Lipiec 2015
N P W Ś C P S
    sie »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Scarlett w kawałku ;)

wersja-ja.jpg

Kontakt do Scarlett

Gdyby ktoś z Was chciał zapytać skąd czerpię moje niezmierzone pokłady optymizmu,
jak sobie radzę w trudnych sytuacjach,
czy ja w ogóle czasami się smucę...

A może ktoś chciałby porozmawiać o literaturze,
filmie,
muzyce,
tańcu,
psychologii,
matematyce,
arteterapii,
medycynie i fizjoterapii.
Pogadać po angielsku,
hiszpańsku,
nauczyć mnie rosyjskiego i podszkolić w ukraińskim.

A może ktoś posiada ciekawe linki,
chciałby bym poruszyła jakiś istotny temat na blogu,
chce się zwierzyć,
pożartować,
porzucać ciętymi ripostami,
zwyczajnie pogadać.

Może ktoś chciałby złożyć mi ofertę pracy,
współpracy,
albo ot tak ofiarować mi dużą sumę pieniędzy :P

Może nie każdy ma odwagę komentować moje wpisy, a jednak chciałby mi powiedzieć, że to i owo mu się nie podobało... I wyrzucić z siebie sakramentalne: "Scarlett, weź skończ!"

W takich wypadkach gorąco zapraszam do kontaktu mailowego :)

kraina.scarlett@gmail.com

Możesz mnie znaleźć na Facebooku

Tak często odwiedzacie moją Krainę

  • Wszystkich wizyt: 8739
  • Wszystkich komentarzy: 612

Blogowi sąsiedzi Krainy Scarlett!

Miesięczne Archiwa: Lipiec 2015

Szaleńcze gradobicie czy też orzeźwiający letni deszcz…?

Moje życie… Życie moje… Cały czas Wam je zachwalam. Przecież wokół masa wspaniałych ludzi, podróże, wypady, spotkania, fascynacja wszystkim tym co było, tym co będzie, cudowny dom, nieustanny rozwój. Wiadomo jednak, że moje życie, jak każde inne, nie jest usłane różami. A jak już jest, to w szczególności tymi z ogromnymi kolcami. Jednak póki co, mam kaprys by patrzeć tylko na to, co jest dobre lub co wymaga minimalnej naprawy. Ale z perspektywy kontuzji, widzę jak wiele się ostatnio zmieniło. Jak zmieniają się moje priorytety, upodobania. To już nie tylko bycie tą niezależną Scarlett, która zawsze musi kontrolować świat wokół, która chce mieć władzę nad wszystkim i nad wszystkimi. Teraz wyszła ze mnie Scarlett, która pragnie spokoju, jakiejś minimalnej stabilizacji. Muszę przyznać, że czuję się ostatnio jak w bańce mydlanej. Wszystko jest takie aż nazbyt poukładane i oblane słuszną warstwą lukru. Jakby pędzący świat był maratończykiem, biegnącym gdzieś obok mnie. Wiem jednak, że to się niedługo skończy. I boję się zderzenia z rzeczywistością, ale z drugiej strony wiem też, że moja siła nadal we mnie tkwi i nigdzie nie uleciała. Że oprócz niej, bogatsza będę teraz także o te bardziej ludzkie uczucia, które gdzieś się po drodze zagubiły. Może pobiegły za maratończykiem…?

Patrząc na tytuł tego wpisu i przyrównując moje dotychczasowe życie do pogody, raczej skłaniałabym się ku temu, że było ono jak gradobicie. Nigdy nie było nudno, zawsze panował delikatny dreszczyk emocji (czasem delikatny to mało powiedziane). Dużo spotkań, coraz większa liczba znajomych i przyjaciół. Przy okazji, coraz dłuższa czarna lista moich wrogów. Zarywanie nocy, wczesne pobudki. Zafascynowanie treningami. Jeden koncert, drugi, trzeci, jedna wiśniówka, druga, trzecia. Tu się z kimś okropnie pokłóciłam, tam się godnie pogodziłam. I byłam… co ja mówię: jestem ogromną zwolenniczką tego szaleństwa. Wiecznie coś się działo! Nie pomyślcie, że chodzi tu o jakieś zapędy sado-maso, alkoholizm, narkomanię, dopalacze. Tego nie było. Było za to szaleństwo w dobrym stylu. Choć z moją ironią i wredotą, to wielu mogłoby stwierdzić, że nie był to najlepszy styl.

Za to od ponad miesiąca panuje w moim życiu stagnacja. Po takim kołowrotku na wysokich obrotach, gdzie ciągle trzeba było coś udowadniać (czy sobie, czy też komuś). Gdy trzeba było walczyć jak lwica — przede wszystkim o siebie i o to, by nie podążać ślepo za tłumem. By nie poddać się wyścigowi szczurów, który zdominował współczesne społeczeństwo. Żeby móc wyrażać własne poglądy bez narażania na niepochlebne opinie. By być asertywnym… Nagle znak STOP. I kontuzja, która zmieniła moje życie o 180 stopni lub, jak mówią niektórzy, o 360. Kilka dni po wypadku każdy dzień wyglądał podobnie. Wstawanie o 10:00 w myśl złotej zasady, że kto rano wstaje ten jest niewyspany. Obowiązkowo kawa rozpuszczalna. Unikanie laptopa, bo za bardzo żałowałabym, że wszyscy mają piękne wakacje za granicą, tylko nie ja. Rehabilitacja, która mnie dobijała, bo nie widziałam żadnej poprawy, a wręcz było coraz gorzej. Telewizja, masa durnych filmów. I nie, żeby mi to nie odpowiadało. Wręcz przeciwnie. Dopiero teraz te wszelkie dotychczasowe działania wydają mi się bezsensowne. Tak, jak bezsensowne wydaje mi się to, że świadomie rezygnowałam z przyjemności. 

Od kilku dni widzę jednak coraz większą poprawę. Wstaję o czwartej rano, zaraz po tym jak usłyszę „pa, kocham Cię, śpij dalej”. Coś pomruczę, zaśmieję się i otwieram oczy, bo już wiem, że nie zasnę. I zaczyna się poranna krzątanina. Tu trzeba umyć jakieś naczynia z wczoraj, tu coś schować, przestawić. Znów nie interesują mnie słodycze. Piję kawę z fusami. Tryb dnia się zmienił. Włączając w to preferencje odnośnie tego, co wybieram w telewizji i upodobania kulinarne, które mną zawładnęły. Aktualnie zafascynowana jestem „Wspaniałym stuleciem”, które przenosi mnie w inne czasy i cudownie odrywa od codzienności. Rehabilitacja sprawia mi przyjemność, czasem zrobię nawet niekulejący krok. Zdarza mi się tańczyć przy radiu, może kulawo, nie po mojemu. Ale czuję w kościach, że wracam na dawne tory, jak wykolejony na moment tramwaj. Będąc w domu od czasu do czasu robię pełny make-up, by poczuć się tak jak dawniej, jak zdrowa osoba. W końcu nie na darmo słynę z kurtyny rzęs i ust jak po wyjątkowo udanym botoksie ;) Odkryłam, że nadal kocham książki. Pomimo, że do niedawna brakowało mi na nie czasu. Te relaksujące stosuję zamiennie z wszelkimi psychologicznymi. Dystans od wszystkiego okazał się zbawienny, bo wracam do korzeni. Tak jak wspomniałam, preferencje odnośnie jedzenia też się zmieniają. Slow food, magia owoców, mało tłuszczu, nic nie śmierdzi chemią. Drzemki w środku dnia już są kontrolowane, a nie tylko po to, by lenić się i zapomnieć o bólu. I bardzo tęsknię za wysiłkiem fizycznym! Do tego stopnia, że powoli już do niego wracam. Choć ostatnio siedzący tryb życia i tak sprawił, że schudłam, a za to wszystko poszło w cycki (nie wiem jakim cudem!). Ale jednak pot, łzy i endorfiny, to zupełnie co innego.

Zauważam, że każda choroba czegoś mnie uczy. Tak jakbym dopiero miała dojrzeć. Dziwne uczucie. Tym razem nauczyłam się przede wszystkim, że jeśli chcę wyzdrowieć to musi boleć. W ogóle mam wrażenie, że czasem w życiu dopiero kiedy zaczyna boleć (i nie mówię tu o ciele), to wtedy rozumiemy jak wiele coś dla nas znaczyło. Ostatnio bardzo intensywnie o tym myślę. Z racji, że nadal nie przeprosiłam tego kogoś, komu przeprosiny się należą. Choć powinnam, a dotarło to do mnie najbardziej świadomie w momencie sączenia wina w rodzinnym gronie. Dlatego, że wszyscy mniej więcej znają sytuację, powiedziałam otwarcie i, co więcej, przyznałam się przed sobą, że to JA wtedy popełniłam błąd, że JA nie miałam racji i to JA zachowałam się pretensjonalnie i nieprofesjonalnie. Jakby to wino było niczym veritaserum. I tak od kilku dni boli mnie ta cała sytuacja aż po końcówki moich włosów. Przeanalizowałam nawet moją czarną listę do końca. I tylko raz popełniłam błąd. Ten jeden raz. Wiem co wypada, co trzeba. I wiem, że prędzej czy później przyznam się do mojego błędu przed tą jedyną, najwłaściwszą osobą. Mam nadzieję, że niedługo.

Kontuzja nauczyła mnie też tego, że ludzie dookoła bardzo się o mnie troszczą. I że zwyczajnie powinnam być czasem bardziej ufna. Zawsze to ja mam parcie na to, by kogoś wspierać. To ja wiecznie doradzam, wskazuję drogę. A tu taka miła odmiana. Miałam ostatnio nawet okazję usłyszeć, że dobrze, że żyję. Wszyscy tylko dbają o to, żeby nie nadepnąć mi na stopę (dosłownie i w przenośni), dogadzają mi na każdym kroku. I wiem, że oni zawsze tacy byli, tylko ja tego nie dostrzegałam. Nawet w domu zawsze mam przygotowane dwie sypialnie bym mogła się umieścić gdzie mi będzie w danej chwili wygodnie. I tak dzisiaj od rana dogrzewało mnie wschodzące słońce. <3 Pomimo, że śpię zazwyczaj po jego zachodzącej stronie.

Choroba uczy mnie też cierpliwości. W myśl kolejnej z zasad, że nie od razu Kraków zbudowano. Ja też zrozumiałam, że nie od razu będę biegać jak szalona, ale coraz większy komfort chodzenia i to, że to nogi niosą mnie, a nie ja na siłę je ciągnę, jest bardzo pokrzepiający.

Ostatnio zaczęłam też cieszyć się szczęściem moich najbliższych. Nowe związki, śluby, obrony, praca, wakacje. Pomimo, że u mnie nieruchawo, to i tak jestem szczęśliwa. O matko, tak, jestem szczęśliwa. Pierwszy raz, tu i teraz, a nie wspominając, jaka to byłam szczęśliwa, czy marząc o tym jak to będzie niedługo. Też zauważyłam, że cieszą mnie proste rzeczy. Ostatnio planowaliśmy wakacje. Były różne propozycje. Może wspólny wypad na trasie Kraków-morze-Warszawa. Może coś samolotowego. A ja powiedziałam „wiesz, wystarczy mi nawet nasze ZOO, grunt by pobyć razem”. Mam dziwne wrażenie, że zaczynam rozumieć więcej niż mi się wydaje.

I jeszcze jedno… Nie wiem czy tak macie. Czasem gdy poważniej choruję mam dziwne myśli. Chociażby teraz, że może już nigdy nie stanę normalnie na nogi. Kiedyś okropnie chorowały moje drogi oddechowe i bałam się, że to się nigdy nie skończy i że w końcu nastąpi te ostatnie złapanie powietrza. Nie no, to nie hipochondria, po prostu taka dziwna obawa, że przecież tylu dobrych ludzi choruje i nawet głupia kontuzja może prowadzić do czegoś poważnego. Tyle młodych osób z mojego otoczenia już odeszło, a przecież byli i lepsi ode mnie i żyli pełnią życia. Czasem wstaję w nocy z taką rezygnacją, że nadal jestem obolała. Przez chwilę myślę, że to tylko zły sen. Jednak ból jest aż zbyt prawdziwy. A ja zdałam sobie sprawę, że kocham życie. Nie chodzi mi o to, o czym już mówiłam, że kocham swoje życie. Ale nawet teraz kiedy jestem mało mobilna, to kocham po prostu żyć. Być tutaj, na świecie, widzieć innych ludzi, móc się do nich uśmiechnąć. Ostatnio chociażby po raz pierwszy w życiu coś wygrałam. Głupi, mały konkurs, ale zawsze! I potem zaczęłam myśleć… Czy naprawdę pierwszy raz coś wygrałam? Moje życie to nieustanne walki i wygrane. Materialne i nie. Myślę, że wygrałam już w momencie gdy przyszłam na ten świat. Wygrałam życie. Choć może moje dzieciństwo było nieidealne, bo różne koleje losu musiałam przeżywać i z nimi się zmagać, to jednak mam najwspanialszy dom, na jaki mogłam zasłużyć. I wiecie co, kocham budzić się o tej czwartej rano, kiedy całe miasto jeszcze śpi. Cisza na ulicach, chłód wpadający przez okno, zieleń, która koi oczy. Jacyś pojedynczy ludzie biegnący ulicą. A ja zawsze wtedy myślę jak dobrze jest być częścią tego wszystkiego.

Wiem, że niedługo wrócę do szaleństw, może znowu powiem niejedno głupie zdanie, którego pożałuję. Może podejmę złe decyzje. Ale też będę robić wszystko, by czasem się zdystansować, by poczuć małą stagnację, która orzeźwi mnie jak letni deszcz i nie doznam obawy przed gradobiciem.

Wasza Scarlett, która wierzy, że jej gorsze dni zmierzają ku końcowi, choć musi przyznać, że otworzyły jej oczy.

O sercach, które grają wspólną melodię…

Jestem fanką pytań coachingowych. Niełatwo się na nie odpowiada, bo z reguły trzeba przeanalizować wiele różnych spraw, celów, do których dążymy, naszych odczuć, emocji. Nie jest prosto, ale czymże byłoby moje życie bez nieustannego rozwoju?!

Ostatnio natknęłam się na banalne pytanie CZYM DLA CIEBIE JEST MIŁOŚĆ? Myślę: co to za problem?! Phi! Ja nie dam rady, no ja?! Jednak gdy zaczęłam się głębiej zastanawiać, pojawiały się schody. Wiadomo, miłość ma wiele odcieni. To miłość rodzicielska, partnerska, czasem niespełniona, nieodwzajemniona, miłość w rodzinach patologicznych. Gdybym miała na nią spojrzeć ogólnikowo, powiedziałabym, że dla mnie miłość to sens istnienia. Jakkolwiek górnolotnie by to nie zabrzmiało. W końcu zrodziliśmy się z miłości, więc dla niej też żyjemy. Czyż nie? :)

A bardziej szczegółowo? Miłość to przede wszystkim zaufanie, kiedy on nie wraca do domu o umówionej godzinie. To cierpliwość, kiedy ona nie wie jak mu powiedzieć, że ma problemy w pracy. To patrzenie na niego z czułością, gdy podczas spania kącikiem ust spływa mu ślinka wprost na poduszkę. To kochanie jej mimo tego, że nie umie zerwać z paleniem. Umiejętność słuchania i pomagania sobie wzajemnie. Akceptacja tego, że nie jesteśmy w stanie go zmienić i on nadal będzie rozrzucał te przeklęte skarpetki po całym domu. Ona wciąż będzie się mizdrzyć przed lustrem dwie godziny, a on będzie odchodził od zmysłów, że się spóźnią. Miłość to spojrzenie w ukochane oczy drugiej osoby, które zawsze koi. To słuchanie jego głosu, który jest cierpliwy, który dotyka nawet najczulsze miejsca w mózgu i powoduje, że przechodzi migrena. Dla mnie miłość to ciepło, radość bycia przy kimś, zupełnie jak w przypadku ucieszenia się na widok koksownika na mrozie. I wiadomo… przychodzą trudne chwile, miliony kłótni, problemy dnia codziennego, ale z miłości walczymy by je pokonać. Miłość to dawanie siebie i przyjmowanie tego, co chce nam ofiarować druga strona. To pocałunki, nawet na wietrze i w okresach przeziębień. To trwanie przy sobie do końca naszych dni i nie wyobrażanie sobie, że można by umrzeć przed swoim mężem, swoją żoną. I może miłość nie zawsze jest idealna ale zawsze jest najpiękniejszym z uczuć.

Tak często mylimy zakochanie z zauroczeniem, miłość z zakochaniem. Nie wiemy czy w życiu można kochać tylko raz, czy też kilka razy. Mimo to wiem, że odpowiedzi na te pytanie będą proste dokładnie wtedy kiedy samoistnie zrozumiemy, że kochamy.

PS. A Wy, macie definicje miłości?

Wasza, romantycznie nastrojona, Scarlett ;)

Kiepski dzień? No problem! And keep smiling!

Tak się złożyło, że dzisiejszy temat pasuje w sam raz do znienawidzonego przez wielu poniedziałku. Jednak takie niezbyt sympatyczne chwile mogą nas dotknąć w każdy dzień tygodnia. I niestety nie nauczyły się jeszcze, by uprzedzać, że wproszą się z wizytą. Dlatego wpadają z szybkością F1 i F16 razem wziętych, a z siłą większą nawet niż niejedna broń masowego rażenia. I może to być…

wtorek,

niedziela,

dzień, w którym mamy ochotę zabić nudę,

12-godzinny dzień pracy,

bad hair day,

dzień pełen przykrych wspomnień, chwile, gdy ktoś nas zrani, gdy tracimy sens życia, gdy mamy ochotę na wolne od wszystkiego, gdy wpada teściowa, gdy w kąciku oka buja się mała łezka, gdy najchętniej schowalibyśmy głowę do piachu jak kolega struś… Więc gorszy dzień, to nie tylko TE kobiece dni, ani dni PO, kiedy jedyne, co płynie nam w żyłach, to resztki wina z wczoraj. Takich dni jest miliony razy więcej. Ale komu ja to mówię. Wy znacie je doskonale. Niestety…

Dlatego też w gorszy dzień potrzeba jakiegoś magicznego specyfiku, który odmieni nasze myślenie, albo skieruje je na inne tory i sprawi, że wszystko będzie zdawało się ciut lepsze i lżejsze niż wcześniej. I nie mówię tutaj o alkoholu czy innych mocarzach…

Mam za to kilka propozycji akceptowalnych społecznie, które metodą prób i błędów sprawdziły się u mnie już nie raz. Może pomogą również i Wam. Choć od razu mówię, że liczę też na Wasze sposoby, by nasz cudowny i genialny spis jeszcze bardziej powiększyć.

Zaznaczam, te niżej wymienione aktywności mogą wywołać w nas różne poziomy szczęścia/zadowolenia/ulgi. Wszystko zależy od naszego zaangażowania, motywacji, temperamentu, siły gorszego dnia i wielu innych czynników. Może tylko ukoją choć na chwilę nasze myśli lub skołatane nerwy, ale to zawsze coś. Nie każę Wam przestać myśleć o Waszych problemach, bo wiem, że to wymaga pracy, czasu, a czasami po prostu nie da się tego zrobić. Ale wyciszyć się, zrelaksować, albo wręcz przeciwnie: pobudzić. Czemu by nie…? Brzmi dobrze? To zaczynamy!

1. Pozytywne przeformułowanie trudnej sytuacji.

Gadam jak psycholog ;) Ale myślę, że każdy wie o co chodzi. Jeśli znaleźliśmy się w dość ciężkiej dla nas sytuacji, to warto spojrzeć na nią z bardziej pozytywnego punktu widzenia. Może być trudno, może dane przeformułowanie Was nie do końca usatysfakcjonuje. Ale są plusy, bo spojrzycie na wszystko z innej strony i może to Was przekona. Co więcej, warto zapytać też najbliższych lub znajomych, jakie wartości zauważyliby w danej sytuacji. Jak oni by się w tym wszystkim odnaleźli. I co polecają. Nie bójmy się pytać innych o zdanie! Inne punkty widzenia wiele wnoszą w nasz sposób postrzegania problemu.

2. Uśmiech, uśmiech i… uśmiech.

Nasz i osób wokół. Mądrzy powiadają, że gdy zaczniemy wykonywać mięśniami szczęki ruchy podobne do tych, które przypominają uśmiech, to od razu poczujemy się lepiej. Wiem, że są sytuacje gdy ciężko się uśmiechnąć. Sama niejednej takiej doświadczyłam. Ale można chociaż spróbować, choć na chwileczkę. To nic nie kosztuje. Uśmiechać się do samego siebie, ale również do ludzi na ulicy. Możemy palnąć do kogoś coś głupiego by sam się roześmiał, a my będziemy mieć satysfakcję z czyjegoś zadowolenia. Przy okazji zupełnie nieświadomie możemy zwalczyć czyjś bad day!

3. Ukierunkowanie na siebie vs ukierunkowanie na innych.

Ukierunkowanie na siebie? Wielu z nas na co dzień jest zapracowanych, przemęczonych. Kursujemy pomiędzy różnymi miastami, ulicami, nie potrafiąc wykrzesać ani chwili wolnego. Więc może dobrze znaleźć choć ciut czasu i spożytkować go na słodkie nicnierobienie. To zapewni nam wyciszenie i nabranie sił. Jednak jeśli wolicie wypoczywać intensywnie to możecie oddać się takim przyjemnościom jak film, książka, słuchanie muzyki, karaoke, ruch pod wszelką postacią (od jogi po intensywne zajęcia zumby). Tym bardziej, że na każdego działa co innego. Tu ważne jest też pobycie z samym sobą. Wsłuchanie się w siebie, w przyrodę, w otoczenie. Obserwowanie innych. Może to być niezły relaks, jak i dobra nauka. Polecam też kupienie sobie drobnego prezentu, krótki wyjazd, koncert. Jak wolicie. Zapomniałabym o jedzeniu :D Też się liczy. Zjedzenie kostki czekolady (żeby potem nie mieć dodatkowo wyrzutów sumienia), wypicie dobrej kawy (dwóch, ewentualnie trzech :P przepraszam! jestem uzależniona! ALE słyszałam, że kto pije od 2-3 filiżanek kawy dziennie, to zmniejsza się u niego prawdopodobieństwo depresji, także nie ma co się śmiać). Można też zrobić pierogi, nauczyć się zwijania sushi. I przy okazji kogoś nakarmić tymi specjałami. I tu przechodzimy w płynny sposób do ukierunkowania na kogoś innego ;)

Ukierunkowanie na innych? To oprócz ugotowania dla kogoś barszczu (nie SOSNOWSKIEGO!), chociażby kupienie bliskiemu czegoś drobnego, albo wręcz wykonanie drobnej pamiątki (tak bez okazji!). Spotkanie z przyjaciółmi, z rodziną, a może z kimś niedawno poznanym. Odnowienie kontaktu. Opieka nad zwierzęciem (nie musi być własne, bo można spróbować swoich sił w schronisku). Kupienie sobie roślinki. Miałam kiedyś taką sytuację. Znajomi zostawili u mnie drzewko bonsai z zastrzeżeniem, że ono już się nienajlepiej ma, ale mam się tym nie przejmować. Taaa, brzmi pięknie. Ale bardzo mnie relaksowała opieka nad nim i mimo kilku tygodni ich nieobecności bonsai nie umarło! Ulga! Kolejnym sposobem jest cieszenie się szczęściem innych. Czasem gdy u nas burza, u innych tęcza. Może warto z tego czerpać inspirację? I wolontariat. Pomóc dzieciakom w nauce, pobawienie się z nimi. Uśmiech pojawia się mimowolnie!

Większość z tych aktywności wymaga bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem. Wiem, czasem niełatwo jest się spotkać z kimś znajomym lub obcym, kiedy sami rozpadamy się na milion kawałków. Bo nie chcemy by ktoś inny nabijał się z naszego cierpienia, albo wręcz cierpiał razem z nami. Sama miałam opory. Przykład. Pewnej pięknej, słonecznej niedzieli odszedł mi ktoś bliski. Przez kilka tygodni miałam problem by wychodzić z domu, by się śmiać, by żyć. Wyrwała mnie z tego moja przyjaciółka. Najpierw wzięła mnie na drinka, choć nawet już w SMSie zaznaczyła, że tylko po to by za Niego wypić. I tak wyglądało te spotkanie. Gadałyśmy tylko o Nim. Ale bardzo mi to pomogło. Po kilku dniach namówiła mnie na koncert. Był to koncert, którego do dzisiaj nie mogę zapomnieć. Myślałam tylko o Nim. Tym bardziej, że w pamiętną niedzielę, słuchając dokładnie tego samego zespołu, dowiedziałam się, o tym co się stało. Było mi głupio, wspomnienia wracały, niezbyt dobrze się bawiłam. Ale to był przełom. Jakże potrzebny. I teraz wiem, że wyjście do ludzi to coś, co mi pomogło nie jeden raz. Choć początkowe opory wydają się nie do pokonania. Ale warto.

4. Odkrycie, pielęgnowanie pasji.

Jeśli ktoś już takową ma, to dobrze! Trzeba do niej wrócić, pielęgnować ją, dbać o nią! Jeśli uważamy, że jesteśmy beztalenciami, to nie ma innej opcji, po prostu trzeba się w siebie wsłuchać (ale nie w wewnętrzny głos, który mówi, że talentu w nas mniej niż zero!). Pasji jest tyle, ile ludzi na ziemi. Szkicowanie, fotografowanie, pisanie bloga, bawienie się we fryzjera, cokolwiek. Coś, co pozwoli nam na upust emocji, ale w kontrolowany sposób. W dodatku jest to coś, co jest całkowicie nasze i sprawia nam przyjemność. Pomaga w rozluźnieniu, wyrażeniu siebie. Na pasji można również zarabiać, jakby ktoś miał praktyczniejsze podejście do życia ;) Wierzę, że każdy znajdzie coś, co go oczaruje :)

5. Krótka drzemka.

Nie mówię o przespaniu życia! Wystarczy kilkanaście minut, godzinka w ciągu dnia. Na skołatane nerwy dobra jest taka chwila wytchnienia. Nie tylko pomaga w regeneracji organizmu, ale również chwilowo odciąży naszą psychikę od tego, co się wydarzyło. Jeśli nie drzemka, to może krótkie poleżenie w łóżku…? Albo chwilowe przymknięcie powiek podczas jazdy pociągiem? (Uważajcie na bagaż!) Serdecznie polecam też trening autogenny Schultza. Coś niesamowitego.

6. Małe szaleństwo.

Pozwólmy sobie na coś, czego do tej pory nie robiliśmy albo baliśmy się zrobić. Nowa fryzura? Czerwona sukienka z którą nigdy się specjalnie nie utożsamiałyśmy? Pójcie do domu inną drogą? Brak wiecznego planowania, a otwarcie na to, co przygotował los? Lot balonem? Rejs statkiem? Podróż pociągiem byle jakim odjeżdżającym z peronu 9 i 3/4? Paznokcie w kolorze lazurowym? Zjedzenie ryby zamiast mięsa (dla niektórych nawet to może być szaleństwem!). Takie małe odstępstwa od tzw. normy, nudy i stagnacji pozwalają się zdystansować. Zmieniają kierunek naszych myśli. Po prostu są potrzebne.

7. Słoik szczęścia.

To małe ustrojstwo każe myśleć! Przekonuję się o tym za każdym razem, kiedy nie wiem co z danego dnia mogłabym uznać za szczęśliwe lub takie, które wywołało mój uśmiech. Założyłam go w styczniu tego roku. I codziennie wrzucam po karteczce. Z dobrymi myślami, chwilami, spotkaniami, wspomnieniami. I wiecie? Nie wiem czy to ten rok jest taki niesamowity, czy ja specjalnie robię wszystko by zbierać do słoika dużo dobrych wspomnień, ale jest nieziemsko. Może to też kwesta tego, że teraz nawet na najmniejsze szczęścia muszę uważnie patrzeć, choć kiedyś były one dla mnie codziennością.

Słyszałam też o innej wersji, a mianowicie wrzucamy do słoika to, za co moglibyśmy podziękować: jak kto woli, albo sobie, albo Bogu, losowi, albo aniołom, względnie temu dniowi, który miał miejsce. Też inicjatywa warta dostrzeżenia. Dzięki temu każdy dzień ma namacalny sens.

8. Skierowanie myśli na to, co było i co dopiero będzie.

Wiem, ważna jest chwila obecna, bo to właśnie DZIŚ jest tym dniem, na który mamy wpływ. Ale inni zaś uważają, że najlepsze dni dopiero przed nami. Zgadzam się z obydwiema wersjami. Bądź co bądź, są do pogodzenia. Skupiam się na tym, co jest teraz, choć kiedy przychodzą gorsze dni miło jest pomyśleć co by było gdyby, wizualizować swoje aspiracje, plany. Myślę kim będę za rok, dwa, dziesięć. Nie po to by się dobić, ale po to by na chwilę zapomnieć o tym jak źle jest aktualnie. Zbawienne są też marzenia, które pojawiają się pod naszymi powiekami tuż przed snem. Staram się od dziecka by to, co myślę przed snem było pozytywne. Kiedyś to byłam ja w roli księżniczki, która wreszcie odnajduje swego księcia. Teraz to jestem ja w roli spełnionej, szczęśliwej osoby, zarówno na polu zawodowym, jak i prywatnym. W myślach odgrywam liczne pozytywne sceny, układam dialogi. Nie pozwalam sobie na pójście spać w gniewie lub w smutku.

Skoro przyszłość, to też przeszłość. Warto wspominać, to co było dobre. Albo to, co było trudne, ale jednak jak pięknie z tego wybrnęliśmy. Przypomnijmy sobie, że sięgnęliśmy dna, ale zawsze (jakkolwiek, nawet koślawo) się od niego odbijaliśmy. Że przecież nasze życie nie jest takie złe.

I to chyba tyle. Coś Wam się jeszcze nasuwa? Może macie inne genialne sposoby?

Na mnie nie zawsze wszystko działa. Do każdej sytuacji podchodzę indywidualnie. Ale to dobrze. Trochę wysiłku poznawczego i dopasowywania się do emocji i zdarzeń nie zaszkodzi ;)

Wasza Scarlett.

Nietypowy podział ludzi na złomiarzy i kolekcjonerów

Zacznę od stwierdzenia, że lubię słuchać ludzi. Naprawdę! Kiedyś tego nie zauważałam. Słuchałam każdego dosyć uważnie i tyle. Zaczęłam to dostrzegać w momencie trwania znajomości z pewną koleżanką, która strasznie dużo mówiła. Zapytacie zapewne: czyli jak dużo? Chociażby 4 godziny, bez przerwy, nie dając ci dojść do słowa. Czasem były to takie głupoty, że nikt jej już nie słuchał, a ja potrafiłam robić to godzinami. Jeszcze długie, długie lata pamiętam jej wydumane historie prosto z życia wzięte. I pomińmy, że ta znajomość się skończyła… Bądź co bądź, nawet największe bzdury mogą wiele mówić o drugim człowieku. Kocham takie momenty, kiedy ktoś powie coś, co się totalnie nie trzyma kupy, albo w ogóle nie pasuje do danej relacji, która między nami panuje. Nie wiem czy rozumiecie o co mi chodzi? Bzdury zapewne zrozumiecie, bo czytacie je na moim blogu, a szczególnie te miliony dygresji, które stosuję :P Ale stwierdzenie odnośnie relacji… Przykład. Kiedy ktoś, całkiem nam obcy, z którym wiążą nas relacje typowo, nazwijmy to, zawodowe, pyta nagle czy między nami jest wszystko w porządku. Masz ochotę krzyknąć: między jakimi nami?! I nie wiesz do dziś dlaczego można by was nazywać: wy; względnie: my. Ale przynajmniej, po latach, masz co wspominać i do czego się uśmiechać. Teraz się śmieję, jak sobie przypomnę jakich idiotycznych sytuacji doświadczyłam we własnym życiu. Jakie teksty było mi dane słyszeć… Niesamowite. Mogłabym napisać książkę ;)

Zanim jednak pobiegnę za swoimi marzeniami o sławie, dokończę myśl :P O czym to ja mówiłam? Aaa, że od zawsze słuchałam ludzi. Chyba od zawsze. Jak byłam bardzo mała i jeszcze nosiłam takie cudowne pidżamki jednoczęściowe wraz z kapciami antypoślizgowymi, kochałam kiedy mama czytała mi… gazety. Miałam może z 3, 4 lata. Gdy podrosłam, przysłuchiwałam się z zaciekawieniem rozmowom dorosłych. Jakież było moje zasmucenie, kiedy to niektórych rozmów w ogóle nie rozumiałam. I szczerze bałam się sytuacji, kiedy to ja będę dorosła i nie będę potrafiła rozmawiać z innymi dorosłymi. W ogóle nie wiedziałam o czym oni gadają? Jakie podatki? Kredyty? Polityka? Matko, co to?! Jednak wyrosłam z tego przekonania. Czasem nawet uda mi się powiedzieć coś mądrego ;) Potem przyszła pora na szkołę i studia. I przyznam, że też słuchałam, choć nie wszystko rozumiałam. A może nie chciało mi się zrozumieć. Ale słuchałam nawet nudnych lekcji czy wykładów. Nie z grzeczności. O nie. Po prostu, a nuż znalazłabym coś, co by mnie głębiej zainteresowało…? Zdarzało się, że się wyłączałam, no pewnie. Ale rzadko. I nie piszę tego by się chwalić, tym bardziej po co, skoro moi byli wykładowcy i tak tu nie zaglądają.

Muszę się jednak przyznać, że te moje słuchanie, sprawia, iż czasem zapamiętuję głupie rzeczy, a tych istotnych nie. Chociażby, wychodzi to przy słuchaniu piosenek. Często pamiętam całe teksty, które gdzieś zasłyszałam w radiu, a pochodzą od wykonawców, których wręcz nie znoszę. Może zwyczajnie mam pamięć do głupot. Lecz, co do słuchania ludzi. Czy jestem dobrym słuchaczem, nie mnie osądzać. Choć mogę używać osławionego parafrazowania, klaryfikacji, utrzymywać kontakt wzrokowy, potakiwać i ogólnie całą swoją postawą ciała naprawdę okazywać aktywne słuchanie. Ale czy taka jestem w odbiorze innych? Pojęcia nie mam. Lecz nie nad tym chcę się rozwodzić.

Jednak ze względu na to, że słuchanie to moja ulubiona czynność, dlatego często słucham przeróżnych materiałów w telewizji lub Internecie. Dziś natrafiłam na kazanie. Pomimo, że nie jestem specjalnie wierząca, nietypowe kazania, które pomijają często tematykę Boga lub skutecznie ją maskują, potrafią trafić w moje serce.

Dziś moją inspiracją jest kazanie, w którym wyjaśnione zostało dlaczego ludzie dzielą się na złomiarzy i kolekcjonerów. Sam początek mnie zaciekawił, bo myślę sobie: matko i córko, o co chodzi?! A chodzi o to, że złomiarze, to osoby, które widząc starą rzecz, najchętniej wyrzuciłyby ją na złom. Zaś kolekcjonerzy, w każdej nawet najbardziej zniszczonej rzeczy widzą coś, co można odrestaurować. Tak samo my zachowujemy się w stosunku do ludzi. Jedni z nas uważają, że skoro ktoś ma jedną rysę w życiorysie, to już należy go skreślić. Inni, nawet najgorszemu zbrodniarzowi dają szansę na naprawę. Coś w tym jest. Chyba trochę wiąże się to z tym, że ludzi należy traktować jak bliźnich. Zamieniam się w kaznodzieję powoli :D Jednak, mówiąc jak człowiek, nie ukrywajmy, że nawet osoby najbardziej wierzące mają problem z odkryciem w kimś wewnętrznego dobra. Obracam się w swoim życiu w różnych środowiskach. Uwierzcie, są to skrajne środowiska. Począwszy od osób wykluczonych społecznie (jakkolwiek byście nie ugryźli tego sformułowania), po osoby bardzo uduchowione. I niestety muszę przyznać, że często zdarzało się tak, że ktoś, kto powinien widzieć w drugim człowieku bliźniego (bo tego wymaga na przykład jego praca), zachowywał się zgoła inaczej. Ale nie mam do nikogo wyrzutów, co to, to nie. Ja sama mam problem z tym, żeby do wszystkich mieć serce. Za bardzo zostałam w życiu zraniona przez wielu ludzi, by nagle być miłosierną wobec każdego. I nie uważam, że to coś złego. Czasem starałam się nawet być miłą dla tych, którzy mnie poniżali. Nic dobrego z tego nie wyszło. Dalsze nadstawianie policzka sprawiłoby, że zabrakłoby mi już policzków.

Muszę przyznać, że jestem typem człowieka, który naprawdę wierzy w resocjalizację. Każdy z nas może się naprawić, jeśli tego naprawdę chce i ma dobrą, wewnętrzną motywację. Nawet jeśli bardzo dużo w swoim życiu przeskrobał, zawsze jest nadzieja. Dlatego też chyba jestem kolekcjonerem. Bardzo rzadko skreślam kogoś, bo raz mi podpadł. Skreślam, jeśli podpada mi za każdym razem kiedy się spotykamy. Czasem dopiero po latach zauważam, że ktoś był dla mnie kulą u nogi już dawno temu. Wtedy też z taką relacją bywa różnie. Jednak wokół jest też pełno złomiarzy… A Wy, zastanawialiście się kiedyś kim jesteście?

PS. Jak ja kocham takie rozkminy nad życiem :D

Wasza, wiecznie zadumana, Scarlett :)

Mój osobisty Szary…

Ta noc była inna niż wszystkie. Pełna pragnienia, a zarazem nienasycenia. Przepełniona napięciem, które musiało znaleźć swoje ujście. Mój Szary zaczął się do mnie dobierać w momencie, gdy oglądałam telewizję. Akurat film był bardzo ciekawy, więc miałam plan, by obejrzeć go do końca. Nie chciałam, żeby nikt mi w tym przeszkadzał. Jednak on był nie do okiełznania. Zaczął dotykać mojego nagiego ramienia, miział moje ucho. To sprawiło, że byłam bardzo podirytowana. I dałam mu to skutecznie odczuć. Pomyślałam sobie, że nie będę taka łatwa… Obejrzę film do końca, umyję zęby, przebiorę się w jakąś seksowną pidżamkę. Niech czeka, skoro tak mu zależy! Czując moją niechęć, dał mi spokój. Nie wiem co on potem robił, ale ja zrobiłam to, co miałam w zamyśle. Po czym zgasiłam światło. Myślałam, że zrobię mu tym na złość, jednak jemu najwidoczniej było obojętne czy zrobimy to przy zapalonym czy zgaszonym. Gdy już umościłam się w łóżku, przyszedł i on. Chyba zrozumiał, że nie powinien być wcześniej taki nachalny, bo zaczął szarmancko i z wyczuciem, a mianowicie najpierw pocałował mnie w dłoń. Ten miły gest, nie spotkał się z moim uznaniem, choć powinnam była zapewne szaleć z radości i pożądania. Ja jednak nie chciałam mu dać ostatecznej satysfakcji. Dlatego też zaczęłam gwałtownie go odtrącać. Przecież nie mógł myśleć, że już mnie ma, całą dla siebie i w dodatku rozochoconą do granic możliwości. Jednak on nie zwracał uwagi na mój opór. Miał na mnie taką ochotę, że zachowywał się jak szalony. Błądził po całym moim ciele, ssał moją szyję, gryzł moje piersi. I tak na zmianę. Był dosłownie wszędzie, co doprowadzało mnie do skraju wytrzymałości. Jednak on nie przestawał. Dalej się mną zajmował, a czasem, by mnie rozśmieszyć próbował użyć łaskotek jako swojej tajnej broni. Dodatkowo cały czas jęczał mi do ucha. Czułam, że jest już taki nabrzmiały. Jednak, gdy już prawie dochodził do punktu kulminacyjnego, przerwał akcję. Zwyczajnie dał mi spokój. Byłam zaskoczona, ale miałam wtedy czas na przemyślenia. Postanowiłam, że gdy dojdzie do ponownego zbliżenia, oddam mu się bez walki. Niech ma tę satysfakcję. I znowu przyszedł, zaczął z impetem się do mnie dobierać. Akcja była tak wartka, że myślałam, iż tej nocy nie pójdziemy wcale spać. Nie chcę się wdawać w szczegóły, ale po dłuższej chwili jednak zasnęłam. Gdy wstałam rano, jego już nie było. Nie zostawił nawet najmniejszej karteczki… Szczerze? Mam nadzieję, że się mną nażarł i zdechł! 

PS. W zasadzie powinnam pisać cały ten tekst, używając zamiast „on” – „ona”, bo to przecież samice komarów są tak natrętne :P  

Wasza, pogryziona, Scarlett.

A może by tak… Japonia?

Tak jak kiedyś wspominałam, mam okazję podbić Azję. Do tej pory wiedziałam, że na pewno większość czasu spędzę w Chinach. W czasie wolnym zapewne zahaczymy również o Tajwan, na którym bardzo mi zależy. Jednak moim ogromnym marzeniem jest także Indonezja, ale wszystko zależy od czasu, który tam zabawię. Póki co, ustalony jest miesiąc, ale kto wie jak to dokładnie będzie. Jedno jest pewne, jeszcze dużo czasu do wyprawy, a ja coraz bardziej nie mogę się doczekać ;)

Jednak ostatnio na poważnie zaczęłam zastanawiać się też nad Japonią. Jeśli ktoś był na moim profilu na fb zapewne widział, że w Japonii na polach ryżu powstał przepiękny obraz z „Przeminęło z wiatrem”. Coś fantastycznego. Czyli moja inspiracja już tam jest, brakuje jeszcze mnie ;)

Zaczęłam więc zastanawiać się co ja takiego wiem o Japonii, co mogłoby mnie do niej przyciągnąć. Zapewne fakt, że stamtąd pochodzi sushi, które wręcz ubóstwiam. I sake, której nie miałam okazji skosztować, ale lubię wszelkie eksperymenty, więc kto wie… Kolejne, co kojarzy mi się nierozerwalnie z Japonią to restauracje, które obsługiwane są przez roboty. To musi być dziwne doświadczenie, ale na pewno interesujące. Ostatnio też słyszałam o tamtejszym hotelu, który również obsługiwany jest na podobnej zasadzie. I kieruje mną czysta ciekawość. Jednak, jakby nie było, jestem za kontaktem z człowiekiem, a nie z technologią. Ale jeden taki hotel, czemu nie. Grunt to zdobywać nowe doświadczenia. Z Japonią kojarzą mi się też liczne i różnorodne świątynie, przepiękne parki, góra a zarazem wulkan: Fuji. Ludzie w maseczkach kręcący się tam na potęgę. I gejsze. O! Oto moja wiedza o Japonii. I o tym, co chciałabym zobaczyć. Pomijając oczywiście Tokio, które byłoby zapewne na pierwszym miejscu mojej wycieczki.

I tu pojawia się pytanie do Was. Może ktoś z Was już był w Japonii, widział coś ciekawego i chciałby mnie zachęcić? A może coś innego w Azji przykuło Waszą uwagę? Chociażby tylko ze słyszenia? Czekam na propozycje :)

 PS. Zawsze gdy coś planuję, pojawia się oczywiście pewien niedosyt. Tym razem jest on błahy, ale jednak jest. Wiecie co? Żałuję, że nie zobaczę jak pięknie kwitną wiśnie… Bo akurat mój termin wyjazdu sprawia, że wiśnie na mnie nie zaczekają.

Wasza, mimo wszystko przeszczęśliwa, Scarlett ;)

Jak narodziła się Scarlett…?

Urodziłam się jak większość dzieci – w szpitalu. Jak nieliczni – podobno bez bólu. Dopiero im byłam starsza, tym sprawiałam więcej kłopotów – jak każdy ;)

W ostatnich dniach zadano mi pytanie czy jestem aktorką. Na początku nie skojarzyłam faktów, ale potem zrozumiałam, że temu komuś chodziło o Scarlett Johansonn. Jedyne, co mnie może z nią łączyć, to chyba tylko i wyłącznie pełne usta. Choć nie przeczę, przepadam za filmami z jej udziałem, a na „Lucy” już ostrzę pazurki i czekam aż się gdzieś na nią natknę. Jednak to nie ta Scarlett była moją główną inspiracją.

Wszystko zaczęło się na poważnie od kwietnia tego roku. Trochę prywaty: pozdrowienia dla kobiety z dyspozytorni taksówek w Krakowie, która nie uwierzyła w moje imię! Od tamtego momentu jestem Scarlett i już. Na przekór! Nawet jakby nikt w to nie uwierzył :D Ja wierzę, dlatego nad nazwą bloga długo nie musiałam się zastanawiać ;)

Pierwowzorem Scarlett była ta, o której pewien polski zespół śpiewa „nie wiesz czego chcesz, czego nie chcesz”. Dla nich zaś, jak i dla mnie, inspiracją jest Scarlett O’Hara, w którą po raz kolejny namiętnie się wczytuję. I tak jak wiecznie mówię… Każda z kobiet ma w sobie coś ze Scarlett.

Scarlett była wciąż inna. To wprawdzie doprowadzało człowieka do rozpaczy, ale miało swój urok

Labilność emocjonalna, zadziorność, fochy, nieświadoma lub świadoma kokieteria – nie oszukujmy się, to w nas jest! W jednym momencie się śmiejemy, tylko po to, by za pół godziny rzucać talerzami. Oczywiście nie bez powodu! Swoją drogą, rzucanie talerzami rewelacyjnie odpręża – o ile nie jesteście przyzwyczajeni do swojej zastawy ;) Wiem co mówię, ale spokojnie, żadne żywe stworzenie nie ucierpiało.

Gdy bardziej zagłębiłam się w słowo „scarlet”, które oznacza po prostu szkarłat, zrozumiałam, że te imię pasuje do mnie jak żadne inne, bo od dziecka był to mój ulubiony kolor. I to tylko z nim się utożsamiałam. Może też ze względu na to, że moją naturą jest ogień. Także wszystko pięknie się zgadza. Nawet piękniej niż pięknie ;)

Tak bardzo zaczęłam się z tym imieniem identyfikować, że nawet nie wiecie jak się wczoraj ucieszyłam, gdy usłyszałam, że w ostatnim wyścigu w raczkowaniu w Nowym Jorku wygrała mała Scarlett. Pomijając fakt, że nie popieram wszelkich zawodów, w których występują małe dzieci, tylko po to, by zaspokoić ambicje rodziców. Ale imię to imię ;)

Świat według Scarlett to mój świat. Świat widziany moimi oczami. Stąd też pomysł by w nazwie strony była myślodsiewnia, czyli sprytne urządzenie wyciągnięte wprost ze świata H. Pottera. Odsiewam tu swoje myśli, czasem wspomnienia. Nie jestem aktorką, nie zakładam masek, nie gram wymyślonej roli. Więc jeśli czasem napiszę coś głupiego, niezgodnego z ogólnie panującymi przekonaniami, to zawsze będę ja. Ja, za którą nie muszę się wstydzić…

 

Zróżnicowana, ale zawsze wierna sobie,

Scarlett.

Samodoskonalenie? Polecam!

Zauważyłam, że mój blog, choć z założenia nie miał być ani w pięciu procentach psychologiczny, wiecznie zahacza o tę tematykę. Jednak, jakby na to wszystko spojrzeć, człowiek jest istotą znajdującą się w centrum moich zainteresowań. Stąd też takie, a nie inne posty. Mam nadzieję, że nie będziecie mieli mi za złe, że podejmuję się takich tematów, choć przedstawiam je w sposób czysto zdroworozsądkowy ;) Pamiętajcie, że jeśli coś Wam się nie podoba, to piszcie. Postaram się wtedy SAMODOSKONALIĆ (akurat genialnie wpasowuje się to w dzisiejszą tematykę).

Muszę przyznać, że tutaj również się doskonalę. Prowadzenie bloga sprawiło, że czasem muszę zastanowić się głębiej nad interpunkcją, słownictwem, stylistyką swoich wypowiedzi. Pomimo, że w tej kwestii nadal mam masę niedociągnięć. Co więcej, blog wymaga ode mnie pisania na temat, choć i tak wiecznie uciekam się do dygresji ;) Pomijając tutejszą rzeczywistość, w życiu prywatnym także staram się pracować nad własnym charakterem. Moi bliżsi znajomi doskonale wiedzą, że jestem temperamentną osobą i czasem muszę ostro trzymać język na wodzy. Nie muszę wspominać, że nie zawsze się to udaje. A czarnowidztwo?! O też mi się zdarza! A wiele osób mi to skutecznie wypomina… Bo niby ja mam być wiecznie radosna, a nie marudna… Czyli jeśli optymista ma gorszy dzień, to nagle musi się śmiać by stwarzać pozory? A jeśli byłabym zawodniczką karate, to każdy oczekiwałby ode mnie ciosów? Nie chcę zakładać masek, stąd moja zmienna natura, którą najwidoczniej nie wszyscy akceptują. Jednak jak już kiedyś pisałam, mnie się kocha lub nienawidzi – nic pomiędzy ;)

Oprócz dni, kiedy staram się dążyć do ulepszenia samej siebie, bywają też chwile, że wszystkie moje wypracowane nowe struktury zachowania biorą w łeb i uważam, że to, co do tej pory osiągnęłam, poszło na marne. Chyba wiele osób tak ma, także może ktoś z Was wie o czym mówię. Czasem nie umiem nie wybuchnąć. Nie potrafię! Grunt, że mniej więcej już wiem nad czym muszę pracować i że zdaję sobie sprawę, iż jest to praca ciągła, a nie jakieś osiadanie na laurach. Trochę jak z alkoholikiem, który jest nim cały czas, nawet jeśli nie pije od 20 lat. Wiadomo więc, że jeśli od dziecka byłam porywcza, to ciężko to wyplenić. Wystarczy mały bodziec, niewielkie roztargnienie, by znowu powrócić do dawnych schematów zachowania.

Nad czym pracuję aktualnie? Niektórzy mają potrzebę zajęcia się swoją asertywnością, inni nieśmiałością. Ktoś ma problem z proszeniem, z dziękowaniem. A ja, jak już wiecie, mam ostatnio ogromne opory przed przepraszaniem. A jak to było kiedyś? Jako mała Scarlett byłam rozpuszczona jak dziadowski bicz. Wiele mogłam, a jednak gdy coś przeskrobałam, to bałam się konsekwencji jak mało kto. Moją słabością było niechcące niszczenie okularów. Łamałam je na potęgę! Działo się to najczęściej pod nieobecność dorosłych, a okulary nie zawsze były moją własnością. Za każdym razem wyglądało to mniej więcej tak samo: pełna strachu upychałam gdzieś odłamki w szufladach i trzęsłam się jak osika, bo czułam, że tym razem rozpęta się awantura i że dostanę w tyłek (choć nigdy nie dostałam!). Wracała mama, a ja kręciłam się po całym domu. Zaczynałam TĘ rozmowę milion razy. Aż wreszcie przyznawałam się do zbrodni, zanosiłam się szlochem, wyciągała te odłamki i podawałam je mamie. A ona tylko mnie uspokajała, mówiła, żebym nie płakała, bo to nic nie da, przytulała i stwierdzała, że mogłam od razu się przyznać, a nie tak się z tym wszystkim męczyć. Gdy trochę podrosłam i w domu nadchodziły np. ciche dni z mojej winy to nadrabiałam wszystko osobistym wdziękiem i poczuciem humoru. Przez co, przepraszałam tylko co jakiś czas, bo przecież jeden mój głupi tekst i od razu panował spokój i nikt nie chował już do mnie urazy. Żeby nie było, sytuacja która miała miejsce, za każdym razem została dokładnie przepracowana, z racjami moimi i mojej rodziny. Ale jakoś, tak jak mówię, bez każdorazowego przepraszania. A teraz? Jeśli zawinię i jest to ktoś mi bliski, to raczej staram się od razu konkretnie przepraszać, mówiąc co dokładnie zrobiłam źle i obiecując, że się poprawię. Jednak bywa i tak, że moja duma bierze górę, choć mój błąd był ewidentny. I dokładnie taka sytuacja wisi aktualnie nade mną. Taka, że tej osobie nie potrafię już spojrzeć w oczy, a jak patrzę to tylko z nienawiścią. Zaś jeśli się odezwę, to tylko chamsko i ociekając wredotą. I nie z tego względu, że pomylił się on, tylko że to ja powiedziałam o kilka słów za dużo. No dobra, powiedzmy, że on mnie sprowokował… Także chyba mamy tutaj do czynienia z sytuacją gdy wina leży po obu stronach. I żeby nie było, spojrzałam teraz na to zupełnie obiektywnie! Jednak mam takie przekonanie, że męczę się nad tym wszystkim bardziej niż ta druga strona. Choć mogę się mylić, bo dla obojga nie była to łatwa sytuacja. Nie wchodząc w szczegóły, sam fakt, że nie przeprosiłam i dany problem nie został zamknięty rodzi we mnie, na przemian, uczucie frustracji i smutku. I wiem, że to ja powinnam przeprosić, bo ja zaczęłam ten cały ambaras… Ale jest ciężko…

Nie wiem, skąd u mnie ten problem. Może boję się jego reakcji? Może nie chcę wyjść na słabeusza? A może mam jakieś deficyty w komunikacji interpersonalnej?

Dlatego też postanowiłam zasięgnąć porady w stosownym podręczniku. Jedno z pierwszych zdań od razu odniosłam do siebie. Mianowicie:

istnieje bezpośredni związek pomiędzy jakością komunikacji a jakością życia

Żeby nie było, czytam dalej i szukam inspiracji. Wiem, że to w jakiś sposób krok naprzód. Lecz wiadomo, teorię mogłabym wreszcie zacząć wprowadzać w życie! ;) Praca nad sobą to męczarnia, ale za to jakie efekty!

I na te efekty czekam, a póki co zbieram się w sobie… Analizując wszelkie za i przeciw. Choć nie jest to najlepsza metoda, ale zawsze jakaś. Bo czy przepraszający są w tej gorszej sytuacji czy w lepszej…? Wcześniej już pokazywałam, że w gorszej, bo słabeusz itp. Co zaś jeśli druga strona zbagatelizuje twoje starania i powie: ok, spoko…? Albo: ja już nawet zapomniałem, że takie coś miało miejsce…? (choć w obu przypadkach może to być przejaw postawy, że mu NIBY nie zależy, a podświadomość jednak fika koziołki). Jednak jeśli chodzi o tę dobrą stronę… Przepraszający pokazują swoją siłę! Pokazują, że są człowiekiem z krwi i kości, zarówno ze słabościami, ale i umiejętnością przyznawania się do błędów! Przepraszający staje się lepszym człowiekiem, a co najważniejsze, odzyskuje spokój! Ćwiczy umiejętności społeczne, dzięki czemu udoskonala się również na przyszłość! Przepraszanie, to nie tylko zwykłe słowa rzucone na wiatr, to też mocne postanowienie poprawy wyrażone w zachowaniu! Ponadto, poprzez przeproszenie pokazujemy swoje dojrzałe podejście do relacji! Tyle pozytywów. Tym bardziej więc polecam Wam samodoskonalenie, bo już samo zastanowienie się nad problemem, pokazuje jak wiele jest korzyści z pracy nad sobą.

PS. Myślę, że lato to dobry czas na samodoskonalenie się, szczególnie w kwestii charakteru. Choć niektórzy badacze zapewne odradzaliby te urlopowe momenty, bo przecież gdy jest upalnie to wzmaga się agresja (choć mój znajomy powiedział kiedyś, że on nigdy nie tłucze się gdy jest gorąco, bo nie chce się spocić^^ no tak, a w zimie chociaż cieplej się robi podczas bijatyk). Mówię o agresji ze względu na to, że jeśli chcielibyście poćwiczyć umiejętności społeczne, to wiadomo, że z kimś. A nigdy nie wiadomo jak ten ktoś na to zareaguje.

I przykład na zmotywowanie! Znam osobę, która w jedne wakacje zwalczyła nieśmiałość w stosunku do obcych oraz popracowała nad proszeniem o pomoc. A zrobiła to za pomocą pytania o czas lub o drogę napotkane przez siebie osoby. Podczas jednego wyjścia na miasto potrafiła odezwać się do kilkunastu nieznajomych. A teraz już nie ma problemu ani z proszeniem, ani z odzywaniem się do innych. Można? Można!

Ja też postanawiam nad sobą popracować. Każda chwila jest dobra :)

Wasza, skruszona i jednocześnie zmotywowana, Scarlett!

Fenomen miłości aż po grób…

Nie jestem specjalistką w dziedzinie miłości, ale postaram się powymądrzać na swój indywidualny sposób. Jeśli chodzi o stronę praktyczną, może i jestem jeszcze larwą, bo aktualnie nie mam męża, ale jeśli chodzi o teorię, wyrósł ze mnie niezły motyl. Mi to szczerze powiedziawszy nie przeszkadza, bo najpierw z reguły dobrze znać teorię, by przejść do praktyki ;) A poza tym: a) nie czuję się specjalnie samotna, b) nie w moim stylu jest szukanie wielkiej miłości na siłę, c) jestem tak po prostu szczęśliwa. Więc skoro ja i mój przyszły mąż stale się rozmijamy, to najwidoczniej tak musi być.

Jednak muszę się pochwalić, że mojemu najbliższemu otoczeniu w kwestii miłości bardzo dobrze się powodzi, a ja dzięki niemu mogę czerpać doświadczenie i jakby nie patrzeć: wzór. W moim kręgu znajomych jest wiele par, narzeczonych oraz małżeństw. I to właśnie o małżeństwach z dłuższym stażem chciałabym dziś podywagować.

Dłuższy staż wiąże się oczywiście z tym, że dane osoby mimo burz życiowych i tak ze sobą są, bez względu na wszystko. I w moim otoczeniu jest jeden taki wzór. Ale zanim Wam o tych osobach opowiem, chcę zacząć do tego, co mnie zastanawia w małżeństwach. A zastanawia mnie wiele, bo najwidoczniej poznałam zbyt dużą liczbę badań na ten temat ;) Także najważniejsze moje pytania to:

- czy małżonkowie powinni być do siebie podobni z wyglądu, by ich małżeństwo było udane?

- jak to jest, że ludzie się spotykają i nagle wiedzą, że spędzą ze sobą resztę życia?

- czy ważny jest status społeczny, poglądy religijne i polityczne, zainteresowania poszczególnych małżonków?

- co z szeroką miednicą u kobiet i niebywałą urodą, a co z bogactwem i sformułowaniem, że „wygrają tylko najsilniejsi” u mężczyzn?

- czy jej mąż musi przypominać jej ojca?

Jeśli chodzi o powyższe pytania, nie wzięłam ich z okolic Plutona, tylko z badań psychologicznych i im podobnych. Wraz z ewolucją i coraz to nowymi pomysłami na eksperymenty, różny był pogląd na to, jak to się dzieje, że ludzie dobierają się w pary. I osobiście znam małżonków, którzy wyglądają jak siostra z bratem (tak są podobni do siebie z wyglądu) i są bardzo szczęśliwi. Jednak to są tylko jednostki. Znam osoby, które wyznają buddyzm i są szczęśliwymi małżonkami. Znam małżeństwa wykładowców o podobnych zainteresowaniach naukowych i też są to szczęśliwe pary. Znam również wszelkie mechanizmy zakochiwania się, kwestie intymności, namiętności, zaangażowania, przywiązania, etapy miłości, itd. Orientuję się w tym wszystkim nawet od strony bardziej, nazwijmy to, biochemicznej.

Jednak jak to jest w praktyce…? To musi być bardzo złożony proces. I moim zdaniem, wszystko zależy od tego jakie są intencje narzeczonych w momencie, gdy zamierzają się pobrać. Jakie wspólnie wypracują rozwiązania różnych rozbieżności, które ich dotknęły. Jak będą sobie radzić z różnicami między nimi, a jaki wyciągną potencjał z podobieństw. Czyli, tak jak już kiedyś wspominałam, małżeństwo to praca, praca, praca. I niekoniecznie trzeba być podobnym w kwestii wyglądu, bo nie każdemu blondynowi spodoba się blondynka. Swoją drogą, przecież często mówimy o tym, że przeciwieństwa się przyciągają (choć w tej kwestii, jestem zdania, że dobrze jeśli chociaż jedno podobieństwo nas ze sobą trzyma;)). Cóż, że on jest wychowany w wierze prawosławnej, ona jest katoliczką. To też da się pogodzić. Cóż, że on nie przypomina jej ojca, a wręcz jest jego totalnym przeciwieństwem (i chwała Bogu). Mogłabym dawać takich przykładów tysiące. I co najważniejsze, również są one z życia wzięte.

Ale przejdźmy do konkretów. Małżeństwo, o którym chciałam Wam opowiedzieć to niesamowity przykład na to, że z tymi miłościami bywa różnie. Oni są po prostu fantastyczni! I są dla mnie najpiękniejszym wzorem małżonków. Są małżeństwem od ponad trzydziestu lat. Mają trójkę dorosłych dzieci: dwie córki i syna. Ponadto dorobili się wnuków. Dzięki nim Wasza Scarlett ma okazję zdobyć Azję, ale o tym innym razem :) Cenię ich nie za to, że z każdej ich podróży dostaję coś pięknego; nie za to, że dzięki nim spełnię swoje jedno z największych marzeń; ale za to jakimi są ludźmi. Są otwarci, ciepli, zawsze pomocni. Tacy ludzie, z którymi można kraść konie i choćby ich przypalali, to cię nie wydadzą. Jednak ich życie nie zawsze było kolorowe. Pomijając liczne choroby, które ich dotykały. Niegdyś Pan Mąż lubił alkohol, a jeszcze bardziej ubóstwiał prostytutki. Jego życie to była niekończąca się libacja. Pani Żona z trudem to wytrzymywała, ale mimo wszystko trwała przy nim… tak zwyczajnie, z miłości. I wierzyła, że jej mąż się kiedyś opamięta. Bywały oczywiście gorsze dni, kiedy rozwód wisiał nad nimi jak chmura gradowa. Ale przetrwali te trudne momenty. Pan Mąż zrozumiał, że prawdziwą miłością darzy tylko Panią Żonę. I tak oto są razem po dziś dzień, a jemu już nie w głowie kobiety i wódka. A wręcz przeciwnie! Stał się fanem zdrowego stylu życia, włączając w to dietę i sport. Wiecznie zasypuje mnie jakimiś nowinkami na temat zbawiennych właściwości granatu, ostropestu czy młodego jęczmienia. Zaś swojej kobiecie nieba by przychylił.

Z wyglądu są totalnym przeciwieństwem. On duży misiek, ona drobniutka blondynka. Tym bardziej z charakteru: on wygadany jak mało kto, ona cicha jak myszka. Są niewierzący, ale praktykujący (cóż za dziwny twór, no nie?). W zasadzie bardziej on. Pan Mąż wprost kocha łazić po kościołach. Nie tylko katolickich. Zwiedza je, ale też czasem się zamyśli. Chodzi nawet na niektóre msze. Ona raczej nie, ale nie ma nic przeciwko temu, że on mimo wszystko fascynuje się liturgią. Nie mają już małych dzieci, także można powiedzieć, że niby nic ich przy sobie nie trzyma. Ale myślę, że trzyma ich doskonale historia, którą przeżyli. I jest to silniejsze, niż niejedne zobowiązania… Mają wspólną pasję, której ona nauczyła się od niego, a mianowicie kochają podróżować. Już w tym roku zwiedzili pół Polski i drugie pół Europy. Kiedy tylko zbliża się jakiś dzień wolnego, albo weekend, od razu biorą kamerę, aparat i ruszają w nieznane. Pracują na co dzień razem, więc rzekomo mogliby się już sobą znudzić, ale gdzie tam! Są jak para najlepszych przyjaciół. I każde z nich mogłoby mieć kogoś innego, albo mogłoby żyć na własny rachunek, bo nie są niezamożni, ale mimo to są razem. To jest piękne! I może jemu spodobała się kiedyś inna kobieta, ona była zafascynowana innym mężczyzną, ale wiedzą, że prawdziwe szczęście mogą znaleźć tylko w swoich ramionach. Chyba nigdy nie przestanę się nimi zachwycać :)

P.S. A ja? Zakochać to się ja potrafię, chyba tak jak nikt inny. Jednak jeszcze żadna z miłości nie zaprowadziła mnie do ołtarza… a trochę już ich było. To musi być niesamowite uczucie, tak trwać przy jednej osobie NA ZAWSZE. Tego życzę wszystkim tym, którzy jeszcze tej jedynej osoby nie znaleźli. A tym, którzy znaleźli i są szczęśliwi: gratuluję i pielęgnujcie te Wasze połówki ananasów! ;*

Nie mam czasu?

Każdy z nas ma codziennie do wykorzystania dwadzieścia cztery godziny. Przyjmijmy, że śpimy mniej więcej 8 godzin, pracujemy 8 godzin, to pozostaje nam 8 godzin na przeróżne sprawy. Odliczmy od tego posiłki, toaletę, łazienkę, seks. Więc powiedzmy, że mamy 5-6 godzin dla siebie. Odejmijmy jeszcze godzinę na wykonywanie zaległych telefonów, odpowiadanie na maile. To zostają 4 godziny. I co z nimi zrobić? Niektórzy zapewne nadal będą uważali, że wiecznie nie mają czasu dla siebie. Inni, będą trwonić te chwile na bezsensowne skakanie po kanałach. Inni, za „czas dla siebie” policzą poczytanie książki, która będzie potrzebna chociażby na studiach, ale która jakoś szczególnie nie fascynuje nawet wykładowcy.

Dla mnie, ten cały konstrukt czasu dla siebie jest bardzo złożony. Przede wszystkim, w tych momentach „tylko dla nas” powinniśmy robić coś, co nas zrelaksuje, nie zaśmieci niepotrzebnymi informacjami. To może być dobry film, dobra książka, upieczenie pysznego ciasta. Jeśli ktoś lubi tańczyć, to niech się wyżyje tanecznie, albo wyciągnie skalpel z Ewą Chodakowską (oczywiście o ile ćwiczenia fizyczne są dla Was przyjemnością!). Ten czas dla siebie musi być przyjemny! Może nas wprawdzie w jakiś sposób ubogacać, także jeśli ktoś uwielbia wkuwać wzory matematyczne, to proszę bardzo – czemu nie!

Ja wolałabym odpocząć od zgiełku ulicy, od pesymistycznych myśli, które gdzieś plączą się w mojej głowie, od goniących terminów. Mój czas dla siebie to moja przystań, do której kiedy tylko mogę, to wpadam choćby na kilka chwil…

I mam pomysł! Niech dzisiaj każdy z nas wykorzysta czas wolny najlepiej jak potrafi. Mam nawet plan dla mnie: ja, kawa i książka „Przeminęło z wiatrem”. Piszcie o swoich pomysłach! :)

PS. Bądźcie dziś w swoim żywiole!

Wasza, wypoczywająca, Scarlett ;)