Ślubuję Ci… opiekę nad Tobą, kiedy Twój Anioł Stróż postanowi wziąć sobie wolne…

Popełniłam kolejny post. Wena siedzi nieopodal, a ja mam ostatnio trochę wolnego czasu. Dlatego też zamiast spędzać go bezowocnie postanowiłam dokarmić swoje blogowe dziecko. Niech ma! Kiedyś jeszcze będzie głodowało ;)

Do rzeczy. Moją inspiracją stały się słowa: …Muszę przyznać, że nie miałaś szczęścia. Raz wyszłaś za mąż na złość, a raz dla pieniędzy. Czy myślałaś kiedyś o wyjściu za mąż dla przyjemności?…

 Hm. Czy w ogóle istnieje coś takiego jak małżeństwo dla przyjemności? Przez wiele zatwardziałych singielek wydawałoby się to niewykonalne. Przecież traci się niezależność, wolność, tożsamość i Bóg wie co jeszcze. A zyskuje? Niewydarzonego fajtłapę, który przez resztę życia będzie łysiał w sposób plackowaty, hodował włosy w nosie, rozrzucał skarpetki dookoła jak rolnik ziarno, będzie wymagał seksu (o zgrozo!), a w dodatku jego ukochanym sportem będzie leżing i telewizoring. Wiem, to dość drastyczna wizja, ale musiałam pokazać totalną skrajność, by przejść do przyjemniejszych konkretów ;) I uwaga! Mężczyźni też mogą wzbraniać się przed ślubem, bo przecież po co im radar, który obserwuje każdy ich ruch i ta menopauza… ;)

 Zanim jednak dojdzie do małżeństwa, tego które rzekomo może być przyjemnością, trzeba przejść ogromną drogę. Bo jak przyjdzie co do czego, to w życiu naprawdę wszędzie nagle jest za daleko ;) Już na początku mamy pod górę:

On mi się podoba, ale czy ja jemu? Jak pokonamy te dzielącą nas odległość? O matko, on jest 12 lat ode mnie starszy. Jestem biedny jak mysz kościelna, a ona taka bogata i nieosiągalna. Cholera – to wdowa. Wczoraj nie napisał, dzisiaj też nie… Ciągle się kłócimy o głupoty. Moi rodzice go nie akceptują, bo ma tatuaż na pół ramienia. Ja mam pracować na tego nieroba?! Itede itepe… Myślę, że to Wy najlepiej znacie takie historie z życia wzięte.

Jak już uda się jakoś zwalczyć te przeciwności… Bo przecież możemy delikatnie się dowiedzieć czy ta druga osoba coś do nas czuje. To, że on jest z gór, a ja z nad morza, uwierzcie też jest do pokonania (zawsze można spotkać się w pół drogi, bo miłość jest sztuką poświęceń). On jest starszy, ale czy to takie ważne, skoro jest tak samo szalony jak ja?! Jestem biedny, ale ona mnie takim akceptuje, bo gdyby było inaczej nie byłaby ze mną. Ona jest wdową, ale skoro mnie kocha to znaczy, że otworzyła się na nowy etap w życiu. On nie pisze, ona nie dzwoni – czekaniem zbytnio niczego nie zdziałamy, może po prostu lepiej zapytać czemu się nie odzywa? Ciągle się kłócimy, ale postaramy się więcej rozmawiać w sposób racjonalny i wspólnie rozwiązywać konflikty. Gdy moi rodzice poznają jego charakter, to na pewno nie będą już na niego krzywo patrzeć z perspektywy tego feniksa na ramieniu ;) Ja mam na niego pracować?! A może pomogę mu znaleźć pracę. Jest inteligentny, ma wykształcenie, przecież w byle kim bym się nie zakochała. Ot, brzmi banalnie, ale czasem wystarczą dobre chęci i proste rozwiązania.

Kiedy już minie stres przedślubny (i ślubny) nadchodzi SZARA rzeczywistość. I czy ja wiem czy taka szara…? Trzeba dbać o to, by była kolorowa. Bo samo to, że zdecydowaliśmy się na życie z kimś, ofiarnie oddaliśmy mu swój palec serdeczny i przy okazji też rękę, to nie znaczy, że tutaj kończy się nasza praca. Teraz dopiero zaczyna się harówka o nazwie DBANIE O ZWIĄZEK, a co za tym idzie DBANIE O DRUGIEGO CZŁOWIEKA. Oczywiście z wzajemnością!

Małżonkowie muszą pamiętać, że tym co ich łączy jest miłość. Nieważne czy ślub był buddyjski, katolicki czy cywilny. Miłość to miłość. Takiej miłości nie złamią błahostki, kłótnie o nieposprzątany przedpokój. Takiej miłości nie podtrzyma też samo ukierunkowanie na dobro dzieci. Nie jest to miłość na pokaz (bo ja mam męża haha i jest super a wokół pełno równolatek, które są starymi pannami buahaha). Nie jest to miłość którą utrzymuje wspólny kredyt na wypasioną willę z basenem. Prawdziwa miłość to zwykła (i nadzwyczajna) ludzka chęć, by tej drugiej osobie wiodło się jak najlepiej. To pragnienie bycia powodem uśmiechu dla mojego współmałżonka. To taka ulotna chwila, kiedy zdarzyło się w Twoim życiu coś miłego i jedyne czego pragniesz, to wtulić się w męża i podzielić się z nim swoją radością. (Panowie wtulają się w żonę, chyba, że mowa o związkach homoseksualnych – może kiedyś takowy temat też tutaj poruszę).

Brzmi jak utopia? Może i tak, ale zrozumiecie o czym mówię gdy traficie na WŁAŚCIWĄ OSOBĘ. I takiej miłości Wam życzę. Wbrew pozorom nie jest to miłość nudna – o nie, nie! Przeciwnie! Przecież wiemy z kim się wiążemy, chyba, że ten ktoś dobrze się maskuje przed ślubem (to też mogłoby być kolejne rozważanie). A nawet jeśli czasem miałoby być nudno to przecież w towarzystwie ukochanego przyjemnie jest się nudzić :)

PS. Wiem też, że jest milion problemów dookoła, milion spraw, niezapłacone rachunki, bezrobocie, niepewność jutra, ale myślę, że nawet takie kwestie miłość jest w stanie przezwyciężyć.

Się powymądrzałam ;)

 Wasza Scarlett :)

3 comments on “Ślubuję Ci… opiekę nad Tobą, kiedy Twój Anioł Stróż postanowi wziąć sobie wolne…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.