które wchodzą często na mojego fanpage’a są na bieżąco. Jednak nie każdy ma Facebook, więc powróciłam również tutaj. Choć, przeszło mi przez myśl już nie raz, by porzucić blogowanie. Jednak nie wyobrażam sobie, żebyśmy urwali kontakt, tym bardziej, że jesteście fantastyczni.

W skrócie, u mnie wszystko dobrze. Jestem szczęśliwa, jak to ja. Choć czasem mam ochotę rzucić czymś o ścianę, jak każdy. Od poniedziałku znów wracam na rehabilitację. Jestem już po 80 zabiegach i nie wiem jak przeżyję 30 kolejnych. Ale mam cel, w końcu muszę odgonić widmo artroskopii.

Trzymajcie kciuki. I opowiadajcie co tam u Was, bo ciekawość mnie zżera. Mam nadzieję, że o mnie nie zapomnieliście.

Całuję, Wasza Scarlett.

Niemoc twórcza ;)

Ostatnio rzadko tutaj bywam. Tak jakoś czasu brak. A kiedy już się pojawi kilka minut lub godzin spokoju, to nie potrafię zebrać myśli, by cokolwiek napisać. Ale taki mały przestój jest dobry. Chociażby po to, bym ja zebrała nowe siły, a dodatkowo, żebyście za mną zatęsknili :D (mam o sobie stanowczo za wysokie mniemanie)

Gdzieś około piątej zrobiłam sobie poranek filmowy i obejrzałam „Exam”. Ktoś go polecał psychologom, psychoterapeutom i psychiatrom, więc się skusiłam ;) Myślałam, że na bank nie zrozumiem o co w nim chodzi :D Prawdą jest, że moje szare komórki musiały pracować na zwiększonych obrotach, ale bez przesady. Ogólnie, polecam go wszystkim, niezależnie od zawodu. Chyba najbardziej z tego względu, że idealnie pokazuje mechanizmy jakie kierują grupą w sytuacji stresowej. Jeśli dochodzi do tego jeszcze ambicja, chęć wyeliminowania przeciwników, to już w ogóle wychodzą z ludzi ich najbardziej skrywane instynkty. To niesamowite jak współpraca może przerodzić się w bezwzględne współzawodnictwo, jak konkurowanie ze sobą przynosi opłakane skutki, jak niewiele potrzeba by się znienawidzić. Czasem mam wrażenie, że w korporacjach, albo ba, nawet na studiach, ba, już na wcześniejszych etapach edukacji, ludzie by się najchętniej pozagryzali. Jak bestie.

A jeśli ktoś zapytałby jaki to Scarlett ma humor, czy też co w niej znowu śpiewa, to przyznam, że jestem w tym względzie trochę na zakręcie ;) Bo i to pachnie i to nęci ;)

Z jednej strony, wraz z moją rodzicielką, zakochałyśmy się w piosence, która leci w tle filmowej wiosennej ramówki stacji TVN, a dopiero dzisiaj, po ciężkich poszukiwaniach odnalazłam jej tytuł. Gdy już wsłuchałam się w tekst, to zakochałam się podwójnie. Idealna do mojego aktualnego stanu!



I kilka kolejnych piosenek, które ostatnio grają mi w uszach. Część, bo tak banalna, a tak prawdziwa, część, bo aż ciary tu i tam, część, bo wspomnienia. Jeśli macie ochotę, posłuchajcie.











Hm, skoro moja niemoc twórcza póki co trwa, a nie wiem kiedy się skończy, to może macie jakieś pytania? Chętnie odpowiem na każde, nawet najdziwniejsze :D A może ostatnio coś Was zaskoczyło, poruszyło, wzruszyło i chcecie się tym podzielić? Piosenka, książka, film, anegdota na rozluźnienie? ;)

Liczę na Was i ściskam mocno!

Wasza Scarlett :)

Tulcie się!

Drodzy, w zasadzie ostatnie kilkadziesiąt godzin mojego życia to sprzątanie po kochanych panach fachowcach. Dziękuję za wiele ciekawych komentarzy, za nowych autorów, którzy zawitali do mojej Krainy, za Wasze nowe wpisy, które koniecznie muszę przeczytać. Obiecuję, że niedługo pojawi się jakiś bardziej konkretny post, że nadrobię zaległości w odpowiadaniu na Wasze słowa, ale w tym tygodniu czeka mnie jeszcze masa wrażeń, łącznie z imieninami, przeróżnymi rocznicami, wizytami tu i tam. Także nie wiem jak to będzie z moim pisaniem, czytaniem, a w szczególności z czasem. Ale ciągle o Was myślę i staram się wpadać tu na kilka krótkich chwil.

Dzisiaj musiałam przysiąść nad blogiem, a to z racji tego, że jest Międzynarodowy Dzień Przytulania. Wiem, że nie każdy z Was zagląda na mój fanpage, dlatego pozwolę sobie tutaj się powtórzyć.

Przytulajcie się moi drodzy! Podobno przytulanie redukuje stres, spowalnia proces starzenia się komórek, wspomaga system immunologiczny, a nawet pomaga choremu sercu i osobom cierpiącym na depresję.

Taki prosty lek, a nic nie kosztuje, nie tuczy, nie uzależnia, nie podlega opodatkowaniu, nie jest elitarny!

Przytulajcie się… choćby wirtualnie, choćby ciepłym słowem, uśmiechem, albo tak jak kiedyś pisałam: przytulajcie się spojrzeniem!

Ściskam Was mocno, mocno, mocno! I dziękuję, że jesteście :)

Wasza Scarlett!

Przedświąteczne zawirowanie życzeniami okraszone :)

Z racji tego, że dostaję prezenty przez cały rok, tym razem otrzymałam piękny, elegancki organizer na rok 2016. Taki profesjonalny, w sam raz na nowy początek. I w zasadzie, niczego mi więcej nie potrzeba.

Tak, zdecydowanie jestem w takim momencie swojego życia, że nie czekam na żaden happy end, tylko na szczęśliwy początek. Oczekiwanie te ostatnio okrasiłam ponad dwugodzinnym płaczem, po czym postanowiłam posprzątać swoje życie. Począwszy od… własnego pokoju. Ta czynność trochę ustabilizowała mój nastrój i uporządkowała wewnętrzny chaos, którzy gdzieś tam zagościł w Scarlettkowej duszy.

Jednak zanim się jakoś poskładałam, miałam trudne chwile. Zaczęło się od euforii, od kochania życia, od nadziei, że wszystko idzie ku lepszemu. Skończyło się na mrzonkach i właśnie na łzach. Próbowałam zagłuszyć je wspomnieniami, jakie to ja miałam cudowne życie i piękny rok, ale to tylko pogarszało sytuację. Więc zaczęłam marzyć o tym, gdzie to ja nie pojadę i czego to ja nie dokonam w swoim życiu. Też nie wyszło najlepiej, bo skąd mam wiedzieć kiedy te chwile nadejdą i czy w ogóle.

W tamtym momencie wydawało mi się, że sobie na to wszystko zasłużyłam. W końcu tyle osób daje mi to do zrozumienia swoim brakiem obecności. Zasłużyłam na to, by iść do sklepu pół godziny, a nie jak niegdyś: pięć minut. Zasłużyłam na spojrzenia ludzi mijanych na ulicy. Spojrzenia pełne litości, współczucia, pokazujące, że jestem inna i mam ochotę krzyczeć: i co się gapisz do jasnej cholery?! Zasługuję na ten ból, na to, że muszę chodzić ze spuszczoną głową, bo nie mogę sobie pozwolić na postawienie nóg na nierównej powierzchni. I nie zasługuję na poradę w stylu: pamiętaj, patrz pod nogi. Gdyby ostatnio mi o tym nie przypomniano, nie wiem czy bym nie spędziła Świąt z nogami w gipsie, bo na mojej drodze leżała (o ironio) łupina od orzecha. Mam wrażenie, że mój Anioł Stróż już nawet nie śpi…

Boję się, że zgorzknieję, że nadejdzie taki moment i stanę się samotną egoistką. Nikt nie będzie na mnie czekał, a ja nie będę miała już do kogo wracać (i nie będę chciała tego robić). Trochę tak jak w filmie Heidi. Swoją drogą, gorąco go polecam do rodzinnego oglądania. Ciepły, z przesłaniem i przede wszystkim: mądry.

Jednak myślałam o sobie negatywnie tylko przez dwie godziny :D Nic nie poradzę na to, że jestem taka bezkrytyczna wobec samej siebie ;) Potem przyszło te sprzątanie, które ujarzmiło moje emocje. Ludzie niech patrzą, niech gadają, niech odchodzą. Najważniejsze jest to, by wyzdrowieć, tak by kontuzje omijały mnie szerokim łukiem. I by budować kolejne, nowe wspomnienia.

Jestem tutaj dzisiaj, bo przede mną kolejne sprzątanie. Tym razem już wymuszone, a nie z powodu gorszych chwil ;) Potem wyjazd na groby, ostatnie zakupy, ubieranie choinki, robienie stroików, wreszcie gotowanie i kilka ciepłych, pięknych dni w gronie najbliższych. I dużo leżenia plackiem (albo makowcem), bo nie wiem czy po tylu kilometrach będzie mnie stać na coś więcej :D

I jeśli mam zrobić podsumowanie zeszłego roku, bo nie wiem czy jeszcze tutaj zawitam w 2015… to był to piękny rok. Jeden z najlepszych w moim życiu i trudno będzie się postarać o to, by kolejny był lepszy lub nawet w przybliżeniu taki sam. Jednak będę robić, co w mojej mocy. Poprzeczka wisi bardzo wysoko, jednak co to dla mnie :) Ogromną motywacją jest Słoik Szczęścia, który znowu zamierzam założyć, choć poprzednich kartek nie chcę, póki co, czytać ;) I tak, dobrze pamiętam, co tam się znajduje. W zeszłego Sylwestra razem z przyjaciółką życzyłyśmy sobie, by to był bardzo imprezowy rok. Wierzyłam w to z całych sił. I tak też się stało. Nie przesadzę jeśli powiem, że rok 2015 był perfekcyjny. I mogłabym go przeżywać za każdym razem od nowa. Nawet te trzy skręcone nogi i zapalenie płuc. To był rok pod znakiem tańca, dobrej zabawy, koncertów, wyjazdów. Miłości. Zaryzykuję: i oby kolejny był jeszcze lepszy!

Do tego czasu, chcę wybaczyć sobie kilka rzeczy, skoro nikt nie jest w stanie tego zrobić ;) A że święta nie jestem, to myślę, że pobycie ze swoimi myślami dobrze mi zrobi. I ogrzanie się w cieple tej miłości, która teraz będzie emanowała ze zdwojoną siłą. Myślę, że jestem na dobrej drodze, by pogodzić się z tym wszystkim, co w tym roku mnie spotkało, a co nie było zbytnio idealne. I wyciągnąć wnioski.

Jednak nie chcę przedłużać. Kochani moi. Wczoraj słyszałam bardzo wiele mądrych słów. Między innymi o tym, by zastanowić się przed Świętami dlaczego chcemy komuś złożyć życzenia, z jakiej tak naprawdę okazji i czego chcemy życzyć (a najlepiej podobno życzyć innym tego, co sami chcielibyśmy usłyszeć). 

Dlaczego składamy życzenia właśnie tym osobom, a nie innym?

Przyznam się bez bicia, składanie życzeń było dla mnie niegdyś przykrym obowiązkiem. Nigdy nie wiedziałam komu czego życzyć. Było to dla mnie takie grzecznościowe, takie na odwal się. Jakieś wierszyki, proste Wesołych Świąt i kropka. Teraz składam życzenia wybranym osobom. Co roku, obiecuję sobie, że nie złożę życzeń nikomu i poczekam dla kogo jestem ważna :D I zawsze nie dotrzymuję obietnicy, bo gdy dostanę kilka życzeń, też chcę roznosić te dobro dalej i zaczynam sama wysyłać wiadomości do przeróżnych osób. Może to taka… Magia Świąt. Jednak są to zawsze najważniejsze osoby, te które są dla mnie ważne i które chciałabym by o mnie pamiętały i by jakoś miło mnie wspominały. By czuły, że mam je w swoim sercu. Może są tacy, którzy robią kopiuj-wklej-wyślij do wszystkich. Ja tak nie potrafię. Nie wiem czy stety czy niestety ;)  

Z jakiej okazji?

Śmiałam się ostatnio, gdy wymyślałam życzenia, bo mówię do mojej rodzicielki, że trzeba znaleźć zawsze jakiś punkt zaczepienia, zrozumieć o co nam chodzi. A ona na to: jak to, o co chodzi? Pan Jezus się rodzi. Ten rym tak mnie rozbroił i w tak krótkich słowach zawarte zostało wszystko, to co najważniejsze, że chyba lepszego powodu nie ma potrzeby wymyślać ;)  

Jaka powinna być forma życzeń?

Kocham życzenia od tych, od których bym się ich nie spodziewała i o dziwo, co roku takowe dostaję. Zawsze od kogoś innego, mniej lub bardziej znajomego. Kocham też życzenia, które są szyte dla mnie na miarę. Gdy dana osoba wie, czego mi trzeba. Najlepiej oczywiście byłoby złożyć wszystkim życzenia w cztery oczy. W wielu wypadkach jest to niemożliwe. Jednak liczy się gest, to że o kimś pomyśleliśmy. Liczy się serce. I za to dziękuję tym, którzy w tym roku choć przez chwilę mnie wspomną. Nawet jeśli tych życzeń końcem końców i tak nie wyślą ;) Dobre myśli też są potrzebne we wszechświecie!

Reasumując, Święta to możliwość pobycia z innymi… bez pośpiechu, bez złych emocji. Wiem, że u niektórych to czas kłótni. Też tak kiedyś było w moim domu, ale zawsze ktoś wtedy mówił magiczne słowa: ej, stop, są Święta. I to wystarczało. O dziwo. Magia Świąt?!

Pora zatem na moje życzenia.

Moi kochani, dziękuję, że odwiedzacie moją Krainę. Ten rok jest też wyjątkowy z tego powodu, że mam te swoje miejsce na ziemi, gdzie poznałam właśnie Was, gdzie potrafiliście mnie dowartościować jak nikt inny. Wspieraliście, dodawaliście otuchy, przyznawaliście mi często rację. I ogromną przyjemność sprawia mi bycie z Wami. Mam nadzieję, że efekt Scarlett będzie trwał nadal ;)

Zacznę od życzeń zdrowia, bo dzięki niemu możemy się spełniać na każdym polu. Co wcale nie znaczy, że życzę Wam spełnienia. Życzę wręcz niespełnienia, byście mieli poczucie, że jeszcze wiele rzeczy do zrobienia przed Wami i by dzięki temu chciało Wam się chcieć. Ponadto cierpliwości do bliskich, dalszych, a przede wszystkim: do siebie samego. Dobrych ludzi wokół, którzy będą Was unosić, a nie sprowadzać do parteru. Którzy będą Waszą ostoją w niepewnym czasie i chwilą szaleństwa w stagnacji. Życzę Wam, aby świąteczne potrawy pachniały miłością, a Wasze serca biły w tym czasie w rytm niezmąconego szczęścia. Co do kolejnego roku… Oby był jeszcze lepszy niż poprzedni i pełen sukcesów na każdym polu. By w Waszych sercach zagościł spokój i byście wierzyli w siebie oraz innych. Radujcie się najmniejszym szczęściem i bądźcie dumni z tego, jacy jesteście. Nie żałujcie niczego, bo wszystko przecież dzieje się po coś. Róbcie to, co sprawia Wam radość. I róbcie tego dużo. I pamiętajcie, dobro wraca, może nie z tego samego kierunku, ale jakąś pokrętną drogą na pewno wraca :)

na bloga

Całuję Was Przedświątecznie, Świątecznie i Noworocznie ;*

Wasza Scarlett!

 

Mikołajkowe życzenia od Scarlett!

W planach mam dosyć mocny post, bo wiele rzeczy znowu mnie porusza i nie chcę przechodzić obok nich obojętnie. Wręcz mi nie wypada. Jednak skoro mamy taki świąteczny weekend, to nie chcę psuć atmosfery ;)

Różnie jednak z tymi mikołajkami bywa. Nigdy nie wierzyłam w to, że prezenty przynosi mi Mikołaj. Nigdy też nie było to dla mnie jakoś specjalnie ważne święto w kalendarzu. Chyba, że w liceum, bo mieliśmy taką tradycję: gdy miało się na sobie np. czerwony sweterek, nie było się pytanym. O niebiosa! ;) Niektórzy uważają, że to niepotrzebny zwyczaj zapożyczony oczywiście z USA. Bo niby skąd indziej ;) Inni optują za tym, że przecież prezenty przynosi dopiero w Wigilię: Dziadek Mróz, Dzieciątko, względnie jakiś bliżej nieokreślony Aniołek.

Nie uważam, że to święto jest beznadziejne, bo swój sens ma. Tym bardziej, jeśli wczytamy się w życiorys św. Mikołaja z Miry.

Co do samych prezentów, oczywiście kocham je dostawać, choć w ten grudzień jedynym moim życzeniem jest po prostu zdrowie i możliwość spełniania się na wielu polach. Z resztą, gdy będzie zdrowie, będzie wszystko. Moja rodzina jest zaskoczona, że nagle na szczycie mojej hierarchii wartości znalazło się właśnie ono. Ale chyba dopiero teraz zobaczyłam, że bez zdrowia wszystko jest bez sensu. Bo jest bez sensu.

Pisze do Was świątecznie już dzisiaj, bo w niedzielę jakoś nigdy nie mogę się skupić. Ma ona zawsze specjalny przebieg. Wspólna kawa, wspólne gotowanie obiadu, wspólne jedzenie, wspólne winko albo cóś. Ogólnie brak chwili samotności. Ale dobrze, że choć jeden taki jest, kiedy to można poczuć się tak bardzo kochanym i tak bardzo dopieszczonym obecnością bliskich.

Śmieszy mnie zawsze w tym okresie określenie, że Mikołaj jest taki radosny, bo zna adresy wszystkich niegrzecznych dziewczynek. Dzisiaj do tych humorków związanych z nadchodzącym dniem, doszły słowa jednego dziecka, które po informacji, że w nocy przyjdzie Mikołaj z prezentami, zaczęło zanosić się płaczem i powiedziało: nie chcę by obcy facet chodził po naszym domu.

Jakkolwiek jest to dla mnie święto ciut obojętne, mimo wszystko mam dla Was życzenia. Życzę wszystkim ciepła w sercu. Po prostu. Nawet jeśli wokół chaos, burza śnieżna, zamęt. Najważniejsze by w tym wszystkim znaleźć choć jeden punkt zaczepienia. Te przysłowiowe światełko w tunelu. Które rozgrzeje najbardziej zagubione serce. A może Wy będziecie tą latarnią dla innych…?

Pozdrawiam Was, Wasza Mikołajka, Scarlett :)

PS. Dorzucam piękny obrazek, który wygrzebałam w Internecie. Trochę mroczny, ale gdy byłam dzieckiem, właśnie podobne kartki dostawałam i wzięło mi się na wspomnienia. I piosenkę, którą pokochałam od pierwszego przesłuchania. Bardzo dla mnie ważną. Bardzo. I też w tematyce. Całuję!

94039_miasto-renifery-sanie-mikolaj



Miło tak przysiąść nad pytaniami, które dają do myślenia :)

Dawno, dawno temu, kiedy to jeszcze byłam wiecznie zabiegana, zostałam nominowana do Liebster Blog Award. Dla niewtajemniczonych…

„Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz je o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.”

Nominowała mnie autorka bloga, której wpisy wywołują we mnie zawsze ogromne emocje. Dlatego też, jak najbardziej go Wam polecam. Wejdźcie, poczytajcie, przeżyjcie wszystko wraz z autorką. Warto!


http://spalonypamietnik.blog.pl/

Nominacja ta pokazała mi, że w sumie to, co robię ma sens. I, że to co robię, robię dobrze. Chociaż raz ;) Poza tym, jest to naprawdę świetna zabawa. A ja lubię się bawić ;)

Także zapraszam do poczytania moich odpowiedzi.

1. Czy to pierwszy i jedyny blog jaki piszesz? Nie jest to mój pierwszy blog. Jednak prowadzenie pierwszego bloga nie sprawiało mi satysfakcji i nie miałam do niego serca. Był on bardziej naukowy, bardziej merytoryczny, ale nie odzwierciedlał w pełni tego, jaka naprawdę jestem. Aktualnie jestem tylko Scarlett, tylko sobą.

2. Czy udostępniasz swój blog bliskim i znajomym? O moim blogu wie garstka moich znajomych. Raczej pozwalam sprawom toczyć się swoim torem i wchodzą tutaj w dużej mierze osoby, których nie znam. I tak mi chyba jest o wiele wygodniej.


3. Na ile odkrywasz się w swoim blogu? Piszę dokładnie to, co myślę. O swoich przeżyciach, przemyśleniach. Nikogo nie udaję, bo nie muszę. Nie mogłabym używać nazwisk, nie używam też imion, bo mimo wszystko chcę utrzymać anonimowość pewnych osób. Nie mówię też kim jestem z zawodu, bo nie chcę by czytelnicy patrzyli na mnie z określonej perspektywy, doczepiając niepotrzebne łatki. Staram się czasem być ogólnikowa aż do bólu. Ale w tej całej ogólnikowości jestem autentyczna.


4. Czy zarabiasz na blogu, ewentualnie czy myślałaś o tym? Myślałam o zarabianiu na blogu, ale szczerze… nawet nie wiedziałabym jak się za to zabrać. Dlatego na myśleniu poprzestałam. Może kiedyś. Chociaż chyba nie jestem stworzona do biznesów ;)


5. Czy inne blogi są dla Ciebie inspiracją? Zdecydowanie. Lubię czytać inne blogi. Czasem jestem zaskoczona jak ich autorzy świetnie potrafią dobierać słowa, co mi czasem się nie udaje. I to daje mi napęd do tego by być jeszcze lepszą i by ktoś kiedyś w końcu powiedział mi: wiesz Scarlett, Ty to masz lekkie pióro ;)


6. Ulubiona postać kobieca z literatury albo filmu. Uzasadnij swój wybór. Scarlett O’Hara z „Przeminęło z wiatrem”. Zdecydowanie. Kobieta pełna sprzeczności, intrygująca, taka jak my wszystkie. Widzę w niej siebie, swoje emocje. I wiem, że zapewne wszyscy domyślali się takiej odpowiedzi ;)


7. Gdybym mogła porozmawiać z postacią historyczną, wybrałabym…… Zastanawiam się nad dwiema osobami. Roskolana. Żona sułtana Sulejmana Wspaniałego. Porozmawiałabym z nią na temat mężczyzn. Potrafiła z nimi postępować i zawsze osiągała, to co chciała. I Sigmund Freud. Cały czas zadziwia mnie jego psychoanaliza. Nie wiem skąd on to wszystko brał :D Może jakby wytłumaczył mi to jakoś łopatologicznie, to bym zrozumiała ;)


8. Najfajniejszy rok w moim życiu to rok…. Ponieważ…. 2009. Zdałam maturę, chwilę potem zakochałam się bez pamięci, by zaraz potem iść na studia. Wtedy wszystko wydawało się takie możliwe, takie realne. Utopia.


9. Najważniejsza książka to …. Może i nie będę oryginalna. Biblia. Gdy nie wiem co mam zrobić, na chybił trafił szukam w niej cytatów. Chyba kiedyś do niej najczęściej zaglądałam. Teraz już mniej. Ale pomagała. Ogólnie dużo czytam. Nawet bardzo. Ale żeby jakaś z książek wywarła na mnie duży wpływ i mogłabym ją nazwać ważną, to niekoniecznie.


10. Najważniejszy film to …. Dziś jestem blondynką. Keith. Pasja. Whiplash. Once. Now is good. Gwiazd naszych wina. Pół żartem, pół serio. Śniadanie u Tiffanyego. Tych filmów jest ogromna ilość. Wiele oglądanych po kilka razy. Jednym zdaniem: uwielbiam filmy stare, z trudną tematyką i muzyczno-taneczne ;)


11. Blog „Pamiętnik spalony wstydem” określiłam jednym słowem jako…… ciarki!

 

A teraz pora na moje nominacje:


http://gratefulblog.blog.pl/
za świetne teksty i lekkość pióra :)


http://ktojestwsrodku.blog.pl/
za to, że pięknie Ktosia pisała, ale ostatnio mało jej mam ;)


http://czytam-opisuje.blog.pl/
za to, że była pierwszą, która komentowała moje wpisy, która interesowała się tym co piszę, a teraz już od dłuższego czasu nie mogę się doczekać na jakikolwiek wpis na jej blogu :( więc pora Cię Olu zmobilizować :)


http://daybyday.blog.onet.pl/
za to, że wreszcie mogę spojrzeć na świat męskimi oczami, męską wrażliwością i nominuję ten blog po to, by jego autor miał jeszcze mniej czasu na rozmyślanie ;)


http://naplaneciezwanejziemia.blog.pl/
kolejny mężczyzna, kolejny punkt widzenia, do którego również nieśmiało zaglądam. A co! Im więcej inspiracji, tym lepiej :)


http://o-powrocie-z-depresji.blog.onet.pl/
za piękne świadectwo tego, jak terapia zmienia życie… coś cudownego. akurat przeczytałam wpisy autorki w momencie, gdy przestałam wierzyć w wiele rzeczy, które według mnie nie miały już sensu.


http://zakazanayowoc.blog.onet.pl/
piękne teksty, które ubrane są w różne emocje. W większości te, które aktualnie targają moim sercem…


http://adewma.blog.pl/
za wszystko! dobrze przysiąść nad tym blogiem i otulić się słowami autorki. A wyliczenie wieku mężczyzny idealnego dla kobiety, majstersztyk :D rozbawił mnie do łez ;)


http://niezwykladusza84.blog.pl/
również ku mobilizacji autorki, bo świetnie pisze, a się nieładnie opuszcza na blogu ;)


http://macierzanka12.uchwycone-chwile.pl/
za postanowienia nienoworoczne ;) bo po co czekać aż do Nowego Roku!


http://karuzela-nan.blog.pl/
za pewien tekst. o wykładzie. ach! wejdźcie tam i poczytajcie :)

A oto moje pytania:

1. Z czego jesteś dumny w swoim życiu?

2. Gdybyś mógł urodzić się w innych czasach, to które by to były i dlaczego?

3. Jak zdefiniowałbyś szczęście?

4. Co najbardziej lubisz w sobie?

5. Gdzie odbyłeś swoją najdłuższą podróż?

6. Jakim mottem w życiu się kierujesz?

7. Gdybyś mógł być kimś innym, kim byś był?

8. Gdybyś posiadał jakąś moc (uzdrawiania, przenoszenia się w czasie, niewidzialności itp.), to jaką chciałbyś mieć i dlaczego?

9. Czy według Ciebie wina zawsze leży po obu stronach?

10. Czym według Ciebie jest osławione „to coś” w drugim człowieku?

11. Czy według Ciebie współcześnie jest jeszcze czas dla autorytetów?

Dziękuję za nominację, Wam za uwagę i wszystkim blogerom za to, że wykonują kawał dobrej roboty! Oby tak dalej!

Pozdrawiam, Wasza Scarlett :)

Nie ma co się rozpisywać… No SORry…

Nawet nie wiem jak zacząć ten wpis. Chyba od tego, że optymistyczna Scarlett umiera. Jak tak dalej pójdzie, to zmieniam imię i staję się pełnowartościową pesymistką.

W Krakowie dotknęły mnie skrajne emocje. Bo i radość i smutek… i miałam okazję popłakać się i z pierwszego i z drugiego powodu. Oczywiście, w domu, prawda póki co nie wyszła na jaw. Zrzuciłam wszystko na karb długiego spacerowania. Tylko ja wiem, że na dnie walizki jest płytka, „bransoletka” i wypis z SORu. SOR. Scarlettkowe Ogólne Rozczarowanie.

A przecież Scarlett narodziła się w Krakowie. Miało być pięknie, fantastycznie… I w zasadzie tak było. Zapomniałam tylko o tym, że Scarlett narodziła się gdy leżałam z kontuzją ponad dwa miesiące. Aż mi tęskno do tamtych czasów. Naderwane więzadła kostki. Tylko tyle. Z rozerwaną torebką, ale tylko tyle. Tylko kostka. Tylko. A teraz. Pakiet dwóch kontuzji zlokalizowanych w taki sposób, że wiecznie zastanawiam się jak mam stawać, żeby się nie przewrócić, gdyż chwieję się jak pijaczyna. W tych moich nogach chyba już żadne więzadła nie trzymają. Nie życzę tego największemu wrogowi. Chociaż… :D

PS. Nie wyjeżdżam już nigdzie, nigdy. No, może za 12 lat. A teraz… pora wydorośleć. Hmm… Podobno, gdy zdarzają się takie rzeczy, to znaczy, że Góra chce nam coś powiedzieć… Ciekawe co… Jedyne, co mogłaby mi powiedzieć, to „weź się ogarnij i znajdź pracę”. Kur**! W takim stanie?! Ciekawe jak… A może to nie o te przesłanie chodzi…

Więcej nie mam ochoty pisać. Ale nie martwcie się. Ja tak tylko mówię. Scarlett przeżyje i dalej będzie koncertować. W końcu nie ja pierwsza i nie ostatnia dostałam od życia kopniaka w kolano, w kostkę i Góra wie w co jeszcze…

Całuję, Wasza zakręcona i powykręcana (choć nadal w jednym kawałku) Scarlett ;*

Znalazłam piękną jesień!

Wczorajszy dzień przeżyłam dokładnie tak jak chciałam i dokładnie tak jak planowałam. Maksymalnie wykorzystane 24 godziny i nawet znalazł się czas na krótki spacer. Zero kłótni, niedomówień, cichych dni. Tylko wiosna w sercu i jesień dookoła. Pozdrawiam Was i czerpcie osławionej witaminy D jak najwięcej! A jeśli nie możecie się wyrwać choć na minutkę (na krótką wędrówkę), to przynajmniej wracając z pracy, idąc na zakupy, idąc na zajęcia, rozejrzyjcie się jak jest pięknie. Bo jest!

jesień 11 jesien 222 3333

Miało być o czym innym, ale życie sfalsyfikowało moje zamiary…

Gdybym była dawną sobą… ryczałabym przez kilka dni, kolejne kilka rozwalałabym meble, a po wszystkim poszłabym się napić. Nie no, bez przesady, ale jeśli nie robiłabym powyższych rzeczy, to zapewne tak bym się wewnątrz czuła, jakbym je robiła. Jednak mamy do czynienia z nową Scarlett. W ogóle: Scarlett. Bo przecież Scarlett jest stosunkowo młodą wersją mnie i patrzy na wszystko, co się dookoła niej dzieje, trochę innym spojrzeniem. I to nie tylko za sprawą niebieskich soczewek kontaktowych. Scarlett po prostu zaszlochała raz, a porządnie i od razu w jej głowie pojawił się plan na przyszłość. Tym razem uniosę się dumą. Nie będę błagała o litościwość i Bóg wie, co jeszcze. Nie będę się korzyła przed kimś, kto zwyczajnie nie zasługuje na choćby najkrótsze moje spojrzenie. Ja nie mam się czego wstydzić. A oni niech się puszą, że są tacy wspaniali, że wszyscy biegną, by tylko całować ziemię przed ich stąpającymi stopami. Proszę bardzo, ale cieszę się, że Bóg jest Bogiem sprawiedliwym. Co może brzmieć zbyt dumnie, jak na fakt, że ja i wiara już dawno się rozminęłyśmy. Jednak w to, co przed chwilą napisałam naprawdę wierzę. Nie będę się też mścić, bo po co. Co nie zmienia faktu, że życzę im jak najgorzej. O może, chociażby… żeby ktoś był wobec nich dokładnie taki, jacy oni byli wobec mnie. A mniemam, że to w ich bujnej karierze bardzo prawdopodobne, wręcz pewne.

Kiedyś, w podobnych sytuacjach, miałam utarte schematy zachowania. Gdy ktoś zaszedł mi za skórę, wydarłam się na niego, wyrzuciłam wszystko co miałam, potem przyszły wyrzuty sumienia i kulturalne przeprosiny z mojej strony. Zazwyczaj kończyło się to na tyle dobrze, że do dziś potrafię tym ludziom spojrzeć w oczy. A oni nie mają mi nic za złe. Były też sytuacje, gdy nakrzyczałam i nie przeprosiłam, ale za to nie żałuję, bo zwyczajnie zasługiwali. Teraz spotkałam się ze zgoła nową rzeczywistością. Nowe rządy, nowe schematy i dwaj nowi wrogowie. Do pierwszego wyciągnęłam rękę, ale spotkałam się z pustką. Drugiego o coś poprosiłam, ale spotkało się to z murem milczenia. Umarłam. Dla niektórych osób po prostu umarłam. Szkoda tylko, że oni w moim życiu odchodzą jakąś powolną agonią. Zbyt powolną. Najśmieszniejsze jest to, że ja, która niby tak znam się na ludziach, zawsze widziałam w tej dwójce osoby, którym mogę zaufać. A moja mama, pomimo że nigdy nie widziała ich na oczy, od razu czuła, że coś jest nie tak. Ale ja byłam głupia… Oczywiście nie powiem jej, że miała rację, bo latała by przynajmniej metr nad ziemią ;)

Spojrzawszy na obydwu dość obiektywnie, to była dwójka zadufanych w sobie osób, tak pewnych siebie, że aż buchało. Dla nich nie liczył się nikt, tylko oni sami i ich własne interesy. A ja im ufałam! Choć było w nich więcej kłamstwa, niż mogłam się spodziewać. W ich oczach widziałam, że nie są fair, ale kto by pomyślał, że oczy są zwierciadłem duszy. Cóż, przejechałam się na ludziach. Nie pierwszy raz, zapewne nie ostatni. Przynajmniej zmniejsza się liczba osób, którym za kilkadziesiąt lat zapalę świeczkę na grobie. Matko, źle mieć we mnie wroga ;)

A w tym wszystkim chodzi po prostu o SZACUNEK. Zapewne kiedyś o tym już wspominałam, ale jestem rozdrażniona i nie zamierzam czytać wcześniejszych swoich wpisów. Tak też, na szczycie mojej hierarchii wartości od dłuższego czasu gości SZACUNEK. Wszystko przez to, jak zostałam potraktowana przez niektóre osoby. Osoby, które z tytułem doktora powinny raczej zmywać naczynia, a nie mieć stały kontakt z ludźmi. Choć aż żal mi tych naczyń na samą myśl, a przyznam, że mycie naczyń stało się moim ulubionym domowym obowiązkiem :D

Ale ostatnio w przypływie miłosierdzia do ludzi, usiadłam sobie przy kawce i myślę: ale naprawdę na szczycie hierarchii stawiasz SZACUNEK?! A to nie ma czegoś ważniejszego w Twoim życiu?! Nie wiem: miłość, przyjaźń, zdrowie?! Dziś się przekonałam, że to jednak SZACUNEK jest najważniejszy. SZACUNEK. Wymagałam tak niewiele. Nie oczekiwałam długiej rozmowy, zrozumienia, miłosierdzia… W zasadzie wymagałam kilku słów. Coś w stylu: nie ma sprawy, niestety nie mogę pomóc, albo coś… Wiecie, może i nie jestem doktorem habilitowanym, ani rehabilitowanym, może nie ukończyłam sześciu kierunków, w tym prawa i pedagogiki. Może mam tylko 25 lat. Może i jestem dla niektórych nikim. Zdaję sobie z tego sprawę. Ale sama, jakieś odrobiny szacunku zawsze wobec wszystkich wysyłam. Nawet wobec tych, którym to się nie należy. I poczułam się oszukana i naprawdę przez sekundę poczułam się nikim. To nie pierwszy raz w tym roku :D I za każdym razem znoszę to coraz godniej! :)

Bawi mnie ta cała sytuacja, bo dopiero teraz widzę, że wszystkie decyzje, które podjęłam były słuszne. Ale też już wiem, że czasami przeprosić kogoś lub poprosić o coś wcale nie jest takie słuszne… Ja wyciągnęłam rękę, spotkałam się z pustką. Chciałam wiedzieć więcej, spotkałam się z chamstwem. I choć sama sobie potrafię spojrzeć w oczy i nie mam już sobie nic do zarzucenia, to mimo wszystko to boli. A najgorsze, że ja tym osobom chyba przez ostatnie lata najbardziej ufałam. Najbardziej. Jeśli ktoś mi kiedyś powie, że jestem zgorzkniała, jestem chamska i w ogóle nie mam poszanowania do ludzi, to proszę bardzo. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom. I dobrze jest mieć ten wytrych w stylu: moja noga więcej tam nie postanie. Ja dla nich umarłam już dawno, oni dzisiaj. Dokładnie dzisiaj. Tę datę sobie zapamiętam.

Dobra, ale blog jest o optymizmie. Jaki z tego pozytywny wniosek? Po pierwsze, przynajmniej wiem z kim miałam do czynienia. Po drugie, będę bardziej ostrożna wobec ludzi. Już nikogo nie obdarzę zaufaniem, jeśli na to nie zasłuży. A po trzecie, kiedyś, gdy ktoś zaszedł mi tak ostatecznie za skórę, moja mama powiedziała mądre słowa: nie mów jej dzień dobry, ona na to nie zasługuje. Może brzmi to śmiesznie, ale ta kobieta chyba zauważyła moją awersję i sama zaczęła pierwsza mnie witać. Jakaż łaskawa. Z nimi też już nie będę się witać. Choć wiem, że nigdy ich nie spotkam. W końcu jestem nikim, to nawet jak się miniemy na ulicy, jest duże prawdopodobieństwo, że mnie nie zauważą. Miło.

Uspokoję Was. Myślicie zapewne, że piszę co innego, a myślę co innego. Prawda jest taka, że ta cała sytuacja kopnęła mnie w serce. To fakt i nie zamierzam z tym polemizować. I jestem zaskoczona, że aż tak bardzo pomyliłam się oceniając wcześniej ich tak pozytywnie. I źle się z tym czuję, ale to nie powód, by się załamywać. Dwaj faceci. Dwaj sympatyczni faceci. Z pozoru. Dwaj, którzy na swój sposób okazywali, że nie jest im obojętne, co o nich myślę. Że moja osoba nie jest dla nich obojętna. Z pozoru. Ale jak to mówią, pozory mylą, ludzie zawodzą, a karawana jedzie dalej. Co do karawany, to smutne, że umierają dobre osoby, a zostają na Ziemi takie dwa pasożyty. Szkoda, że nie można ponegocjować ze Śmiercią i zrobić jakąś intratną wymianę. Nie zrozumcie mnie źle. Nie życzę im śmierci, tylko dostrzegam brak sprawiedliwości na świecie. Jest mi smutno, jest mi przykro, czuję się z tym wszystkim jak jakiś niedopałek papierosa rzucony w kąt, albo niechciane fusy po kawie. Ale widocznie tak miało być. I tak dalej kipię optymizmem, bo mogę ;)

Ostatnio, jakby w sam raz na tę okazję, słyszałam słowa o tym, że gdy ktoś nas zrani, to ten jego uczynek należy zapisać na piasku, by wiatr przebaczenia mógł go zmieść. Jednak dobre uczynki wobec nas należy wyryć na skale, by przetrwały. Ja tak szybko nie zapominam. Niestety. Gdybym miała okazję ich jeszcze spotkać, to zapewne byłabym dla nich wielkim wyrzutem sumienia. Niech się cieszą, że to miasto jest za duże, na to by choć na chwilę spojrzeć sobie w oczy. Jednak pamiętam też to, co dobre. Więc wyryję na skale i to i to. Będzie co wspominać na emeryturze.

PS. I znów okazuje się, że mam miękkie serce, ale twardy tyłek. Grunt, że nie odwrotnie i pstryczki dla mnie. I pamiętajcie moi drodzy, co Was nie zabije, to uczyni Was silniejszymi! :) Pozdrawiam!