Październik 2015
N P W Ś C P S
« wrz   lis »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8789
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

Miesięczne Archiwa: Październik 2015

Scarlett szuka męża? Czyli chwila refleksji nad tym i owym. I nad tamtym też.

Będzie długo. O wszystkim, lecz nie o niczym, jak to zwykłam mówić. A będzie długo i dygresyjnie, ponieważ najprawdopodobniej wrócę tutaj po Dniu Zadusznym, a i wtedy nie wiem jak będzie wyglądała moja przygoda z laptopem, bo już jedną stopą będę wyjeżdżała (wiadomo, wyjazd z całą feerią sprzętu elektronicznego, nie byłby tym samym, co długie rozmowy face-to-face i wycieczki z papierową mapą). Z czego się ogromnie cieszę i trzymajcie kciuki, by było pięknie, a nawet piękniej :)

A tytuł przewrotny. Bo o miłości też zamierzam powiedzieć. Napisać w zasadzie. Podobno po kobiecie od razu można poznać, że jest zakochana. Nawet, kiedy ona sama tego nie przyzna. Dlatego mówię wszem i wobec. Tak, kocham. Jesień :P I tego się trzymajmy ;)

Jeśli już zraziłam Was samym wstępem, to nie czytajcie dalej. Nikogo nie zmuszam. A jeśli mimo wszystko chcecie się zagłębić w moje dywagacje, to idźcie po kubek herbaty, względnie kakao, rozsiądźcie się wygodnie w fotelu i czytajcie. Może przy okazji naskrobiecie jakiś komentarz? Czy też wyklikacie. Byłoby mi miło :) Jednak zanim przejdę do zawiłego meritum, dla tych leniwych i rozczarowanych moim blogiem wrzucam zdjęcia miasta, które odwiedziłam wiosną, a teraz będę miała okazję zobaczyć jesienią. Żebyście też coś mieli z moich wypocin, skoro dalszy tekst Was nie interesuje. Trochę jak z dziećmi… Najlepiej dać obrazki, żeby się zaciekawiły ;) Dobra, fotki jak to fotki, każdy kto był w Krakowie ma podobne. Jednak mi się moje podobają. Subiektywnie. I tyle ;) A najbardziej głowa konia! :D Bo łeb, to zbyt drastyczne określenie. Łeb to raczej tego faceta, który mi się wpakował w fotkę nr 2. Ale przynajmniej chociaż w taki sposób te zdjęcia wyróżniają się z setek im podobnych.

łóoół jest i onPooglądane? No to… Cóż… Zacznę od tego, że… Jestem otwarta, tolerancyjna… Dodałabym, że miła i sympatyczna, ale bynajmniej nie jest to reklama mojej osoby przymierzającej się do roli potencjalnej przyszłej żony. Zwyczajnie, doceniam miłość w każdej postaci, o ile nie zakrawa o czyny łudząco przypominające poszczególne artykuły kodeksu karnego. Jestem zwolenniczką miłości, szczęśliwych związków, par całujących się na ulicy (choć w tym przypadku muszę zastrzec, że istne połykanie drugiej osoby jakoś nie bardzo przypada mi do gustu). Sama znam wiele pięknych par, małżeństw. Takich, które żyją najnormalniejszą codziennością lub wręcz przeciwnie: szaleją, aż miło popatrzeć. Które się kłócą, równie pięknie godzą. Lub milczą. Realizują, stoją w miejscu. Które kochają pomimo ewidentnych wad drugiej osoby. Znam kochanków, których miłość jest zakazana. Znam zakochanych homoseksualistów. Znam tych, których miłość rani, którzy żyją w związkach przynoszących tylko cierpienie, ból i łzy. Znam kochających nieszczęśliwie. I tych, nieznających innej rzeczywistości poza bezgranicznym szczęściem. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, jak to ja.

Moim zdaniem każdy zasługuje na miłość, bliskość, na pełne czułości słowa, uczynki, spojrzenia, dotyk. I co z tego, że rudy, otyła i kulejące. Forma „ono” dla niezdecydowanych i tych, którzy swojej tożsamości jeszcze nie odnaleźli. Ale nigdy nie zrozumiem osób, które szukają miłości w programach telewizyjnych. OK, szukają „miłości”. Wplątując w tę całą groteskę pół rodziny i solidną garść znajomych. Nazwijmy program po imieniu: on szuka popularności, ona szuka okazji do promocji siebie i swojej marki (i matki przy okazji), i: kto będzie parł na szkło wraz z moim synkiem?! Już widzę, że o ile w organizacji wycieczek jestem mistrzem, to mistrzynią PR-u i menadżeringu nigdy nie będę ;) Jednak aż strach pomyśleć jacy ci ludzie muszą być naprawdę, że nikt ich nie chce… I są tak zdesperowani by iść z tym do telewizji?! A z pozoru niby tacy sympatyczni i zarazem wyszczekani… Trochę przypomina mi to program, w którym mąż narzekał na żonę, że ta, mówiąc kolokwialnie, zapuściła się po urodzeniu dziecka. Przepraszam bardzo, mąż też kiepsko wyglądał, więc nie wiem w czym problem… A poza tym, nie dało się tego załatwić, jakoś tak, pozawizyjnie? Czyli jednym słowem: groteska. I to publiczna. Ale za pieniądze, więc jak kto woli… Nie wiem czy chciałabym być tym mężem, który chwali się zapuszczoną żoną, a potem wytykają go na ulicy palcami… I ją przy okazji też. Nonsens.

Przecież potencjalnego małżonka można spotkać choćby za rogiem. Praca, studia, szkoła. Spotkania ze znajomymi i znajomymi znajomych. Rozwijanie pasji, kursy, szkolenia. Wszędzie można znaleźć męża, żonę, partnera i konkubinę. Tylko czy miłość polega na tym by jej szukać…? Mam powiedzieć sobie: słuchaj Scarlett, masz 30 lat, daj sobie jeszcze pięć na znalezienie drugiej połówki. I w tym przypadku, nie chodzi o żadne 0,5 z procentami. Jeśli to nie poskutkuje to ratuje Cię bank spermy i hejaaa…?! A czy to nie jest tak, że najpiękniejszych chwil w życiu nie zaplanujesz? Znalazła się pani mądralińska. OK, nie mam męża i mogę przyznać, że jestem wybredna. U mnie to w zasadzie rodzinne. Kobiety nie miały mężów, bo przebierały, przebierały i potem skończyły jak skończyły ;) Ale szczęśliwe przez całe życie były. I są. Może nie tyle jestem wybredna… Co zawsze zakochuję się w tych, w których nie powinnam. A bo zbyt wredny, a bo zbyt dużo starszy, a bo ja po przejściach, on z przeszłością. A bo taka ciapa. W sumie to jednak wybredna. Ale też nie wyobrażam sobie wychodzić za kogoś, kogo chociażby tylko ja wybrałam, a on ze mną jest, bo tak mu wygodnie. Albo wyjść za kogoś nudnego, tylko dlatego, że ma dużo pieniędzy. Wyjść za kogoś, z kim wiecznie bym darła koty. A ja lubię koty. Wyjść za kogoś, kto mnie nie szanuje. Związać się z kimś, kto ucieknie, gdy pojawią się pierwsze kłopoty. A to o czym pisałam wcześniej, że starszy, że ciapa… Takie niuanse w przypadku wielkiej miłości, która spadłaby na mnie jak grom z jasnego nieba, nie są istotne. Więc nie bierzcie tego dosłownie. Jednak póki co, bycie singielką mi nie przeszkadza, ani mnie nie przytłacza i lubię mówić, pisać i myśleć o miłości. Może gdy będę rzeczywiście miała te 30 lat poczuję jakąś presję społeczną. Ale kto by się nią przejmował? Na pewno nie ja.

Nie byłoby pisania o miłości, gdyby nie spojrzenie, które wczoraj zawitało przed mymi oczyma. Aż się zdziwiłam, że tak pamiętam twarze, których od dobrych kilku tygodni nie widziałam. Może to przez fakt, że moja pamięć wybiórcza rejestruje, iż o dziwo wszyscy ostatnio mają tak samo na imię, wykonują ten sam zawód i są z tego samego miasta. Więc potem pojawia się ni stąd ni zowąd pan XYZ. I te liczby. Ciągle te same liczby. Powinnam zagrać w totolotka. Zapewne też tak czasem macie, że wiecznie coś się w Waszym życiu powtarza. Bo jak wszyscy nagle są architektami, to wszyscy. Albo przynajmniej zdecydowana większość. Jednak, co do tego spojrzenia… Uwielbiam widzieć miłość, tam gdzie inni jej nie dostrzegają. Dobra, zauroczenie. Miłością raczej bym tego nie nazywała.

Ona, długowłosa, długonoga, długorzęsa blondynka o niebieskich oczach tu i dużych oczach tam. On przystojny, acz nie w nachalny sposób. Dobra, to zabrzmiało, jakby był brzydki po stokroć :D Nieoczywiście przystojny. Ale mógł się podobać. I może się podobać i się podoba zapewne. I on dokładnie o tym wie, że ma w sobie to coś i to sprytnie wykorzystuje. Wredota mała jedna. Gdyby to czytał, to wiedziałby, że to o nim ;) Przecież on myśli tylko o sobie (już widzę jak przewraca oczami… takteżciękocham). Jednak wracając do historii. W małym pomieszczeniu wyczuwało się napięcie. To jak on z nią rozmawiał, jak ją komplementował. A przede wszystkim sposób w jaki na nią patrzył. Z jednej strony czuło się te iskierki w powietrzu, ale z drugiej on wyraźnie przy niej się relaksował. I nie wiem czy korzystniejsze w mowie niewerbalnej jest wyciągnięcie nóg do przodu i skrzyżowanie kostek z jednoczesnym wycofaniem reszty sylwetki… Czy nachylenie się do rozmówcy, ale zabranie nóg pod krzesło… W każdym razie, zinterpretowałam całą sytuację po swojemu i pamiętam tę scenę do dziś. Ja tam z nimi byłam, miód i wino piłam, chciałoby się powiedzieć. Kiedy spotkałam ich niedawno, znów w tym samym miejscu i w podobnych okolicznościach, już nic nie widziałam. Ani w jego oczach ani w zachowaniu. Traktował ją jak każdą inną. Może to wtedy, było tylko złudzeniem. Ale dobrze było poczuć choć przez chwilę, że on też ma serce. A ja… Zazdrościłam im, że między nimi jest wyczuwalna chemia. Taka, której między nami nigdy już miało nie być… A może była. Jakbym patrzyła na sygnały mowy niewerbalnej, to bym mogła się wiele dowiedzieć. Chyba pora się nauczyć, choć zbytnio w to nie wierzę. Bo jak brać na serio, że jeśli mężczyzna wkłada kciuki do kieszeni spodni, a dłonie ma skierowane do wewnątrz, to znaczy, że eksponuje swoje krocze…? Ja Was proszę…

Jednak to nie zmienia faktu, że odcienie miłości są różne i nie można jej szukać tylko i wyłącznie w bajkach. To samo jeśli chodzi o zauroczenie i zakochanie. Bywa różnie. Różniście. I różniasto. Bo jak pokazało życie, miłość jest nie tylko wtedy kiedy marzysz o jego dotyku i wszystko co się dzieje między Wami jest takie nieskrępowane. I tak dobrze czuć jego skórę na swojej… Ale też wtedy kiedy wiecie, że jeden dotyk, tylko jeden, a już możecie być wciągnięci w machinę, z której nie będzie wyjścia. Miłość jest wtedy kiedy dokładnie wiesz za co kogoś kochasz, ale też wtedy kiedy nie wiesz za co, a mimo wszystko nie wyobrażasz sobie bez niego życia. Miłość, kiedy masz ochotę albo go zarżnąć, albo zerżnąć. I wiecznie balansujecie pomiędzy tymi dwoma biegunami szaleńczego kontinuum.

Miłość. O miłości (choć nieoczywiście) jest też film, który miałam okazję wczoraj obejrzeć. I bardzo Wam go polecam. „Bunny”. Jednak przewrotnie zacznę od poezji. A nie mówiłam, że dzisiaj będzie miszmasz. Lubię to ;)

nie bój się chodzenia po morzu
nieudanego życia
wszystkiego najlepszego
dokładnej sumy niedokładnych danych
miłości nie dla ciebie
czekania na nikogo

przytul w ten czas nieludzki
swe ucho do poduszki
bo to co nas spotyka
przychodzi spoza nas

Wiersz ks. Jana Twardowskiego. Ostatnio dużo poezji dookoła i gdzieś we mnie. Choć sama nie chcę pisać wierszy, bo kilka lat temu naskrobałam parę takowych, a teraz jak je czytam uważam je za marną marność. Nie zamierzam konkurować sama ze sobą, bo mogę dojść do jeszcze mniej ciekawych spostrzeżeń i popaść w malignę. Podziwiam za to poezję znanych, mniej znanych, Waszą poezję. I uważam, że pisanie wierszy to mistrzostwo samo w sobie. Prozą łatwiej jest wyrazić, to co się czuje. Wiersz wymaga niedomówień, idealnego doboru słów, choć czasem zupełnie odległych skojarzeń. Wymaga nonszalancji, choć przy tym porusza tematy dotykające samego koniuszka serca. Taki według mnie jest dobry wiersz, wiersz o który ja sama wolę się nie pokusić.

Dlatego też piszę dziś prozą. Więc wracam do filmu. Polskie filmy zawsze mnie odpychały. Może dlatego, że wszystkie te, które oglądałam (albo większość) były wulgarne i niechlujnie wyreżyserowane. W przypadku tego jest zgoła inaczej. Chociaż od początku irytował mnie okropnie. Okropnie! Chyba przez to, że oglądałam go przy pomocy słuchawek. Tak mi dobrze, bo wtedy czuję się jak zahibernowana w swoim własnym malutkim świecie, w przestrzeni dostępnej tylko mi. Jednak w tym wypadku, miejscami miałam wrażenie, że coś jest ze mną nie tak. Ta muzyka, odgłosy, szepty. Dziwne to takie było. Psychodeliczne. Film z gatunku tych, które spokojnie mogłabym zobaczyć na moich ex studiach. Tyle niedomówień. Komedia i dramat. Film z tych, które nie wszystkim przypadłyby do gustu. Pokazuje jaką ironią jest ludzkie życie. Jak to niektóre miasta mogą być za małe dla dwójki ludzi i jak przeznaczenie oraz własne sumienie zawsze mogą Cię odnaleźć. Obejrzałam go, ponieważ nigdy nie słyszałam na jego temat żadnych recenzji, a poza tym, przyznam się bez bicia, zwyczajnie, od kilku lat, niezmiennie, uwielbiam aktora grającego jedną z głównych ról. Choć ciągle mało mi go na szklanym ekranie.

Dlatego też wspomniałam o wierszu, bo na końcu właśnie on jest śpiewany. Dopiero szukając tych słów w Internecie, zobaczyłam, że to tak naprawdę poezja, a nie piosenka. Piękny. I tak aktualnie do mnie pasujący. Z tymi wszystkimi rozterkami, niesnaskami, choć względnie pozytywnym przekazem.

Będę miała teraz kupę czasu na przemyślenia, te i inne. Z rodziną, potem z przyjaciółką, ukochanym przyszywanym mężem. Razem, indywidualnie. W moim mieście i w tym, w którym narodziła się Scarlett. Bez kochanka, bo to już nie ten czas, nie te miejsce. Nie my. I bezgraniczne szczęście. Tak będzie. Wiem.

PS. W szkole i na studiach zwykliśmy mówić przed Wszystkimi Świętymi: Wesołych Świąt! Choć brzmi to idiotycznie, ale, jakby nie patrzeć, 1 listopada to imieniny nas wszystkich. Także przeżyjcie te imieniny w dobrym stylu. A Dzień Zaduszny, cóż, pomyślcie o tych, których już nie ma. Jeśli macie jakieś problemy, zastanówcie się jakby Wasi bliscy zmarli na nie spojrzeli. Zamyślcie się nad życiem. To jest właśnie ten czas. Ten czas, kiedy jeszcze żyjąc, możemy być tym kim chcemy, możemy wszystko naprawić. By nie żałować ani chwili.

Pozdrawiam! Wasza, już tęskniąca za Wami, Scarlett ;*

Znalazłam piękną jesień!

Wczorajszy dzień przeżyłam dokładnie tak jak chciałam i dokładnie tak jak planowałam. Maksymalnie wykorzystane 24 godziny i nawet znalazł się czas na krótki spacer. Zero kłótni, niedomówień, cichych dni. Tylko wiosna w sercu i jesień dookoła. Pozdrawiam Was i czerpcie osławionej witaminy D jak najwięcej! A jeśli nie możecie się wyrwać choć na minutkę (na krótką wędrówkę), to przynajmniej wracając z pracy, idąc na zakupy, idąc na zajęcia, rozejrzyjcie się jak jest pięknie. Bo jest!

jesień 11 jesien 222 3333

„Ja, anielica”

Tytuł przewrotny, bo to kolejny tom po „Ja, diablica”, który połykam z prędkością światła. A jeśli chodzi o mnie i o to czy jestem aniołem…? Bynajmniej. Nawet ktoś niedawno, na chwilę poznany i na chwilę spotkany, powiedział, że coś we mnie jest z aniołka, ale widać też, że pod tymi białymi piórkami tlą się iskierki diabełka. Święta na pewno nie jestem i na ten stołek nie pretenduję. Z resztą wczorajszy dzień był tego doskonałym przykładem. Choć jestem zaskoczona, że ten POPiS (że tak sobie wyborowo zażartuję) był na tyle taktowny, że nie mam się czego wstydzić. I w zasadzie, w tym krótkim wstępie zawarłam wszystko, o czym chcę dzisiaj powiedzieć. Krótko i na temat.

Nie wiem czy oglądaliście film animowany pod tytułem „W głowie się nie mieści”. Coś fenomenalnego i to w przystępnej formie, zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. A porusza bardzo ważną tematykę. Ja oglądałam go już dawno temu, ale jest on dobrym potwierdzeniem tego, że wszystkie emocje są potrzebne. Nawet te, które z pozoru wyglądają na niepożądane. Chociażby złość czy smutek. Wydaje się, że potrafią tylko człowieka pogrążyć, a nie prowadzą do żadnego rozwoju. A przecież bez sportowej złości nie byłoby genialnych wyników na zawodach, bez smutku często nie byłoby przepięknych utworów, które właśnie w takich nostalgicznych chwilach podobno najlepiej się pisze… Bez smutku i złości nie wiedziałabym, co jest dla mnie ważne, bo nie zawsze tylko szczęście mi o tym przypomina, ale właśnie te skrajne emocje. Nie gnieździłyby się gdzieś we mnie, gdybym w głębi serca nie czuła, że dana sprawa czy dany człowiek wiele znaczy w moim życiu. Przypomniałam sobie o tym właśnie wczoraj, kiedy to zaczęłam analizować wszystko, co się wydarzyło. Ten poniedziałek nie należał do najłatwiejszych. Ot, pechowy poniedziałek 26. Jakby nie patrzeć dwie trzynastki…

Wyglądał on mniej więcej tak. Od rana znajomi siejący panikę, że trzeba zwiewać z tego kraju, bo przecież PiS obejmuje władzę. I tu muszę się pochwalić za mój zmysł wyborczy: nie dość, że przewidziałam wynik, to jeszcze w moim mieście wygrały dokładnie te osoby, na które głosowałam. A na temat rządzącej partii nie mam co się wypowiadać, bo przecież jeszcze rządzić (ani zrzędzić) nie zaczęła. Jeśli ma być tak samo jak do tej pory, to niech będzie. Już czasem wolę stagnację niż ryzyko. Najwyżej rodacy pokażą swoje rozczarowanie przy kolejnej okazji. Jeśli zaś ma być lepiej, to też niech będzie. Sama czekam na te wszystkie obiecane zmiany. Potem koncert zaczął mój cudowny dwuosobowy dream team, który na dobrych kilka chwil mnie załamał. Następnie dwie kłótnie, a raczej coś bardziej merytorycznego… może po prostu wymiany zdań. Tym razem z kobietami. Ale pod koniec dnia, wszystko jakoś zelżało… pomijając informację, że przed moim wyjazdem jeszcze szykuje się remont, pomijając fakt, że moja kostka wczoraj zastrajkowała, i pomijając, że Grześ jest nieokreślony w sprawie wyboru mieszkania i czuję się w zasadzie jak bezdomna. Voilà.

Od dawna tak usilnie nie czekałam na „jutro”. Na jutro, które nie jest takie wyczekane, zaplanowane… Tylko po prostu na to, by dany dzień się skończył i by nastała magiczna kraina zwana Jutrem.

Delikatnie, acz dosadnie zrozumiałam też, że sama coś radzę, a się do tego nie stosuję. Chociaż we wczorajszym przypływie impulsywności chyba wzięłam pod uwagę trochę szczegółów. Chyba. Może nie wszystkie… Przecież tak często mówię o tym, by spróbować na daną sprawę spojrzeć z innej perspektywy. Może ja naprawdę tak zaszłam tym dwóm osobom za skórę, że jeden nie czuje się w obowiązku dotrzymać danej mi obietnicy, a drugi nie jest w stanie mi wybaczyć. Jednak choćbym nie wiem jak usiłowała wczuć się w tę sytuację, to ciężko mi zrozumieć te zachowania. Pytam siebie, co ja takiego zrobiłam… Może kiedyś znajdę odpowiedź.

Wczorajszy dzień był również obfity w przeróżnego rodzaju słowa, które dodatkowo mnie dobijały. Zasłyszane na ulicy, w telewizji, wśród bliskich. „Czas przemija, a słowa pozostają”, „To nie wstyd przeprosić”, „Jak coś się spieprzy, to potem ciężko to odbudować”, „Masz prawo do takich emocji, bo jest to dla Ciebie ważna sprawa”. Jak na ironię…

A dziś. Dziś jest to „jutro” którego tak pragnęłam. Kolejne 24 godziny tylko dla mnie, które tylko ja mogę dobrze zagospodarować. Kolejny kredyt zaufania z Góry. Nie pozostaje mi nic innego, jak przeżyć ten dzień o wiele lepiej niż wczorajszy.

A czegóż mam życzyć Wam… Życzę Wam tego, czego sobie w tej chwili życzycie. I mam nadzieję, że nie są to życzenia w stylu: „Mogłabyś już sobie darować to pisanie bloga” :D

Całuję! Wasza Scarlett :)

Miało być o czym innym, ale życie sfalsyfikowało moje zamiary…

Gdybym była dawną sobą… ryczałabym przez kilka dni, kolejne kilka rozwalałabym meble, a po wszystkim poszłabym się napić. Nie no, bez przesady, ale jeśli nie robiłabym powyższych rzeczy, to zapewne tak bym się wewnątrz czuła, jakbym je robiła. Jednak mamy do czynienia z nową Scarlett. W ogóle: Scarlett. Bo przecież Scarlett jest stosunkowo młodą wersją mnie i patrzy na wszystko, co się dookoła niej dzieje, trochę innym spojrzeniem. I to nie tylko za sprawą niebieskich soczewek kontaktowych. Scarlett po prostu zaszlochała raz, a porządnie i od razu w jej głowie pojawił się plan na przyszłość. Tym razem uniosę się dumą. Nie będę błagała o litościwość i Bóg wie, co jeszcze. Nie będę się korzyła przed kimś, kto zwyczajnie nie zasługuje na choćby najkrótsze moje spojrzenie. Ja nie mam się czego wstydzić. A oni niech się puszą, że są tacy wspaniali, że wszyscy biegną, by tylko całować ziemię przed ich stąpającymi stopami. Proszę bardzo, ale cieszę się, że Bóg jest Bogiem sprawiedliwym. Co może brzmieć zbyt dumnie, jak na fakt, że ja i wiara już dawno się rozminęłyśmy. Jednak w to, co przed chwilą napisałam naprawdę wierzę. Nie będę się też mścić, bo po co. Co nie zmienia faktu, że życzę im jak najgorzej. O może, chociażby… żeby ktoś był wobec nich dokładnie taki, jacy oni byli wobec mnie. A mniemam, że to w ich bujnej karierze bardzo prawdopodobne, wręcz pewne.

Kiedyś, w podobnych sytuacjach, miałam utarte schematy zachowania. Gdy ktoś zaszedł mi za skórę, wydarłam się na niego, wyrzuciłam wszystko co miałam, potem przyszły wyrzuty sumienia i kulturalne przeprosiny z mojej strony. Zazwyczaj kończyło się to na tyle dobrze, że do dziś potrafię tym ludziom spojrzeć w oczy. A oni nie mają mi nic za złe. Były też sytuacje, gdy nakrzyczałam i nie przeprosiłam, ale za to nie żałuję, bo zwyczajnie zasługiwali. Teraz spotkałam się ze zgoła nową rzeczywistością. Nowe rządy, nowe schematy i dwaj nowi wrogowie. Do pierwszego wyciągnęłam rękę, ale spotkałam się z pustką. Drugiego o coś poprosiłam, ale spotkało się to z murem milczenia. Umarłam. Dla niektórych osób po prostu umarłam. Szkoda tylko, że oni w moim życiu odchodzą jakąś powolną agonią. Zbyt powolną. Najśmieszniejsze jest to, że ja, która niby tak znam się na ludziach, zawsze widziałam w tej dwójce osoby, którym mogę zaufać. A moja mama, pomimo że nigdy nie widziała ich na oczy, od razu czuła, że coś jest nie tak. Ale ja byłam głupia… Oczywiście nie powiem jej, że miała rację, bo latała by przynajmniej metr nad ziemią ;)

Spojrzawszy na obydwu dość obiektywnie, to była dwójka zadufanych w sobie osób, tak pewnych siebie, że aż buchało. Dla nich nie liczył się nikt, tylko oni sami i ich własne interesy. A ja im ufałam! Choć było w nich więcej kłamstwa, niż mogłam się spodziewać. W ich oczach widziałam, że nie są fair, ale kto by pomyślał, że oczy są zwierciadłem duszy. Cóż, przejechałam się na ludziach. Nie pierwszy raz, zapewne nie ostatni. Przynajmniej zmniejsza się liczba osób, którym za kilkadziesiąt lat zapalę świeczkę na grobie. Matko, źle mieć we mnie wroga ;)

A w tym wszystkim chodzi po prostu o SZACUNEK. Zapewne kiedyś o tym już wspominałam, ale jestem rozdrażniona i nie zamierzam czytać wcześniejszych swoich wpisów. Tak też, na szczycie mojej hierarchii wartości od dłuższego czasu gości SZACUNEK. Wszystko przez to, jak zostałam potraktowana przez niektóre osoby. Osoby, które z tytułem doktora powinny raczej zmywać naczynia, a nie mieć stały kontakt z ludźmi. Choć aż żal mi tych naczyń na samą myśl, a przyznam, że mycie naczyń stało się moim ulubionym domowym obowiązkiem :D

Ale ostatnio w przypływie miłosierdzia do ludzi, usiadłam sobie przy kawce i myślę: ale naprawdę na szczycie hierarchii stawiasz SZACUNEK?! A to nie ma czegoś ważniejszego w Twoim życiu?! Nie wiem: miłość, przyjaźń, zdrowie?! Dziś się przekonałam, że to jednak SZACUNEK jest najważniejszy. SZACUNEK. Wymagałam tak niewiele. Nie oczekiwałam długiej rozmowy, zrozumienia, miłosierdzia… W zasadzie wymagałam kilku słów. Coś w stylu: nie ma sprawy, niestety nie mogę pomóc, albo coś… Wiecie, może i nie jestem doktorem habilitowanym, ani rehabilitowanym, może nie ukończyłam sześciu kierunków, w tym prawa i pedagogiki. Może mam tylko 25 lat. Może i jestem dla niektórych nikim. Zdaję sobie z tego sprawę. Ale sama, jakieś odrobiny szacunku zawsze wobec wszystkich wysyłam. Nawet wobec tych, którym to się nie należy. I poczułam się oszukana i naprawdę przez sekundę poczułam się nikim. To nie pierwszy raz w tym roku :D I za każdym razem znoszę to coraz godniej! :)

Bawi mnie ta cała sytuacja, bo dopiero teraz widzę, że wszystkie decyzje, które podjęłam były słuszne. Ale też już wiem, że czasami przeprosić kogoś lub poprosić o coś wcale nie jest takie słuszne… Ja wyciągnęłam rękę, spotkałam się z pustką. Chciałam wiedzieć więcej, spotkałam się z chamstwem. I choć sama sobie potrafię spojrzeć w oczy i nie mam już sobie nic do zarzucenia, to mimo wszystko to boli. A najgorsze, że ja tym osobom chyba przez ostatnie lata najbardziej ufałam. Najbardziej. Jeśli ktoś mi kiedyś powie, że jestem zgorzkniała, jestem chamska i w ogóle nie mam poszanowania do ludzi, to proszę bardzo. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom. I dobrze jest mieć ten wytrych w stylu: moja noga więcej tam nie postanie. Ja dla nich umarłam już dawno, oni dzisiaj. Dokładnie dzisiaj. Tę datę sobie zapamiętam.

Dobra, ale blog jest o optymizmie. Jaki z tego pozytywny wniosek? Po pierwsze, przynajmniej wiem z kim miałam do czynienia. Po drugie, będę bardziej ostrożna wobec ludzi. Już nikogo nie obdarzę zaufaniem, jeśli na to nie zasłuży. A po trzecie, kiedyś, gdy ktoś zaszedł mi tak ostatecznie za skórę, moja mama powiedziała mądre słowa: nie mów jej dzień dobry, ona na to nie zasługuje. Może brzmi to śmiesznie, ale ta kobieta chyba zauważyła moją awersję i sama zaczęła pierwsza mnie witać. Jakaż łaskawa. Z nimi też już nie będę się witać. Choć wiem, że nigdy ich nie spotkam. W końcu jestem nikim, to nawet jak się miniemy na ulicy, jest duże prawdopodobieństwo, że mnie nie zauważą. Miło.

Uspokoję Was. Myślicie zapewne, że piszę co innego, a myślę co innego. Prawda jest taka, że ta cała sytuacja kopnęła mnie w serce. To fakt i nie zamierzam z tym polemizować. I jestem zaskoczona, że aż tak bardzo pomyliłam się oceniając wcześniej ich tak pozytywnie. I źle się z tym czuję, ale to nie powód, by się załamywać. Dwaj faceci. Dwaj sympatyczni faceci. Z pozoru. Dwaj, którzy na swój sposób okazywali, że nie jest im obojętne, co o nich myślę. Że moja osoba nie jest dla nich obojętna. Z pozoru. Ale jak to mówią, pozory mylą, ludzie zawodzą, a karawana jedzie dalej. Co do karawany, to smutne, że umierają dobre osoby, a zostają na Ziemi takie dwa pasożyty. Szkoda, że nie można ponegocjować ze Śmiercią i zrobić jakąś intratną wymianę. Nie zrozumcie mnie źle. Nie życzę im śmierci, tylko dostrzegam brak sprawiedliwości na świecie. Jest mi smutno, jest mi przykro, czuję się z tym wszystkim jak jakiś niedopałek papierosa rzucony w kąt, albo niechciane fusy po kawie. Ale widocznie tak miało być. I tak dalej kipię optymizmem, bo mogę ;)

Ostatnio, jakby w sam raz na tę okazję, słyszałam słowa o tym, że gdy ktoś nas zrani, to ten jego uczynek należy zapisać na piasku, by wiatr przebaczenia mógł go zmieść. Jednak dobre uczynki wobec nas należy wyryć na skale, by przetrwały. Ja tak szybko nie zapominam. Niestety. Gdybym miała okazję ich jeszcze spotkać, to zapewne byłabym dla nich wielkim wyrzutem sumienia. Niech się cieszą, że to miasto jest za duże, na to by choć na chwilę spojrzeć sobie w oczy. Jednak pamiętam też to, co dobre. Więc wyryję na skale i to i to. Będzie co wspominać na emeryturze.

PS. I znów okazuje się, że mam miękkie serce, ale twardy tyłek. Grunt, że nie odwrotnie i pstryczki dla mnie. I pamiętajcie moi drodzy, co Was nie zabije, to uczyni Was silniejszymi! :) Pozdrawiam!

Grześki to fajne chłopaki! Na swój sposób…

Czasem mam wrażenie, że nasze imiona, to nie tylko zwykły ciąg liter, ale wręcz z góry określają nasze cechy charakteru, czy też temperamentu…

Na przykład taki Grzegorz. Uwierzcie, wszystkie Grześki mojego życia były takie same. Pewne siebie, czasem aroganckie, w gorsze dni były zamknięte w sobie. Pozerzy. I w dodatku nieodpowiedzialni. Na swój sposób inteligentni, z poczuciem humoru. Dziwni byli :D Przypomniał mi się Grzesiek z podstawówki… To był agent… Grzegorz, były niedoszły mojej przyjaciółki z pozoru też był fajny. Więc się zgadza. Ostatni Grzegorz tylko potwierdził tę regułę…

Miałam już poukładany misternie plan, wszystkie ścieżki na mapie mojego życia skrupulatnie oznaczone. A ten, dwa tygodnie przed całą akcją mówi, że do Wawelu będzie jednak 12 minut. Mówi się trudno… Ma chociaż plusa za „Szanowna Pani Scarlett…” Bo nikt tak pięknie dawno do mnie nie mówił. I jeszcze użył mojego imienia, to już w ogóle. Chociaż ani ze mnie szanowna, ani pani, ani tym bardziej Scarlett :D Co nie zmienia faktu, że i tak mi podpadł. Ale powiem Wam też, że Grześki mają to do siebie, że nie sposób się na nich gniewać. Bo co za różnicę robi mi 12 minut. I dwa pokoje, a nie jeden z pięterkiem…? Grunt, że się stara. W końcu jego w tym interes. A ja mogę spać spokojnie, bo wreszcie wszystko jest załatwione. I Kraków coraz bliżej. I serce rośnie. Kto by pomyślał, że tak pokocham Kraków, którego tak niegdyś nienawidziłam… Może znajdę tam też miłość ;) Co ja mówię, to na pewno… ;) Na pewno, miłość do muzyki! ;)

A pytanie do Was… Też zauważacie, że osoby o tych samych imionach mają kilka cech wspólnych? Czy to tylko moje zboczenie?

PS. Pozdrawiam Was i wypatrujcie pięknej jesieni! Choćby w Krakowie. :)

Miszmasz… w głowie mam. (radzę ten tytuł zaśpiewać na nutę: „Scarlett”…)

Dziwnie jest. Jakby Wam to wytłumaczyć… Wyobraźcie sobie, że jest miejsce, do którego przysięgliście sobie, że nie wrócicie, choć jest ono dla Was niewątpliwie ogromną szansą na przyszłość. Szansą na rozwój, karierę, spełnienie. Szansą… na wszystko. Choć są tam ludzie, którzy nieźle zaszli Wam za skórę. I z tych emocji, właśnie te ostatnie, negatywne, przeważają. Bo jeśli gdzieś się zatrzymujemy na dłużej, to chyba chcemy żyć w zdrowej i dobrej atmosferze…? Nie bawią mnie koneksje, warunki, znajomości. Chciałam iść własną drogą, choćby pod prąd. A tutaj znowu wracam do tego samego punktu, do punktu, który niegdyś był tak miły mojemu sercu. Zapewne schowam dumę do kieszeni i jeszcze będziecie czytać moje wpisy o tym, jak cudownie było wrócić na kolokwialne stare śmieci. Póki co, muszę to sobie wszystko poukładać w głowie. Choć już widzę plusy całej sytuacji. Choćby fakt, że to nie ja się narzucam, tylko oni mnie ściągają. Ma się to coś :D A powiedzieć Wam coś w sekrecie…? W głębi, gdzieś tak pomiędzy płucem a sercem, czuję, że wreszcie coś drgnęło. Wreszcie coś nabrało obrotu, choć tego nie planowałam, o to nie zabiegałam. Kiedyś o tym miejscu zawsze mówiłam, że to moje miejsce na ziemi. Takie miejsce, o którym wiem, że jestem w nim na swoim… miejscu. Może nadeszła właściwa pora, czas, układ planet i nie będzie tak źle, jak to sobie wmawiam… ;) Przecież 99% sytuacji, których się obawiamy i tak nigdy nie ma miejsca :)

Drugą część mojego serca zajmuje zdanie, które wczoraj przeczytałam. I mimo, że jestem niby ekspertem od zachowań jednostki, zachowań międzyludzkich i kto wie jakich jeszcze, to chyba w tym względzie byłam kompletną ignorantką. Te zdanie wiele mi wyjaśniło. A przedstawia ono prostą prawdę, o której chyba zapomniałam w biegu tej całej mojej Scarlettkowej rzeczywistości. Brzmi ono: NIE TĘSKNI SIĘ ZA KIMŚ, KTO NIC DLA NAS NIE ZNACZY. Wiem, no głupia jestem, że sama na to nie wpadłam :P To by się tyczyło nawet miejsc, za którymi tęsknię, a wmawiam sobie, że po co mi one były. I może kiedyś zapomnę jak ktoś wyglądał, jak wyglądały pewne pomieszczenia, ale nigdy nie zapomnę jak się przy nim czułam, jak czułam się dokładnie tam… w tamtej sekundzie mojego życia. Ale jak to mówię… W swoim życiu kieruję się zasadą, że staram się nie zamykać żadnych drzwi, bo każde z tych otwartych, mogą kiedyś być dla mnie wybawieniem. Wiedziałam, że przyjdzie taki czas, kiedy los pokaże mi, że mam świetne karty w swoich rękach. I wiem, wygram tę partię. A skoro za wieloma sprawami, ludźmi, rzeczami tęsknię, to chyba nie pozostaje nic innego, jak zwyczajnie wszystko poukładać tak, by jeszcze kiedyś się zobaczyć, być tu czy tam. Chyba na tym polega ulżenie tęsknocie ;)

Życie jest dziwne. Zaskakujące. Ale miłe. Cudowne. Najlepsze. Gdyby nie ono, nigdy bym nie mogła odczuwać tylu emocji naraz.

Dobrego piąteczku kochani! Ja lecę na pierwszą dzisiaj kawę. O dziwo, pierwszą, ale nadrobię w toku dnia ;)

Wasza Scarlett.

I znów się powymądrzam… ;)

Skoro wczoraj był Dzień Edukacji Narodowej, to spróbuję dopasować się do tego klimatu. Nie żebym wcześniej o tym zapomniała… Nawet śmiałam się sama do siebie, że chociaż ja zapamiętałam niektórych nauczycieli bardzo dobrze, to obawiam się, że oni mnie nie ;) Ale taki już mój urok, bądź jego brak ;) I tak oto powstało moje autorskie dziesięć przykazań dobrego nauczyciela. I wykładowcy. Zapraszam do przeczytania i do refleksji.

Dekalog dobrego nauczyciela wg Scarlett:
 
1. Darz swoich uczniów szacunkiem. Fakt, że są młodsi od Ciebie wcale nie znaczy, że nie są pełnoprawnymi ludźmi.
2. Twój zawód to Twoja pasja, a nie przykry obowiązek. Sam go wybrałeś, więc nie karz niewinnych swoją (być może) błędną decyzją.
3. Bądź sobą i miej dystans do samego siebie. Jesteś autorytetem, ale to nie musi oznaczać, że udajesz kogoś, kim nie jesteś.
4. Wymagaj od siebie, a następnie od innych.
5. Bądź ciekawy świata i tę ciekawość rozbudzaj w swoich uczniach.
6. Umiejętnie wyznaczaj granice. Jest czas pracy i zabawy. Odnosi się to zarówno do sali lekcyjnej, jak i do potrzeby rozgraniczenia życia zawodowego od prywatnego.
7. Bądź cierpliwy. I pamiętaj, że też byłeś uczniem czy studentem.
8. Bądź sprawiedliwy, choć wyrozumiały w odpowiednich sytuacjach. Jakie to momenty, podpowie Ci serce.
9. Reaguj na potrzeby swoich słuchaczy. Nie uciekaj od spontaniczności i akomodacji do sytuacji. Chwila odpoczynku czy też poruszenie istotnego w danym dniu tematu jeszcze nikomu nie zaszkodziły.
10. Bądź człowiekiem i zobacz człowieka w człowieku. Po prostu.
 
PS. Mam nadzieję, że takowych nauczycieli mieliście lub jeszcze w swoim życiu na takich natraficie :) A może dodalibyście jakiś punkt od siebie? Kto powiedział, że to musi być dekalog… ;)
 
Pozdrawiam Was jesiennie, choć kolorowo, Wasza Scarlett!

Narzekająca optymistka i jej ody do ludzkości

Wstałam. Obolała. Niewyspana. Gdzieś kwiczy jakiś kot. Jaki kot?! Ach, to moja mała sąsiadka się obudziła… Za oknem mokro i zimno. Jeszcze telefon mi się rozładował. Cukier chciałam włożyć do lodówki. Mam dostać dzisiaj okres. I data na kalendarzu krzyczy TRZYNASTY! I co z tego, że nie piątek… I tak źle się kojarzy. Co ja miałam powiedzieć wczoraj… Dwunasty kojarzy mi się jeszcze gorzej…

Coś mi się wydaje, że dzisiaj jest idealny dzień dla tych, którzy uważają, że są optymistami. Czyli że niby dla mnie… Spojrzałam na to wszystko wokół bardziej pozytywnie. I wiecie… Dobrze, że taki dzień, kiedy spadają na Ciebie wszystkie nieszczęścia świata zdarza się tylko raz na jakiś czas. To mnie podniosło na duchu. Nie chcę być nudna w tym swoim optymizmie. Nie chcę być też jakimś nierealnym tworem, bo wszyscy zaczną czekać, kiedy wreszcie się złamię i powiem, że życie jest do bani. Dlatego zacznę narzekać. Właśnie dzisiaj.

I wiecie co mi się nie podoba? Na przykład ludzie, którzy nigdy nie kibicowali Polakom, wystrzegali się wszelkich meczów, aż tu nagle są ogromnymi fanami piłki… Ciekawe co robili w chwili, gdy naszym nie wiodło się najlepiej. I mam prawo w tej kwestii narzekać, bo jestem typową kobietą, która wie czym jest chociażby spalony. Ja oglądałam te porażki jeszcze kilka lat temu. Ryczałam, ale wierzyłam, że kiedyś się odkujemy. I proszę… Nigdy nie zapomnę Euro 2012. Szczęsny dostał czerwoną kartkę. Wchodzi za niego Tytoń. Obroniony karny. Matko, takich emocji się nie zapomina. Oczywiście potem było tylko gorzej, ale się zrehabilitowaliśmy. A gdzie byli ci wielcy fani? Bóg jeden wie…

Dobijają mnie też osoby wiecznie narzekające na pogodę. Coś w stylu: wstałam rano i patrzę za okno, a tu śnieg. O matko, taką pogodynką to i ja być potrafię. Pełno tego w Internecie… Tylko po co się dobijać…? To żadna anomalia pogodowa, bo klimat się przecież cały czas zmienia. Wstaną tacy jedni z drugimi za 20 lat i się zdziwią, bo w ogóle zimy nie będzie. A ja tęsknię na swój sposób za trzaskającym śniegiem i za mrozem. Ma swój urok taka biała kraina…

Co mnie jeszcze denerwuje…? Ostatnio ludzie, którzy odzywają się tylko wtedy, kiedy czegoś chcą, a tak po prostu nie zapytają, co tam u mnie. I vice versa. Nie będę dla innych słodka, skoro oni są gorzcy.

Wkurza też mnie fakt, że niektórzy potrafią tylko narzekać. Ja narzekam, bo… tak :D Tak to jest gdy trafi się wolny dzień. Nie mam zaległości w Imperium Miłości, we Wspaniałym Stuleciu, w Pamiętnikach Wampirów. Więc nie ma co odciągnąć mojej uwagi. Choć przyznam, że książka Ja, diablica coraz bardziej mi się podoba. Tematyka w sam raz na jesień. Zabawna i taka nierealna. A Piekło takie piękne. I Kleo. Nie ta przez C od Donatana, do której mnie kiedyś porównywano, tylko Kleopatra ;) Więc chyba wracam do książki… Ale zanim…
 
Muszę Wam przyznać, że ostatnio jestem zafascynowana tymi dwoma powyższymi serialami rodem z Turcji. Obydwu nie oglądałam od początku, bo sobie pomyślałam o jednym: o matko, jaka maskarada, a o drugim: o matko, jakie to nudne. Te seriale mają to do siebie, że jest dużo przestojów, akcja nie jest jakaś specjalnie wartka. Duże znaczenie mają pojedyncze gesty, spojrzenia, mimika. I coś mnie w tym urzekło. Intrygi są perfekcyjne. Kobiety piękne. Mężczyźni… no, powiedzmy, że przystojni na swój sposób. I miłość. Tak złożona jak nigdzie. Fakt, że Sułtan tak kocha Sułtankę, choć jej brakuje wiele do idealnego charakteru… Zaś w Imperium ciągle coś przeszkadza miłości głównych bohaterów. A ja skupiam się na rudej długowłosej, która zakochała się w mężczyźnie od pierwszego wejrzenia. Potem cały czas o nim marzyła. I mdlała za każdym razem gdy był blisko :D Aż ich drogi znów się skrzyżowały, tylko, że teraz ona jest już mężatką, on ma żonę. Ale sposób w jaki ona wodzi za nim wzrokiem… Jak on mówi jej, że ją kocha, ale ta miłość jest niemożliwa… Na tle wszystkich innych seriali, te dwa (plus moje niezmiennie ukochane Pamiętniki Wampirów) wyróżniają się i to dosyć mocno. Na ten czas. Bo oglądałam już wiele seriali, które też mnie urzekły. Ale póki co, te w zupełności mi wystarczą.
 
Co do seriali… Zadano mi kiedyś pytanie co ja widzę w serialach, filmach i książkach o wampirach, aniołach, wilkołakach, diabłach… Może oswajam bestie? A tak naprawdę pokazują one, że ważna jest przyjaźń, miłość, że wszystko jest możliwe. I ważne jest to, po jakiej stronie się stoi. Istotne jest dobro, którego moim zdaniem, cały czas brakuje…
 
Sama chyba jestem czarownicą, więc nie ma co się dziwić moim zamiłowaniom. Mam dobrze rozwiniętą intuicję, tylko nie zawsze się w nią wsłuchuję. Miewam prorocze sny. Nigdy nie zapomnę jak jechałam autobusem. Zasnęłam. I przyśnił mi się wypadek. Obudziłam się, a chwilę potem wypadek miał autobus, który jechał przed nami. Zdarza się, że wiem kogo spotkam danego dnia, wiem kto jak się będzie do mnie odnosił. Moja mama w tym wszystkim jest jeszcze gorszą czarownicą, bo nie ma moich zdolności, ale za to, umie siłą woli powodować wypadki. Po prostu, ktoś zalezie jej za skórę, ona rzuci w myślach na niego stek wyzwisk (pardon, ona nie klnie…), w każdym razie rzuci jakieś klątewki w związku z tym, żeby temu chamowi się coś stało. No i na drugi dzień, ten ktoś przychodzi do pracy np. z ręką w gipsie. Udała mi się taka sztuczka tylko raz. I więcej nie próbuję. A mama chyba dalej knuje od czasu do czasu.
 
No ale żebyście myśleli nadal o mnie dobrze, bo nie dość, ze ponarzekałam, to wyjawiłam swój sekret, że jestem czarownicą, to jeszcze chcę dodać Wam wierszyki dwa. Poprosiłam moją kuzynkę by podała mi dwa zestawy słów. Byle jakich, dosłownie: od czapy. I tak powstała oda na część kobiety i druga, na cześć mężczyzny. Zapraszam!
 

O kobiety tego świata
Pragnie Was każdy mężczyzna
I ten podobny do Dawida i ten do Goliata
I karabinier który też Wam wdzięk przyzna
Walka o Was trwa nieprzerwanie
Każdy facet chce mieć Was w swoim klubie
Czy to Zosię, Ulę, Anię
Czy też Scarlett, ot się chlubię
Wasze usta są jak truskawki czerwone
Oczka niczym dwa w pełni księżyce
Każdy mężczyzna wziąłby taką za żonę
Zaśpiewał piosenkę i namieszał w metryce
Do tego piękne zdjęcie z rączki
Daleka podróż z któregoś lotniska
Podniebne loty latawcem, rozległe łączki
I nowe klosze w lampach i siedziska
Więc kobiety wiedzcie, że jesteście cudowne
Kochają Was wszyscy dokoła
A przed Wami życie dorodne
A przed Wami życiowa szkoła

 
O mężczyzno władco tego świata
Twoje życie niczym bajka szczęśliwa
Rzesze kobiet wokół Twego gniazda lata
Choć żadna z nich niezbyt spolegliwa
Masz więc władzę, pieniądze, siłę
Wokół ptaszynki się przymilające
Wolność, niezależność – to miłe
I łeb jak sklep oraz znasz słowa wymijające
Lecz tak naprawdę to, co masz w sercu jest sekretem
I nie jest to żadne zaburzenie
Przy sobie chcesz mieć tylko jedną kobietę
Choćby milion innych przyprawiało Cię o drżenie
Czasem trudno z Tobą żyć, jak z pacjentem chorującym na migdały
Coś przeszkadza, coś nie pasuje, coś wadzi
Jednak kochamy Cię za to, że w uczuciach jesteś stały
Żadnej zemsty nie ma nawet sensu prowadzić
Więc mężczyzno, pamiętaj jesteś królem
Jesteś władcą i panem na tym świecie
Lecz wiedz jakim to było okraszone bólem
I że wszystko zawdzięczasz kobiecie
 
 

I to by było na dzisiaj tyle. Dobrego dnia robaczki moje!

Wasza Scarlett!

Dobrze, że Cię mam!

Dzisiaj byłam uczestniczką pewnego dialogu. Wyglądało to mniej więcej tak:

Ja: kocham Cię.
Mama: kocham Cię. O, jeszcze sobie dzisiaj tego w ten sposób nie powiedziałyśmy.

Dorosłe kobiety, ale dbamy o to, by okazywać uczucia. W końcu niełatwo mieszka się pod jednym dachem z drugą taką indywidualistką. Zawsze też staramy się rozmawiać, o tym co się danego dnia zdarzyło i dlaczego właśnie tak… Choć wiem, że mama zna mnie bardzo dobrze, widzę też coraz bardziej, jak my mało o sobie wiemy. A znamy się tyle lat… Ostatnio wiele osób zniknęło z mojego życia, bo skończyły się pewne etapy i chyba coraz bardziej dostrzegam tą wartość, jaką jest drugi człowiek. To trochę tak jak faktem, że zrozumiemy, iż coś było dla nas ważne, dopiero wtedy, gdy to stracimy. I stąd też moje dzisiejsze małe rozważania.

Jest takie sformułowanie, które można wielorako interpretować. Mówię o „dobrze, że jesteś”.
…dobrze, że jesteś, bo musimy poważnie porozmawiać…
…dobrze, że jesteś, kran się zepsuł…
…dobrze, że jesteś, dzieci nakarmione, a ja idę do koleżanki, poradzisz sobie…
…dobrze, że jesteś, nie mogę nigdzie znaleźć mojej teczki z dokumentami, pomożesz…?
…dobrze, że jesteś, spóźniłeś się chyba z 2 godziny…

Wszystko zależy od intonacji, od emocji z jakimi wypowiadamy te słowa. A ja polecam często mówić najbliższym, że dobrze, że są. Ale z uczuciem, możecie nawet dodać do tego przytulenie, buziak w policzek, czy co tam chcecie. Słowa te dają do zrozumienia, że ktoś jest dla nas ważny, że jego obecność, jego istnienie wiele dla nas znaczy. Że bez niego/niej to nie byłoby już to samo.

Wiem, to takie proste słowa, w dodatku tylko trzy. Ale pomyślcie jak często mówicie to tym, na których Wam zależy? Którzy są Waszymi bliskimi, przyjaciółmi? Jeśli często to gratuluję! Jeśli rzadziej to mam nadzieję, że Was zainspirowałam. Jeśli macie zamienniki to też dobrze. Jesteście oryginalni, tym lepiej.

Ktoś może mi powiedzieć: ale Scarlett, przecież więcej mówią moje czyny niż słowa. Zgodzę się z tym, ale też trzeba zważyć na to, że czasem nasze czyny są opacznie interpretowane, dobre uczynki, miłe drobiazgi stają się codziennością. „Super, naprawiłeś kran, przytuliłeś mnie, ale robiłeś to już wiele razy. Chyba taka jest Twoja powinność?” A słów nigdy za wiele. Wytłumaczą i przypieczętują to, co już okazywaliśmy na tysiące sposobów.

Wasza Scarlett!

Coś się wdzięczy, coś się mieni. Złote dary tej jesieni. Złote liście, piękny las. Napawaj się, celebruj, to jest Twój czas.

Niegdyś w jesieni widziałam tylko deszcz, krótsze dni, lodowate noce, deszcz, kałuże, deszcz, jeszcze więcej deszczu, zbliżającą się zimę, szarość, burość i nijakość. Jesień była też taką porą w szkole, czy na studiach, kiedy zbytnio nic się nie działo. Zdarzały się jakieś kartkóweczki, kolokwia, ale były dość sporadyczne. Były podawane wytyczne, harmonogramy, ale przez nikogo nie brane na serio. Nuda. Jesień to też święta… Wszystkich Świętych, Dzień Zaduszny, 11 listopada. Nigdy przeze mnie nie obchodzone. Dopóki nie przyszło samemu opiekować się grobem czy też dopóki nie otrzymałam magicznej książeczki wojskowej, która sprawiła, że wszelkie przejawy zdrowego i szczerego patriotyzmu ogromnie zaczęły mnie wzruszać. Taaak, służba Ojczyźnie też mnie kiedyś interesowała. Nawet mi to proponowano. Yhym. Nie, żebym coś miała przeciwko, ale w zasadzie… to zawsze jakaś alternatywa. Chociaż inni widzieliby mnie w policji… A ja siebie w szpitalu i na uczelni. No i weź to pogódź. Jest śmiesznie, uwierzcie. Ale idę swoją własną drogą. Wracajmy do jesieni, bo się zaraz zrobi wiosna, jak wezmę się za dyrdymały wszelakiego rodzaju. Jesień w pracy to też trochę wyczekiwanie przedświątecznych premii, planowanie Sylwestra. A nuż trafi się długi weekend. Jeden, dwa, albo trzy. Jesień widoczna jest w zmianie garderoby. Wszyscy szarzeją, czarnieją i brązowieją, znaczy takowe barwy przybierają, by zlać się z otoczeniem i zbytnio nie wychylać. Zaś na twarzach i ciałach bledną. Opalenizna schodzi z człowieka zapewne dlatego, by nikt w depresyjną jesień nie tęsknił za słońcem i ciepłem. Jesień to czas kiedy odechciewa się wychodzenia z domu. Bo po co? By się pochorować?! Albo utopić w kałuży?!

A jak patrzy na to zwykła, szara, pani O’Hara…? Nie mogłam odmówić sobie tego dennego rymu ;) Mam nadzieję, że moja jesień będzie złota. Że będę chciała wyjść z domu, nie dlatego by z niego uciec, by uciec od samej siebie, tylko by po prostu pospacerować. Chcę by moja jesień była taka, jak ta przed rokiem. Pamiętam ten dzień doskonale. Byłam wtedy po bilety na koncert i nagle z głośników zaczęła grać muzyka, liście wokół spadały, fontanna szalała w sobie znany takt. Ludzie się zatrzymywali. Czułam, że nie jestem sama. I ta feeria barw, i moje szczęście z okazji zdobycia biletów. Czułam spokój w sercu. I przeogromną radość. To było to. Aż uwieczniłam ten moment zdjęciem. Szkoda tylko, że nie mogłam uwiecznić emocji. Wtedy wszystko było takie proste. Aż banalne. Teraz też tak jest, ale jest inaczej. Po prostu… inaczej.

10320551_738564206215212_5175295965452294901_n

Chcę by ta jesień była obfita w owoce, warzywa… i nie tylko po to, by się nie przeziębić, by nie zadręczać się chorymi zatokami, oskrzelami i ich znajomymi, ale by wyrabiać w sobie zdrowe nawyki. Chcę mieć czas na wylegiwanie się pod ciepłym kocem z ogromnym kubkiem herbaty, niekoniecznie w trakcie choroby. Chcę przeczytać kilka dobrych książek, lecz nie po to, by cieszyć się czyimiś sukcesami i żyć czyimś życiem, tylko dla czystej przyjemności. Chcę ćwiczyć, choćby z E.Ch., nie po to by schudnąć czy coś, tylko po to, by wytwarzać masę endorfin. Chcę zrobić kolejne zdjęcia złotej polskiej, aby za rok mieć, co wspominać.

Nie poddam się zaokienkowej melancholii. Nie poddam się czarnej dziurze jesieni. Nie poddam się pustce, która czasem atakuje. Nie zaśniedzieję. Nie!

PS. Cieszcie się jesienią gołąbeczki. Niech nie smucą się Wasze mordeczki. Kochajcie i dla innych bądźcie kochani. I słuchajcie rad Waszej blogowej pani ;)

Musiałam Wam uprzykrzyć dzisiaj życie tymi kiepskimi rymami. Może a nuż ktoś się zaśmieje, że są na świecie jeszcze takie poetyckie beztalencia jak ja ;)

Całuję Was, Wasza Scarlett ;*