Sierpień 2015
N P W Ś C P S
« lip   wrz »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

Miesięczne Archiwa: Sierpień 2015

Zmiany, zmiany, zmiany…

Przepraszam, że się nie odzywam, ale zachodzą u mnie same zmiany… Zmiany, do których jeszcze muszę się przyzwyczaić, o ile w ogóle jest to wykonalne. Zmiany żywieniowe, treningowe i masa innych, moim zdaniem niepotrzebnych… Tak to jest, gdy nagle z szaroburej nudy, kobieta przerzuca się na feerię barw na rollercoasterze. Ale po kolei…

Kocham nowinki technologiczne. Nosz normalnie bardziej niż niejeden mężczyzna. Nigdy nie używam instrukcji obsługi, zawsze sama muszę wszystko odkryć, badać, eksplorować. Gdy dostaję jakiś nowy sprzęt to szaleję z radości i nie można mnie od niego odciągnąć przez wiele dni. Ale nie tym razem. Nie wiem, czy dojrzałam, czy po prostu byłam za bardzo przywiązana do przeszłości. Od kilku miesięcy wszyscy narzekali, że nie miałam smartfona. A w czym gorszy był mój stary gracik? Stary gracik, z którym tyle przeżyłam! Bodajże całe studia z nim przetrwałam – nie pamiętam, bo to zamierzchła przeszłość :D Ileż to było wspólnych wieczorów, flirtowania, wzlotów, upadków i znowu wzlotów. Tyle przedziwnych smsów i rozmów telefonicznych. Masa zdjęć, wspomnień. Tyle koncertów, wyjazdów… A teraz mam tego mojego gracika ot tak rzucić w kąt…?! Trudno… Mężu, mam smartfona, tak, teraz już nie będziesz narzekał! Ale co z tego?! Póki co, to wielkie cudo leży w pudełku i na razie nie zamierzam bawić się w przycinanie karty SIM na microSIM, czy inne zamiany, o których nie mam zielonego pojęcia. Mam czas. Pardon, mamy czas. Ja i on. Moja pierwsza randka z tym białym przyjacielem była totalnym niewypałem (jeszcze rasizmem mi tu zapachniało)… Pomacałam go, uruchomiłam, pooglądałam z tej i owej strony, pożegnałam się z nim i tyle. Ot szybki numerek. Szału nie było. Duże to, bez żadnych klawiszy. Matko jak to brzmi :D Widocznie erotyczne myśli w nocy, to już przeżytek, bo rano to dopiero mam fantazję ;) Zaś, co do telefonu, podobno jak mi go kupowano został specjalnie dla mnie wybrany. Hmmm, takie spersonalizowane zakupy… Dla bizneswoman z nutą szaleństwa^^ Żartuję. A tak na poważnie, dobierano go do mojego zawodu :D To już w ogóle porażka. Ponoć wszystkie prawniczki są nim zachwycone. Ciekawe tylko co ja mam wspólnego z prawem?! Już któryś raz zadaję sobie te pytanie. ALE! Wszystkie te niedogodności zostały mi wczoraj wynagrodzone. Pewni starsi państwo rozmawiali i nagle kobiecie się wyrwało: Ty, to ta fizjoterapeutka! Oczywiście to nie było o mnie, ale nikogo innego na ulicy nie widziałam, więc aż się sama do siebie uśmiechnęłam :D Pomijając, że nie jestem fizjoterapeutką, ale kiedyś będę, także niewiele się pomylili :) Więc, mój smartfon… Nie wiem czemu jest biały, a dobrano do niego czerwony pokrowiec czy jak to tam zwą^^ Że niby niewinność i diaboliczność? Czy raczej flagowo szli w rozumowaniu?! No tak, jak zobaczyli moją książeczkę wojskową, którą mi podwędzono, to chyba raczej w tę stronę :D Wraz z telefonem zmienił się również modem. Też nie zamierzam go używać :D A co! I Windows. I nowa poczta. Te dwie ostatnie, to moje inicjatywy, więc jakoś bliżej mi do własnych wyborów.

I tyle tych nowości, że aż się cieszę, że mam tego niezmieniającego się (póki co) bloga ;) Jakby nie spojrzeć, patrzę teraz na wszystko też nowymi oczami, bo już nie brązowymi, ale soczyście niebieskimi. Pierwszy raz od kiedy mam soczewki pozwoliłam sobie na zmianę koloru. U mnie to tak zawsze, kiedy jestem pod kreską, to wydaję jeszcze więcej :D Nie wiem jakim cudem, ale pieniądze w moim domu chyba ulegają rozmnożeniu. Jak chleby i ryby za czasów Jezusa ;) Niesamowite…. Swoją drogą, kupowanie soczewek też było niesamowitym przeżyciem, a to za sprawą przystojnego pana optyka, który zniewolił mnie swoim spojrzeniem. Ale o tym innym razem. Pozostawiam Was z niedosytem :)

PS. Żeby nie było, oczywiście jestem zadowolona z nowych urządzonek. Tym bardziej, że to prezent. Zapewne za jakiś czas je pokocham i będę szpanowała nimi na prawo i lewo. Póki co, zachowam dystans. Niech zatęsknią.

Wasza, FIZJOTERAPEUTKA, Scarlett ;)

Moja wyobraźnia nie ma granic. Znowu.

Chyba nie ma nic lepszego niż dobra książka. Może oprócz gorącej kawy, tańca, muzyki, porządnego i pozytywnego zmęczenia oraz uśmiechu drugiej osoby. I wielu innych rzeczy oraz uczuć, o których nie będę mówić, bo się rozmarzę ;)

Ostatnio, tak na poważnie, wróciłam do książek. Dawno nie czytałam. A jak czytałam to po dwa, trzy zdania, bo wiecznie brakowało sił, czasu i przede wszystkim, ochoty. Wokół cały czas coś się działo i skutecznie mnie to rozpraszało. Nie czuję kiedy rymuję! ;)

Niegdyś kochałam czytać. Pochłaniałam książkę na dzień. Albo i dwie. Nic nie było mnie w stanie oderwać od tej przyjemności. Czytałam wszystko, jak leciało. Po pewnym czasie stałam się wybredną czytelniczką. Nie zadowalałam się wiecznie tą samą fabułą. Poznali się przypadkiem, ich miłość była niemożliwa, ale wreszcie się zeszli i celebrowali wspólne życie. Nagle, chwilowy zwrot akcji, kłótnia. I znów się schodzą i żyją długo oraz szczęśliwie… aż do porzygu tęczą. Starałam się selekcjonować książki, znajdować nowe wątki, nietypowe historie. Może dlatego przestałam czytać, bo coraz trudniej było mi znaleźć coś, co by mnie satysfakcjonowało… Przez pewien czas miałam zajawkę na same poradniki i książki psychologiczne. Może chciałam się czegoś o sobie dowiedzieć…? Ale raczej po to, by pogłębić swoją wiedzę. Cóż, powtarzam po raz setny, człowiek cały czas się uczy. Taka tematyka mnie akurat nie znudziła, bo jakże by, ale przesyt w tej materii też nie jest wskazany. Jedno jest pewne, II wojna światowa to wątek, o którym mogłabym czytać miesiącami. Choć jest bolesny i taki niesprawiedliwy, z resztą jak zwykle, jeśli chodzi o bezsensowne mordowanie milionów istnień. Ale też, końcem końców, ile można czytać o śmierci…? Dlatego szukam teraz książek, które mnie zachwycą. Jeśli takie znacie i chcielibyście mi je polecić, to czekam z niecierpliwością!

Patrząc na moje mieszkanie, można rzec, że pomieszkuję w bibliotece. Tak wielu z tych książek jeszcze nie przeczytałam. Ale teraz wracam z dumą do czytania i znów odnajduję w tym dawną frajdę. Szczerze? Wolę nawet przeczytać dobrą książkę niż obejrzeć dobry film. A jeszcze do niedawna szłam na łatwiznę w tym względzie. Na łatwiznę? Scarlett co ty wygadujesz? Prawdę i tylko prawdę, bo jakby nie patrzeć, film jest dla mnie łatwizną. Oprócz uważnego śledzenia fabuły, nie wymaga wielkiego myślenia. Pomijając filmy, po których warto zastanowić się nad sobą i swoim postępowaniem. Czasem filmy też mnie zachwycają, to fakt. Czasem są dla mnie genialną odskocznią, to fakt. Ale ten czas spędzony sam na sam z książką, to coś, co polecam każdemu. Książka pozwala nam na uruchomienie wyobraźni. Każdy z nas inaczej wyobraża sobie głównego bohatera, miejsca w których przebywają uczestnicy akcji. Wymaga to wysiłku umysłowego, a proces tworzenia i efekt końcowy sprawiają, że historie, które rozgrywamy w naszej głowie są niepowtarzalne. Tylko nasze. Tego tak bardzo mi brakowało. 

Moja wyobraźnia ostatnimi czasy skupiała się tylko na wizualizacjach własnego życia. Wyobrażałam sobie rozmowy, które odbędę, a które będą tak cholernie idealne i ważne w moim życiu. Widziałam oczami wyobraźni jak osiągam cele. Dążę do wszystkiego, co sobie zaplanowałam. Nie powiem, wizualizacja to świetne narzędzie pobudzające kreatywność i sprawiające, że można oswoić się z wieloma sytuacjami w życiu. Ale teraz pozwalam sobie na zwykłe i zarazem niezwykłe fantazjowanie. Tak, uciekam czasem w świat fantazji i nie wstydzę się tego. Trochę tak, jakbym wracała do czasów dzieciństwa. W myślach spotykam się z ludźmi, z którymi, przez swoje wybory, być może już nigdy się nie spotkam. Odbywamy długie rozmowy — o niczym. Kiedyś te fantazje bolały, bo wiedziałam, że nigdy się nie spełnią. A przecież jeśli będę sobie coś wmawiać, to tylko niepotrzebnie się nakręcę. Teraz jest mi wszystko jedno. Wyobraźnia jest moją siłą. Może i większość z tych wyimaginowanych historii nigdy nie będzie mieć miejsca, ale kto wie, moje życie przecież bywa lepsze niż w niejednej książce :) I nie, nie jest to uciekanie w świat fantazji, bo wokół panuje nuda i ogólna szarość. O moim życiu można powiedzieć wszystko, ale nie, że jest nudne i szablonowe. Chyba chodzi o to, że podobno to, o czym myślimy, często się ziszcza. Dlatego też wysyłam w wszechświat same pozytywne myśli. Niech ma. Może ten optymizm wróci z podwojoną siłą i zagości u mnie na zawsze ;) Przecież fantazja też jest potrzebna, bez niej byłoby nijako. A książki bardzo w tym pomagają. Dają możliwość poszerzania horyzontów. Co za tym idzie, ubogacają, jak nic innego. Tego w końcu pragnę od życia i świata wokół :)

Wasza, zaczytana i w życiu zakochana, Scarlett!

Brak wdzięczności…

Wczoraj zachwalałam pomaganie ludziom. I zdania nie zmieniam. Pomaganie jest cudowne. I dla jednej i dla drugiej strony. Ale niewdzięczność niektórych mnie zaskakuje. Negatywnie zaskakuje. A ta myśl nasunęła mi się wczoraj. Punktem wyjścia stały się wszędobylskie upały.  Od dobrych kilku tygodni wszyscy przejmują się suszą. Rząd wymyśla oszczędzanie wody i energii, powstają kurtyny wodne, często też woda jest dostarczana tu i ówdzie w beczkowozach. Wspaniałomyślność odnośnie tego w jaki sposób można się ochłodzić, czy też zdobyć wodę, nie ma granic. I wczoraj, w jednym z programów informacyjnych, widziałam kobietę, która przyszła do stoiska ustawionego specjalnie na tę trudną okoliczność przyrody. Było to stoisko oczywiście z wodą, kulturalnie zapakowaną, darmową, w większych butelkach. A ta kobieta podsumowała to słowami: dobra, ale mogłaby być zimniejsza. I parszywie się zaśmiała. Brak słów… Zamiast być wdzięczną ludziom i losowi, że ma tę wodę, że może się napić, ba, może ją sobie do woli schładzać u siebie w lodówce, to ta jeszcze narzeka… Ile osób na świecie cierpi z głodu, z pragnienia, boją się o swoje bezpieczeństwo, chorują na rzadkie choroby…? A tej podsunięto wodę pod nos i bezczelnie wybrzydza. Nonsens. Jakim trzeba być człowiekiem by nie potrafić w takim momencie być wdzięcznym… No jakim…?

Dziś tak krótko, bo brakuje mi już słów do tego chamstwa… Ale musiałam się z Wami tym podzielić. Mam nadzieję, że spotkacie na swojej drodze jak najmniej takich niewdzięczników.

Wasza, zdegustowana i zawiedziona, Scarlett. Ale tylko chwilowo zdegustowana. Przecież nie wszyscy ludzie są tacy jak ten babsztyl… i to cieszy.

Jak to, słuchając komplementów doszłam do wniosku, że nic tak dobrze nie robi jak wyjście do ludzi!

Wczoraj. Cóż to była za środa. Zaczęło się od porannego wychwalania mojego optymizmu. Samoocena skoczyła. Potem pojawiłam się na wolontariacie, gdzie nie było mnie już od ho ho. Na wejściu usłyszałam, że wyglądam wspaniale, potem skomplementowano moje włosy, w których ja nic specjalnego nie widzę. Po prostu latałam nad ziemią z zachwytu, bo chyba, jak każdy i każda, kocham komplementy. I teraz, siedząc na łóżku, czuję się nadal tak dowartościowana jak wczoraj, że aż jestem w szoku. Czasem kilka miłych słów może zdziałać cuda. Ale największą nagrodą były dla mnie tulące się do mnie dzieciaki. Tego uczucia nie przebije milion słów… Dlatego warto było ruszyć swoje cztery litery i wrócić do jednego z ulubionych miejsc :) Nawet o bólu kostki zapomniałam! Takie cuda!

Wracając do domu zastanawiałam się jakim trafem znalazłam się w tym miejscu, skoro ja do dzieci nigdy nie przejawiałam większej sympatii. Nie rozumiałam ich, a one jakoś za mną nie przepadały. Przynajmniej takie mam wspomnienia związane z kontaktami z dziećmi. Wszystko chyba zmieniło się na praktykach, a potem wolontariacie. I tak już zostało. Kocham dzieci, pomimo że uwielbiają zachodzić za skórę. Sama chcę mieć czwórkę, także no trochę się pozmieniało ;) Duże oczyska, słodki bezzębny uśmiech, łapki jak serdelki – no jak można nie być w nich zakochanym!

Wolontariat zmienia w ogóle moje patrzenie na wszystko dookoła. Nie tylko czuję się lepiej… Nie, nie chodzi, że czuję się lepsza. Lepsza może nigdy nie będę, bo na co dzień nie bywam dobrym człowiekiem. Jestem wredna, opryskliwa, czasem kogoś niezasłużenie opieprzę… Niestety, ale taka już jestem. A to wszystko otoczone ogromnym egoizmem. A tam mogę się oderwać od mojej rzeczywistości, skupić na tu i teraz, na innych, a nie wiecznie na sobie.

Zauważam też, że niewielkim nakładem sił można naprawdę pomóc tym najbardziej potrzebującym. Przy okazji można pomóc również sobie. Całe życie powtarzano mi, że trzeba być dobrym człowiekiem, bo dobro wróci. I te pozytywne emocje, które z siebie dajemy – również. I to prawda. Wraca. Nazwać mnie mianem dobra można tylko raz na jakiś czas, ale profity zauważam. Szczególnie te, które zachodzą we mnie samej. Jestem ogromną fanką pomagania. Raczej nie polega to w moim przypadku na wysyłaniu SMSów na określone cele, chociaż to też dobry sposób. Ale wspomagam finansowo pobliskie hospicja, dużym szacunkiem darzę też Fundację DKMS, w której jestem Potencjalnym Dawcą Szpiku i akcję Rak&Roll, dla której oddałam włosy na perukę. A te formy wolontariatu, które wymagają obcowania z drugim człowiekiem, wyjścia do ludzi, którzy Cię potrzebują. To dopiero coś pięknego. Tego nie da się opisać, dopóki samemu się nie spróbuje.

Czasem mam taki odruch serca by pomóc komuś bezinteresownie. Ale bywam też żyletą. Cała Scarlett. Więc jak widzicie, mam wiele odcieni. Ale to chyba dobrze… Przynajmniej nie jest nudno ;)

PS. Nie piszę tego wszystkiego by się przechwalać, po prostu a nuż ktoś się skusi na jakąś formę pomocy. Polecam! Ja już jestem tak tym wszystkim, co się dzieje dookoła mnie dowartościowana, że chyba starczy mi tego uczucia na kilka najbliższych lat ;)

A przy okazji zobaczyliście, że nie jestem skończoną zołzą ;)

Wasza, czasem filantropijna, Scarlett.

O tęsknocie słów kilka

Nie dość, że długo mnie nie było, to jeszcze dzisiejszy wpis z pozoru ma negatywną wymowę ;) Ale tylko z pozoru. Tak naprawdę tęsknota jest sensem mojego istnienia. Latarnią, która oświeca mi drogę na ścieżkach życia. Górnolotne, ale prawdziwe. Zaczęłam nadużywać słowa „górnolotność”. Ale tak już tak mam, że jak się czegoś uczepię, to nie sposób mnie od tego odzwyczaić. Jako dziecko co chwilę mówiłam: co nie? co nie? co nie? :D Na starość przyszła pora na bardziej GÓRNOLOTNE sformułowania ;)

A co do tęsknoty… Tęsknota jest czymś nieproszonym bo… Kiedy tęsknimy za czymś, co było, nie możemy skupić się na teraźniejszości. Kiedy tęsknimy za kimś, kto najchętniej wyrzuciłby nas ze swojego życia, zamykamy się na innych i spalamy. Kiedy tęsknimy za czymś, co mogło się wydarzyć, a się nie wydarzyło, wpędzamy się w błędne koło co by było gdyby. Kiedy tęsknimy za sławą, chwałą, chlubą, która mogła się zdarzyć i innym się przytrafiła a nam nie, to obniża się nam poczucie własnej wartości i zwyczajnie czujemy się gorsi.

Tęsknić można dosłownie za wszystkim i wszystkimi. Za Bogiem, od którego na własne życzenie się oddaliliśmy, za wartościami takimi jak miłość, zdrowie, szczęście, które są na szczycie naszej hierarchii, a jakoś nas omijają. Za psem, który teraz hasa w Krainie Wiecznego Obgryzania Kości i Miziania Za Uszkiem. Tęsknimy za ludźmi, którzy odeszli. Mentalnie, fizycznie. Czasem aż wstyd się przyznać, że za kimś tęsknimy, bo nie wypada, bo po co, bo przecież on nie czuje tego co ja. Tęsknimy za wymarzonym spokojem, za wolnością. Za miejscami, które niegdyś odwiedzaliśmy z wypiekami na twarzy.

Samo stwierdzenie tęsknię za Tobą brzmi trochę nostalgicznie. Bo składa się na to chociażby fakt, że ktoś o nas nieustannie pamięta, myśli, że komuś nas brakuje i czasem nic nie możemy na to poradzić. Że jest mu smutno, bo nas nie ma obok. Dla mnie brzmi rozczulająco, gdy ktoś powie: czekałem aż się odezwiesz, albo stęskniłam się za Tobą. To brzmi tak niesamowicie, że nie sposób obok tych słów przejść obojętnie. Albo gdy komuś na Twój widok poprawia się humor, a Ty wiesz, że to dzięki Tobie i że teraz jesteście oboje we właściwym miejscu, bo obok siebie. Ale dobra, miało być najpierw negatywnie… ;) Sami widzicie, że dla mnie szklanka jest zawsze w 3/4 pełna, a czasem aż się przelewa ;) Negatywnie, hm… Tęsknota odbiera blask oczom. Szczególnie ta tęsknota, która nie może być zaspokojona. Co innego, jeśli tęsknię za Tobą, ale wiem, że za tydzień, dwa, trzy znów będziesz obok. Wtedy tęsknota to oczekiwanie. To trwanie w napięciu, ale dosyć przyjemnym, bo przecież te miesiące rozłąki zostaną wreszcie wynagrodzone. Co innego, jeśli on wie, że jej już nie spotka. Być może nigdy. A być może miną się kiedyś jak dwie obce osoby. Wiąże się to ze smutkiem, apatią, zamyśleniem… Bo nie mamy blisko tego, co mieliśmy tak długo. Pomijając tęsknotę, gdy ktoś trwa obok nas fizycznie, a mentalnie jest tak daleko. Bo kłótnia, bo wymiana zdań, bo jednostronna miłość. Nie lubię patrzeć w oczy tęskniące w ten sposób… Chciałabym ukoić ból takich osób, ale czasem potrzeba na to lat w udręce…

Nie chcąc Was dołować, pora na milszy aspekt. Gdy dziś rano zatęskniłam, poczułam w sercu, że tęsknota jest mimo wszystko dobra. Jest dobra, bo dzięki niej uświadamiam sobie, kto jest dla mnie ważny. Kto wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Tęsknię za wieloma osobami, miejscami, za zapachami. Czasem tęsknota gdzieś siedzi przyczajona w kącie. Czasem ogarnia mnie całą. Nie wiem czy ci, za którymi tęsknię , tęsknią również za mną. To jest najmniej ważne. Ale ktoś chyba tęskni, bo wiecznie wypadają mi rzęsy ;) Jestem uzależniona od ludzi, a raczej od tego jak dany człowiek na mnie oddziałuje. Dlatego chyba też przede wszystkim tęsknię za ludźmi i za tym jak się przy nich czuję. Mam w sercu tych, którzy przytulają spojrzeniem, których uśmiech mnie rozbraja. Tęsknota jest dobra, bo wskazuje mi kierunek bym nie zabłądziła i trafiła tam gdzie powinnam. Miejsca, za którymi tęsknię mają swój zapach. Dla mnie każde miejsce pachnie inaczej, wyjątkowo. Czasem wiem, że może tęsknię niepotrzebnie, że przecież ta sprawa lub ta osoba nie są tego warte. Ale taka tęsknota też czegoś uczy. A życie to w końcu nieustanna nauka.

PS. A jak Wy się zapatrujecie na tęsknotę? Ja dzisiaj tęsknię i nie wstydzę się do tego przyznać. Czekam i tęsknię. I w końcu cieszę się, że mam na co czekać, bo lubię czekać tak jak nikt :)

Wasza Scarlett, uśmiechająca się do biletów z dedykacją dla mojej żony i jej przyjaciółki :) Teraz wiem, że wszystko będzie dobrze :)

Labilnie…

Labilność emocjonalna to chyba moja charakterystyczna cecha. Ale nie oszukujmy się, takie jest życie. Nigdy nie wiemy, co w danym momencie nas poruszy, ucieszy lub wyprowadzi z równowagi. Także… Wczoraj wesoło i długo o piersiach. Dziś smutno i krótko o śmierci. Nie znam osoby, która, ot tak sobie, byłaby pogodzona z odejściem każdego w jej otoczeniu. Zawsze czyjaś śmierć, szczególnie bliskich, wzrusza nas i sprawia, że wokół jest jakoś pusto… A pustkę tę można zminimalizować, chociażby poprzez rozmawianie z tym, który odszedł. Ja często radzę się i zwierzam tym, których już nie ma… Nawet zdarza się, że razem się śmiejemy. I może brzmi to co najmniej dziwnie, szczególnie dla tych, którzy tego nie doświadczyli… To trochę tak, jak z faktem, że niektórzy lubią mówić sami do siebie. Są tacy, którzy uważają takie osoby za psychiczne. Inni wiedzą zaś, że mówienie do siebie powoduje usystematyzowanie wszystkich informacji, które posiadamy na dany temat. A są zdania, że czasem po prostu trzeba porozmawiać z kimś na poziomie ;) Więc albo się to rozumie, albo nie.

Pretekstem do napisania tego postu jest wiersz, który znalazłam. W sumie, natknęłam się na niego przypadkiem. Mam wrażenie, że czasem los podsuwa nam pod nos, to czego akurat najbardziej potrzebujemy. Ja potrzebowałam takich słów.

Death is nothing at all. 
I have only slipped away to the next room. 
I am I and you are you. 
Whatever we were to each other, 
That, we still are. 

Call me by my old familiar name. 
Speak to me in the easy way 
which you always used. 
Put no difference into your tone. 
Wear no forced air of solemnity or sorrow. 

Laugh as we always laughed 
at the little jokes we enjoyed together. 
Play, smile, think of me. Pray for me. 
Let my name be ever the household word 
that it always was. 
Let it be spoken without effect. 
Without the trace of a shadow on it. 

Life means all that it ever meant. 
It is the same that it ever was. 
There is absolute unbroken continuity. 
Why should I be out of mind 
because I am out of sight? 

I am but waiting for you. 
For an interval. 
Somewhere. Very near. 
Just around the corner. 

All is well. 

Nie ma to jak angielski. Brzmi tak jakoś miękko. Ale w tłumaczeniu też niczego sobie. Tak prosty, a taki prawdziwy…

Śmierć jest niczym.
To tak, jakbym się wymknął do sąsiedniego pokoju.
Jestem wciąż sobą i Ty jesteś sobą.
Czymkolwiek dla siebie byliśmy, tym jesteśmy nadal.
Nazywaj mnie moim dawnym imieniem, mów do mnie tak, jak zawsze mówiłeś.
Nie zmieniaj tonu, nie przybieraj na siłę poważnej i smutnej miny.
Śmiej się; tak jak zawsze śmialiśmy się z żartów, które bawiły nas oboje.
Baw się, uśmiechaj, myśl o mnie.
Módl się za mnie.
 
Niech moje imię zawsze będzie wymawiane zwyczajnie, bez śladu cienia.
Niech wypowiadane będzie bez nacisku, bez cienia żałoby.
Życie znaczy to samo, co zawsze znaczyło.
Dlaczego miałbym zniknąć z twojego serca, skoro zniknąłem tylko z oczu?
Czekam na ciebie, tylko przez krótką chwilę, aż przyjdzie twój czas.
Jestem gdzieś blisko, pamiętaj.
W sąsiednim pokoju, lub tuż za rogiem.
Wszystko jest w porządku.
A autor? Henry Scott Holland. Jeśli macie to szczęście, że nigdy nie dotknęła Was śmierć kogoś bliskiego czy dalszego, to myślę jednak, że warto czasem poczytać wiersze, oddać się chwili refleksji… Może macie jakichś ulubionych poetów? Ja uwielbiam chociażby Szymborską i Stachurę, tak na co dzień.
Pozdrawiam chłodno, bo zapowiada się kolejny upalny dzień i nie chcę Was niepotrzebnie przegrzewać!
Wasza Scarlett :)

S(k)utki współczesnego społeczeństwa!

Postanowiłam sobie dzisiaj nie zważać na język, więc będzie wulgarnie, nie po polsku i kontrowersyjnie. A co! Wolno mi!

Czasy, w których przyszło nam aktualnie żyć, są bardzo dziwne. Naprawdę. Niby wszędobylski brak cenzury pozwala każdemu na bylejakość wypowiedzi, nie zważając na panujące obyczaje. Często nawet przeklinanie w telewizji nie jest cenzurowane, bo to przecież słowa jak każde inne. Tak więc, każdy może mówić, to co chce, jak chce i jest ekspertem od wszystkiego – począwszy od sportu, kończąc na gotowaniu. Jednak jak się okazuje, co wolno przysłowiowemu wojewodzie, to nie Tobie… wyzwolona kobieto. Od wieków walczymy o emancypację, ruchy feministek mnożą się i pączkują, wierzymy, że doczekamy czasów, kiedy wreszcie będziemy zarabiać tyle, co mężczyźni. Płonne nadzieje, w momencie, kiedy nie możemy pokazywać chociażby własnych sutków…

Wczoraj widziałam starszego pana, który jechał na rowerze, bez koszulki, z nagim torsem, z siwymi kędziorkami na zapadniętej klacie. Ciekawe co by było, gdyby na takim samym rowerku jechała kobieta topless. Zapewne zgorszenie i naruszenie moralności. Tylko dlaczego?! Przecież niektórzy mężczyźni mają większe cycki niż niejedna kobieta… I to jest okej. Oni mogą pokazywać się w zbyt ciasnych slipkach, mieszając swoje klejnoty w miejscach publicznych. I to jest okej. Pewnego razu szłam Bulwarami Wiślanymi w bluzce z głębokim dekoltem, to jeden facet stwierdził, że go aż poraziło. Może i był to komplement, ale mi nie przypadł on do gustu, tym bardziej, że moje piersi nikogo swym blaskiem oślepiać nie zamierzały. Nie daj Boże, jeśli my, kobiety, na ulicy chciałybyśmy lekko odchylić palcem stringi, które piją nas w tyłek… Toż to przecież ohydne. Tęgi facet się nie przejmuje i wywala swój brzuchol gdzie popadnie. I to jest okej. Tęższa kobieta zaś zakrywa się jak może… Gdzie tutaj równouprawnienie? Czy my musimy być zawsze piękne, a mężczyźni mogą się zapuszczać? Przepraszam, ale tak odbieram to, co się wokół mnie dzieje. Nie oceniając nikogo z Was. Więc mam nadzieję, że nie dotknę męskiej części, która tutaj i tak rzadko zagląda. Nie twierdzę wcale, że te chore zasady wymyślili mężczyźni. Nie wiem kto to wymyślił, ale gdybym go/ją spotkała, to byśmy sobie pogadali… A coś mi się wydaje, że to sprawka kultury. Piękne modelki bez skazy dzięki Photoshopowi, mężczyźni drwaloseksualni czy drwalopodobni… Dobra, odbiegam od tematu, a tu przecież o piersi chodzi. I niestety, nie o te wyzwolone i wyluzowane, z kurczaka (jakoś piersi z kurczaka pokazują publicznie! z kury też! nawet wymiona krowie…). Ale zauważacie, w komediach romantycznych, kiedy jest już po wszystkim, para leży obok siebie, zmęczona od udawanego orgazmu… i mężczyzna świeci nagą klatą, a kobieta jest przykryta narzutą lub kołderką… Może rzeczywiście to aktualna kultura, która, notabene, narzuca takie a nie inne schematy zachowań. Potem, drodzy moi, nie dziwmy się, że większość ludzi woli się kochać przy zgaszonym świetle, skoro wszystko jest takie okropne i niewarte oglądania, a nawet siejące zgorszenie!

Inny przykład. Moja znajoma ma salon tatuażu i piercingu. Wyobraźcie sobie, że wrzuciła na Fb fotki pary, która przekuła sobie sutki. Facebook sutki mężczyzny zaakceptował, jednak kobiecych już nie… i usunął zdjęcie… Co jest takiego w sutkach męskich czego nie ma w kobiecych lub odwrotnie?! Tylko to, że kobiety to Matki Polki i mają mleko w gruczołach?! Toż to chyba piękne?! Wykarmiłyśmy niejednego przywódcę państw, z właścicielem Facebooka na czele… Czyż nie?

Co do mleka, nawet karmienie piersią w miejscach publicznych budzi odrazę i biedne mamy muszą iść z dzieckiem do toalety. Jakoś nie wyobrażam sobie jedzenia w kiblu… Nie wiem jak Wy…? Rozumiem, jedzenie trafia przez jamę ustną, wędruje przez cały przełyk, żołądek, jelita, aż wybywa z naszego organizmu poprzez odbyt… Więc jakaś ciągłość pomiędzy jedzeniem a toaletą jest. Ale ja nic w tym smacznego nie widzę. I dziecko, gdyby mogło mówić, też zapewne by się sprzeciwiło…

I jeszcze jedna strona medalu. Ten nasz medal chyba jest w trójwymiarze, bo tyle wątków dzisiaj poruszyłam ;) Umieszczanie zdjęć dzieci w Internecie. Nagich zdjęc. To się mnoży na potęgę. Nagie dzieci są wszędzie. I potem mamy się dziwić, że rośnie zainteresowanie pornografią dziecięcą. Oczywiście mamy są oburzone, bo tak ogromne mają parcie na pochwalenie się swoimi golutkimi pociechami. Drogie mamy, to może same wystawicie tyłeczek i pokażecie go światu? Przecież tyłek to tyłek. Co z tego czyj… Sama mam w albumie nagie zdjęcia z okresu kiedy byłam niemowlakiem i podczas ostatniej dyskusji z moją mamą, nawet ona stwierdziła, że gdyby wtedy istniał Facebook, to nigdy by ich nie wrzuciła. Nie ze względu na to, że mam brzydką pupę, bo jest prześliczna, ale na to, że tak nie wypada. Właśnie, nie wypada! A uwierzcie, nawet psychologowie wrzucają fotki nagich dzieci. Wiem, bo to są również i moi znajomi. Mądry sąd w Portugalii, który wreszcie zajął się tą sprawą i skierował ją na światło dzienne! Choć wątpię, że ilość takich zdjęć się zmniejszy, a pan Trynkiewicz i spółka nadal będą mogli bezkarnie ściągać sobie pornografię dziecięcą. No dobra, ale i tak nagie dzieci są, póki co, okej. Nie w moim mniemaniu, ale chociażby w zamyśle portali społecznościowych. A kobiece sutki nadal są zbanowane. W czym nie pomagają choćby akcje o pięknym tytule „Uwolnić sutek”.

Kiedyś było inaczej. Teledysk (duże słowo: teledysk… no ale, jak na tamte czasy…) do piosenki „Chałupy, welcome to”… Tam cycki świecą w większości kadrów za panem Wodeckim. I nie tylko cycki, bo gołe tyłki też. I jakoś nie było problemu… Ba! Adam i Ewa też nie zgorszyli Boga swoją nagością. Przecież goluteńkich ich Pan Bóg stworzył. Dopiero oni, ubierając się, sami sobie narobili problemów.

Także moim zdaniem powinno się wyciągnąć s(k)utki z tego wszystkiego, co się teraz dzieje, a szczególnie z cenzury. Choć wiem, że jestem nikim, by mieć takową władzę. Moja teoria jest taka, że kobiety to dostojne damy, matki, kobiety które powinny cieszyć się szacunkiem, a nie świecić piersiami, dlatego też są na cenzurowanym ;) A mężczyźni… Niech mają. Więc Panowie, pierś do przodu! … bo skoro Paniom nie można…

PS. Jest to wpis trochę inny niż wszystkie. Ale cieszę się, że taki powstał. Bo ja, jak to ja, mam wiele odcieni i akurat taki, dzisiaj, ujrzał światło dzienne. Może Wy inaczej patrzycie na to, co się teraz dzieje? Czekam na Wasze spostrzeżenia!

Wasza, zbulwersowana, z uwięzionymi piersiami, Scarlett.

PS’. Co do uwięzionych piersi… Zauważyliście jak niewiele jest kobiet chodzących na co dzień bez biustonosza?!

PS”. A co do piersi w ogóle, myślę, że to też dobry moment by namówić Was do ich badania. Panowie, pomóżcie Paniom, Wam jeszcze łatwiej jest wyczuć wszelkie zmiany u swoich kobiet!

I tak, post kontrowersyjny, przemienił się w prozdrowotny ;)

Pozdrawiam!

Ty wiesz…

Moją wadą jest to, że mam bardzo dobrą pamięć. Wadą, bo jeśli ktoś mi nadepnie na odcisk, pamiętam to bardzo długo. Zapewne też zaletą, z tego względu, że mam wiele pięknych wspomnień zaszufladkowanych gdzieś tam z tyłu głowy. Dzień, który pamiętam doskonale, a o którym dzisiaj chcę opowiedzieć, nie należy ani do pierwszej, ani do drugiej kategorii. Raczej należy do kategorii dni, które nigdy nie powinny były się wydarzyć.

To było dokładnie rok temu. Niedziela. Piękna, słoneczna niedziela. Przeglądając rano Fb zauważyłam zdjęcie mojego kolegi. Super fotka, z przyjaciółmi, na siłowni, w pamiętnych niebieskich gatkach. Wtedy przypomniało mi się, że od kilku dni zbieram się, by do niego napisać. Aaaale, co się odwlecze, to nie uciecze. I tak odłożyłam wszystko na jutro. Na jutro, którego miało już nie być…

Minęło parę godzin, zebrałam się, poszłam do kościoła. A że drogę mam dość długą, postanowiłam spędzić ten czas na Facebooku. Może to wygląda na uzależnienie i może nim jest. Ale uwierzcie zdarzają się u mnie długie dni bez komputera i telefonu. I dobrze mi z tym. Czasem trzeba mieć przesyt, by potem docenić niedosyt. I odwrotnie!

Na profilu mojego kolegi (tego już wyżej wymienianego) zobaczyłam kilka komentarzy w stylu: jeszcze kiedyś się zobaczymy; zobaczymy się w lepszym świecie. Trybiki w mojej głowie zaczęły pracować. Myślę: okej, może to mój słaby angielski (choć wcale słaby nie jest, ale każde wytłumaczenie jest dobre). Drugie moje wyjaśnienie było takie, że może on wreszcie wraca do Polski. Pomyślałam: tak, nareszcie go zobaczę!

Dotarłam do kościoła, przestałam o tym wszystkim myśleć. Wróciłam do domu, zaczęłam oglądać z mamą telewizję. Transmitowano koncert, dlatego też pomyślałam, że wejdę na Fb, bo nie jest to film, więc nie muszę się na nim specjalnie skupiać. A tam zaczęło pojawiać się coraz więcej komentarzy, w tym wiele z nich, które nie pozostawiały mi już złudzeń. Rest in Peace. Zaczęłam płakać, a wręcz zanosić się łzami i powiedziałam tylko: on umarł. Mama jakoś instynktownie zaciągnęła w tym momencie zasłony. I siedziałyśmy po ciemku, tylko telewizor dawał słabe światło. Szybko poszła spać, ja wręcz przeciwnie. To była ciężka noc. Pełna wspomnień. Przecież on w maju miał dopiero trzydziestkę, znalazł miejsce na ziemi, był taki przystojny i przesympatyczny. Spełniał się. Jak to mówią: wszyscy umierają, ale nie wszyscy żyją… A on żył… Najmocniej, najpiękniej, najlepiej jak potrafił. I ten smutek, że już do niego nie napiszę. Że przegapiłam szansę przez swoje odwlekanie. Wspominałam też naszą ostatnią rozmowę na żywo. Jakąś głupią, o filozofii. Ostatnia rozmowa w cztery oczy. Nawet wiem dokładnie, w którym miejscu się odbyła i ostatnio, idąc tym korytarzem wręcz poczułam jego obecność. Tak bardzo zapraszał do siebie, a teraz, gdy tam polecę, jego już nie będzie… Stąd też moja podróż, o której Wam wspominałam. Taki mały hołd i chęć zobaczenia jego miejsc moimi oczami. Dopiero teraz widzę jak wszystkie moje wpisy się zazębiają… Ale dobra, co było dalej?

Kolejne dni były jeszcze gorsze. Widziałam filmik, który pokazywał jak helikopter wyciąga jego silne ciało z wody. Na dodatek, potem okazało się, że nie będzie możliwości pożegnania go w Polsce, bo cała ceremonia odbędzie się za granicą. Oczywiście, gdy to wszystko działo się tam, ja, będąc tutaj nie mogłam spać. Budziłam się. W momencie kremacji. W momencie składania urny do wody. Przepłakałam wtedy wiele dni, tygodni. Sama czułam się jak nieżywa. I chciałam umrzeć, wręcz byłam na to gotowa. Teraz dla mnie samej brzmi to strasznie, bo tak bardzo chcę żyć pełnią życia. A wtedy było mi wszystko jedno…

Bliskie mi osoby nie ułatwiały poradzenia sobie z tą sytuacją. Wielu do dziś nie wie, co się stało i jak to na mnie wpłynęło, bo po co…

Raz rozpłakałam się nad schabowym. Była to niedziela, a niedziele od tamtego czasu są dla mnie katorgą. I mama zaczęła na mnie krzyczeć, że mam się otrząsnąć, że łzy go nie wrócą, że jeszcze wiele osób mi umrze i jak tak dalej będę postępować to wyląduję w wariatkowie.

Znajomi księża mówili, że tak musiało być, że on jest w lepszym świecie, że to nie wina Boga, bo to Śmierć jest tą złą, ale przecież wierzącym jest łatwiej przeżyć żałobę… I bla bla bla… Z całym moim szacunkiem do Boga, to co wtedy słyszałam z dnia na dzień i z niedzieli na niedzielę, sprawiło, że oddaliłam się od kościoła… i od Kościoła też.

Pewien kolega chciał mnie poderwać, bo myślał, że kobieta w żałobie jest łatwiejsza…

Dostawałam wtedy wiele wyrazów współczucia, spływały kondolencje. Nawet od osób, które wieki się do mnie nie odzywały.

Inni znajomi przestali się odzywać… Nawet mój przyjaciel. A gdy po kilku tygodniach zapytałam dlaczego nie pisał, nie dzwonił, to dał mi do zrozumienia, że w takiej sytuacji nie wiedział co ma mi powiedzieć.

Wiele osób wyciągało mnie na spotkanie. I jak wiecie, czytając moje wcześniejsze wpisy, mojej przyjaciółce udało się wyrwać mnie z tego stuporu.

Te wszystkie słowa, które inni kierowali do mnie uzmysłowiły mi, jak ludzie potrafią idiotycznie sprawić, że człowiek czuje się jeszcze gorzej. Działamy w takich sytuacjach instynktownie. Pewien psychoterapeuta na społeczności powiedział kiedyś, że nie lubi kiedy klientka płacze podczas sesji terapeutycznej, bo nie wie co ma powiedzieć. Sama miałam kiedyś sytuację, że pewien pan opowiedział mi historię jak jego żona i córki zostały zamordowane. Pokazał mi ich zdjęcia. A ja pamiętam tylko, że powiedziałam, iż były naprawdę pięknymi kobietami i to straszne co się wydarzyło. Ale w obliczu śmierci zabrzmiało to dla mnie jak ironia. W takich sytuacjach język wiąże nam się w supeł. Bo nawet zwykłe moje kondolencje wydają się wyświechtane i nic nie warte.

Chociaż przyznam, że mi bardzo pomogły wszystkie te słowa, które gdzieś po drodze wymieniałam. Każde zainteresowanie: jak to się stało, kiedy, dlaczego… Wiecznie musiałam odpowiadać na te pytania i sprawiło to, że jakoś się oswoiłam z tym wszystkim. Obecność innych, świadomość, że inni też tym żyją, że są i że możesz się do nich zwrócić. Nawet moja mama, która tak mnie ochrzaniła miała trochę racji. Ale to wszystko zrozumiałam dopiero po dłuższym czasie…

Każdy trzeci jest dla mnie wspomnieniem tamtego dnia. Choć wcześniej umierały osoby dla mnie ważne i też ich nie pomijam w swoich myślach, to była pierwsza nagła śmierć. Wcześniej z reguły były to poważne, długie choroby. Nie wiem czy mój okres żałoby już na dobre się skończył. Już prawie wcale nie płaczę, wróciłam do moich małych i dużych radości, spotykam się z ludźmi. Jest już dobrze. A jego mam w sercu i wiem, że nadal chce bym spełniła wszystkie swoje marzenia, bo zawsze mi tego życzył. Nigdy go nie zapomnę. Chociażby przez to, że od tamtego dnia nie zmieniłam tapety na laptopie i na telefonie. Z pierwszego spogląda na mnie biała lilia, z drugiego świeczki. Wszyscy się pytają dlaczego tak. Nie mam sił by tłumaczyć. Został też jego profil na Fb z masą pięknych zdjęć, które oglądam, gdy przyjdą dni z ochotą na wspomnienia. Wtedy patrzę na niego i się uśmiecham, czasem płaczę… Czytam nasze rozmowy, które już tak nie bolą.

Wiem już, że na żałobę nie ma recepty. Trwa ona tyle, ile w danym wypadku powinna trwać. Jest to zależne od wszystkiego. Od człowieka, od tego kto odszedł, jak odszedł, czy otrzymaliśmy wsparcie. I milion innych składowych, które zapewne zapisane są w mądrych książkach.

Jak każda sytuacja, tak i ta wiele mnie nauczyła. Wtedy usilnie szukałam czegoś, co przywróci mnie do życia. Stąd moja lista na gorsze dni. Musiałam jakoś sobie radzić. I myślę, że całkiem nieźle przetrwałam najcięższe dni. Choć tak wielu nie potrafiło mnie zrozumieć. I nadal nie potrafią…

Ty najlepiej wiesz jak wszystko wyglądało, bo patrzyłeś na mnie z góry. I nadal patrzysz. Więc Ty wiesz… :) I dzięki tej świadomości jest mi jakoś cieplej w sercu i czuję spokój. Do zobaczenia kiedyś tam!

Twoja i Wasza Scarlett.