Grudzień 2015
N P W Ś C P S
« lis   sty »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

Miesięczne Archiwa: Grudzień 2015

Jeszcze nowy rok się nie zaczął, a ja już wiem, że nie uda mi się rzucić palenia…

Stęskniłam się za pisaniem i za przekazywaniem dobrej energii, także oto jestem ;) Drogi Pamiętnikarzu… Nadal jestem w szoku, że (pozwolę sobie zacytować) „w moich słowach można znaleźć wskazówki do bycia szczęśliwym” I jak Cię tu teraz nie zawieść?!

Dziękuję Wam też za życzenia śwąteczno-noworoczne. Oby się spełniły! :)

Jeśli zaś chodzi o czas okołoświąteczny… Był bardzo udany. Wreszcie mogłam pośpiewać „Bracia patrzcie jeno” bez zdziwienia na twarzach innych osób ;) Ach, bo Wy nie wiecie… Kiedy się denerwuję, albo nad czymś zastanawiam i mam problem z poskładaniem myśli, to śpiewam właśnie tę kolędę ;) Nie wiem czemu. To trochę tak jak z powiedzeniem „jest moc, są kredki”, które na stałe weszło w pakiet powiedzeń moich i przyjaciółki. Nie wiem czemu kredki. Kiedyś jeszcze mówiłyśmy: „lipa… gorzej niż masakra”. Skąd my to bierzemy… ;)

W Święta czekałam na cud. Czekałam na zdrowie. Nie doczekałam się, ale jeszcze jest szansa ;) Jednak inne cuda się zdarzyły. Chociażby, wyrobiliśmy się ze wszystkim grubo przed Wigilią. Zrobiłam też moc zakupów potrzebnych na Święta. Gdy byłam zdrowa to wydziwiałam, że po co ja mam to robić, że sama w tym domu nie mieszkam. A tym razem się oferowałam, chciałam być przydatna. Nawet (!) byłam miła. Nie kłóciliśmy się. Mama pochwaliła mojego Męża <3 To się dawno nie zdarzyło :D Dostałam też życzenia od niespodziewanej osoby, a mianowicie od przyjaciółki, z którą nie miałam kontaktu już hoho i jeszcze trochę. Magia Świąt. A jednak. Ponadto moje Święta upłynęły pod znakiem poniższej piosenki…



Przyznam, nigdy jej nie lubiłam. Aż tu nagle! Magia Świąt :D 

Z resztą na fotce macie moje Święta w telegraficznym skrócie. Choinka, stroik, żłóbek ze świeczkami i opłatkami… Wszystko okupione okropnym bólem, ale było warto. Aniołek, który znalazł nowego właściciela. Kartka, która mnie urzekła swoją prostotą, choć też nie dla mnie. Cycki :D Nie wiem czemu, ale wszystko się wokół nich ostatnio kręci. Najpierw, dzięki mojemu tekstowi o s(k)utkach, Mała Mi poznała Blogera82. Co za tym idzie, na Blogera82 ta znajomość bardzo dobrze podziałała. Także jestem tym bardziej dumna z mojej Krainy. Łączy ludzi i działa podświadomie… terapeutycznie? Chciałabym… No ale do rzeczy… Potem moja moja mama wiecznie powtarzała: ale Ty masz cycki, Ty wrzuć je na bloga, to będziesz miała więcej lajków :D Wredota! Tak jakbym pisała bloga dla polubień. Piszę, bo to sprawia mi przyjemność. I wreszcie mam gdzie się wygadać. Potem włożono mi jemiołę w dekolt i od razu pomyślałam, że to dobry patent na życzenia prosto z serca ;) I to dosłownie z serca ;) To tak żebyście się pośmiali i pomyśleli, że Scarlett ma fiu bździu w głowie ;) Odstępstwa od normy w moim życiu to… norma ;) Są też dedykowane życzenia, czyli przepiękna płyta „Scarlett”. Tyle emocji jest w niej zawartych, że za każdym razem czuję się otulona słowami. I wspominam. Jak było pięknie, dobrze. I jest pięknie. I mój przesławny Słoik. Rok się powoli kończy. A tam jest masa wspomnień. Tych niepowtarzalnych. Ich odczytywanie zostawiam na gorsze dni, choć mam nadzieje, że takie się nie zdarzą. A w tym roku kolejny raz pokuszę się o założenie Słoika Szczęścia. Zobaczymy czy nadal potrafię znaleźć w każdej sytuacji choć trochę optymizmu.

mhyyym

A jeśli chodzi o refleksje z tegorocznego Słoika… Na początku było ciężko. Bywały takie dni kiedy nic się nie układało, a ja musiałam myśleć pod koniec dnia, co też z tego dobrego wyszło. Potem się rozkręcałam. Nawet zwykła kawa potrafiła poprawić mi humor i wieczorem uśmiechałam się do tych moich wspomnień. Dlatego tak z pełną świadomością głoszę wiecznie, że jestem szczęśliwa. Oj, bo jestem. Z resztą obecny rok już od Sylwestra miał być imprezowy i radosny. Nie był. Ale jak się rozkręcił, to aż miło. Także wiem, że styczniem nie ma się co zrażać. I 2016 będzie najlepszym (jak do tej pory). O! Intuicja mnie często nie zawodzi, także kto wie…

Mam jednak postanowienia. Choć nie jestem ich fanką… Bo wątpię czy komuś udało się nie jeść słodyczy, nie pić, nie palić, codziennie ćwiczyć, schudnąć 10 kilo i nie wiadomo co jeszcze (i to naraz!). A uwierzcie, niektórzy moi znajomi chcą to zrobić jednocześnie. Co jeszcze postanawiają… Że znajdą męża/żonę? Dostaną wymarzoną pracę? Przecież to wiadoma rzecz i kiedyś zapewne nastąpi. Przynajmniej optymiści powinni w to wierzyć ;) Ja przykładowo wiem, że nie rzucę palenia. Nie rzucę! I już! Nie dlatego, że już jestem strasznie uzależniona i nie można mnie odciągnąć od paczki. Nie dlatego, że gdy się stresuję, tylko papierosy mnie uspokajają. Nie dlatego, że mam tyle dobrego seksu, że nawet sąsiedzi idą sobie zapalić tuż po. Nie… Po prostu, nie palę, to co mam rzucać :P

A tak bez żartów. Wiem, że postanowienia muszą być realne, ich realizacja powinna przebiegać metodą małych kroków. Nie należy załamywać się porażkami, bo też są po coś. Można się dodatkowo nagradzać za każdy mały krok. I tak dalej. Wiele zasad, do których nie zawsze się stosuję, bo wiecznie uważam, że na moim życiu najlepiej znam się ja sama ;)

Patrząc na wspomnienia, na mój Słoik… Coraz bardziej się określam. Określam to kim jestem, do czego chciałabym dojść, co chciałabym po sobie pozostawić. Choć wszystko jest jeszcze takie mgliste, wierzę, że jestem na dobrej drodze. Chyba właśnie w tym roku zrozumiałam, że szczęście jest w moich rękach, że zależy ono od mojego punktu widzenia. Że małe radości też są piękne. Że to ja kreuję swoją rzeczywistość. W moich wspomnieniach często przewijają się różni ludzie. Ich nazwiska są na tych moich kolorowych karteczkach. Wtedy tak wiele zależało od tych, którzy mnie otaczali. Czy ktoś mnie zaakceptuje, czy będzie się do mnie uśmiechał, śmiał z moich anegdot. Teraz kiedy wrzucam kartki do słoika widzę, że szczęście daje mi to, co sama zrobię. Dałam komuś prezent, powiedziałam coś miłego, posprzątałam dom, przeszłam tyle i tyle kilometrów. Kiedyś tak na to nie patrzyłam. Jak to ostatnio stwierdziła moja rodzina: DORASTAM! :D

Hm, jeśli chodzi o kolejny rok w moim wykonaniu… idealnie opisuje go piosenka Braci. Wczoraj ją usłyszałam i powiedziałam sobie: tak chcę żyć. Oto ona.

 https://www.youtube.com/watch?v=y0-WiWg8WoY

A werbalizując. Moich postanowień jest masa :D Ale większość rzeczy już robię, także grunt, by tylko to podtrzymać :) By być konsekwentną. Z resztą się zazębiają, także jest szansa, że wszystko pójdzie po mojej myśli. 

1. Żyć po swojemu, nie patrząc na zdanie innych. Wsłuchiwać się w siebie. Przecież intuicja jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. A to w końcu ja najlepiej wiem, jak chcę żyć. Niepotrzebne mi do tego poglądy innych na moje życie. Choć konstruktywne sugestie chętnie przyjmę.

2. Mniej się zamartwiać i mniej narzekać. Pomimo rozbuchanego optymizmu i bezstresowego życia (zawsze każdy mi powtarzał, że po mnie nie widać, że się stresuję…), kocham czarne scenariusze. Typu: a co jeśli czeka mnie operacja? Co jeśli nie wystarczy mi pieniędzy do pierwszego? Co jeśli za trzysta lat spadnie na Ziemię asteroida? Przesadziłam :D Ale wiecie o co chodzi. Po co martwić się tym, co w ogóle nie nastąpiło i może nigdy nie nastąpić. Pff ;)

3. Wierzyć w niemożliwe. W tym roku często nie wierzyłam. Były sytuacje kiedy chociażby na tydzień przed koncertem bilety były wyprzedane. Lamentowałam. Zanosiłam się płaczem. I wtedy na gumtree znalazłam wymarzone ogłoszenie. Niemożliwe jest możliwe. Wszystko jest możliwe, póki żyjemy :)

4. Dbać o siebie. Trochę egoistyczne te moje postanowienia. Ale to w końcu JA mam być szczęśliwa. Chciałabym pić więcej wody, co przy hipotonii jest zbawienne, ale ciągle ostatnio o tym zapominam. Dbać o włosy, nóżki, o wszystko. Wysypiać się. Ogólnie, wpływając na zdrowie fizyczne, polepszyć stan psychiczny i odwrotnie. Tak holistycznie! :D

5. Być szczęśliwą. Górnolotne. Ogólne. Ale najlepiej wiem, co daje mi szczęście, także nie pozostaje mi nic innego, jak nieustannie do niego dążyć.

6. Robić to, co kocham. Tańczyć, śpiewać, spełniać się, wkurzać ludzi :D Nie no, znowu przesadziłam ;) Za dobry humor dzisiaj mam :D

7. Poświęcać więcej czasu bliskim i trochę dalszym. Bo szczęśliwa ja, to ja mająca chwile samotności, ale też masę chwil wśród ukochanych. Da się zrobić :)

8. Znaleźć miejsce na Ziemi. Może pokochać. Chyba wreszcie jestem otwarta na to, co przyniesie los. Może nie do końca gdzieś osiądę na stałe, ale może wydepczę ścieżkę ku przyszłości. Znów górnolotnie… 

9. Zrozumieć jaką mam misję na tym świecie. O dziwo, do końca jeszcze tego nie wiem. Ale się dowiem.

10. Mniej mówić, więcej robić. I aby wróciła moja dawna odwaga. Drodzy, to były czasy. Mówiłam, co dyktowało mi serce, nie żałowałam swoich decyzji, słów. I tak znowu będzie. Przynajmniej się postaram.

11. Nie porównywać się do innych. Bo on jest taki bogaty, a ona jest w moim wieku i ma już pięcioro dzieci. No i co z tego…?! A czy Ty Scarlett nie jesteś szczęśliwa? Jesteś! I po co te gderanie…

12. Często się uśmiechać. Bo nigdy nie wiem, kiedy spotkam swojego wroga ;)

13. Często dziękować i prosić. Akurat nie mam tego opanowanego do perfekcji ;)

Jak już wiecie, zamierzam znów prowadzić swój Słoik. Także powyższe postanowienia zapewne będą się w nim przewijały pod różnymi moimi zachowaniami, zdarzeniami… Jeśli chcecie też może założyć taki słoik. Może to być nawet kartonik. Niekoniecznie muszą to być chwile, które przyniosły nam uśmiech. Możecie tworzyć własne, autorskie, kreatywne wersje. Na przykład… Błędy, na których się czegoś nauczyliście. Wasze zachowania, słowa, z których jesteście dumni. Nazwiska osób, którzy byli dla Was życzliwi. Istotne dla Was cytaty. A może jakieś zadania dla siebie na rok 2017? Wyciągalibyście kartki dzień po dniu i musieli zrealizować swoje pomysły.

Inną propozycją jest list do siebie. W zeszłym roku takowy napisałam. Do Siebie z Przełomu 2015/16. Można w nim napisać jak minął zeszły rok, jakie są nadzieje na kolejny, plany, cele. Właśnie go czytam. Mam w nim słowa, że pisząc ten list słucham kawałka „Scarlett”. Prorocze, bo w kwietniu już na dobre przylgnęłam do tego imienia. Także list też polecam. Tylko nie miejcie wygórowanych celów, bo za rok się tylko załamiecie, jeśli coś Wam nie pójdzie ;) Fajnym sposobem jest też mapa marzeń. Można ją wykleić, wyrysować i powiesić w widocznym miejscu. Oraz konsekwentnie dążyć do realizacji. I jeszcze wiele różnych pomysłów, które Wy znacie najlepiej ;)

PS. To będzie nasz dobry rok! Mówię Wam! Wasza prorokini, Scarlett ;)

Kolejny PS. Moi drodzy, kochani, uroczy sąsiedzi… Gracie mi już po nerwach. A wiecie jaka jest złota rada? Nie irytuj sąsiada! Z tego co mi wiadomo cisza nocna trwa od 22:00 do 6:00. I ja się do tego stosuję, bo dopiero po 6:00 włączam radio trochę głośniej. Także proszę mi o 23:00 nie pukać młotkiem. Bo co jak co… Ale w nocy to się „puka” własną żonę, a nie młotkiem w ścianę. Dziękuję za uwagę. Bo rozjuszona Scarlett, to Scarlett, która się mści. Więc radze uważać. Amen!

 

 

Przedświąteczne zawirowanie życzeniami okraszone :)

Z racji tego, że dostaję prezenty przez cały rok, tym razem otrzymałam piękny, elegancki organizer na rok 2016. Taki profesjonalny, w sam raz na nowy początek. I w zasadzie, niczego mi więcej nie potrzeba.

Tak, zdecydowanie jestem w takim momencie swojego życia, że nie czekam na żaden happy end, tylko na szczęśliwy początek. Oczekiwanie te ostatnio okrasiłam ponad dwugodzinnym płaczem, po czym postanowiłam posprzątać swoje życie. Począwszy od… własnego pokoju. Ta czynność trochę ustabilizowała mój nastrój i uporządkowała wewnętrzny chaos, którzy gdzieś tam zagościł w Scarlettkowej duszy.

Jednak zanim się jakoś poskładałam, miałam trudne chwile. Zaczęło się od euforii, od kochania życia, od nadziei, że wszystko idzie ku lepszemu. Skończyło się na mrzonkach i właśnie na łzach. Próbowałam zagłuszyć je wspomnieniami, jakie to ja miałam cudowne życie i piękny rok, ale to tylko pogarszało sytuację. Więc zaczęłam marzyć o tym, gdzie to ja nie pojadę i czego to ja nie dokonam w swoim życiu. Też nie wyszło najlepiej, bo skąd mam wiedzieć kiedy te chwile nadejdą i czy w ogóle.

W tamtym momencie wydawało mi się, że sobie na to wszystko zasłużyłam. W końcu tyle osób daje mi to do zrozumienia swoim brakiem obecności. Zasłużyłam na to, by iść do sklepu pół godziny, a nie jak niegdyś: pięć minut. Zasłużyłam na spojrzenia ludzi mijanych na ulicy. Spojrzenia pełne litości, współczucia, pokazujące, że jestem inna i mam ochotę krzyczeć: i co się gapisz do jasnej cholery?! Zasługuję na ten ból, na to, że muszę chodzić ze spuszczoną głową, bo nie mogę sobie pozwolić na postawienie nóg na nierównej powierzchni. I nie zasługuję na poradę w stylu: pamiętaj, patrz pod nogi. Gdyby ostatnio mi o tym nie przypomniano, nie wiem czy bym nie spędziła Świąt z nogami w gipsie, bo na mojej drodze leżała (o ironio) łupina od orzecha. Mam wrażenie, że mój Anioł Stróż już nawet nie śpi…

Boję się, że zgorzknieję, że nadejdzie taki moment i stanę się samotną egoistką. Nikt nie będzie na mnie czekał, a ja nie będę miała już do kogo wracać (i nie będę chciała tego robić). Trochę tak jak w filmie Heidi. Swoją drogą, gorąco go polecam do rodzinnego oglądania. Ciepły, z przesłaniem i przede wszystkim: mądry.

Jednak myślałam o sobie negatywnie tylko przez dwie godziny :D Nic nie poradzę na to, że jestem taka bezkrytyczna wobec samej siebie ;) Potem przyszło te sprzątanie, które ujarzmiło moje emocje. Ludzie niech patrzą, niech gadają, niech odchodzą. Najważniejsze jest to, by wyzdrowieć, tak by kontuzje omijały mnie szerokim łukiem. I by budować kolejne, nowe wspomnienia.

Jestem tutaj dzisiaj, bo przede mną kolejne sprzątanie. Tym razem już wymuszone, a nie z powodu gorszych chwil ;) Potem wyjazd na groby, ostatnie zakupy, ubieranie choinki, robienie stroików, wreszcie gotowanie i kilka ciepłych, pięknych dni w gronie najbliższych. I dużo leżenia plackiem (albo makowcem), bo nie wiem czy po tylu kilometrach będzie mnie stać na coś więcej :D

I jeśli mam zrobić podsumowanie zeszłego roku, bo nie wiem czy jeszcze tutaj zawitam w 2015… to był to piękny rok. Jeden z najlepszych w moim życiu i trudno będzie się postarać o to, by kolejny był lepszy lub nawet w przybliżeniu taki sam. Jednak będę robić, co w mojej mocy. Poprzeczka wisi bardzo wysoko, jednak co to dla mnie :) Ogromną motywacją jest Słoik Szczęścia, który znowu zamierzam założyć, choć poprzednich kartek nie chcę, póki co, czytać ;) I tak, dobrze pamiętam, co tam się znajduje. W zeszłego Sylwestra razem z przyjaciółką życzyłyśmy sobie, by to był bardzo imprezowy rok. Wierzyłam w to z całych sił. I tak też się stało. Nie przesadzę jeśli powiem, że rok 2015 był perfekcyjny. I mogłabym go przeżywać za każdym razem od nowa. Nawet te trzy skręcone nogi i zapalenie płuc. To był rok pod znakiem tańca, dobrej zabawy, koncertów, wyjazdów. Miłości. Zaryzykuję: i oby kolejny był jeszcze lepszy!

Do tego czasu, chcę wybaczyć sobie kilka rzeczy, skoro nikt nie jest w stanie tego zrobić ;) A że święta nie jestem, to myślę, że pobycie ze swoimi myślami dobrze mi zrobi. I ogrzanie się w cieple tej miłości, która teraz będzie emanowała ze zdwojoną siłą. Myślę, że jestem na dobrej drodze, by pogodzić się z tym wszystkim, co w tym roku mnie spotkało, a co nie było zbytnio idealne. I wyciągnąć wnioski.

Jednak nie chcę przedłużać. Kochani moi. Wczoraj słyszałam bardzo wiele mądrych słów. Między innymi o tym, by zastanowić się przed Świętami dlaczego chcemy komuś złożyć życzenia, z jakiej tak naprawdę okazji i czego chcemy życzyć (a najlepiej podobno życzyć innym tego, co sami chcielibyśmy usłyszeć). 

Dlaczego składamy życzenia właśnie tym osobom, a nie innym?

Przyznam się bez bicia, składanie życzeń było dla mnie niegdyś przykrym obowiązkiem. Nigdy nie wiedziałam komu czego życzyć. Było to dla mnie takie grzecznościowe, takie na odwal się. Jakieś wierszyki, proste Wesołych Świąt i kropka. Teraz składam życzenia wybranym osobom. Co roku, obiecuję sobie, że nie złożę życzeń nikomu i poczekam dla kogo jestem ważna :D I zawsze nie dotrzymuję obietnicy, bo gdy dostanę kilka życzeń, też chcę roznosić te dobro dalej i zaczynam sama wysyłać wiadomości do przeróżnych osób. Może to taka… Magia Świąt. Jednak są to zawsze najważniejsze osoby, te które są dla mnie ważne i które chciałabym by o mnie pamiętały i by jakoś miło mnie wspominały. By czuły, że mam je w swoim sercu. Może są tacy, którzy robią kopiuj-wklej-wyślij do wszystkich. Ja tak nie potrafię. Nie wiem czy stety czy niestety ;)  

Z jakiej okazji?

Śmiałam się ostatnio, gdy wymyślałam życzenia, bo mówię do mojej rodzicielki, że trzeba znaleźć zawsze jakiś punkt zaczepienia, zrozumieć o co nam chodzi. A ona na to: jak to, o co chodzi? Pan Jezus się rodzi. Ten rym tak mnie rozbroił i w tak krótkich słowach zawarte zostało wszystko, to co najważniejsze, że chyba lepszego powodu nie ma potrzeby wymyślać ;)  

Jaka powinna być forma życzeń?

Kocham życzenia od tych, od których bym się ich nie spodziewała i o dziwo, co roku takowe dostaję. Zawsze od kogoś innego, mniej lub bardziej znajomego. Kocham też życzenia, które są szyte dla mnie na miarę. Gdy dana osoba wie, czego mi trzeba. Najlepiej oczywiście byłoby złożyć wszystkim życzenia w cztery oczy. W wielu wypadkach jest to niemożliwe. Jednak liczy się gest, to że o kimś pomyśleliśmy. Liczy się serce. I za to dziękuję tym, którzy w tym roku choć przez chwilę mnie wspomną. Nawet jeśli tych życzeń końcem końców i tak nie wyślą ;) Dobre myśli też są potrzebne we wszechświecie!

Reasumując, Święta to możliwość pobycia z innymi… bez pośpiechu, bez złych emocji. Wiem, że u niektórych to czas kłótni. Też tak kiedyś było w moim domu, ale zawsze ktoś wtedy mówił magiczne słowa: ej, stop, są Święta. I to wystarczało. O dziwo. Magia Świąt?!

Pora zatem na moje życzenia.

Moi kochani, dziękuję, że odwiedzacie moją Krainę. Ten rok jest też wyjątkowy z tego powodu, że mam te swoje miejsce na ziemi, gdzie poznałam właśnie Was, gdzie potrafiliście mnie dowartościować jak nikt inny. Wspieraliście, dodawaliście otuchy, przyznawaliście mi często rację. I ogromną przyjemność sprawia mi bycie z Wami. Mam nadzieję, że efekt Scarlett będzie trwał nadal ;)

Zacznę od życzeń zdrowia, bo dzięki niemu możemy się spełniać na każdym polu. Co wcale nie znaczy, że życzę Wam spełnienia. Życzę wręcz niespełnienia, byście mieli poczucie, że jeszcze wiele rzeczy do zrobienia przed Wami i by dzięki temu chciało Wam się chcieć. Ponadto cierpliwości do bliskich, dalszych, a przede wszystkim: do siebie samego. Dobrych ludzi wokół, którzy będą Was unosić, a nie sprowadzać do parteru. Którzy będą Waszą ostoją w niepewnym czasie i chwilą szaleństwa w stagnacji. Życzę Wam, aby świąteczne potrawy pachniały miłością, a Wasze serca biły w tym czasie w rytm niezmąconego szczęścia. Co do kolejnego roku… Oby był jeszcze lepszy niż poprzedni i pełen sukcesów na każdym polu. By w Waszych sercach zagościł spokój i byście wierzyli w siebie oraz innych. Radujcie się najmniejszym szczęściem i bądźcie dumni z tego, jacy jesteście. Nie żałujcie niczego, bo wszystko przecież dzieje się po coś. Róbcie to, co sprawia Wam radość. I róbcie tego dużo. I pamiętajcie, dobro wraca, może nie z tego samego kierunku, ale jakąś pokrętną drogą na pewno wraca :)

na bloga

Całuję Was Przedświątecznie, Świątecznie i Noworocznie ;*

Wasza Scarlett!

 

Quo vadis?!

Kilka dni temu śmieszył mnie szczyt, na którym debatowano nad zatrzymaniem zmian klimatycznych, bądź ich spowolnieniem. Wiecie, tak aby zapobiec topnieniu lodowców, by obniżyć temperaturę… Powodzenia…

I dzisiaj podobna tematyka znów do mnie powróciła. Mianowicie, obejrzałam film „Lucy”. Musiałam, bo cały czas pamiętałam jego świetny plakat i te boskie, niebieskie oczy mojej imienniczki (Scarlett Johansson). Film, sam w sobie, ma swego rodzaju rozmach i jest inny niż produkcje, które do tej pory oglądałam. Nie wiem czy „inny” oznacza tutaj lepszy, gorszy, dziwniejszy. Po prostu INNY. 

Najpierw miałam odruch, by od razu go wyłączyć, bo rychło w czas zorientowałam się, że przecież imię Lucy kojarzy mi się z antropologią, a egzamin z tego przedmiotu tak kochałam, że aż zdawałam go kilka razy :D Jednak się przemogłam i nie żałuję. Film dał mi dużo do myślenia. 

Bo do czego my w ogóle dążymy? Oprócz samozagłady… ;) Mam czasem wrażenie, że im ludzie są mądrzejsi, tym bardziej szkodzą sobie i środowisku. Ewolucja sprawia, iż coraz bardziej się odczłowieczamy. Co by się nawet zgadzało, bo przecież australopitki nie jeździły autami i chyba nie narzekano wtedy na smog… Nie wysadzano też samolotów, nie pakowano ludzi do obozów koncentracyjnych… Zwyczajnie, tłuczono się maczugami, przeklinało się dinozaury (zamiast komary). Ale chciałoby się rzec, coś za coś… Ach i wybaczcie moją ignorancję, bo nie wiem czy dinozaury i australopitki to ta sama era :D Ale nie chce mi się w to głębiej wnikać, bo mam złe wspomnienia z tamtego okresu ;) (czyt. antropologia!)

Oczywiście dziękuję Bogu za to, że cywilizacja, która się rozwija przynosi nam też wiele dobrego. Są lekarstwa (co z tego, że terminy u specjalistów za kilka lat), są niezbędne urządzenia, które bywają zbawienne w medycynie i nie-medycynie. Ale w tym wszystkim jest też tyle zła… I nieważne czy smog, czy topniejące lodowce, ale nieustanna chęć posiadania więcej i więcej i więcej. A jak człowiek ma więcej, to chce jeszcze więcej. I jeszcze… To przeraża. 

Może gdybym używała więcej procent swojego mózgu, ten wpis byłby lepszy :D Ale może to i dobrze, że część moich komórek leży odłogiem lub sobie zwyczajnie obumiera… 

Ciao!

Zostawiam Was z refleksjami lub bez nich.

Pozdrawiam, Wasza Scarlett :)

Zapraszam do Krainy Scarlett :)

Jak widzicie, postawiłam na zmiany. Dzięki Wam. Wielu blogerów pracuje nad swoim małym poletkiem pracy. Postanowiłam więc uczyć się od najlepszych. I jest tutaj…Trochę bardziej vintage. Bardziej przejrzyście. Kobieco? Z resztą… wiecznie coś mi na tym blogu nie pasuje ;) I podziwiam Was, kiedy piszecie mi, że przeczytaliście coś jednym tchem, czy uważacie, że świetnie piszę. Ja tego nie widzę, z każdego wpisu jestem niezadowolona. Do każdego tekstu mogłam się jeszcze lepiej przygotować i lepiej wszystko poukładać, ponazywać, pozastanawiać się nad stylistyką. Ale mimo to, jesteście tutaj i najwidoczniej nie zrażam Was swoimi błędami i niedopowiedzeniami. Pracuję nad tym, ale nadal daleko mi do satysfakcji. Jednak taka już jestem… Ambitna? Rozkapryszona? Niezdecydowana? Niedokładna?

Dlatego też wygląd mojego bloga zmieni się jeszcze nie raz. Wiedzą to ci, którzy są tutaj od początku. Wiecznie coś jest inaczej. Ale taki mój urok. Obiecuję, że mężów nie będę zmieniała tak często jak wystroju bloga ;)

Wystąpiła również zmiana nazwy. Szczerze? „Świat według Scarlett” za bardzo kojarzył mi się z nazwami serialów z rodziną Bundych i Kiepskich na czele. Niedawno powstał pomysł na „Świat oczami Scarlett”, jednak nie patrzę na świat tylko poprzez zmysł wzroku. Częściej sercem, emocjami, całą sobą. A aktualny tytuł jest w stu procentach mój i od razu wiadomo, co można zastać za murami mojej Krainy. Idealnie oddaje fakt, że fundamentem zamysłu tego bloga jest optymizm. Nie obyło się jednak bez mojego imienia. Ze Scarlett mi do twarzy. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. A jeśli chodzi o treść i koncepcję… Nadal będę szła swoim torem. Opisując sprawy, które w jakiś sposób mnie dotykają. Które dzieją się w tym wielkim, ale też w moim małym świecie. Będą różne emocje. Nie zawsze będzie kolorowo i cukierkowo. Bo ja też mam problemy! Tylko w każdym momencie staram się dojrzeć w danej sytuacji coś, co może mnie trzymać przy optymistycznym spojrzeniu na świat i samą siebie.

Gdybym miała się zareklamować osobom, które pierwszy raz natrafiły na Krainę Scarlett, nie wiem jak mogłabym opisać to, co tutaj można znaleźć. Wszystko. Opisuję to, co mnie inspiruje, wkurza, cieszy, to co kocham. Nie ma tematów tabu. Bywają za to skrajne emocje i skrajne opinie. Jest humor, optymizm i afirmacja szczęścia. Refleksje na każdy możliwy temat. Dużo miłości :D Wszystko w rytm uderzeń mojego serca. Czasem przemycam trochę mojej ukochanej psychologii. Chyba raczej w spojrzeniu na świat, niż w teorii, choć i to się zdarza. Scarlett to każda i każdy z nas. Istota o przeróżnych humorach. Raz silna, innym razem słaba. Ciepła, zimna. Z resztą, o wiele więcej jest napisane w innej zakładce. Chętni od razu zorientują się gdzie ;)

W mojej krainie spotyka się teoria z empirią. Nie potrzebujecie dowodu, paszportu, a tym bardziej wizy. Jedyne, co mogę Wam zapewnić, to to, że każdy gość jest mile widziany. Każdego wysłucham, każdemu zapewniam też różnorodność. Nie chcę się ograniczać w jakiejś tematyce. I możecie do mnie wpadać tak często, jak tylko chcecie. Tu nie ma strajków, podatków, manifestacji, embarga, partii. Jest za to ogromna chęć do życia. I chęć do ciągłego parcia do przodu. Zapraszam często, i Panie i Panów :)

Pozdrawiam Was, Wasza Scarlett.

Scarlett i jej przypadki. Za jakie grzechy…

Pisząc ten tekst stwierdziłam, że zrobię sobie przerwę i obejrzę film pt. „Za jakie grzechy, dobry Boże”. Nie żałuję. Fenomenalny! Zaśmiewałam się do łez. A stereotypy w nim zawarte, są epicko pokazane. No i zawsze jest nadzieja, że można się dogadać, choćby z pozoru wyglądało to na mission impossible ;)

Ostatnio długo zastanawiałam się nad tym czy wyrzucić z siebie wszystko, co mam do powiedzenia, na temat tych moich nieszczęsnych niby przyjaciół i niby ukochanej kuzynki. Ale dobrze było się Wam wygadać. I jeszcze cudownie wsparliście mnie, za co jestem Wam ogromnie wdzięczna i teraz wiem, że warto było puścić ich wszystkich wolno. Nad dzisiejszym postem też się zastanawiałam, bo są to luźne wspomnienia. Kiedyś mnie straszyły, teraz mnie bawią. I jeśli miałabym się zastanawiać nad celami tego postu… To zapewne na pierwszym miejscu celem byłaby rekreacja. A nuż się pośmiejecie jakie to ta Scarlett miała historie w życiu. Też trochę ku przestrodze, bo strasznie trzeba uważać na ludzi. I też ku nadziei, że pomimo takich dziwnych historii, na świecie są też wspaniali faceci. Tak, kochane babki, to prawda. Wersja dla facetów: tak, to Wy jesteście wspaniali. 

To zaczynamy. Mężczyzn tych nie mogę nazywać po imieniu, bo licho nie śpi. Określeniami zwierząt czy też cyferek nie chciałam ich nazywać. Żal kogokolwiek i cokolwiek obrażać. Miałam nawet pomysł, by lecieć po przyrządach medycznych, ale za bardzo kocham medycynę. Po DSM czy ICD mogliby się zorientować ;) Wybrałam przypadki. Zawsze wolałam matematykę, a nie j. polski. Więc przypadki jak najbardziej. 

Ale halo, halo, Wy nawet nie wiecie o czym ja, tak na dobrą sprawę, chcę pisać. A chcę pisać o mężczyznach, którzy pojawili się w moim życiu przez pomyłkę. Są to tylko te dziwniejsze przypadki. Nie ma sensu pisać o wszystkich. Dzięki temu trochę mnie poznacie.

Do przypadków dodam jeszcze nazwy Czasownik i Przymiotnik, bo nawet w tym wypadku same przypadki się nie przydały ;)

Lecimy po kolei.

Mianownik.

Dla mnie mianownik to coś podstawowego. Jego przezwisko też oznaczało coś podstawowego. Może stad te skojarzenie. Nie byłam z nim, ale szczerze mnie irytował. Nie możesz jeść tostów, ciastków, pić mleka, robić tego, tamtego. Dupa rośnie. I w ogóle wszystko rośnie. Wiecznie się wymądrzał, ale nie dla mojego dobra, tylko by mnie zirytować. To były czasy gimnazjum, więc myślałam, że końskie zaloty już dawno za nami. Jakież było moje zdziwienie kiedy jego babcia powiedziała mojej mamie, że on nic innego nie robi, tylko w domu wychwala Scarlett. A mnie opierdalał aż miło. Jeśli tak wygląda miłość, to ja pasuję… No dobra, też czasami się na kogoś złoszczę, a tak naprawdę kocham go całym sercem. Ale są granice. Pewnego dnia miarka się przebrała, skasowałam go nawet na fb. Bo teraz, zamiast kulturalnie zepchnąć kogoś ze schodów, to usuwa się ludzi z portali. Ale z drugiej strony, po co mają zalegać na wypielęgnowanym profilu? Dla lajków?! Czy dla poczucia jaka to ja jestem lubiana i znana?! Wtedy on się zreflektował, zaczął mnie przepraszać. Przeprosiny przyjęłam, ale wszystko się skończyło. Teraz, gdy widzimy się na ulicy udajemy, że się nie znamy. Za to jego siostrzenica za bardzo mnie polubiła. Co mnie widzi, to się uśmiecha, zagaduje i robi śmieszne miny. No i masz…

Przestroga? I dla kobiet i dla mężczyzn. Jeśli kogoś kochamy, to dajmy mu to czasem do zrozumienia również dobrym słowem, a nie tylko wrzutami. I kasujmy z facebooka osoby, które są nam niepotrzebne. Bo po co trzymać drewno w lesie. 

Dopełniacz.

Dobrze się złożyło, bo to podobna historia do poprzedniej. Dopełniacz, mężczyzna, który dopełnia sobą kobiety w okolicy. Mówiąc konkretnie: zapładnia. Nie pamiętam bym miała z nim jakąkolwiek styczność. Ale nie o TAKĄ styczność mi chodzi. Ja z nim chyba nawet słowa nie zamieniłam. Może raz? Albo dwa? Sto lat temu? I o ile ja się nim nie interesowałam, to on mną a i owszem. I znów dowiedziałam się o tym w idiotyczny sposób, bo jego mama powiedziała o tym mojej mamie. Teraz na tę matkę patrzeć nie mogę. Na niego też nie. Podobno ostatnio spłodził kolejne dziecko. A ja tylko truchleję na samą myśl, jak te kobiety mogą być takie nierozsądne. I omijam jego samego i jego dom z daleka. A co. Może on rozsiewa plemniki w jakiś inny sposób? Bo nie wierzę jak te 4 czy 5 kobiet mogło się nabrać na takiego… takiego… byka rozpłodowego. Pomijając młode dziewczęta, starsze kobiety też wchodziły z nim w romanse. A on nawet urodą nie grzeszy. Ani pozycją społeczną. Ani charakterem. Takie rzeczy.

Przestroga? Unikajcie takich typów. Kto to wie, czy on w ogóle alimenty płaci czy cóś. Zostaniecie z dzieckiem i klops. I słuchajcie opinii innych na temat facetów. W każdej opinii jest nuta prawdy. Mężczyźni: słuchajcie też opinii na temat kobiet, bo jeśli z 10 osób mówi to samo, to odrobina prawdy w tym musi być.

Celownik.

Gdy w nocy sobie o nim przypomniałam, to aż mi się śmiać zachciało. Miałam wtedy może 17 lat, albo już 18. Wracałyśmy z przyjaciółką z urodzin, czy z jakiejś imprezy. I mamy taki zwyczaj, że zanim się rozstaniemy, to siadamy sobie na przystanku, który jest nieopodal mojego domu. A gdy już się nagadamy, to wtedy się rozstajemy rozchichotane. Nie inaczej było w tym przypadku. I nagle dosiadło się do nas takich dwóch. Mówili ile mają lat, ale kto by to pamiętał. Ja się bałam, że albo nas okradną, albo pobiją, albo zgwałcą. Po głowie mojej przyjaciółki chodziły te same myśli. Byli pijani, usiedli tak blisko, że bliżej się nie dało. Jeden miział moją przyjaciółkę po plecach i opowiadał bajeczki. Mój towarzysz był tak pijany, że ledwo siedział i pamiętam tylko jego nos, bo o mało a by nim we mnie wcelował. I stąd celownik. Myślałyśmy, że szybko się znudzą. Tak się jednak nie stało. Ale w końcu się wyrwałyśmy, obeszłyśmy osiedle jeszcze raz, żeby nie wiedzieli gdzie mieszkamy i poszłyśmy do domów. Ale stracha miałyśmy, bo wiadomo gdzie to się mogło zaczaić…

Przestroga? Jeśli intuicja od razu podpowiada Wam, by zwiewać to zwiewajcie. Nie ma w życiu czasu, by tracić go na takich palantów, którzy nic sobą nie reprezentują… no chyba, że procenty.

Biernik.

Ach, to w miarę świeża historia. Biernik… bo książę biernie czekał na księżniczkę. Chociaż nie biernie… Przecież wokół omamiał inne. Biernik był moim przyjacielem. Nawet nie wiem jak się zaprzyjaźniliśmy. Miły, sympatyczny, dobrze ubrany. I spełniał wszystkie zachcianki… wszystkich dookoła. Był nawet taki okres w naszej krótkiej historii, że mi płacił. Nieważne za co. I nie jest to to o czym myślicie. Ani to drugie też nie. Wszystko chyba by trwało, gdybym… albo wreszcie zgodziła się na seks, albo nie wykryła, że w czasie kiedy ze mną nie rozmawia, interesuje się wszystkimi kobietami dookoła. Co mu zgrabnie wygarnęłam. Nie miał nic na swoją obronę. I przyjaźń jak szybko się zaczęła, tak się skończyła. Z niego to taka męczydupa była. Ostatnio podchwyciłam ten tekst i nawet bardziej mi pasuje niż melepeta. Melepeta to takie słodkie coś jak dla mnie, a męczydupa wręcz przeciwnie. Nie dość, że był nudny, to wiecznie gadał tylko o jednym, a jak chciało się go zapytać o zdanie, to niewiele miał do powiedzenia. Taki zły nie był, bo jak coś chciałaś/chciałeś to leciał na złamanie karku i w mojej obecnej sytuacji szofera z chęcią bym przygarnęła. Ale za te wszystkie uciążliwości… Wolę już sama sobie radzić.

Przestroga? Czasem ktoś się chce z nami zaprzyjaźnić, bo tak naprawdę szuka czegoś innego. Miłości? Naiwności? Wyręczenia w czymś? A samo to, że ktoś jest miły… Czy to wystarcza? W momencie gdy aż zawiewa fałszem?

Narzędnik.

Podobna męczydupa. Narządnik powinien się nazywać. I nie chodzi tu o to, że namawiał mnie do sprzedaży nerek. Było wszystko pięknie ładnie… przez pół roku. Jedliśmy sobie z dziubków, i to dosłownie. Potem dowiedziałam się, że on ma przedziwne skłonności. Że kochał się z kimś w krzakach, z kimś innym w przebieralni, w toalecie miejskiej… Opowiadał mi to z takim zapałem, że aż trudno było uwierzyć. Potem mnie do tego gorąco namawiał wysyłając mi fotki swojego penisa. No nie bójmy się użyć tego słowa. I o ile na początku mnie to bawiło, to potem zostaliśmy tylko przyjaciółmi. Przyjaźń mi pasowała. Lubiliśmy gadać godzinami, potrafił mi pomóc itd. Gdy był w związku, to jeszcze jakoś nam się przyjaźń układała. Jednak gdy związek się kończył, on zawsze wracał do mnie i znowu wysyłał swoje narządy. Nie wiem, jakbym ja penisów się w życiu nie naoglądała i musiał mnie czymś zachęcić. Szkoda, że tak mało miał do zaoferowania… Sytuacja powtarzała się przez kilka dobrych lat, bo ja naprawdę wierzyłam, że on się zmieni i to będzie kiedyś czysta przyjaźń. Ale na szczęście wszystko się skończyło. Bo wreszcie zmądrzałam.

Przestroga? Wiejcie… No chyba, że lubicie porno. Dużo i często.

Miejscownik.

Bo znajdzie Cię wszędzie i o każdej porze. Jego to nawet z imienia nie pamiętam :D Poznałam go idąc ulicą. Niegroźny, choć dziwnie świdrował rozmówcę oczami. Pytał o drogę gdzieśtam. Kulturalnie odpowiedziałam, że nie wiem. Przewodnikiem turystycznym nie jestem. Wywiązała się krótka rozmowa, po której on stwierdził, że dobrze nam się gada. Bo dobrze nam się gadało i nawet brzydki nie był. Wręcz wtedy w moim typie. Wymieniliśmy się telefonami. Po chwili zaczęły przychodzić do mnie SMSy. Że jestem atrakcyjna, bla bla bla i kiedy ta kawa. O ile to było w miarę normalne, potem zaczęły się pytania… czy noszę czasem mini, czy często chodzę w legginsach, czy ubieram majtki. Już zapaliła mi się czerwona lampka. Ale myślę przestanę odpowiadać, to się odczepi. I tak by było. Jednak pech chciał, że chyba po około dwóch tygodniach idę kulturalnie po schodach do mojego domu. Nagle ktoś staje autem, zagradza mi wejście do drzwi i pyta o kawę. Spojrzałam na niego, ciśnienie mi wzrosło ze strachu (ale to dobrze dla hipotonika). Powiedziałam prawdę, że te jego smsy nie przypadły mi do gustu i nici z kawy. Coś tam jeszcze pomarudził i odjechał. Uf. Jednak przez kolejny dzień miałam dziwną manię prześladowczą… Nie polecam.

Przestroga? Nie podawajcie numeru telefonu byle komu.

Wołacz.

O! Długo się zastanawiałam, czy wrzucić go do jednego worka z tymi dziwnymi mężczyznami. Bo nasza miłość trwała dosyć długo. I był dla mnie bardzo ważny. Ale toksyczny. Mimo wszystko. Chciałam go nazwać mammografem, gdy myślałam o medycznych terminach, bo nasza miłość zaczęła się od moich piersi. Zanim poznał mnie, poznał je. Nie pytajcie jak to się stało, no ale sobie pomacał. Co ja poradzę. Tłok był. Potem na niego spojrzałam. Taki przystojny. Uosobienie męskiej atrakcyjności. Bujne ciemne włosy, śniada cera, hollywoodzki uśmiech, szare oczka, pełne usta, duże dłonie. Konie kraść… Po jakimś czasie się poznaliśmy. Okazało się, że nie tylko pisze piękne wiersze, ale też jest wokalistą. Przegadywaliśmy całe noce. Tak uroczo dopieprzał się do moich opisów na GG. Sielanka trwała z rok. O rok za dużo :D Potem wszystko przestało mu się podobać. Moje studia, mój sposób na życie, moje poglądy… I kłótnia i koniec znajomości. I duma. Ale potem kulturalnie się przeprosiliśmy, powiedzieliśmy sobie kilka ciepłych słów. I nadal marzyłam o tym, że jak się rozwiedzie to będziemy kiedyś razem :D Nie, spokojnie, ja go poznałam zanim pobrał się z nią. Nie żebym rozwalała małżeństwa. To nie mój kochanek. Mój Kochanek, to tylko kochanek z nazwy, a nie ze stanu cywilnego. Ostatnio widziałam tego mojego Wołacza. Spojrzał mi głęboko w oczy, ja jemu. On coś krzyczał do kogoś, ja do kogoś. Bo my zawsze lubiliśmy wokół siebie robić dużo hałasu i zamieszania. I widziałam, że on się bardziej wkurzył na mój widok. A ja? Nie poczułam totalnie nic. No, może dumę, że wreszcie nic do niego nie czuję. I nawet jak się rozwiedzie, to wiem, że nic z tego nie będzie.

Przestroga? Bajka nie zawsze jest bajką, a może zamienić się w koszmar… Szkoda tracić czasu dla facetów, którzy zaniżają Twoje poczucie wartości. Od razu mogła mi się zaświecić czerwona lampka, bo te jego cięte riposty, ta ironia… ale kobieta zakochana ma klapki na oczach. Jednak mimo wszystko miło wspominam tamte chwile. Był długo moim ideałem. Po nim zakochiwałam się na krótko, na chwilę, niestabilnie. Ale pozostała mi miłość do wokalistów. I tych, którzy lubią gadać mądre rzeczy. I pisać do mnie po nocach. Ach. 

Czasownik.

O czasowniku mogłabym mówić długo. Bo poznałam go wtedy, kiedy czekałam na kogoś innego. Dla urozmaicenia napiszę Wam historyjkę. To była wiosna jak każda inna. W dzień słońce ocieplało nawet najzimniejszy metal, za to noce były do głębi chłodne i ponure. I właśnie w taki wieczór wyszłam na spacer. Zanim jednak wyszłam, ubrałam się pięknie, zrobiłam pełny make-up. A co! Choć wiedziałam, że wtedy nie mogłam już na wiele liczyć. Przecież się pokłóciliśmy i oboje wiedzieliśmy, że od tamtego momentu nic nie będzie takie same. Mama jeszcze na odchodnym rzuciła: znając życie, on będzie tam na Ciebie czekał. Nie wiadomo czemu to powiedziała. Może tak jak ja czuła, że to coś między nami, to zdecydowanie coś więcej, dużo więcej niż oczekiwaliśmy. A ja na odchodnym powiedziałam: wiem, dziś spotkam miłość swojego życia. I wyszłam. Słońce powolutku zachodziło, ale było jeszcze wystarczająco ciepło. Po drodze widziałam wielu podobnych do niego. Jakby na akord w tę okolicę zjechały się wszystkie jego sobowtóry. Co więcej, czułam go. Czułam go i czułam się dzięki temu bezpieczna. Po krótkim spacerze przysiadłam na ławce. Ściemniło się, zrobiło się chłodno, ale mi to nie przeszkadzało. Zatopiłam się w swoich myślach. Przed moimi oczami kilka razy przeparadował dziwny facet. Znałam go z widzenia i obawiałam się, że w końcu podejdzie i czegoś ode mnie będzie chciał. Czego mógł chcieć? Zapewne się umówić. No przecież. Bo to cudowna ironia. Wreszcie ten facet usiadł kilka ławek dalej. A ja mogłam myśleć o wszystkim, co się wydarzyło. Zastanawiałam się czy coś naprawić, czy zostawić wszystko swojemu biegowi. Uroniłam kilka łez, bo życie było takie niesprawiedliwe. Choć momentami uśmiechałam się do swoich myśli, bo przecież jeszcze z miesiąc temu uważałam, że pora skończyć tę chorą miłość, a raz po raz do niej wracałam. Gdy już pobiłam się z własnymi myślami, gdy odzyskałam względny spokój, i jakie to przyziemne: gdy zgłodniałam i zachciało mi się spać, wstałam. Nagle ktoś za mną krzyknął. Okazało się, że ten facet nadal tam siedział. Było ciemno, ponuro, tylko on i ja na odludziu. Zimno. A on się pyta, jak gdyby nigdy nic, czy umówię się z nim na kawę, a może teraz pójdę z nim na spacer…? Bo wie, że bywam tu często, już nie raz mnie widział. Nie wiedziałam, uciekać czy zaśmiać mu się prosto w twarz. Co mówiłam wychodząc z domu? Że spotkam miłość życia? O ironio. Nie chciałam być chamska i wredna, przecież zawsze taka byłam. Powiedziałam, że się zastanowię, ale nie podałam swojego numeru. Na drugi dzień znów go spotkałam. Dałam mu kosza. Nie wiem po co wcześniej dałam mu nadzieję. Chociaż wiem, myślałam że go już nie spotkam i nie będę musiała kolejny raz dawać komuś kosza. Jednak po tym wszystkim, wracając do domu, uciekając od kolejnego idioty, w myślach pogratulowałam mu jedynie odwagi. Bo ci faceci naprawdę byli odważni, że śmieli zagadać do totalnie obcej kobiety. Jeszcze z takim żałosnym tekstem. I podziękowałam Bogu, że ten, kogo wtedy tak kochałam, jest po prostu normalny. Taki najnormalniejszy. Dziękuję za to, że byłeś w moim życiu choć przez chwilę. Przez chwilę, bo to chyba nie był nawet cały rok. Jakkolwiek to wszystko, co między nami było, było nierealne, to przynajmniej czułam się bezpiecznie. Jak nigdzie. Dziś gdy Cię widzę, nadal czuje ciepło na sercu, choć nie jesteś już mój. Chciałabym kiedyś minąć go tak jak ostatnio swojego Wołacza… podnieść wysoko głowę, wypiąć pierś i stwierdzić, że to była miła przygoda, ale jak dobrze, że już nic do niego nie czuje. I ten uśmiech, bo już wiem, że ta historia jest definitywnie zamknięta. Jednak potrzebuję czasu. Bo jak już go spotkam, nie będzie odwrotu. Będę musiała podjąć decyzję. Albo ciągnąć to dalej, albo usunąć się w cień na zawsze. A boję się, że wniknę w mgłę jego oczu i już nigdy się stamtąd nie wydostanę. Najgorsze, że wiem, że on czeka i będzie czekał. I pójdę kiedyś, być może w to samo miejsce i on tam będzie. Wiem to. Ale jak skończy się ta historia? Pokaże czas, życie, los i miłość. Która póki co pięknie trwa. A Czasownik ponoć ma ostatnio jakieś problemy psychiczne. Mam tylko nadzieję, że nie przeze mnie.

Przestroga? Ciężko mi być obiektywną… W końcu on dał mi do zrozumienia, kto jest dla mnie ważny. Jednak, hm, nie dawajcie nadziei, jeśli wiecie, że i tak ją komuś odbierzecie. Może nieświadomie go skrzywdziłam? Może zraniłam jego uczucia? 

Przymiotnik.

Bez przymiotów. Spotkałam go na swojej drodze po obalonej cytrynówce. Mam ogromnie mocną głowę, więc stwierdziłam, że idę na spacer. I poszłam. Było duszno, ale bez przesady. Byłam na rauszu, więc było mi wszystko jedno. On. Łysiejący, grubo ode mnie starszy, facet bez perspektyw. I zagaduje, że mnie obserwuje od jakiegoś czasu. Że to i tamto, że musiał zagadać. Chapeau bas. I że mnie podprowadzi kawałek. Nie dałam numeru, nie pozwoliłam zobaczyć domu. Uczę się na błędach. Na pytanie co robi w tym mieście powiedział… że tylko mieszka. Jakie to żałosne. Był tak nudny, gadał tylko o pogodzie. Że mu gorąco i za gorąco. Widziałam go potem dosyć często, kończyło się na cześć. Dziwny. Niby zagadał, a potem w ogóle się nie starał…

Przestroga? Jeśli Wam na kimś zależy to walczcie! Bo cóż to za pierwszy krok bez dalszych starań?!

Teraz widzę ile razy to właśnie ja olewałam facetów. W drugą stronę rzadko się zdarzało. Mnie tylko olewają przyjaciele :D Nie ma co się śmiać, to nawet smutne. Ale prawdziwi przyjaciele by nie odchodzili. I to akurat pocieszające :)

Wiem też, że w powyższych sytuacjach nie zachowywałam się idealnie. Bo powinnam od razu wyznaczyć granice, od razu zwiewać, od razu stawiać sprawę jasno, bądź co tam jeszcze. Żeby to nie wyglądało tak, że oczerniam wszystkich wokół, a sama zgrywam świętą. Nie. Doskonale wiem, gdzie popełniłam błędy. I już je wypleniłam ze swojego schematycznego działania.

Jeśli chodzi o wnioski z tego wpisu… Macie je w dużej mierze w przestrogach. Ale chyba najważniejszy wniosek jest taki: doceniajcie swoje życie, swoje związki, to co macie. Moje historie teraz brzmią bardzo lekko i z humorem, bo wszystko działo się dość dawno temu. Ale w samym momencie tych zdarzeń… nie zawsze było pięknie i kolorowo.

Z podziękowaniem dla Panów, którzy otworzyli mi oczy na wiele spraw.

Scarlett. 

Gorszy dzień?

A może lepszy… bo wreszcie zaczynam mówić o ważnych rzeczach, które we mnie siedzą tak strasznie głęboko, że nikt nie jest w stanie ich dojrzeć. Pamiętacie tych dwóch od maili? Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy może ja naprawdę jestem zbyt chamska, czy może rzeczywiście narobiłam wokół siebie tyle złego, że nie da mi się w żaden sposób wybaczyć. Wtedy też przypomniałam sobie wiele osób, którym wyrządziłam krzywdę. Tak, bo ja też czasem ranię… I oni są ze mną po dziś dzień. I to strasznie dziwne, że niektórzy odchodzą ode mnie w najmniej spodziewanym momencie… Bez słowa. Bo po co mówić, no nie? A inni trwają przy mnie, nawet jeśli bym była tą najgorszą z najgorszych.

A psikus jest taki, że od dzieciństwa byłam szalenie lubiana. Mała Scarlett, która nikomu nie wadzi, słucha się wszystkich dookoła i spełnia zachcianki. Po latach pomiatania stałam się na swój sposób buntowniczką i genialnie mi z tym było. Nie bałam się wyrażać własnego zdania. Byłam sobą. O tak, byłam sobą. Jaki luksus. I tą sobą w pewnym momencie znowu przestałam być. Nie wiem kiedy to się zaczęło. Albo nie chcę wiedzieć. Bo po latach uległości, na moment stałam się silna, by potem znowu stać się nikim. Tak, czułam się nikim. I niedawno wreszcie postanowiłam się odbudować, na różnych polach. Jak możecie się domyślić, ludzie którzy mnie lubili, na kolejnych etapach, w zależności kim byłam, ulatniali się. W różnym stylu. Niektórzy twierdzili, że nadal mnie lubią, no ale teraz nam nie po drodze. Inni odchodzili bez słowa. Inni z plotką na pół miasta, że jestem wariatką. Byli mili, cudowni, ciepli, weszliby mi do tyłka, do momentu gdy zachowywałam się zgodnie z ich oczekiwaniami. Jeśli lekko odstąpiłam od normy, sayo nara.

Ostatnio było tak z moją kuzynką. Zaprosiłam ją na pogaduchy, w końcu mi się nie uśmiecha gdzieś iść jak robot, a zwyczajnie się za nią stęskniłam. Ona stwierdziła, że bliżej jej byłoby spotkać się w rynku, niż do mnie jechać. Uwaga, była autem, a mi kazała jechać do siebie autobusem. Bo jej tak wygodnie. Jeszcze się obruszyła, bo przecież jak ja mogłam nie spełnić jej życzenia. Rozumiem, że moja choroba nie sprawia, że po kilkuset krokach umrę. Jednak to jest ból. Ból, który często nie pozwala mi przejść ani kroku, nie pozwala mi spać, nie pozwala mi myśleć. A ja nie jestem ze stali. Niestety. Jak możecie się domyślać, kuzyneczka odeszła z mojego życia… Tak było wiele razy z innymi tzw. cudownymi ludźmi. Gdy wybrałam inny kierunek studiów niż przyjaciółka, inne liceum, inne koleżanki. Gdy tylko przez moment się z kimś nie zgodziłam. Ba, nawet wtedy gdy nie poszłam za kimś do tej samej pracy.

Od teraz to ja będę szczęśliwa i nie zamierzam spełniać cudzych życzeń. To ja chcę wreszcie przejść tę długą rehabilitację, zrobić to i owo ze sobą, dostać genialną pracę i znowu tańczyć. Ja. I wreszcie wiem, co jest dla mnie dobre. Bo patrzę na swoje serce, swoje cele. A nie na marzenia innych o tym, jaka to ja powinnam być. I kiedyś przejdę obok takiego jednego z taką drugą i zobaczą, że jestem wartościowa. Bo widocznie przestałam dla nich taka być, gdy przestałam spełniać ich życzenia. I nie interesuje mnie to. Nie interesują mnie już plotki na mój temat, to że komuś nie podoba się moje wykształcenie, bądź jego niedobór w pewnym zakresie. I co z tego? Jestem fantastyczną, młodą osóbką. Coraz częściej znowu uśmiechniętą. I całe życie przede mną. I tego sobie zazdroszczę. I oni też mi tego będą zazdrościć, o ile mnie poznają kiedyś na swojej drodze. Ja, co do niektórych nie zamierzam się przyznawać, tak jak oni nie przyznają się do mnie. Tak, chcę by mi zazdrościli, bo jestem próżna. A gdy będę szczęśliwa, wszyscy to zobaczą. Bo któż piękniej błyszczy niż człowiek emanujący szczęściem? Nie myślcie, że prę do przodu dla innych. Robię to dla siebie. A miłym skutkiem ubocznym będzie to, że będę tak nieosiągalna, tak pewna siebie, że już nikt nieproszony nie zastuka do drzwi mego serca i umysłu. Bo nie zamierzam wpuszczać tam byle kogo.

Już sobie zazdroszczę, że wreszcie zaczęłam dostrzegać komu mogę ufać, a komu nie. Że doszłam do tego, iż wszystko wokół odbierałam niegdyś jako ogromny problem. Bo, o matko jestem głupia, bo to i tamto, bo ludzie się odwracają. Ci co mają zostać zostają. I wiem na kogo mogę liczyć. I kiedy ostatnio usłyszałam: wiesz kiedy wyglądałaś najlepiej i kiedy najlepiej radziłaś sobie z życiem? Kiedy tańczyłaś. Wtedy coś we mnie pękło. To było z 5 lat temu. Ja wtedy nawet nie chorowałam. Nic, tylko byłam szczęśliwa. I tym szczęściem żyłam. I wiem, że problem istnieje dopiero wtedy, kiedy odbieram go jako problem. Teraz już nie będzie problemów, tylko wyzwania. Czuję się jakbym zrobiła sobie, dawno odkładaną, psychoterapię…

Ach i jeszcze jedno. Na drugi raz, proszę, jeśli wiesz, że w przyszłości odejdziesz z mego życia, weź nie wchodź do niego z brudnymi buciorami. Nie wchodź nawet na bosaka. Odwróć się i żyj swoim życiem. Z resztą oskarżasz mnie, że mam burdel dookoła siebie. Spójrz na swoje życie i swoje problemy.

Można mi teraz zarzucać, że się zbuntowałam, że pokazałam cojones zupełnie niepotrzebnie, że ja wcale nie jestem lepsza, że wszystko teraz zacznę robić na pokaz. Nie. Właśnie teraz jestem sobą. I wszystko, co robię robię dla siebie. A oni niech się patrzą.

I tak, wiem, nie jestem idealna, też popełniam błędy… I może ludzie odchodzą, bo nie mogą ze mną wytrzymać. To po co do tego mojego życia wchodzą?! O takie luźne pytanie… Bo stwarzam pozory?! Jakie?! Nie wiem i nigdy tego nie pojmę. Ale po co się tym przejmować. Grunt, to żyć swoim życiem. A jeśli ktoś chciał mieć laleczkę Scarlett do zabawy, to niestety musi ją sobie sam uszyć. Ja takowym eksponatem nie zamierzam być.

Taksówkarz? Barman? Fryzjer?

Podobno ci powyżsi, to najlepsi terapeuci ;) Oprócz samych terapeutów, oczywiście. I najbliższych nam osób, które jednak zawsze będę stawiała na pierwszym miejscu. Ileż to razy właśnie najbliższa rodzina czy przyjaciele wyprowadzali mnie z dołków i wprawiali w dobry humor… Nie sposób zliczyć.

Jednak czasem każdy z nas jest w nastroju nieprzysiadalnym. Cóż to za nastrój? Łatwo się domyślić. Kto się nie domyślił, niech się nie załamuje, tylko poszuka tego świetnego tekstu w Wujku Google. Poszukajcie, pogrzebcie mu w Internetowych flakach, poczytajcie.

Chyba każdy tak czasem ma. Że jest gorzej, niż gorzej. Ja też. Nawet gdy jestem w takim nastroju, to robię dobrą minę do złej gry, bo po co jeszcze bardziej się pogrążać i dołować wszystkich wokół… Chociaż… czasem smutek czy złość jest u mnie tak wyryty na twarzy, że lepiej nie podchodź ;)

Wczoraj był taki dzień, kiedy jeszcze miałam siłę robić dobrą minę. I mogłam dzięki temu pośmiać się z taksówkarzem, który stanął na mojej drodze. Zaczynam wierzyć, że spotkanie tego jegomościa było dla mnie przeznaczeniem. Rozbroił mnie samym stwierdzeniem, że nie uwierzył w mój wiek, bo według niego wyglądałam tak młodzieżowo. Gdy temat zszedł na mój stan cywilny, jakoś po drodze doszły śmichy chichy o tym, że potrafię ugotować tylko zupę w proszku (co oczywiście nie jest prawdą). Mądry pan powiedział, że mam czas na poważne związki, że nie ma sensu bym brała na męża kogoś pierwszego z brzegu. Jakież to pocieszające. Życzył mi też bym znalazła sobie Masterchefa i miała obiady z głowy ;) Co więcej, myślał, że mieszkam w przychodni :D Mój dom był nazywany willa, ale żeby przychodnią?! Na końcu dodał: ale miło nam się rozmawiało, dziecinko, i od razu jest tak jakoś radośniej.

Zdałam sobie sprawę, że czasem warto nie być mrukiem. Nawet wtedy kiedy życie dotkliwie kopie nas po tyłku. Choć wiem, że nie jest to łatwe. Oj nie jest.

Pozdrawiam, Wasza Scarlett.

PS. Podzieliłam się z Wami tymi wspomnieniami, bo wielu z nas potrafi rozpromienić czyjś dzień. Warto z tej umiejętności korzystać. U mnie i u tego pana zadziałało to w dwie strony, tak, hm, terapeutycznie. Piękne. W malignie niesympatycznych rzeczy, które się zdarzyły, jedno spotkanie i od razu zrobiło się cieplej na sercu.

A na koniec? Na koniec, słowa mojego ukochanego Edwarda Stachury: Przyłapałem się w tej samej chwili na tym, że nie zawsze, nie zawsze oczywiście, ale czasami, jeśli akurat śmieję się, to dlatego, żeby po prostu nie zapłakać.

Mikołajkowe życzenia od Scarlett!

W planach mam dosyć mocny post, bo wiele rzeczy znowu mnie porusza i nie chcę przechodzić obok nich obojętnie. Wręcz mi nie wypada. Jednak skoro mamy taki świąteczny weekend, to nie chcę psuć atmosfery ;)

Różnie jednak z tymi mikołajkami bywa. Nigdy nie wierzyłam w to, że prezenty przynosi mi Mikołaj. Nigdy też nie było to dla mnie jakoś specjalnie ważne święto w kalendarzu. Chyba, że w liceum, bo mieliśmy taką tradycję: gdy miało się na sobie np. czerwony sweterek, nie było się pytanym. O niebiosa! ;) Niektórzy uważają, że to niepotrzebny zwyczaj zapożyczony oczywiście z USA. Bo niby skąd indziej ;) Inni optują za tym, że przecież prezenty przynosi dopiero w Wigilię: Dziadek Mróz, Dzieciątko, względnie jakiś bliżej nieokreślony Aniołek.

Nie uważam, że to święto jest beznadziejne, bo swój sens ma. Tym bardziej, jeśli wczytamy się w życiorys św. Mikołaja z Miry.

Co do samych prezentów, oczywiście kocham je dostawać, choć w ten grudzień jedynym moim życzeniem jest po prostu zdrowie i możliwość spełniania się na wielu polach. Z resztą, gdy będzie zdrowie, będzie wszystko. Moja rodzina jest zaskoczona, że nagle na szczycie mojej hierarchii wartości znalazło się właśnie ono. Ale chyba dopiero teraz zobaczyłam, że bez zdrowia wszystko jest bez sensu. Bo jest bez sensu.

Pisze do Was świątecznie już dzisiaj, bo w niedzielę jakoś nigdy nie mogę się skupić. Ma ona zawsze specjalny przebieg. Wspólna kawa, wspólne gotowanie obiadu, wspólne jedzenie, wspólne winko albo cóś. Ogólnie brak chwili samotności. Ale dobrze, że choć jeden taki jest, kiedy to można poczuć się tak bardzo kochanym i tak bardzo dopieszczonym obecnością bliskich.

Śmieszy mnie zawsze w tym okresie określenie, że Mikołaj jest taki radosny, bo zna adresy wszystkich niegrzecznych dziewczynek. Dzisiaj do tych humorków związanych z nadchodzącym dniem, doszły słowa jednego dziecka, które po informacji, że w nocy przyjdzie Mikołaj z prezentami, zaczęło zanosić się płaczem i powiedziało: nie chcę by obcy facet chodził po naszym domu.

Jakkolwiek jest to dla mnie święto ciut obojętne, mimo wszystko mam dla Was życzenia. Życzę wszystkim ciepła w sercu. Po prostu. Nawet jeśli wokół chaos, burza śnieżna, zamęt. Najważniejsze by w tym wszystkim znaleźć choć jeden punkt zaczepienia. Te przysłowiowe światełko w tunelu. Które rozgrzeje najbardziej zagubione serce. A może Wy będziecie tą latarnią dla innych…?

Pozdrawiam Was, Wasza Mikołajka, Scarlett :)

PS. Dorzucam piękny obrazek, który wygrzebałam w Internecie. Trochę mroczny, ale gdy byłam dzieckiem, właśnie podobne kartki dostawałam i wzięło mi się na wspomnienia. I piosenkę, którą pokochałam od pierwszego przesłuchania. Bardzo dla mnie ważną. Bardzo. I też w tematyce. Całuję!

94039_miasto-renifery-sanie-mikolaj



Zniesmaczenie. Level hard.

Wstałam rano. Wcześnie rano, bo o 4:00. Wstałam na pewnych nogach!!! Po raz pierwszy od prawie miesiąca widzę jakiś postęp. To oczywiście skończyło się łzami. Łzami szczęścia. Zrobiłam kawę. Siadłam przed laptopem. Grzegorz wreszcie sprawił, że mogę być tutaj z Wami. I o ile kiedyś twierdziłam, że Grześki są fajne, zmieniam zdanie. Te kilka dobrych dni bez możliwości blogowania mnie zirytowało. Rozumiem, że sama czasem podejmuję decyzję, że odpoczywam od bloga, ale żeby ktoś odgórnie za mnie decydował? Szczyt!

Właśnie szczyt… Ciągle słyszę, że na międzynarodowej scenie politycznej są jakieś szczyty. Jeden szczyt, drugi, trzeci. Politycy wiecznie szczytują… I niech to robią, byle efektywnie, a nie tylko po to, by pojeść, popić i…poru… no wiadomo ;)

W zasadzie, ten dzisiejszy wpis będzie w dużej mierze związany ze szczytowaniem. Bo o dzieciach będzie mowa.

Wczoraj przypadkowo włączyłam jakiś program w bliżej nieokreślonej stacji telewizyjnej. Ktoś może pomyśleć: wielka fanka, a tu się zarzeka, że przypadkowo. Z resztą, nawet jeśli nie przypadkowo, to przecież jak powiedział niegdyś mój ukochany wykładowca: macie taki zawód, że możecie oglądać wszystko i wszystkim się interesować, bo najważniejsze byście znali różne perspektywy patrzenia na świat. Wszystko jest po coś. Zabrzmiało jakbym była filozofem :D

(Akurat, co do filozofów. Chwila prywaty. Drogi mój… O mały włos wczoraj o Tobie zapomniałam. Zrobiło mi się w nocy strasznie przykro, że cały dzień przebimbałam bez myśli o Tobie. Wiem, że mi wybaczysz. Wiem, że byś się śmiał z tego jak idiotycznie chodzę. Wiem, że jesteś i że będziesz mnie już chronił, bym nie narobiła więcej głupot. Dbaj o moje spokojne sny. Obiecuję, już nie zapomnę! PS. Prezydent ślizgał się na Murze Chińskim. Szkoda, że Ciebie tam nie było, bo byś się pośmiał. No okej, pośmiałam się za Ciebie ;))

Co do mojego wpisu. O dzieci chodzi. W zasadzie o małżeństwa i ich dzieci. Dookreślając. O małżeństwa dzietne z problemami (skoro są bezdzietne, to i chyba dzietne… raczej nie dziecinne). Takie gdzie to on lub ona zdradziło i co teraz…? Albo jest im tak jakoś nie po drodze, ale w końcu w kojcu hasa ich 3 letni synek. I co wtedy? Czy lepiej się rozstać i być wreszcie szczęśliwym? Czy zostać w chorym związku, z górnolotnym stwierdzeniem: będę z Tobą dla dobra Marysi? Och, cóż za poświęcenie, chciałoby się powiedzieć.

Według mnie to jest trochę taki mit, że dziecko bez jednego rodzica jest niepełne. Że gdy dziewczynka dorośnie to szuka ukojenia u dużo starszych facetów, a wszystko przez to, że brakowało jej ojca. Czy ja jestem niepełna?! Czy niepełnowartościowa? Czy zakochuję się to w tym, to w tamtym, bo widzę w nich mojego przyszłego tatuśka, który utuli i zaśpiewa zamiast kołysanki jakiś durny przebój? Czy coś jest ze mną nie tak?! Nie sądzę… Znaczy, każdy jest zaburzony, tylko nie wszyscy są zdiagnozowani, ale bez przesadyzmu (jak to kiedyś zwykłam mawiać).

Wokół mam większość koleżanek i kolegów, którzy wychowywali się bez ojców. Czy to był kiedykolwiek jakiś problem? Nie wyobrażam sobie, gdyby moja mama przez jakiegoś palanta miała płakać po nocach. To bolałoby mnie o wiele bardziej niż brak pana domu. Albo gdyby siedział zanurzony w telewizyjnych otchłaniach i jednocześnie alkoholowych oparach. Byłby nieobecny. Cóż z tego czy emocjonalnie, czy cieleśnie…

I dochodzimy do sedna sprawy, czyli tego programu. Powiedziano tam, że lepiej jest dla dobra dziecka, gdy rodzice ze sobą zostają, mimo piętrzących się między nimi problemów. Aż mi włosy na rękach stanęły. Tam była naprawdę kropka. Nic więcej. I nie chodzi tutaj o kropkę, czyli łemkowski alkohol, w którym to już jestem obeznana. Ale o KROPKĘ, po której nic nie następuje. No chyba, że niedomówienia.

I o ile naprawdę jestem w stanie dużo zrozumieć… I rozumiem, że można pójść na mediację, do psychoterapeuty, na jakąkolwiek terapię, taką czy siaką. Można skorzystać z chwilowej separacji. Można się po ludzku dogadać i pokochać od nowa. I ja naprawdę nie przekreślam męża, który mnie zdradzi (może nie powinnam tego pisać, bo licho nie śpi). I nie przekreślam siebie, jeśli zdradziłabym, bo wierzę, że mój mąż mnie kocha nad życie. I o ile wierzę w te wszystkie powyższe rozwiązania. Nawet w rozmowę z jakimś kierownikiem duchowym, medytacje, rekolekcje. Ja wiem, że wiele dróg jest skutecznych. Bo jest. Wiem, że on np. poszedłby na terapię uzależnień, gdyby mnie kochał i gdyby te uzależnienie miał. I wiem, że ludzie są sobie w stanie wiele wybaczyć. Wiem. Bo jeśli kogoś kochasz, to nie dość, że przyznasz się do błędu, to druga strona jeszcze Ci ten błąd zapomni. To jakoś nie rozumiem faktu, że jestem z partnerem, który ewidentnie nagina przepisy prawne i moralne. Kradnie, włamuje się (przy czym ja nie jestem nawet jego wspólniczką), gwałci dzieci i kobiety, ba nawet facetów. A mnie bije i poniża. Powiedzmy, że naszemu dziecku nic nie robi, bo je na swój sposób kocha. I co? I ja mam z nim być, bo on kocha moje dziecko…? Nie rozumiem! I chcę wierzyć, że wczorajsze słowa to był skrót myślowy! Bo musiał być! I że po nich COŚ następowałoby, gdyby szanowny jegomość się chwilę zastanowił i użył mózgu. Chociaż… Czy on w ogóle swojego mózgu używa…?!

A może to ja jestem jakaś zaściankowa? Nie wiem co to prawdziwa miłość? Nie wiem co to znaczy odpowiedzialność nad potomstwem? Zawsze myślałam, że jest to zapewnienie mu wychowania, bezpieczeństwa, szczęścia, miłości, itepe. Maslow nie po to trudził się nad piramidą potrzeb, by teraz wszystko poszło na marne, bo przecież dziecku jest lepiej z obojgiem rodziców (jacykolwiek by oni nie byli). A czy to nie jest tak, że nie liczy się ilość, a jakość?!

Tak. Liczy się jakość. Dla mnie, zdecydowanie.

Pozdrawiam Was ciepło.

Wasza Scarlett.